All doors in flight

Wróciłam na chwilę, ale za dni parę kieruję się ponownie na Półwysep Iberyjski, gdzie będę jeść, jeść oraz jeść, a w przerwach ewentualnie pracować. Życie takie ciężkie.

Tak sobie właśnie dziś myślałam, frunąc do domu nad słoneczną Europą, że nie jest źle. Naprawdę nie jest źle. Mam świetną pracę (przypomnijcie mi to przed kolejnym nerwowym spotkaniem), rzucają mnie w różne miejsca świata, spędzam wieczory na testowaniu kulinarnych rarytasów, pan i władca ciągle odbiera moje telefony (bądźmy szczerzy, leży to w jego najlepszym interesie, inaczej nie będzie dostawy wina i słodyczy). Obleci. Byłabym niemożliwie durna, gdybym narzekała – choć oczywiście nie zawsze jest rozkosznie. Za wszystko trzeba zapłacić. Ja płacę, jak wspominałam, samotnością, choć tym razem jest o tyle lepiej, że zespół, z którym teraz pracuję, jest cudowny. Chadzamy wieczorami na zbyt długie kolacje i ogólnie świetnie się bawimy, ale kto nie bawiłby się świetnie w tym mieście?
Wczoraj po pracy polazłam do Mercado de San Miguel – miejsca, które pamiętam z mojej pierwszej wizyty w Madrycie i które jest piekłem i niebem zarazem dla każdego człowieka ceniącego rozkosze podniebienia (jak i cały Madryt zresztą). Macie tam tapas ze wszystkim, co Bozia stworzyła, oraz sangrię w szklankach. Jest to miejsce, w którym można spędzić caluchny wieczór, wpychając w siebie kolejne przekąski mimo mdłości z przejedzenia. A za oknami wytrwale bezchmurne madryckie niebo, gęstwina uliczek i szerokie, ukwiecone aleje, po których samochody pędzą odrobinę zbyt szybko (mój kolega nieco się zestresował, gdy wieczorem wracaliśmy z knajpy taksówką do hotelu, bo zauważył 80 km/h na liczniku w centrum miasta), zapach świeżo parzonej kawy na każdym rogu, olśniewająco przystojni mężczyźni. Ratusz z wywieszonym napisem REFUGEES WELCOME. W Paryżu jakoś nie potrafiłam się odnaleźć, w Madrycie natychmiast poczułam się dobrze. Jedna z jego dzielnic – taka wiecie, cool – nazywa się Malasaña, co mnie zawsze bawiło trochę, bo malasana to też nazwa pozycji w jodze i w dokładnie taki sam stan umysłu jedno i drugie was wprawia. Madryt jest zrelaksowany, w Madrycie ludzie się uśmiechają. Jest ogromny, ale nie przytłaczający. Nie wiem, czy to przez słońce, czy wino, czy przez to, że wszystkich całymi dniami mdli z przejedzenia, ale Madryt jest bardzo wyluzowany. I zaraża tym. Któregoś wieczora w naszym hotelu wysiadła elektryczność. Normalnie by człowiek pomstował. Co zrobiła ekipa? Umówiła się natychmiast przy recepcji i poszła do knajpy za rogiem. Fenomenalnej zresztą. Jeśli w menu stoi zagadkowa pozycja pt. „słoik z ziemniakiem, jajkiem i truflą”, istotnie dostajecie słoik z ziemniaczanym puree, jajkiem na miękko i płatkami trufli do samodzielnego wymieszania (gdyby słowo „trufla” kojarzyło się wam ze słowem „drogie”, to nic z tych rzeczy, nie tutaj) i płaczecie ze szczęścia, a jeszcze deser, mus z gorzkiej czekolady podany w sporej misce, omatkobosko… i szef kuchni wygląda tak… Taki ten Madryt jest. Zgroza.

Ale poza tym, proszę ja was, to chyba się starzeję. I już nawet nie dlatego, że ostatnio ze zgrozą liczyłam siwe włosy w grzywce. Ja się po prostu staję socjopatą jakimś. Im jestem starsza, tym bardziej nie lubię ludzi. Coraz bardziej mnie męczą. A dziś na ten przykład, po raz pierwszy w życiu zwróciłam kobicie tarasującej przejście przez długie minuty, bo przecież trzeba przedyskutować z mężem, kto będzie siedział przy oknie, upychać pedantycznie wszystkie swoje liczne klamoty w schowku i poprawiać włosy – AAAARGHH! Wstałam o piątej i mam krótką przesiadkę, babo! I PMS takowoż! Chcę usiąść na moim siedzeniu, dostać moją nieśmiertelną bułę z tartą marchewką i polecieć do domu! Nie wytrzymałam wreszcie i poprosiłam kobitę, żeby choć nieco się przesunęła. Rzuciła mi Spojrzenie, ale ku uldze mojej i całej kolejki za mną łaskawie zabrała swą osobę z przejścia.
Nie znoszę tego. Całym swoim człowiekiem nie znoszę, gdy ktoś kompletnie nie zwraca uwagi na istnienie innych ludzi w jego przestrzeni. Zwłaszcza w podróży tego nie lubię. Nie lubię stania po obu stronach ruchomych schodów, nie lubię, gdy kto się snuje, jakby miał ciśnienie 50/30 i w taki sposób, że nie można go wyminąć, nie lubię zajmowania cudzych miejsc. Jeszcze parę takich by się znalazło. Powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym nielubieniu osamotniona i nie zmieniam się w zrzędliwą starą babę.
Niestety dotyczy to nie tylko przypadkowych maruderów spotkanych w drodze.
Coraz częściej z pewnych relacji się wyłączam. Nie chce mi się żebrać o kontakt. Sama popełniłam parę okropnych błędów w relacjach międzyludzkich, przyznaję, ale nie mam już siły na pytanie po raz wtóry, czy ten i ów ma chwilę w weekend. Nie ma? Trudno.

Reklamy

6 thoughts on “All doors in flight

  1. nie jesteś osamotniona.
    i też coraz częściej mówię ludziom, jeśli coś mnie drażni.

    Madryt jest piękny. wróciłabym tam na trochę.

  2. „Coraz częściej z pewnych relacji się wyłączam. Nie chce mi się żebrać o kontakt. Sama popełniłam parę okropnych błędów w relacjach międzyludzkich, przyznaję, ale nie mam już siły na pytanie po raz wtóry, czy ten i ów ma chwilę w weekend. Nie ma? Trudno.”
    TAK!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  3. Nie chce mi się żebrać o kontakt – tak 🙂 I w dodatku – to bardzo dobrze! Ale jeśli chodzi o ludzi – oni nie zawsze wiedzą, że komuś przeszkadzają, serio 🙂 Jeśli są normalni, to nie rzucają Spojrzenia, tylko się grzecznie usuwają, zazwyczaj spłonieni. Przynajmniej ja tak mam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s