Atlantis is calling

Twarzoksiążka przypomniała mi dziś o dwóch wydarzeniach z przeszłości. Zwykle przewracam oczami na widok tych przypominajek – budzą we mnie odczucia podobne do tych, które dręczą człowieka, gdy czyta swoje pamiętniki z czasów nastoletnich (tu wstawić wzdych zażenowania). Czasami jednakowoż dają do myślenia. Jedno z tych wydarzeń już w przeszłości pozostanie, nie mam co do tego złudzeń (miałam jeszcze niedawno, ale pozbyłam się – jestem ostatnią osobą, która powinna uczyć innych moralności, niemniej nie znoszę podwójnych standardów i postępowania wbrew temu, co się deklaruje, ba, radzi pozostałym ludziom). Drugie, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, nie tylko się ciągnie, ale ewoluuje. Gdyby twarzoksiążka przyjmowała zakłady w czasie, gdy oba zdarzenia miały miejsce, obstawiłabym odwrotnie. Stwierdziłabym, że to pierwsze wywrze na mnie wpływ trwalszy i silniejszy, a drugie będzie pojedynczą radością, o której szybko zapomnę. Stało się inaczej. Nihil novi sub sole – wiele rzeczy, o których myślimy, że są na zawsze, znika w ciągu kolejnych 365 dni. Plany, miłości, przyjaźnie, zainteresowania, you name it. Tymczasem te pozornie zwiewne jakimś cudem ukorzeniają się w naszym życiu na dobre.

Przede mną pierwszy weekend w całości we własnym domu od ponad trzech miesięcy. Dziwne. Nie wiem, co ze sobą zrobię – poza tym, rzecz jasna, że muszę dziś zrobić pranie lub dwa i pozbyć się pajęczyn w mojej zapomnianej przez Boga i ludzi kwaterze głównej, a w niedzielę się spakować. Jeśli wszak sądzicie, że rozważam pomysły typu „wbiegnę na kopiec Kościuszki” lub „przygotuję deser Pavlova, bezglutenowy”, lub ewentualnie „pomaluję sufit w arabeski metodą suchego pędzla” (w sumie to by się przydało, jak tak na niego patrzę…), to jesteście w błędzie, w błędzie mylnym nawet. Zamierzam ograniczyć zużycie energii do minimum. Świetnie zaczęłam, bo zaległam w wannie z biografią Peggy Guggenheim (znakomitą, nawiasem mówiąc – ech, w idealnym świecie człowiek zajmowałby się byciem dziedziczką, romansowaniem z artystami i kolekcjonowaniem dzieł sztuki w swoim weneckim palazzo, ale niestety coś poszło grubo nie tak). Odkurzyłam moją kawiarkę i dość rozczarowałam się produktem końcowym; jednak trzy miesiące picia małej i upiornie mocnej kawy zrobiły swoje – ciekawe, czy już mam nadciśnienie… Tak czy inaczej, są na dziś filmy do obejrzenia, jest kolejny odcinek radiowego salonu fryzjerskiego do wysłuchania. Muszę również odrobinę zamordować pana i władcę, ale poczekam do wieczora. Spokojnie, tak go zamorduję, żeby jeszcze trochę pociągnął.

Powrót do biura był dość zabawny. Dziewczę w zagródce obok, które najwyraźniej dołączyło podczas mojej bytności tu i tam, wyciągnęło do mnie rękę.
– O, my się nie znamy. Jesteś nowa?
– … Nie, ja tu pracuję od dwóch lat, tylko rzadko bywam.
(Przez chwilę poczułam się jak ten gość z IT Crowd, co go trzymali zamkniętego w serwerowni i nigdy nie wyłaził).
Lub też kolega.
– Boże drogi, nie zauważyłem cię! Przepraszam! Zapomniałem, że przy tym biurku w ogóle ktoś siedzi!
Tak reagują ludzie z pracy. Cóż rzec o znajomych. Niektórzy myśleli, że ja się na dobre wyprowadziłam. Aż tak łatwo nie da się mnie pozbyć.
Rzekła autorka, po czym poszła załadować kolejną porcję prania. W poniedziałek odezwie się z krainy Teutonów. Co prawda nie mają tam Aperolu i język nie tak znów śpiewny, ale mają Apfelwein. Przetrwamy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s