Quadratisch, praktisch, gut

Jestem w domu i przynajmniej przez miesiąc donikąd się nie wybieram. Grand Tour zakończone.
Przyleciałam do Krakatau bardzo wygodnie i spokojnie, acz znowu otrzymałam na pokładzie bułę z tartą marchewką – nienawidzę, choć z drugiej strony jej widok jakoś mnie uspokaja, są pewne rzeczy niezmienne na tym łez padole. I zaobserwowałam panią, w moim wieku i raczej trzeźwą, która parła przez cały samolot, by zapytać stewardes w ogonie (gdzie zwykle się bunkruję – lubię latać w ogonie, co poradzę), gdzie jest rząd szósty. Cóż, przed rzędem numer dwadzieścia pięć, dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy…

Zakończyłam tournee, siedząc w taksówce w korku sakramenckim i słuchając radia Vox FM, z którego ćwierkał wesoły prowadzący i puszczał kolejne wesołe piosenki disco polo. Nie podzielałam jego radości. Zapytałam taksówkarza, czy mógłby zmienić stację. Nie usłyszał chyba.

Dziwne. Z jednej strony się cieszę, bo moje życie stanie się odrobinkę bardziej uporządkowane na nowo. Pomieszkam sobie trochę w domu. Z drugiej – daję sobie głowę uciąć, że najdalej za cztery tygodnie tyłek znowu będzie mnie świerzbieć. Ale och, wtedy przecież wyjeżdżam na urlop, więc nie ma problemu. Co nastąpi później – nie wiem, sytuacja jest dynamiczna. Za to szefostwo pochwaliło bardzo moje gościnne występy w Mediolanie, zatem chodzę dumna i blada.
Dużo toczyłam rozmów w ostatnich tygodniach o tym, ile można w taki sposób funkcjonować i jak to się przekłada na życie prywatne. Otóż całkiem w porządku się przekłada. Sądziłam, że będzie gorzej. Oczywiście faktem jest, że akurat moje życie prywatne jest bardzo elastyczne i łatwo je dopasować do rzeczywistości. Albo może raczej odwrotnie, nie wiem.

I cóżem zrobiła, wróciwszy na dobre.
Same fascynujące rzeczy. Wyprałam wszystko. Popierałam ubeckie protesty i irytowałam się polityką. Kupiłam bilety do teatru (nie ma szans, żebym tego nie zobaczyła) i do innego teatru (wcale nie chciałam na początku, ale zobaczyłam zdjęcia i poszło… ze mnie to jednak człowiek prosty, wystarczy mi golasa pokazać i już zadowolona; oczywiście tuż po zakupie przeczytałam świeże recenzje, umiarkowanie entuzjastyczne, ale cóż, takie moje szczęście). Rozdzieliłam prezenty i zamówienia – w tym wegańskie bezglutenowe czekoladki Ritter Sport. Wegańskie bezglutenowe. Świat się kończy. Ja tam dla siebie kupiłam tę ulubioną od dzieciństwa, gdy jeszcze przybywały w paczkach z Enerefu – z rumem i rodzynkami.
Nie wiem tylko, kto mi to pranie z pralki wyjmie, a tym bardziej rozwiesi, ponieważ upiornie boli mnie kręgosłup – pojęcia nie mam, od czego; co prawda ciągałam te moje toboły w miniony piątek, ale miałam czas odpocząć, zatem nie wiem, skąd ta nagła, skądinąd dobrze mi znana atrakcja. Dopuszczalne pozycje są ograniczone – chodzenie jest okej. Siedzenie w nienaturalnym skręcie albo głębokim odchyle jest okej. Wstawanie z krzesła jest bardzo nie okej, jako i leżenie na wznak. A jutro mam trwającą trzy godziny telekonferencję. Na samą myśl boli bardziej.

Nic to.
Czekając, aż przybędzie rycerz na białym koniu celem rozwieszenia mojej bielizny, przeczytałam w Guardianie artykuł o otwartych związkach i trochę się skrzywiłam. Nie dlatego, że potępiam, bo przy mojej biografii musiałabym być wyjątkową hipokrytką. Jest mi całkowicie obojętne, czy ktoś sypia z dziewczyną, z chłopakiem, z dziewczyną i chłopakiem, z dwiema dziewczynami, z trzema chłopakami albo z nikim w ogóle, bo go to nie kręci. Ich sprawa, jak się dogadają. Pod warunkiem, ma się rozumieć, że istotnie się dogadają i że nikt nikomu nie będzie robił koło pióra, nie szukał dodatkowych wrażeń w sekrecie. A przede wszystkim siebie samego nie oszukiwał. Żeby było uczciwie i z szacunkiem dla wszystkich zaangażowanych – i w relacjach czysto łóżkowych (choć jestem zdania, że takie na dłuższą metę nie istnieją) i w tych, w których stawka jest nieporównanie wyższa.
ALE.
Ja naprawdę zdecydowanie nie trawię dorabiania ideologii do wszystkiego. Jestem wielką zwolenniczką prostych komunikatów. I w tymże tekście zmęczył mnie pretensjonalny i, hm, lekko protekcjonalny ton autorki, trochę próba ubierania swoich preferencji seksualnych i/lub miłosnych w filozoficzne wdzianko. Nie cierpię tego. Nie tylko w tej sferze, w każdej. Nieważne, czy chodzi o frutarianizm, zamiłowanie do wysokich obcasów, poglądy polityczne. Jeśli coś lubisz i robisz to, bo tak właśnie lubisz, z pełnym i głębokim przekonaniem, że to ci pasuje, to naprawdę wystarczy. Tak lubię i tyle. Nie potrzeba dalszych falbanek słownych, kwiecistych akapitów, ani tłumaczenia się, ani reklamowania. Jestem sobie, jaka jestem. Zaprawdę nie muszę udowadniać, że to fajne i cool. Mnie jest z tym dobrze. Mojemu partnerowi czy partnerce, czy partnerom jest ze mną dobrze. Albo nie jest, bo nikogo takiego nie ma, bo nie czuję potrzeby, by był. Wszystko w temacie. Bogiem a prawdą, ilekroć ktoś próbuje dopisywać wielką filozofię do własnego życia seksualnego czy seksualności w ogóle, czuję się zaniepokojona i mam ochotę mu powiedzieć: ej, po prostu powiedz, jak jest. Albo nie mów wcale, bo naprawdę nie musisz. Jest OK. Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje. Inna sprawa, że poznałam w swoim długim życiu towarzyskim całkiem sporo osób, które miały bardzo dużo do powiedzenia na temat swojego podejścia do związków i/lub rozwiązków, ale ze stosowaniem tego w praktyce miały jednakowo duży problem – jakoś ta piękna filozofia rozmijała się z wykonaniem. I to również w kwestiach tak fundamentalnych jak uczciwość wobec strony drugiej, trzeciej, czwartej czy której tam z kolei. Dlatego właśnie uważam, że czasami lepiej mówić mniej. Okazywać, jak najbardziej. Ale słowa w nadmiarze często, zwłaszcza na tak subtelnych i intymnych płaszczyznach, robią więcej szkody niż pożytku. Ludzie mają różne spojrzenia na miłość, różnie ją wyrażają, różnie ją uprawiają. To normalna sprawa. Toteż nie zrozumcie mnie źle. Jestem całkowicie za pełną otwartością, natomiast poważnie męczy mnie i rozbawia niekiedy trend tytłania wszystkiego, od przyprawiania zupy po seks, w nieznośnej lifestyle’owej panierce.

Reklamy

8 thoughts on “Quadratisch, praktisch, gut

  1. „Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje.” – mam to samo. Odnoszę wtedy wrażenie, że nie jest tak różowo, ale ktoś robi sobie „słodkie cytryny”.

  2. tak bardzo podpisuję się wszelkimi kończynami.
    (a co do tego niewybierania się nigdzie, to osoba coś ściemnia, bo jak chce być w Trójmieście do końca sierpnia, nie ruszając się z Krakowa przez miesiąc?;))

  3. Uuùu, sprawa kręgosłupa mnie zasmuciła, gdyż jak mniemam wiek mój starczy mówi mi szanuj swój kręgosłup kochana. Co do spraw miłisnych dajtycznie to sprawy intymne i ważnw aby uczciwe były i tyle…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s