Breathe normally and think positive

Wróciłam.
Zdecydowanie nie należą do moich ulubionych takie wyjazdy, gdy ogląda się inne miasto tylko przez szybę taksówki, okna w hotelu i okna w biurze. Wraca człowiek do domu kompletnie ogłupiały. Dlatego nie będziemy opowiadać o wyjeździe samym w sobie. Opowiemy o drodze, bo ta nierzadko jest… hm, nie tyle bardziej interesująca może, bo to niekoniecznie, ale więcej można zaobserwować i odczuć na własnej skórze również.

Z różnymi ludźmi zdarza mi się podróżować, ale dawno nikt nie przetestował mojej cierpliwości tak, jak siedząca za mną współpasażerka, która śpiewała dziecku piosenkę.
Pomysł sam w sobie może nie taki zły.
Ale pani śpiewała tę samą piosenkę w kółko przez dwie godziny.
Znała tylko jedną zwrotkę.

Zwykle mam przy sobie słuchawki, ale tym razem ich nie zabrałam, to i pokornie przez dwie godziny słuchałam wyśpiewywanej w kółko tej samej zwrotki tej samej piosenki. Cztery wersy. W kółko, rozumiecie. Dwie godziny.
Jeśli w najbliższym czasie usłyszę to ponownie, rzucę się na wykonawcę z pięściami. Choćby to był sam Kurt Elling. No dobrze, na niego nie.

Jakby tego było mało, w drugim samolocie towarzystwa dotrzymywała mi wesoła wycieczka, bardzo już wesoła i ani im w głowie było przestać się weselić, bo natychmiast po zajęciu miejsc wyciągnęli napitki, przezornie już zmieszane dla zmylenia przeciwnika. Toteż od razu im się siusiu zachciało. Następnie jęli toczyć żarliwą dyskusję pomiędzy rzędami, w których byli rozlokowani. Klasyka gatunku. Najpierw wspominali, jak to byli na koncercie zespołu będącego w latach 90. na topie („a ja z nimi rozmawiałem nawet – mieliśmy KONWERSACJĘ, rozumiesz – i powiem ci, że to tacy normalni ludzie są”; urzekające, ale nie na tyle, żeby taką bolesną kalkę językową zapodawać). Potem nastąpiło komplementowanie seksownych nóżek stewardesy. A wreszcie rozpoczęła się całkiem poważna konw… rozmowa o szwagrze jednego z panów. Cały samolot się dowiedział, co szwagier ma za uszami i dlaczego Staszek (współpasażer, do którego kierowane były żale na szwagra) nie powinien nikomu o tym mówić. Jasne. Full dyskrecja.
Wiecie co, ja bardzo lubię latać, ale tym bardziej, im mniej ludzi wchodzi na pokład. Ponieważ jednak na własnego embraera nigdy nie będzie mnie stać, to pogodnie biorę, co dają. Marzy mi się tylko, by niektórzy pamiętali o tym, że machina, którą oni lecą, to też ich prywatny embraer nie jest. Skoro już siedzimy w tym razem, to siedźmy tak, żeby wszyscy byli w miarę zadowoleni. Bo może ktoś obok jest w podróży dwudziestą godzinę i ma ochotę podciąć sobie żyły suchą bułką. Może bardzo wcześnie wstał i by się zdrzemnął. Może chciałby poczytać w spokoju. Może przeraźliwie się śpieszy, więc nie doceni blokowania mu przejścia.
Speaking of which.
Pobiłam dziś, proszę państwa, osobisty rekord na setkę oraz ryzyko zawału serca zdecydowanie u mnie wzrosło.
Mamy u naszych sympatycznych sąsiadów takie lotnisko, Berlin Tegel się nazywa. Weźcie sobie do serca moją radę i unikajcie za wszelką cenę. Zwłaszcza jeśli się przesiadacie. Może bowiem okazać się, że drugi samolot czeka na was pod innym terminalem. A do terminalu owego musicie dotrzeć per pedes, przechodząc po drodze jeszcze raz kontrolę (fajnie, co?). Co jest szczególnie ucieszne, gdy na przesiadkę macie 45 minut – niby zrabialne, choć z lekkim nerwem… – po czym okazuje się, że a) pierwszy z waszych lotów tego wieczora startuje opóźniony, b) docieracie na miejsce, podjeżdżacie pod rękaw i absolutnie nic się nie dzieje. Po długiej chwili kapitan mówi, że Passagierbrücke kaputt. No, nie dokładnie to, ale sens mniej więcej taki; nie można wysiąść, bo rękaw i aeroplan nie potrafią się ze sobą połączyć. Plask facepalmów niczym ta fala meksykańska mknie po kabinie.
Tym sposobem z 45 minut zrobiło się 10.
DZIESIĘĆ.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko biegłam. I jakimś cudem, nie wiem jakim, udało mi się przedostać z jednego terminalu do drugiego, rozdziać się i odziać na nowo (ale niestarannie) w punkcie kontroli – zresztą panowie, przyznać trzeba, byli nieco pobłażliwi dla pasażerki, która ledwo łapała oddech – i dotrzeć pod bramkę w chwili, gdy już z megafonów dudniło ostatnie wezwanie. Zdążyłam. Nie polecam.

Oczywiście cały ten stres opatrzność czasami wynagradza widoczkiem ośnieżonej Europy z góry, albo samolotów ustawiających się w kolejce do lądowania, wyglądających w mglistym wieczornym powietrzu jak gwiazdy opadające z gracją na ziemię jedna po drugiej. Albo kimś miłym, kto siedzi obok was. Dobrą kawą na śniadanie w hotelu. Nowym doświadczeniem. Nowymi perypetiami do opisania.

Reklamy

7 thoughts on “Breathe normally and think positive

    • Spokojnie się nie dało – gdybym się spóźniła, musiałabym zostać na noc w Germanii i wracać dziś, więc jeszcze więcej stresu plus dzień w plecy. To już wolałam pędzić.

  1. Ha, ja sie kiedys zrelaksowalam przed kontrola na Stanstead tak skutecznie, ze musialam przeprosic kolejke i pokonac kilka km (w moim odczuciu) sprintem – wsiadlam ostatnia do samolotu.

  2. w dzisiejszych czasach bieganie po terminalach z podrecznym bagazem jest zajeciem ryzykownym. Kilka dni temu we Frankfurcie gdy przemierzalam klusem dystans dzielacy mnie od rekawa uroczy meski patrol odziany w kuloodporne kamizelki otoczyl mnie i poprosil o pokazanie co mam w raczkach i torebce. Samolot na szczescie nie odlecial beze mnie bo musieliby szukac mojej zarejestrowanej walizki. Ale powitanie na pokladzie spoznionego o 30 min lotu (zwlaszcza przez wspolpasazerow, ktorzy najprawdopodobnie stracili szanse na dalsze polaczenia ) bylo wiecej niz zimne 😉

    • Aj, współczucie. To jest jeden z moich koszmarów – wchodzenie na pokład jako Ta, Co Się Spóźniła (niezależnie od powodu). Pewnie prędzej czy później to się wydarzy, ale oby później…
      Frankfurt to przynajmniej fajne lotnisko jest, wygodne – jeśli natomiast idzie o Tegel, tak musi wyglądać piekło dla grzesznych podróżników. Nienawidzę.

  3. Wreszcie znalazłam dłuższą chwilę, by jak człowiek zasiąść przed komputerem z kubasem wypełnionym herbatą i nadrobić zaległości na Twoim blogu (i nie tylko, bo ogólnie tych zaległości trochę się narobiło). Jak zawsze czyta się z wypiekami na twarzy – Ty o książce nie myślałaś albo co?
    Kurde, ja na szczęście takich przygód w samolotach nie miałam, ale też i nie za dużo latam (póki co). Grunt, źe do domu dotarłaś cała i zdrowa.

    • Myślałam i nawet kilka zaczęłam. Żadnej nie skończyłam 😉 Chyba jestem lepsza w relacjonowaniu tego, co naprawdę się wydarzyło niż w wymyślaniu historii. Poza tym mam słomiany zapał, niestety!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s