All the small things

Mój ulubiony Niemiec podwiózł mnie w środę do domu. Miło, że zatroszczył się, bym nie wracała zbiorkomem w taki przyjemnie lutowy wieczór. Jechaliśmy w śnieżnej brei (osobiście wolę piękne śląskie słowo „ciaplyta” – ono tak doskonale oddaje istotę rzeczy, co prawda ono właściwie oznacza błoto, ale moja urodzona w Szopienicach po sąsiedzku z niejakim Kazimierzem Kutzem babcia używała tego pięknego słowa na określenie wszystkiego, w czym buty toną), zawiei i zamieci, więc jechaliśmy długo, to i mogliśmy sobie pogadać. O niczym wielkim – planach na wakacje, knajpach. Bardzo mi takiej sympatycznej, momentami nieco złośliwej gadki-szmatki brakowało.
– Zdążymy na pomarańczowym.
– To już było czerwone.
– Ciemnopomarańczowe…
– A wiesz, raz przechodziłam na czerwonym świetle i złapała mnie policja. Dawno temu.
(W Nowej Hucie, o dwudziestej trzeciej, w pobliżu nie było żywego ducha ani samochodu – poza tym jednym, radiowozem, z którego szeroko uśmiechał się do mnie policjant, i uśmiechał się tym szerzej, im głośniej wypowiadałam w myślach dobitne „szlaaaag…”).
– Oho, żyjesz na krawędzi. I co? Zapłaciłaś mandat?
– Nie. Rozpłakałam się i powiedziałam, że się zgubiłam.
True story. Zresztą naprawdę się wtedy zgubiłam.
Ulubiony Niemiec podrzucił mnie pod same drzwi niemal, bo to dobry człowiek jest. Ostatnie metry w brei (ciaplycie), zawiei i zamieci pokonałam pieszo, nie czując nawet zimna czy śniegu oblepiającego mi powieki, bowiem miałam przed sobą rozkoszną perspektywę nabywania biletów. To moja ulubiona czynność, jak wszyscy wiedzą. Jakie masz hobby? A, bilety kupuję.
Mogłam sobie na ten nieoczekiwany eksces pozwolić, albowiem dostałam premię, co mnie samą zaskoczyło wielce, bo nie sądzę, żebym faktycznie na nią zasługiwała jakoś bardzo. Bądźmy szczerzy, przez ostatnie miesiące byłam daleka od pełni sił. I wiem, że to wpłynęło na moją pracę. Nie było szans, żeby nie wpłynęło. Szczęście w nieszczęściu, że trafiłam na ludzi, których mój nagły zjazd formy zaniepokoił na tyle, że się zainteresowali, zamiast cmokać z dezaprobatą nad moim spadkiem produktywności. Nadal się dziwię, jak wiele ludzie widzą, jeśli oczywiście widzieć chcą – bo smutna prawda jest taka, jak przekonałam się przy okazji, iż wielu uporczywie nie chce zauważyć tego, że ktoś wyraźnie nie funkcjonuje jak dotychczas, że zachowuje się jakoś dziwnie. I to wcale nie pomaga. Uczulam, ladles and jellyspoons – gdy widzicie, że ktoś jakby przestał być sobą, to ma to przyczynę. Nie musicie robić za terapeutę, ale najmniejszy głask jest na wagę złota. Nie chodzi o to, by współczuć czy klepać po ramieniu, ale żeby po prostu dać komuś sygnał: hej, jestem tutaj.
Kupiłam zatem bilety (Jeremy Irons to w końcu Jeremy Irons, prawda, a jego sceniczna partnerka, Lesley Manville, ma podobno duże szanse na Oscara, więc nie ma to tamto – poza tym mój stary znajomy, Ian McKellen, wraca na West End i spędziłam wczoraj ponad dwie godziny w cholernej internetowej kolejce, ale mam; co prawda nie sposób było wybrać miejsc, a tylko przedział cenowy, więc pewnie będę siedziała w korytarzu, niemniej darowanemu koniu – królestwo za konia, oj wróć, nie ta sztuka – w zęby się nie zagląda). Dobrze jest mieć coś przed sobą. Zresztą nie tylko to mam przed sobą, bo marzec zapowiada się atrakcyjnie. Nie tylko dlatego, że w marcu pan i władca obchodzi urodziny – liczby świeczek na torcie nie ogarniam, ludzie tyle nie żyją. A jeśli żyją, to z pewnością tak nie wyglądają. No, ale on jakoś się trzyma, siedzi właśnie w tych swoich górach (gdzieżby indziej) i wysyła mi lubieżne esemesy. Nieźle, jak na takiego grzyba. W każdym razie marzec powinien być w porządku.
Zakończywszy sprawunki, odkryłam w telefonie wiadomość od mojego kolegi, którego sama onegdaj przyjmowałam do pracy. Kontakt utrzymujemy raczej od święta, ale napisał do mnie, czy przypadkiem chciałabym bilet do opery, bo on wie, że dzielimy zamiłowania. Chciałam, ale nie mogę, bo tego dnia podróżuję, niemniej ucieszyłam się bardzo, że pamiętał. Następnie odkryłam także, że PBS emitujący za wielką wodą „Victorię” udostępnił podcasty z udziałem obsady, w tym człowieka, którego żarliwie nienawidzę (a w lipcu stuknie pięć lat, odkąd go po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam – kto by pomyślał, co się wydarzy w tym czasie?). Zawsze miło posłuchać tego warkotliwego głosiku i uroczo okrągłego akcentu, i gulgotu, ma się rozumieć. I „that’s alright”, oczywiście.
A wczoraj, proszę państwa, było moje ulubione święto. Żadne tam gwiazdki, walentynki, majówki, nie – kocham Tłusty Czwartek i zawsze będę kochać. Wrąbałam tylko jednego pączka, nad czym boleję, ale wyczytałam, że gdzieś w Krakowie podają pączki nadziewane lodami i niniejszym mam plan na weekend.
A dziś jest już piątek, nawet piątkowy wieczór. Jutro idę do teatru – szok i niedowierzanie, prawda?
Przetrwałam tydzień. Był to tydzień, w którym nie nastąpiła żadna rewolucja, ale tydzień zwyczajnie pogodny, dzięki drobiazgom, które mi się przydarzyły. Dzięki człowiekom, które były dla mnie miłe. Był to też tydzień, w którym byłam spokojna, więc dobra nasza.
Dałyśmy radę, stara.

Reklamy

4 thoughts on “All the small things

    • Bo ja tak muszę sobie wmawiać, jak w „Samych swoich” – jak się napatrzę, to tak nienawidzę, że strach. Nie działa 😀 Jak kiedyś napisałam, gdyby ten koleżka zasugerował, bym napadła na bank, przytaknęłabym i poleciała napadać.

  1. Mam przyjaciela, urodzonego pesymiste , ktory moglby byc autorem wszystkich praw Murphy’ego, bo u niego sie one sprawdzaja w 100% i to wlasnie on wyciaga mnie za kazdym razem z dolka, nie na zasadzie, ze gorzej niz u niego byc nie moze, ale tak po prostu ludzkiego odruchu zauwazenia drugiej osoby.
    Courage , matka oczywiscie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.