Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Reklamy

3 thoughts on “Porta Nuova

  1. Macie, macie pojęcie. I na dodatek zostaliscie kiedyś w na Krabi bez plecaka, bo utkwił w Bangkoku. I to bez zestawu przetrwalnikowego. Nic to to, płyn do szkieł kupiłam i strój kąpielowy. I przetrwałam 😉

  2. Ale a propos, przy okazji tego wypadku dowiedziałam się – 10 lat po wszystkich – że szkła kontaktowe i płyn do nich są traktowane jak lekarstwo, ergo nie trzeba ich w woreczek pakować. Trochę poniewczasie, ale lepiej późno niż później.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s