Białe linie

Niewiele rzeczy tak irytuje, jak sprawdzanie służbowej poczty w weekend. Musiałam, bo jutro wyjeżdżam (tiaaa…), a adres biura na miejscu wyleciał mi z głowy. Coś mnie podkusiło, by mail od nadszyszkownika przeczytać – wysłany, jakże sprytnie, w piątek, gdy byłam już poza biurem, żebym wkurwiła się dopiero w poniedziałek. Nie znoszę takich zagrań, zwłaszcza gdy dotyczą spraw, które jednak porządniej byłoby zakomunikować w oczy. Ale to standard w tym wykonaniu.
Mniejsza o to.
Pan i władca pewnie rzekłby „Oleńko, olej” i to właśnie zamierzam zrobić.

Byłam wczoraj w Teatrze Śląskim, na Sztuce (jakie piękne, świetliste te moje Katowice się zrobiły!). Owszem, widziałam tę sztukę wcześniej, w dalekim kraju i z inną obsadą. Tamta wersja podobała mi się nieco bardziej – chyba dlatego, że była prościej, oszczędniej zagrana; nie jestem fanką nadmiernej afektacji, a na naszych scenach zdarza się czasem obserwować emfazę i wyolbrzymianie gestów, zamiast powściągania ich. I to czasami brzmi nienaturalnie. Co nie zmienia faktu, że jest to znakomicie napisana rzecz, rzecz dla trzech różnych aktorów o różnej ekspresji, rzecz opisująca historię przyjaciół, których wieloletnia relacja zostaje wystawiona na ciężką próbę po tym, jak jeden z nich dokonuje osobliwego zakupu.
Kupuje obraz.
Biały.
Za straszne pieniądze.
Może ze snobizmu, jak podejrzewają kumple, którzy uważają, że oszalał, a dzieło jest niewiele warte. Może dlatego, że naprawdę mu się podoba (choć cóż w tym do podobania się – białe linie na białym tle!). Trudno powiedzieć. W każdym razie coś sprawiło, że postanowił wydać szaloną kwotę. Niby jego sprawa, a jednak ten właśnie obraz sprawia, że wieloletnia przyjazń chwieje się w posadach i przez chwilę nawet wydaje się, że z powodu głupiego płótna na dobre się rozpadnie. Ale nie chodzi tylko o płótno. Nagle bowiem wyłazi cała masa skrywanych pretensji – jeden przyjaciel serdecznie nienawidzi żony drugiego. Drugi uważa, że wielkoświatowe aspiracje pierwszego zniszczyły ich przyjaźń, bo poczuł się odtrącony. Trzeci żeni się z kimś, kogo nie kocha, żeby wreszcie reszta towarzystwa przestała drwić z jego nieudacznictwa.
Yasmina Reza pisze wyśmienite, gorzko ironiczne sztuki o drobiazgach, które urastają do rangi wojen i tragedii tylko z powodu ludzkiego uporu, zjadliwości, egoizmu, chęci zaimponowania – albo niechęci do urażenia kogokolwiek, niechęci do zajęcia stanowiska, żeby wszystkim było miło. I mimo, że to pozornie tylko komedia o gościu, który kupuje bohomaz, żeby cieszyć się jego „wibracjami”, to w gruncie rzeczy seria pytań. Czy mamy prawo oceniać czyjeś wybory – w sprawach banalnych i mniej banalnych? Czy mamy prawo mówić komuś, że to, co bardzo chciał mieć i wreszcie ma, jest nic nie warte? Czy możemy zawsze zachowywać wygodny dystans i unikać konfliktów za wszelką cenę?… Przypomina mi się słowo kiedyś namiętnie używane przez jednego z moich wykładowców, a doskonale pasujące do przesłania tej sztuki – paralaksa. To, co widzisz, wygląda inaczej z innego miejsca. Może zatem warto czasem uznać, że to, co dla mnie jest badziewiem, dla kogoś jest bezcenne. Coś, co ja uważam za zbędne całkowicie, komuś jest potrzebne.

Oczywiście jako znana w pewnych kręgach „kolekcjonerka” „sztuki” chichotałam w tych miejscach, w których nikt inny się nie śmiał. Norma.
(Nawiasem mówiąc, mój ulubiony ahtysta wczoraj wyprowadzał lisa – prawdziwego lisa – z teatru, bo się lisek zaplątał. I widzimy się znów za dwa tygodnie. Ale to tylko taki wtręt. W ogóle się nie cieszę).

Tom się nagadała. Świtem natomiast do Wrocławia. Oddam się za bilet na Makbeta w Capitolu, gdyż brak ich w dniach, gdy tam będę.

Reklamy

5 thoughts on “Białe linie

  1. matkobosko,
    po pierwsze: podczytuję Cię od końcówki liceum, to już (omammmo!) 10 lat będzie, i przez cały ten czas nieprzerwanie myślałam i byłam święcie przekonana, że Ty jesteś Małgorzatą. ?&#&@*?
    dwa, co do oceniania cudzych decyzji i wyborów, to od ostatniej dyskusji ze znajomymi, w której to niekoniecznie najbliższa, ale jednak dosyć bliska mi osoba próbowała pytaniami wskazać mi podpowiedzi, co i gdzie robię ze swoim życiem nie tak (trochę z troską, a trochę z przekonaniem, że na wszystkie problemy są sposoby i że ona je zna, więc niech no ja posłucham i pomyślę, bo przecież w ogóle tego nie robię…) i w konsekwencji co zrobić powinnam, mnie namiętnie tłucze się po głowie myśl, że świat byłby serio całkiem miłym miejscem, gdybyśmy się wszyscy od siebie wzięli i zwyczajnie odpierdolili.
    … co tak do końca na temat pytania zawartego w tej notce nie jest, ale skoro już ta kwestia imienia mnie sprowokowała…
    serdeczności, Scarabee!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s