Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

Reklamy

4 thoughts on “Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

  1. Widziałam koncert życzeń ponad tok temu w Warszawie. To taka sztuka która zostaje gdzieś głęboko w środku – po prostu czasem mi sie przypomina, ot tak, bez powodu, i mam wrażenie ze bedzie sie przypominać przez lata. Miałam okazje stać przy samej aktorce w końcowej scenie – wrażenie niesamowite. I to absurdalne uczucie zeby zrobić krok, i po prostu wyjąc jej z ręki tabletki, i spojrzeć w oczy..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s