Oderint dum metuant

Wybrałam się wczoraj na Cesarza Kaligulę. Jak wspominałam, mam pasjonujące życie. Nie mam nic do lepszego do roboty, to po teatrach latam.

Początek podobał mi się bardzo – talk show z udziałem wyraźnie zagubionego specjalisty od biografii Kaliguli, którego odpowiedzi są całkowicie ignorowane przez przebojowego prowadzącego z zacięciem manipulatorskim – ale później to już różnie bywało. Osobiście uważam, że nic by się nie stało, gdyby troszeczkę ten spektakl skrócić, bo były momenty, gdy myśli mi uciekały, a on nieco traci tempo chwilami.
W sumie to nie bardzo wiem, jak to przedstawienie ugryźć.
Jedno muszę przyznać – bohater tytułowy wzbudził moją sympatię. Tak jest. Sądzę zresztą, że taki był zamysł, uczłowieczyć trochę to owiane krwawymi legendami monstrum. On i Makron, jego prawa ręka i człowiek od brudnej roboty. Elegancka sylwetka, lodowate spojrzenie, nieodłączne skórzane rękawiczki. I jeszcze Sabinus, w okropnie żółtym, ale jakże pięknie skrojonym garniturze (kostiumy są naprawdę, naprawdę pierwsza klasa, kamizelkę Kaliguli sama bym z rozkoszą nosiła, przepraszam za ten zbędny wtręt, ale taka prawda).
Trzeba jednak przyznać, że jest jeszcze jeden dobry aktor w tym spektaklu i jest to sama sala teatralna. Miejsce swoje robi, a scena na Sarego jest miejscem arcyciekawym. Bardzo lubię tam bywać. Kiedyś w tym budynku mieściła się loża masońska – owszem, owszem – i kasyno Oficerów WP Wyznania Mojżeszowego. W tym spektaklu właściwie nie ma scenografii, poza tymi dziewiętnastowiecznymi stiukami. I ekranami, na których możecie obserwować twarze aktorów. Sprawdza się to.

A gdy wracałam w środę z Łaźni, panie podążające za mną na przystanek autobusowy na Placu Centralnym toczyły ciekawy dialog.
– Ale ona strasznie choro wygląda.
– Widziałaś kiedyś aktora, który by zdrowo wyglądał z bliska?…
Publiczność to okrutna jednak jest.
Dziwne niebywale, doprawdy, że aktor wygląda jak człowiek. Że jeden z drugim poza sceną jest kruchy jak laleczka z saskiej porcelany albo zdumiewająco wysoki, nosi jakieś wytarte portki i byle sweterek, nie ogolił się dość dokładnie, nie maluje się, ma zmarszczki pod oczami, wygląda na swoje lata. I cóż z tego. Właściwie to ja nawet lubię widzieć ich „ludzką” stronę, jest w tym coś rozczulającego; coś wspaniałego również, bo wtedy dopiero zauważacie, co z nimi scena robi, jak nieprawdopodobną metamorfozę przechodzą. Jak na ironię, przed Koncertem życzeń wdepnęłam do klubu Kombinator, a tam w kąciku siedziała jakaś niepozorna osoba. Moment „o rany!” nastąpił dopiero po długich sekundach zastanawiania się, kogo ona mi przypomina.

(Dziś natomiast piękna, pierwsza tego roku burza huczała nad Podgórzem – ja się boję burz, a jeszcze bardziej, odkąd jedną przesiedziałam na plecaku na tatrzańskim szlaku, płacząc ze strachu – ale burze wiosnę niosą i wicher wieje, więc dobra nasza).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s