Always make the audience suffer

Przy okazji tej ostatniej wizyty w teatrze powróciły stare obserwacje. Po latach bowiem nauczyłam się z widowni wyłaniać typy. Są takie dwa, które szczególnie lubię. Jeden i drugi jest nieco (lub bardzo) zblazowany, ale różnie się to objawia.
Ci pierwsi siedzą, jakby ich przysłano służbowo – może i zresztą tak jest – nadąsani jeszcze zanim spektakl się zacznie. Mierzą sąsiadów na widowni spojrzeniem znudzonym lub poirytowanym. W antrakcie siedzą nieporuszenie, na zakończenie zdarzy im się niemrawe klaśnięcie lub dwa, jeśli pozostali widzowie będą domagali się powrotu obsady na scenę, zaczną się niecierpliwić, albo – co zdarza mi się coraz częściej widywać – wychodzą od razu, gdy zorientują się, że to koniec. Jakby miał im uciec ostatni tramwaj. Rozumiem oczywiście, że może im się nie podobać, każdego prawo, żeby mu się nie podobało, ale doprawdy. Zresztą publiczność krakowska ogólnie nie należy do najbardziej dynamicznych, często raczej dychawicznych, co zauważy każdy, kto oglądał to i owo w innych częściach Polski czy świata. Widzę na przykład ogromną różnicę między Krakowem a Śląskiem, a to przecież niedaleko.
Ci drudzy są dla odmiany bardzo rozmowni. Zwłaszcza gdy rozmawiają o tym, kogo w obsadzie znają (a raczej nie znają, ewentualnie spotkali raz, niemniej starają się brzmieć, jakby znali – doświadczenie mi podpowiada, że im kto bliżej, tym mniej o tym rozprawia, bo i po co miałby wszem wobec ogłaszać, że reżyserem jest jego brat, skoro znajomi i tak o tym wiedzą, a nieznajomych guzik to obchodzi). Rzucenie nazwiska, ze zdrobnionym poufale imieniem, poprzedza uważne rozejrzenie się wokół, czy aby na pewno ktoś słyszy. Samo to jest tylko ucieszne, gorzej, gdy następuje wymiana plotek.
Ale, ale.
Są i sympatyczni. Widziałam na przykład arcyuroczą, bardzo młodziutką parę – on wystrojony w muchę, z kwiatami dla niej przyszedł. Usiedli przejęci i nieco zestresowani (i mam nadzieję, że udało im się potrzymać w końcu za ręce!).

Tyle obserwacji.
Wczoraj po południu bez żalu opuściłam królewskie miasto stołeczne, by spędzić weekend na łonie – mniej więcej – natury. Bogiem a prawdą, przez ostatni rok tak odwykłam od Krakowa, że nawet nieszczególnie chce mi się spędzać w nim czas. Poza tym powietrze wiadomo jakie. A tu, w kwaterze głównej moich praszczurów, przynajmniej można rano wyjść na spacer bez poczucia, że przed powrotem do domu wypluje się płuca na chodniku. Przy okazji spaceru zauważyć nieśmiało wyłażące spod ziemi tulipany. Spędzić czas z kimś pięknym. No i wyspać się. Ubabrać się po łokcie w kruchym cieście do popołudniowego crumble – jakie to relaksujące!
Przy okazji mogłam pokazać mamie osobę poniekąd odpowiedzialną za dekorowanie moich ścian (kazałam jej bowiem oglądać Victorię i nawet jej się podoba, a sam news przyjęła ze spokojem typowym dla osoby od dawna świadomej, że jej córka jest wariatką – moi rodzice już naprawdę przestali dziwić się czemukolwiek; czasem ich na chwilkę zatka, niemniej zaraz przechodzi). Oraz tradycyjnie zestresować ojca.
– W łazience stoi miska, a w niej pływa jakiś glut – poinformował mnie rano.
– A tak, to mój ajurwedyjski proszek do włosów.
– Twoje co?
– Proszek. Włosy tym myję.
– W sensie glutem?
– Dla urody.
(Trzeba mieć nadzieję, nieprawdaż).

Reklamy

4 thoughts on “Always make the audience suffer

  1. Dziś na placu zabaw mgła przymazła mi do twarzy. Tyle w temacie łona oraz bliskości natury zwanej Dunajem. Zaś sąsiedzi donoszą, że z wczasów wracają później, bo cudna pogoda. Godzina jazdy od. Jezu!

    • Mój zachwyt nad łonem trochę zmalał, gdy omal nie wykopyrtnęłam się efektownie na odmarzającym błocie. Uratował mnie refleks… a tak naprawdę to pobliski płotek, na którym zawisłam nieelegancko.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s