Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

Bardzo lubię Nową Hutę.
Gdybym nie mieszkała na moim brzegu Wisły, to wybrałabym Hutę właśnie. Gdy kiedyś będę bogata, kupię sobie mieszkanie na ostatnim piętrze jednego z budynków przy Placu Centralnym i będę stamtąd spoglądała na świat. Oczywiście bogactwo mi nie grozi, bo nie potrafię oszczędzać, nie mam zamożnych krewnych w bardzo podeszłym wieku i nigdy w życiu niczego nie wygrałam (przepraszam, raz mi się poszczęściło z loterią na „Hamleta” z Cumberbatchem, niemniej czy to było aż takie szczęście, to nie wiem, biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach niezwiązanych z tym spektaklem rozmyślałam podczas jego trwania), ale pomarzyć zawsze można.
Oczywiście fakt, że Nową Hutę co dnia blaskiem swym opromienia pan i władca, ma swoje znaczenie, niemniej po prostu lubię tę dzielnicę. Chociaż to w sumie nie tyle dzielnica, co osobne, fascynujące miasto w mieście. Ogromne w dodatku. Zawsze się tam gubię – ale nie jestem w tym osamotniona, bo taksówkarze wożący mnie do rezydencji p&w też nader często się gubią, a ja nie potrafię im pomóc, z uwagi na moją dramatycznie słabą orientację w przestrzeni (ja z tych, co muszą kręcić mapą, by ustalić swoje położenie) i fakt, że na tamtejszych osiedlach numeracja budynków niekoniecznie ma głęboki sens, choć z drugiej strony ta na moim osiedlu też nie ma szczególnego. Tylko że moje osiedle, choć znacznie bliższe centrum Krakatau, nie jest ani w połowie tak zadbane, jak to panoiwładcze, które jest bardzo zielone, a przyblokowe ogródki z ich dekoracjami są pierwsza klasa. Zieloność okolic doceniła również dzika zwierzyna – pod balkonem pana i władcy mieszkają jeże, co prawda nigdy ich nie widziałam, ale kolega widuje regularnie i twierdzi, że mu tam sapią.
Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set) pamiętam też, jak widzów przybywających na koncert do Kombinatu wsadzano w autobus tuż za jego bramą i potem jechaliśmy dłuuuugo, długo… Nie mogłam się nadziwić, że taka ta huta wielka.
Pamiętam liczne wieczory w Łaźni Nowej (tam narodził się mój trwający od lat skryty zakoch w Błażeju Peszku – Wejście smoka to był tak cudownie odjechany spektakl) i obowiązkowy pospektaklowy spacer na Plac Centralny – niby przystanek tramwajowy jest znacznie bliżej, ale lubię się przejść.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Teatrze Ludowym. To było Kochanowo i okolice, spektakl, który może i nie był wybitny, ale był wielce sympatyczny. I z muzą na żywo. Z Kurtyną Siemiradzkiego (bo w Krakowie mamy takie dwie, nie wiem, czy wiecie – jedną można od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Słowackiego, a druga to kapela założona przez aktorów). Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie, a Teatr Ludowy dość kameralny jest, usłyszałam ze sceny, że mam ładną bluzeczkę.
Wczoraj nadszedł czas na wizytę kolejną. Teatr Ludowy wyrasta na bardzo znaczącą scenę – scenę, która ostatnio triumfy święci. Nie dość, że wygrali ostatnią edycję festiwalu Boska Komedia wyśmienitym Sekretnym życiem Friedmanów, to jeszcze teraz wzięli się za Wyspiańskiego i ze starcia z nim wyszli z tarczą. Albowiem Sędziowie to spektakl świetnie zagrany, intymny i mocny zarazem. Zagrany bez zbędnej emfazy, ale wymownie. I scenografia jest znakomita. I nieustający przyćmiony knajpiany gwar w tle. Zwykle boję się nienumerowanych miejsc nieco, ale wczoraj celowo zajęłam takie w pierwszym rzędzie i była to dobra decyzja, prawie jakbym siedziała w karczmie, czy może raczej w jednej ze współczesnych imprezowni, w której Jewdocha podaje do stołu (zresztą podała mi lemoniadę…). Ale reżyserka pokusiła się o jeszcze jeden zabieg – zamieniła miejscami scenę i widownię. Widzowie siedzą na scenie, na widowni rozgrywają się ostatnie, dość przejmujące sceny. Dla fetyszystów jak ja, kochających całe teatralne zaplecze, wytarte deski i kable, to cudowne, ale to też ogromnie znaczące. Bo oto widzowie przestają być widzami. Stają się częścią spektaklu. Stają się poniekąd tymi właśnie, tytułowymi sędziami. I ten krótki, ale niesłychanie intensywny spektakl naprawdę jest jedną z lepszych rzeczy, jakie ostatnio oglądałam. A ja dużo oglądam.
Po przedstawieniu zdarzyło mi się zresztą zamienić parę słów z panią stojącą przy barze w teatralnej klubokawiarni, i ona też użyła tego słowa – intensywny.
Idźcie.

Reklamy

One thought on “Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

  1. “Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set)”

    To własnie za sprawą tego koncertu trafiłem na Pani bloga.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.