Dziesięć pięter i dach

img_20170122_180451_051.jpg

No, zatem do teatru poszłam i jakimś cudem – może dzięki temu, że naprawdę nie chciałam być tym jednym znienawidzonym widzem, który zanosi się kaszlem w kluczowych momentach – wytrzymałam trzy godziny bez jednego chrząknięcia.

Chciałam na to pójść, bo wiecie, Śląsk. A ja jednak, choć od lat mieszkam w innej części kraju i ciągle gdzieś się włóczę, pozostaję hanyską, żywo zainteresowaną opowieściami o tej piątej stronie świata.
To jest spektakl, który opowiada historię znaną każdemu dorosłemu człowiekowi w tym kraju – przypomina wydarzenia w kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Zdawać by się mogło, że czekają widza trzy godziny martyrologii. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, głównymi bohaterami tej historii są czterej chłopcy. Synowie górników (oraz jeden syn funkcjonariusza MO). Oni i ich rodziny. Mama fryzjerka. Babcia – klasyczna śląska Oma – i dziadek, górnik z dziada pradziada. Ojcowie wygrywający motyw z „Gwiezdnych wojen” na próbach kopalnianej orkiestry. Mamy grudzień, przychodzą paczki z Enerefu – proszek do prania, czekolada z „okienkiem” (pamiętacie? wiem, że teraz można ją bez trudu u nas kupić, ale to nie ten sam smak), misie Haribo. Któryś z chłopców wymienia zagraniczny zegarek na plakat z Playboya. Górnicy świętują Barbórkę. Żony podczas robienia dauerweli w zakładzie fryzjerskim z przejęciem plotkują o czarnej wołdze. Ot, peerelowska codzienność. I tylko jakiś cień na tym wszystkim się kładzie. Coś nadchodzi. Coś nadchodzi.
Chłopcy oglądają nadciągającą apokalipsę, czołgi ciągnące w kierunku kopalni – gruby, jak to się na Śląsku mówi – z dachu. Do niedawna oglądali potwory w kinie, zakradając się na filmy od 18. roku życia. Teraz zbliża się prawdziwy potwór. Gruba, ta matka karmicielka, wokół której toczy się życie rodzin w spektaklu i która czasem to życie odbiera, stanie się miejscem starcia z monstrum. Tylko bohaterowie stawiający mu czoła to nie Supermani, ale zwykli faceci w drelichach i ich żony, twarde i zdeterminowane.

Może i nie jest to rzecz z gatunku zmieniających życie. Może nie wszystkie rozwiązania muzyczne są zachwycające (bo to musical, tak!), może czasami troszeczkę się to rozmywa, może raz czy dwa miałam wrażenie, że za dużo grzybów w tym barszczu, ale są bez wątpienia elementy, które w człowieku zostają. Finał, kiedy dzieciaki pojawiają się w strojach wyjętych z ukochanych filmów fantastycznych przy dudniącym hip-hopie – fenomenalny. Zaprawdę fenomenalny. Początek drugiego aktu, gdy spod sceny wyłania się oddział ZOMO. Opowieść dziadka o przygniecionym pod ziemią koledze i jego słowach: „powiedz jej, że mnie zabiło od razu”. Święta Barbara – bo są w tym wątki nieco oniryczne, jak często w opowieściach o Śląsku. No i chłopak w kapturze i z mikrofonem, łącznik pomiędzy współczesnością, neonami, biurami i knajpami dzisiejszych Katowic, a ciemnymi czasami, w których toczy się historia na scenie. Znakomity zabieg.
Nie zdziwiła mnie ani troszkę owacja na stojąco. Bo mimo pewnych słabości to będzie przedstawienie bardzo ważne dla wielu widzów. Zobaczą na scenie swoje dzieciństwo albo młodość. Usłyszą opowieści, które znają od zawsze, ale które nie nudzą. Zaśmieją się, jak pani za mną, wzdychając: „tak było!”. To jest taki teatr, który rozmawia z ludźmi, a nie tylko mówi do nich. Słucha ich. Teatr niesłychanie mocno osadzony w lokalnych realiach, czerpiący z wrażeń i wspomnień lokalsów. Taki, że widz po wszystkim chciałby pójść na wódeczkę z twórcami (chyba że „mo ciśnienie”). Można kręcić nosem na takie czy owakie niedociągnięcia, ale w teatrze zawsze najważniejsze są emocje koniec końców. Są spektakle pięknie zrobione, z których wieje chłodem. W tym przypadku jest inaczej. Wychodzi człowiek dziwnie wzmocniony, z poczuciem, że spędził parę godzin WSPÓLNIE z innymi, ale też usłyszawszy stanowcze: pamiętaj. Nie wolno ci zapomnieć. Teraz ty tę historię niesiesz.

Reklamy

5 thoughts on “Dziesięć pięter i dach

  1. Kaszlu w „przybytkach” nie cierpię – ani własnego ani cudzego. Ale gdy ostatnio nawiedziłam poznański Nowy, facet siedzący w rzędzie przede mną zdjął sobie buta (korzystając z chwili absolutnej ciemności, która zapadła, aby umożliwić aktorce przemieszczenie się w inne miejsce sceny). A następnie przez ponad godzinę gładził się po skarpecie. A to po pięcie, a to po podbiciu, a to po palcach.

  2. a widzisz historia opisana nieco inaczej, z kategorii tej dla kazdego, ktora powinien poznac kazdy Polak. Chetnie bym sie wybrala…chociaz w teatrze to roznie bywa…smiech w nieodpowiednim miejscu, wskazujacy na niezrozumienie tematu, wspomniane chrzakanie, krecenie się zbyt glosne 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s