I feel it in my fingers, I feel it in my toes

Darzę wielką miłością pracowe spotkania wigilijne.
Żart.
W poprzedniej pracy były w miarę okej, bo ekipa mała i bardzo zżyta, w tej to dla mnie raczej obowiązek. Nie czuję się jakoś szczególnie związana z tym koleżeństwem (i szczerze pisząc, nie mam potrzeby jakoś bardziej się integrować, choć ludzie są bardzo mili). Niemniej jak wiadomo, czasem trzeba się pouśmiechać i powymieniać uprzejmości, więc poszłam. Rozmowa przy korzennym śledziku, zgodnie z oczekiwaniami, dotyczyła głównie niczego – trochę o śniegu, trochę o smogu, trochę o lepieniu uszek. Wreszcie, siłą rzeczy padło na noc sylwestrową.
– Wyjeżdżam – odpowiedziałam. Bo taka prawda. Sylwestra spędzam tam, gdzie w ubiegłym roku. Wracam w noworoczne przedpołudnie.
– Ale że sama?
– No… tak. Mój, eee, chłopak wtedy pracuje.
– Ojej, a to przykre. A co robi?
Aj, mój błąd. Pan i władca, widzicie, ma dość specyficzną pracę, zdaniem jednych superfajną, zdaniem drugich okropną, zdaniem moim nie mówmy o tym, bo się zdenerwuję, w każdym razie budzącą zainteresowanie. W każdym razie zwykle gdy mówię ludziom, czym się zajmuje, w odpowiedzi nie słyszę typowego uprzejmego „ahaaa…” (jak w moim przypadku) lub „czyli właściwie co?” (jak w moim przypadku). Nie nie, ludzie zwykle chcą wiedzieć więcej. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, ale przychodzi taki moment, gdy już nie chcę mówić więcej. Wczoraj moje przesłuchanie trwało dobre pół godziny i sprawiło, że czułam się jak smażona na patelni.
Może to dziwne, ale ja nie lubię o nim mówić, niezależnie od tego, za jak wspaniałą i przystojną istotę go uważam. Niepytana raczej o gamoniu nie opowiadam, a zapytana staram się możliwie szybko zmienić temat – może to też z powodu niegdysiejszych przykrych doświadczeń, gdy ktoś uznał, że ma prawo do oceny moich inwestycji uczuciowych i dość mocno mnie tym zranił. Na tyle mocno, że był to ostatni raz, gdy tę osobę widziałam. Zadra powstała wskutek tego sprawiła, że stałam się może nadmiernie dyskretna. Z drugiej strony ja ogólnie nie lubię rozprawiać o moim życiu prywatnym, bo uważam, że dla osób, z którymi moje związki są raczej wątłe lub czysto zawodowe, nie powinno to mieć najmniejszego znaczenia. Ani nie chcę im się spowiadać, ani też nie jestem zainteresowana słuchaniem ich historii. No niestety. Ja nie z tych, z którymi można urządzić sobie ploty o facetach. Jest tyle ciekawszych tematów. Oj, wróć, to kiepsko zabrzmiało. Jest tyle INNYCH tematów.

Dziś dla odmiany poszłam po pracy na zakupy świąteczne, bo prezentów zero. I to był drugi błąd.
W przyszłym roku kupię w październiku.
Udało mi się kupić jeden prezent dla mamy, nie jestem zeń do końca zadowolona, ale jako że w tym dzikim tłumie poirytowanych ludzi zaczęło kręcić mi się w głowie, szybko uciekłam do domu. Na tarczy, znaczy. Jutro, ewentualnie w sobotę rano trzeba będzie podjąć kolejną próbę… chyba że do tego czasu znajdę w mieszkaniu coś, co mogłabym owinąć w ładny papier i podarować.
(Dobra, udało mi się też kupić dwie książki, bo akurat w księgarni nie było kolejki. Obie dla siebie. Jestem nędznym człowiekiem).

Reklamy

6 thoughts on “I feel it in my fingers, I feel it in my toes

    • Więc właśnie. Niestety przez prawie cały listopad i pół grudnia nie było mnie w domu, więc musiałam podjąć i zakończyć misję prezentową tuż przed deadline’em 🙂

  1. Bardzo Cię rozumiem w temacie „życie prywatne”.

    Prezent mężowi kupiłam wczoraj. Czekał przed domem handlowym😉 Córce – w mojej szafie jest półka z zabawkami, książkami, które wciąż kupujemy, chowamy, następnie powoli wyciągamy, tzn. coś wybrałam i zapakowałam.
    Mama i babcia dostały pocztą coś sentymentalnego, co co roku zamawiam online. Pocztą, bo zostajemy tu.

    Odpocznij.

  2. No weź PC nie pisz ściemy – da się z Tobą pogadać o facetach 🙂 🙂 i nawet się nad nimi po rozpływać… w zachwycie rzecz jasna… Taki weźmy na to Tom Ellis, albo kilku innych, albo ten od ptaszków węglem malowanych … przecież można by było całą noc przy kolejnych lampkach wina o nich rozprawiać 🙂 🙂

    • Hm. Bo to jest tak – moja chęć do rozmawiania o kimś/rozpływania się nad kimś jest odwrotnie proporcjonalna do mojego stopnia zażyłości z tymże. Przy czym też czymś innym jest zachwyt nad czyimś nosem, a czymś innym streszczanie biografii. Natomiast zawsze im bardziej stopień zażyłości rośnie, tym bardziej spada ochota do rozmów o delikwencie. A już rozkmin okołomęskich wybitnie nie trawię. Oczywiście, zdarzały się, ale wyłącznie z bardzo dobrymi przyjaciółkami i tylko w sytuacjach kryzysowych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s