Gizd

Same sukcesy. Sobota jest, świat nadal się kręci, przepracowałam cały tydzień bez napadów „rzucam to wszystko i wyjeżdżam na Orkady” (fakt, pracowałam z domu, w gustownej bluzeczce u góry i gaciach od dresu na dole, i przynajmniej nikt mi nie plotkował nad uche), upiekłam ciasteczka pod wdzięczną nazwą „cmentarz much” – smakuje to zdecydowanie lepiej niż brzmi; ogólnie ostatnimi czasy, gdy kto mnie pyta, co czytam, odpowiadam, że Yotama Ottolenghiego. Wchodzę w 2018 z Yotamem jako moim duchowym przywódcą.
Przyszła sobota może być wszakże nawet lepsza od tej, choć z całą pewnością nie będzie mi w głowie pisanie, bowiem będę wracać do ojczyzny (tak tak, w końcu trzeba ruszyć tyłek w świat, prawie dwa miesiące przesiedziałam na nim, cellulitu dostanę od tego bezruchu). Do ojczyzny wracać będę z przedstawienia Hamiltona i paru innych, jak to ja. Trochę nie mogę się doczekać, odrobinę.

W przyszłą sobotę przypadają też urodziny – matko bosko, kolejne – pewnej ważnej osoby, którą poznałam w czasach, gdy jeszcze dinozaury władały Ziemią.
To taki człowiek, który pojawił się nieoczekiwanie i został, i chyba już zostanie. Mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. Pamiętam do dziś to wejście smoka, jak również moją reakcję, czyli nagły, obezwładniający coup de foudre. Oczarował mnie ten przystojny osobnik natychmiast osobliwą mieszanką staroświeckiej kindersztuby i imponującego wyluzowania, szorstkości i czułości, i ciętą ripostą na każdą okazję. Do dziś ma nieprawdopodobny, jak to anglojęzyczni mówią, sense of wit. Każdą szpilę kontruje błyskawicznie. Wkręca mnie też doskonale, z kamienną twarzą; załapuję, że kolega bezczelnie się ze mnie nabija zwykle dopiero wtedy, gdy już nie może powstrzymać śmiechu.
Poległam zabita strzałą miłości od razu, znajomi mieli ubaw, bo chodziłam wówczas jak pijana i Bogu dzięki, że nie wpadłam pod tramwaj ani nic takiego. Nigdy wcześniej ani pózniej niczego takiego nie przeżyłam i szczerze pisząc, nie wiem, czy chciałabym znowu przez to przechodzić.
Znajomi jednakowoż spodziewali się, że to nie potrwa długo, a szanowny dżentelmen zniknie tak, jak się pojawił. Hm. Być może to kwestia nalewki z trawy cytrynowej, którą go onegdaj poczęstowałam – na spirytusie była, może dlatego trzyma go do dziś.

I nawet nie musiał się zalecać.
No niestety, nie byłam księżniczką w niezdobytej twierdzy – miałam oczy maślane i jak pięć złotych. Trudno. Nawet się cieszę, że całe te męczące gry w pozorny brak zainteresowania mnie ominęły.

Uwielbiam go jako mężczyznę, pięknego, bardzo zmysłowego, z którego charyzma aż paruje. Jako gościa, który doskonale wie, co potrafi, ale nie zamierza wyłazić ze skóry, by to udowodnić. I po prostu, przede wszystkim jako dobrego, wrażliwego, uczciwego człowieka, który chętnie pomaga innym, bo to dla niego naturalne, tak trzeba i już. Zawsze mnie bardzo wspierał, najgłupsze pomysły przyjmuje ze zrozumieniem, nie pozwala mi samobiczować się za fakapy, stres potrafi przegonić – czasami ostrymi słowy, czasami zaparzeniem mi herbaty, czasami tuleniem przez pół nocy. Ogromnie mi pomógł w trudnej wcześniej walce z upiorną nieśmiałością i takim sobie poczuciem własnej wartości. Wiem, że mogę mu powiedzieć absolutnie wszystko i wszystko mówię. Bo prawda taka, że przez te wszystkie lata zwyczajnie się zaprzyjazniliśmy. No i potrafimy do siebie zadzwonić w dokładnie tej samej chwili.
Nie jest to chodząca doskonałość. Wielu ludzi wkurza jego dominująca osobowość (mnie akurat, jako osobie raczej wycofanej, to bardzo odpowiada). Jest pracoholikiem. Ma krótki lont (herbu Wścieklica jest ten dżentelmen bez dwóch zdań, ale nigdy nie wkurzył się na mnie, choć z pewnością niejeden raz dałam mu powód – ma do mnie jakąś kosmiczną cierpliwość, może poza tym jednym wieczorem, gdy usiłował nauczyć mnie grać na gitarze i uczeń okazał się tępy). Kradnie kordłę. Jest sakramencko uparty. Znam tylko jednego człowieka bardziej upartego niż ten gamoń – no zgadnijcie, kogo… Jeżeli mówi „nie”, to jest takie „nie”, że mowy nie ma o negocjacjach, trud wasz daremny. Jest też wielce zdyscyplinowany, co zawsze robiło na mnie wielkie wrażenie, bo ja to raczej sybaryta, nieprawdaż, najpierw przyjemność, najlepiej to w ogóle tylko przyjemność. Kolega żadnych taryf ulgowych wobec siebie nie stosuje, niczego nie robi na pół gwizdka i czasami okropnie włazi mi na ambicję.
No i niech mi włazi, byle jak najdłużej.
Gdy tylko wrócę, będę pędzić prosto do niego. Komuś trzeba będzie o tym Hamiltonie opowiedzieć przy winie. A on mi potem będzie przez długie godziny opowiadał o swoich odpałach, demonstrował nowe sprzęty, pokazywał zdjęcia. No i fajnie. Tego właśnie trzeba dziewczynie.

Reklamy

3 thoughts on “Gizd

  1. Cmentarz much? Matko, kto wymyślił tą nazwę…;) Wierzę na słowo, że smakuje lepiej niż brzmi. Co do pracy z domu, ja mam tak codziennie i nie wyobrażam sobie inaczej 🙂

    • Niestety ja muszę sobie dawkować, bo inaczej dziczeję i gdy wracam do biura, wszystko mi przeszkadza.
      Nazwę nie wiem, kto wymyślił. Zasadniczo te ciasteczka trochę tak wyglądają… są jednakże fantastyczne.

  2. Czasami mam wrażenie, że opisujesz moją historię. Tylko nie trawa cystynowa a cytrynówka. Ale to drobny detal.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.