Watch me jump

Otóż zatem jeżeli chodzi o wydarzenia minionego weekendu, to wymieniłam telefon na nowszy model. Takie mam pasjonujące życie.
Stary był jeszcze całkiem całkiem, ale nowoczesność nowoczesnością i nie ma rady. Nie cierpię zmieniać telefonów, bo przerzucanie wszystkiego to do niedawna była udręka jakaś, niemniej okazuje się, iż teraz wystarczy te dwa móżdżki pozytronowe ze sobą zetknąć i one już same wszystko między sobą załatwią.
Tyleż to wygodne, co zatrważające.
Wiecie o tym, że przewiduje się, iż w ciągu dekady w zarządzie korporacji zasiądzie maszyna?… Taka tam pocieszająca wiadomość przy poniedziałku.

Poza tym wszystko po staremu. W pracy nawijają mi makaron na uszy, sądząc naiwnie, że po paru latach robienia w tym, jakby to moja mieszkająca za młodu po sąsiedzku z Kazimierzem Kutzem babcia nazwała, haźlu, dam się spławić. Niedoczekanie. Ja jestem bardzo cierpliwy człowiek, w związku z czym potrafię bardzo cierpliwie wiercić dziurę w brzuchu. Grafik znowu mi zmieniono i tym razem nawet nie jestem zła, bo po pierwsze mogę odgruzować moje lokalne życie towarzyskie, a po drugie będę mogła z końcem lutego wziąć urlop i w efekcie spokojnie wrócić do domu z Londynu (już parę razy wracałam w niedzielne wieczory ostatnim samolotem do Polski, potem jeszcze telepałam się do domu, żeby móc w poniedziałek rano stawić się na posterunku – dziękuję serdecznie, za dużo nerwów i zmarszczek). Z niejasnych natomiast przyczyn – może to przez to morowe powietrze na południu kraju – nadal mam sny tak intensywne i kuriozalne, że budzę się zmęczona. Wczoraj telefonowałam do Andrew Scotta, żeby zapowiedzieć wizytę na spektaklu. Bo wiadomo, taki czcigodny gość, lepiej żeby protagonista wiedział, kto go będzie podziwiał. Zabawne, jak to w snach wszystko wydaje mi się niesłychanie naturalne, no po prostu, albo James Norton po wino śmiga, albo z Andrzejem na telefonie wiszę. Nie obraziłabym się, gdyby moje życie w istocie tak wyglądało. No, ale zamiast tego budzik o szóstej i nawijanie makaronu na uszy przez resztę dnia. Nie uskarżam się, Boże broń.
Dzisiejszej nocy też było interesująco.
Otóż siedziałam na spotkaniu w sali konferencyjnej, takiej wiecie, szklanej, jak to w biurowcach. Za oknem było już ciemno i zacinał śnieg. Czekaliśmy nie wiedzieć na kogo. Wtem jeden ze współczekających powiedział, że to on pójdzie poszukać tego spóźnionego, bo już mu się nudzi – po czym wstał i wyskoczył oknem.
Przyznacie. Sen w sam raz na poniedziałkowy ranek, głębia egzystencjalna nie do przecenienia.
To dobrze jednak, że okna w biurowcach się nie otwierają, w każdym razie nie od wewnątrz*.

A o moim śnie o striptizerce nieopatrznie opowiedziałam panu i władcy.
Bardzo się zainteresował. Czemu mnie to nie dziwi. Wypytał o szczegóły. W co ubrana była – to jest raczej z czego się rozbierała – i jaki obwód w biuście.
– Co ty się tak interesujesz, panie kolego? Chciałbyś mój sen pożyczyć czy może zamierzasz wcielić go w życie?
– Zależy, co wolisz.
Nie kontynuujmy wątku może.

*Od zewnątrz jakoś można, bo pamiętam, jak onegdaj obserwowałam próbną ewakuację, podczas której strażacy wydobywali pozorantki uwięzione na którymś tam piętrze. Byłam rozczarowana, jak większość moich koleżanek z działu, bo nie wiedziałam, iż można się do roli uwięzionej zgłosić.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s