Dust Pneumonia Blues

No właśnie, co do tego kaszlu i znienawidzonych widzów.
Zaczęłam wczoraj pisać odpowiedź na komentarz odnośnie tego, co ludzie na widowni robią, ale wyszło mi, że musiałby to być komentarz bardzo obszerny, więc postanowiłam zamienić go na wpis.
Różnych zachowań widzów się naoglądałam, mniej i bardziej strasznych. Robienie zdjęć podczas spektaklu. Robienie zdjęć sławnym ludziom, którzy najzupełniej prywatnie przyszli sobie spektakl obejrzeć. Odstawianie kieliszka na scenę, gdy się siedzi w pierwszym rzędzie i popija wino, czy też w ogóle umieszczanie tam swoich bambetli. Chrupanie orzeszków wyjmowanych z najbardziej szeleszczącego opakowania w historii ludzkości, bardzo staranne i powolne chrupanie. Zajmowanie cudzych miejsc, po czym foch i protest, gdy prawowity „właściciel” fotela chce go odzyskać (w samolotach/pociągach też mi się to zdarza i irytuje nawet bardziej). Najbardziej creepy akcją, jaką w życiu widziałam, była próba dotknięcia aktora podczas owacji – znaczy, ja rozumiem, że jednego z drugim każda z nas chciałaby dotknąć, a najlepiej całym ciałem i to nieubranym, ale bez przesady. Nie wyobrażam sobie, żeby się z łapami pchać. Swoją drogą przerażające to czasami, na jakich świrów człowiek się naraża, gdy staje się odrobinę bardziej popularny. Tak czy inaczej, najbardziej zapadła mi w pamięć pani widz w jednym z krakowskich teatrów, która tuż po rozpoczęciu przedstawienia wyjęła z torebki wachlarz. Taki papierowy, made in China. I jęła się wachlować bardzo energicznie. Dźwięk był doskonale słyszalny dla wszystkich, łącznie z aktorami, którzy w pewnym momencie – bo pani wachlowała się przez cały czas! – jęli nerwowo zerkać na widownię, skąd coś uparcie szumiało. Masakra.
A niektórym dżinsy przeszkadzają.
Żeby jednakowoż nie było, że jestem wzorcem widza i ucieleśnieniem wszelkich cnót, jakie publiczność może reprezentować (w końcu gonię ludzi po ulicach, pamiętajcie) – sama kiedyś zajęłam komuś miejsce. Ślepawa bywam czasami i źle przeczytałam literkę oznaczającą rząd. Jakież było moje zdumienie, gdy pojawiła się pewna sympatyczna para i wyjaśniła mi, że mój fotelik znajduje się parę rzędów bliżej sceny. No i świetnie. W tę stronę zawsze przyjemnie się pomylić.

A poza tym?…
Odbyłam wczoraj bardzo przyjemną pogawędkę z moim byłym szefem. Pracowaliśmy razem blisko dziesięć lat temu. Niezmiennie utrzymujemy kontakt i od kilku lat próbujemy umówić się na wino, co jest o tyle trudne, że ja mieszkam w Krakatau, a on w Kornwalii. Niesamowity koleś. Jeśli idzie o zachowanie – Anglik pełną gębą, do bólu uprzejmy i taktowny. Do tego stopnia, że gdy mi kiedyś coś tam na twarzoksiążce skomentował, to zaraz wysłał mi prywatną wiadomość z pytaniem, czy to aby nie była zbyt kontrowersyjna opinia, bo jeśli tak, to przeprasza i mogę usunąć (nie była). Ale tu przechodzimy do części drugiej, bo ów Anglik, starszy pan – na emeryturze już – jest bardzo wyluzowany obyczajowo. Trudno zresztą nie być, gdy ma się taką biografię. Za młodu pozował nago do rzeźb (jak twierdzi, nie ma pojęcia, co się z nimi stało, ale bardzo bawi go fakt, że ktoś może trzymać w domu jego gołą kopię naturalnej wielkości). Za młodu również kumplował się z chłopakami z Mungo Jerry i nadal utrzymuje z nimi kontakt. Ale moją ulubioną historią jest ta, którą mi opowiedział mniej więcej rok temu. Jak to w latach 60. poszedł na z kolegą i jego dziewczyną na koncert pewnego mało znanego muzyka. Wszyscy świetnie się bawili, z wyjątkiem kolegi mojego byłego szefa, gdyż po koncercie jego dziewczyna wyszła z muzykiem, jak to lubi się zdarzać. Nie byłoby w tej wdzięcznie hippisowskiej historii nic fascynującego, wszak po dziś dzień dajemy się uwodzić chłopakom z gitarami, gdyby nie fakt, że tamten akurat chłopak nazywał się David Jones.
Rings any bells?..

Jak to z przekąsem mawia najlepszy przyjaciel pana i władcy – frontmani zawsze mają lepiej.
Niezłe dziewczyna musi mieć wspomnienia, choć bez dwóch zdań z gatunku „i tak nikt ci nie uwierzy”.

Zabawne. Żyjemy w czasach, w których ludzie jałowi bardziej niż Eliotowska ziemia lansują się na potęgę, choć nie mają absolutnie nic do powiedzenia, a taki oto skromny, siwy dżentelmen, który lata przepracował w korporacji jako specjalista od kontroli jakości, mógłby wydać opasłą książkę o swoim bez dwóch zdań pasjonującym życiu, ludziach, których poznał, rzeczach, które zrobił. Pozory mylą czasami.

Reklamy

2 thoughts on “Dust Pneumonia Blues

  1. jestem wielką fanką Chóru Aleksandrowa
    byłam na każdym koncercie, jaki dali w moim mieście
    któregoś razu obok mnie wylądowała para, która znała ich wszystkie utwory i koniecznie chciała się tym pochwalić
    czujesz to? idziesz na koncert Wielkich Artystów, łzy Ci płyną po twarzy, kiedy się wczujesz, wsłuchasz, a tu nagle obok ktoś zawodzi swoim fałszywym niewiemczysopranem „kalin kaka lin ka kalin kama ja”
    myślałam, że kurwiszona rozszarpię! i tak przez pół koncertu
    i NO ALEŻ! Oczywiście, że zwróciłam uwagę!
    babsztyl podśpiewywał potem półgłosem, podrygiwał w rytm i ogólnie wyrażał radość, że jest na koncercie
    koszmarek!

    • Ugh. Na koncercie rockowym to ja mogę zrozumieć darcie japy, bo po pierwsze artysty zachęcają do tego, po drugie i tak nagłośnienie zagłusza fałszujących, ale w innych okolicznościach nie. Tylko że ja nie umiem uwagi zwrócic 😦 A niestety mordercze spojrzenie rzadko działa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s