Gezellig

Troszeczkę wieje, co?
Osobiście uwielbiam, gdy wieje, a w Krakowie to już w ogóle ludzie nie posiadają się ze szczęścia, gdy słyszą w radiu, że idzie orkan czy huragan, czy cokolwiek w ten deseń, albowiem oznacza to, że powietrze będzie pachniało powietrzem, a nie czyimiś spalanymi właśnie w piecu odpadkami, skarpetkami lub zwłokami.
Moja miłość do wietrznej pogody jest powszechnie znana, niemniej tym razem modliłam się, by wiater oddalił się do rana, bo rano miałam samolot. Tak. Gdy jeszcze  słodko spaliście, autorka siedziała na lotnisku. Dawno na żadnym nie była. Całe dwa tygodnie. Problem w tym, że na krakowskim lotnisku, choć stało się ono bardzo ładne i nowoczesne, przed piątą rano wszystko jest pozamykane (w każdym razie nie znalazłam żadnej otwartej kawiarni) i siedzi tam człowiek, czując, jak porasta mchem.
Wiatr wcale nie zelżał jakoś bardzo, więc przez pierwszy kwadrans podróży nerwowo wpijałam paluszki w fotel, ale potem się uspokoiło, podano mi upragnioną kawę i życie stało się bardziej znośne. Poprzedni tydzień był okropny, stresujący jak cholera i z lekkim przestrachem myslalam o tej podróży, ale o dziwo (nieprawda) w drodze poczułam się dużo lżej. Na miejscu też.

Lubię ten kraj. Może jest nieco płaski, może mokry, może język brzmi, jakby mówiący się dusił. Ale ludzie mili. Mężczyźni przystojni i wysocy niemożebnie (to nie moje złudzenie, podług statystyk Holendrzy są najwyższym narodem na świecie) – łatwo się tu poczuć jak niewyrośnięty krasnal. Przeszłam się wieczorem na mały spacer, tylko po okolicy hotelu – w knajpach gęsto od ludzi, znajomy ostry zapach w powietrzu, dzwonki rowerów, ktoś łódką płynie po kanale. Takie wdzięcznie kameralne miasto.
Wróciwszy do hotelu, zrzuciłam z siebie z wielką ulgą ubranie, podeszłam do okna i natychmiast odskoczyłam odeń, gdyż odkryłam, że wychodzi na hotelowe patio, po którym chodzą goście. Cóż. Niby nikt mnie tu nie zna, ale już zbyt wielu ludziom w życiu niechcący błysnęłam biustem po oczach.

A teraz pozwolą państwo, że zanurzę się w pościel, bo wstawanie o trzeciej w nocy i praca przez cały dzień mogą człowieka nieco umordować. Hotelowe poduszki natomiast to jedna z największych radości życia. No nie?

Reklamy

5 thoughts on “Gezellig

  1. Dostałąm kiedyś liścik do skrzynki. Od niejakiego Pana Władka. Pisał, że ubi podziwiać moje wdzięki i jeśli chciałabym się umówić na kawę, albo na zgoła coś innego, to tu jest jego numer telefonu.

      • Ja właśnie też, a teraz po przeprowadzce mam jeszcze bliżej do sąsiadów, więc muszę się zacząć trochę bardziej pilnować. A Waldek, to chyba musiał z lornetką siedzieć…

  2. W poniedziałek lądowałam na Okęciu w ten wicherek, nooo, ciutkę szarpało😬

    Poduszkę kocham tylko swoją i jeżeli to możliwe, zabieram ze sobą.

    • Ja ten wicherek pokonywałam w przeciwnym kierunku, acz pan kapitan uprzedził lojalnie przed startem, że będzie rzucało. Pan kapitan okazał się zresztą typowym Holendrem, trzy metry wzrostu (czy oni tak rosną na tych śledziach, frytkach i goudzie?…), płowy, uśmiech od ucha do ucha, zatem przebaczyłam. Niby mam kursy paralotniowe za sobą i wiem, że to normalne, że powietrze się rusza, ale na starość jakiś cykor mnie ogarnia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.