Liftin’ me higher and higher

Na chwilę przerwa od wątków kulturalnych – będą w przyszłym tygodniu, bo moja wyczekiwana przesyłka została dziś wysłana, tylko jej nie zgub, Poczto Królewska – żeby opisać jeden z najbardziej kuriozalnych wieczorów mojego życia. W skrócie, ale jednak.

Ostatnio pisałam, że potrafię pojechać do Londynu, Luksemburga, Katowic i Nowej Huty dla moich ukochanych mężczyzn.
Ale żebym nie wiedziała, dokąd jadę, to się nie zdarza często. Można powiedzieć, że w pewnym sensie zostałam uprowadzona.

Jeden z moich ukochanych mężczyzn od lat pozostaje taką moją kotwicą i absolutnym VIP-em. Pojawił się w moim życiu i już został – niby przypadkiem, ale ja tam nie wierzę w przypadki. Któregoś wieczora ludzie z dwóch kompletnie różnych bajek jakimś cudem się zetknęli i z jakichś przyczyn kosmos uznał, że to tak miało być. Tak czy inaczej z przygodnej, jak mogłoby się wydawać, i dość cielesnej znajomości nasza relacja ewoluowała w coś, co bardzo trudno nazwać, ale że nie jestem wielką fanką etykietek, to mi to nie przeszkadza. My wiemy, jak jest i to wystarcza. To taki ktoś, kto pełni w moim życiu rozliczne role. Wie o wszystkim, co się u mnie dzieje, zawsze mnie wspiera, zawsze do mnie mówi zdrobniale, zawsze twierdzi, że ładnie wyglądam, znakomity w przytulaniu, wypłakałam mu w rękaw przynajmniej ze dwa litry łez – ma do mnie kluczyk i doskonale wie, jak go użyć. Nie żeby był chodzącą doskonałością (choć z przekąsem twierdzi, że jest), bardzo to dominujący typ, niezgorszy gałgan i nerwus, ale też wyznawca staroświeckiej kindersztuby, dżentelmen z wymierającego gatunku, taki, przy którym czujecie się jak dama z powieści Jane Austen nawet, gdy stoicie przed owym w wysoce niegustownym dresie i przed chwilą odsmarkałyście sobie zaczerwieniony nos na amen, bo was przeziębienie gnębi. Wszystkie moje szaleństwa przyjmuje ze spokojem i zrozumieniem, bo sam ma własne, które nierzadko wywołują u postronnych zjeżenie sierści na plecach, bo jak to tak. Dla niego to naturalne, że ma się pierdolca i można co nieco poświęcić z tej przyczyny.
Widujemy się ostatnimi czasy zdecydowanie nie dość często, bo albo ja jestem wyjechana, albo on, ale gdy już następuje ten szczęśliwy moment, to z rozmachem. Bywało nie raz i nie dwa, że spotykaliśmy się w miejscach przedziwnych lub na bardzo krótko.
Po powrocie bardzo chciałam go zobaczyć, ale jakoś nie sprzyjało. Do przedwczoraj. Korespondowaliśmy sobie, aż wtem…
– Mam dla ciebie małą niespodziankę – ogłasza koleżka z zadowoleniem. Już ja znam jego niespodzianki. To człowiek, którego poziom spontanu przekracza dopuszczalne normy, o czym przekonałam się po wielokroć. To człowiek, w towarzystwie którego trzeba być gotową na wszystko; pozbawiony wszelkich zahamowań, z zerowym poczuciem obciachu, za to z ogromnym poczuciem humoru, wyluzowany nieprawdopodobnie (prywatnie, bo zawodowo to wściekle zdyscyplinowany profesjonalista, dla którego nie do pomyślenia jest spóźnić się pięć minut do roboty).
– To zamawiam taksówkę.
– Nie, nie zamawiaj. Ja już po ciebie wysłałem samochód.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Powinien u ciebie być za parę minut.
– Jak to samochód wysłałeś?…
– Tylko ubierz się ciepło.
– Gdzie ty jesteś, przepraszam?!
– Do zobaczenia!
I rozłącza się ten gamoń, ten łobuz.
No dobrze. Wychodzę z domu, a tam faktycznie czeka samochód i kierowca pyta, czy ja to ja. Potwierdzam. Wsiadam. Nie mam pojęcia, o co chodzi.
Śnieg zacina, mglisto, ale mimo warunków atmosferycznych niesprzyjających podziwianiu widoczków ku mojemu ogromnemu zdumieniu w pewnym momencie zauważam za oknem światła znanego lokalsom Centrum Handlowego Zakopianka, znajdującego się, nie zgadlibyście, przy ulicy Zakopiańskiej, znanej z tego, jak być może trudno się domyślić, że prowadzi na Podhale. Hm. To nie jest dzielnica, w której spodziewałam się znaleźć. Mijamy światła Centrum Handlowego Zakopianka i pan kierowca wytrwale sunie dalej w kierunku Beskidu Wyspowego. Tu jest coś nie tak.
– Przepraszam pana, może to głupio zabrzmi, ale… dokąd jedziemy?
– No, tak z godzinkę nam zejdzie – odpowiada wymijająco kierowca. Aha. Zmowa. Oczy autorki robią się większe i większe. Wyjmuje telefon. Gamoń i łobuz odbiera za pomocą swojego zalotnie pogodnego „halooo”.
– Gościu, ja muszę jutro iść do pracy!
– Nie ma zmartwienia, pan cię rano zawiezie z powrotem.
– Ty oszalałeś. Oszalałeś. Szalony jesteś.
Po obiecanej godzince samochód wyrzuca mnie wśród lasów, przed wejściem natomiast stoi zakapturzona postać słusznej postury. Gdybym nie rozpoznawała tej sylwetki z daleka, to bym się przestraszyła. Na szczęście postać rozkłada ramiona i pachnie mi znaną od prawie dekady wodą po goleniu.

O świcie autorka wsiada nazad do samochodu, żegnana słowami:
– Tylko proszę jechać ostrożnie, bo skarb pan wiezie.

Taki to jest ten mój człowiek-przygoda.
Jak zawsze twierdziłam, ludzie są najciekawszym, co może nam się przydarzyć.

Advertisements

16 thoughts on “Liftin’ me higher and higher

      • Fajna historia. Ja bym była trochę „spękana” chyba, ale sama widzę, że z wiekiem robię się neurotyczna. A postać „Łobuza” niezmieniie intrygująca odkąd zaczęłam czytać bloga 🙂

        • My się znamy od blisko dekady. Miał w tym czasie wiele okazji (i powodów zapewne również) do zamordowania mnie, ale że tego dotychczas nie zrobił, uznałam, że warto podjąć ryzyko 🙂 Zresztą to jedna z niewielu osób w moim życiu, które darzę bezgranicznym zaufaniem. Nie bez przyczyny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s