Self-praise is for losers

Dziś dla odmiany śniło mi się, że pan i władca (ukłon w stronę fanklubu) zorganizował dla nas wizytę domową striptizerki, a co lepsze, z niezrozumiałych przyczyn byłam tym pomysłem zachwycona.

Ale nie o tym chciałam.

Są takie dwa słowa, które budzą we mnie przemożną potrzebę przewrócenia oczami i głuchego jęknięcia. Podobnie jak „leczenie kanałowe”. Albo „zeznanie podatkowe”. Albo „reforma oświaty”.
Ocena roczna, mianowicie.
Nie lubię, nic na to nie poradzę. Nie tylko nie lubię, ale uważam to za jeden z najgłupszych wynalazków ludzkości. Ocenianie samego siebie jest zajęciem dość absurdalnym. Zbyt dobrze o sobie napisać nie można, bo wyjdzie człowiek na samochwałę. Zbyt surowo też nie, bo to zabrzmi jak fałszywa skromność. Wie człowiek, co mu się udało, a gdzie zawalił – i jeśli ma dobrego szefa, to szef też wie. Wszyscy świetnie zdają sobie sprawę z tego, iż cała ta zabawa durna jest i niepotrzebna. Niemniej procedura procedurą. Ocena roczna musi być. Stosownie wypośrodkowana oczywiście, bo każda firma ma swoje widełki i oczekuje mieszczącej się w widełkach liczby osób ocenianych świetnie, dobrze i beznadziejnie.
Jeszcze niedawno byłam z tej drugiej strony. Nienawidziłam tego szczerze (w ogóle zarządzania nie znosiłam – wolę robić swoje i być odpowiedzialna wyłącznie za własną pracę). Najpierw trzeba było ludziom sapać nad uchem, żeby w ogóle wypełnili ten papier w terminie. Wypełniali różnie, czasami w stylu „wszystko zrobiłem super, bo jestem diamentem, kropka”, czasami „jeśli chodzi o plusy, to codziennie przychodziłem do pracy”, niektórzy przeklejali gotowe szablony odpowiedzi z internetów – co tylko dowodzi znikomego sensu całej tej koncepcji. Później trzeba było odbyć rozmowę i oznajmić pracownikowi, jakąż to ocenę otrzymał. Nie zawsze były to konwersacje lekkie, łatwe i przyjemne. Pamiętam jedną, która skończyła się absolutną histerią, bo osoba w swoim przekonaniu znacząco przewyższała oczekiwania. Nie było tego widać, co prawda, ale przekonanie miała imponująco silne. Ech. Po tym wszystkim moje obecne zajęcie, choć znacznie trudniejsze, jawi mi się niekiedy jako istna plaża.
Ale, ale. Po minionych dwunastu miesiącach, pierwszych w zupełnie innym zawodowym świecie, i po niezapomnianych przejściach ze zmorą (która dostała awans, imaginujcie sobie – zakrztusiłam się, przeczytawszy tę łamiącą wiadomość) spodziewałam się, że będę szorowała po dnie skali. Okazało się, że jednak nie. No i bardzo dobrze.
Oczywiście na wszelki wypadek zdenerwowana byłam tak bardzo, że mój biedny nadszyszkownik aż się przeraził poziomem tego zestresowania i jął mnie uspokajać. Taak. Jak ja siebie za to nienawidzę. Dawno już przestałam się dziwić, że ludzie – w każdym razie ci, którzy to widzą, bo ludzie generalnie dzielą się na tych zauważających emocje innych i starających się im jakoś ulżyć, zauważających i czerpiących frajdę z celowego pogłębiania ich stanu, oraz niezauważających zupełnie – niekiedy traktują mnie tak, jakby się obawiali, że zaraz osunę się bezwładnie na glebę i będą musieli mnie ratować. Być może w niektórych przypadkach zdaje się dość kuszącą wizją, ale wiem niestety skądinąd, że w omdlewaniu nie ma nic romantycznego, a w dodatku rosnąca krępacja i wstyd tylko pogarszają sprawę. Rady w stylu „wyluzuj” niestety są o kant dupy rozbić.
Tak czy inaczej – przeżyło się. W nagrodę za dobre sprawowanie kupię sobie pewnie bilet do Londynu. Opracowałam sobie już grafik planowanych tegorocznych wyskoków (uwaga – w EXCELU, jestem już tak stara i nudna, że zapisuję sobie w arkuszu kalkulacyjnym, co i kiedy chcę zobaczyć, żebym nie zapomniała i żeby mi urlopu nie zabrakło) i zupełnym oczywiście przypadkiem wszystkie zahaczają o terminy moich jakże ulubionych wydarzeń. Trzeba mieć w życiu priorytety.

PS Tymczasem w trafieniach z wyszukiwarek, by zakończyć wdzięczną klamrą, męscy niewolnicy i faceci w sukienkach. Staram się pewnych sfer mojego życia nie opisywać, a tu proszę, wszystko wylezie…

Reklamy

2 thoughts on “Self-praise is for losers

  1. Nie przepadam za ‚zasobami ludzkimi’. Maja zwykle wyolbrzymione mniemanie o wlasnej wartosci, a w praktyce tylko przerzucaja tony CV i tworza kolejne warstwy biurokracji.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s