This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

Advertisements

9 thoughts on “This above all: to thine own self be true

  1. Opowieść z gatunku tych, które uwielbiam czytać!
    Tak mi się właśnie przypomniało, że Scott to mój rówieśnik – dosłownie o jeden dzień jest młodszy ode mnie:) Ja Ci powiem, że Wagi to mają w sobie taki magnetyzm – nieskromnie trochę zabrzmiało, ale to prawda.

  2. ❤ ❤ ❤
    wiesz, jak cię czytam, to trochę jakbym zaglądała przez okno do innego świata
    takiego, który kocham, ale na odległość
    rzadko widuję a się zachwycam
    dzięki tobie poznaję lepiej, mocniej i głębiej
    dziękuję

  3. 🙂 następnym razem po prostu zapytają, czy masz chwile na drinka przed odlotem do kraju „nigdziebądź”, a nad drinkiem padnie pytanie skąd w tobie zacięcie do teatrów na wyspie… gdzie chadzasz jakby były ledwie za rogiem 🙂

    hm… ja to ma w dacie urodzenia sportowców różnej maści – aktor też się trafi jakiś, ale sporadycznie, a w moim roku jest dziura…

    • To tylko 2 godziny podróży – może nie za rogiem, ale daleko też nie 😉 choć następne przedstawienie oglądam po bożemu, w Krakowie. A nie, wróć, w Warszawie. Skąd zacięcie – nie wiem. Kwestia przypadku tak naprawdę. Ja się tam ogólnie dobrze czuję, a poza tym gdy człowiek odkrywa, że coś, o czym przez lata marzył, jest w gruncie rzeczy łatwo osiągalne, to chce więcej i więcej 🙂 Przy czym ze mnie i tak cienki bolek – mam znajomą Rosjankę, która lata do Londynu kilka razy w roku, a jedno przedstawienie widziała coś około 30 razy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s