Singapore Sling

W grudniu 2011 kupiłam bilet do Japonii. Zawsze o niej marzyłam, zawsze o niej mnóstwo czytałam i obiecywałam sobie, że któregoś dnia wezmę i pojadę. Któregoś dnia błąd taryfowy pewnej linii lotniczej sprawił, że bilet znalazł się w moim finansowym zasięgu. Modliłam się nad nim w niezdecydowaniu przez cały dzień, a wieczorem kupiłam.
I wtedy ogarnęła mnie panika. Czy ciebie pogrzało już całkiem, dziewczyno? Do Japonii? Sama? Do tej Japonii w Azji? W każdym razie kasa z konta poszła, bilet został wystawiony, urlop wyszarpałam, nie ma zmiłuj. No i poleciałam. Cały dowcip z atrakcyjną ceną mojego biletu polegał na tym, że wylatywałam z jednej europejskiej stolicy, a wracałam do innej. I pamiętam jak dziś moment, gdy dojeżdżałam do lotniska w Rzymie – chyba posiniałam wtedy z przerażenia, zrozumiawszy, że teraz to już naprawdę nie ma odwrotu. Okropnie się bałam.
Ale – poleciałam, świetnie się bawiłam, wróciłam cała i zdrowa. Od tamtej pory podobne czynności podejmuję regularnie. Bo to łatwe. Dla mnie łatwe, bo najlepiej podróżuje mi się w pojedynkę – może się zdawać, że to bardziej ryzykowne, w końcu jest tylko jedna osoba, która może w drodze zadbać o wasz tyłek i jesteście to wy sami, ale paradoksalnie to prostsze; nie trzeba z nikim niczego dogadywać, na nikogo czekać, nie martwić się o to, co będzie, gdy się pokłócicie. Nie zrozumcie mnie źle – potrafię wojażować w towarzystwie i nie duszę ludzi poduszką, gdy zasypiają, ale przynajmniej raz w roku muszę dokądś wystrzelić sama. Zresztą… człowiek w drodze nigdy nie jest sam. Czasami przegada się całą drogę ze współpasażerem, czasami ktoś was wepchnie do właściwego autobusu, narysuje drogę do najlepszej knajpy w okolicy albo nawet do niej zaprowadzi. Jest to zawsze pewien akt wiary, ale zwykle wychodzi na dobre. Co ważne, znakomicie też robi na pewność siebie.
Tak sobie niekiedy myślę, że dobrze byłoby ruszyć zadek w przeciwnym kierunku, bachatę na plaży potańczyć czy też amazońskie pijawki od chudych łydek odrywać, ale na razie ciągle mam potrzebę wracania do Azji. Bo mi tam wszystko odpowiada. Wilgotność powietrza, jedzenie (i powietrze pachnące jedzeniem, o tak, to kocham najbardziej), życzliwi lokalsi, miasta najeżone kosmiczną technologią i wysepki, gdzie podczas marszu można spotkać najwyżej ważkę. Od ostatniej wizyty minęły dwa lata, a że germański przewoźnik kusił promocją, to jakoś tak się stało, że poleciałam do tego Singapuru.
A mogłam nie.
Przyjeżdżam sobie cała zadowolona, w moim efektownym turystycznym rynsztunku (dres i abibasy) na lotnisko, idę do stanowiska odprawy, podaję panu paszport, pan przeciąga go przez tę swoją maszynkę, gdy wtem… BIIIP. Jeszcze raz. BIIIP.
– Coś nie tak? – pytam kurtuazyjnie.
– Nie nie, tylko… Hm. Spróbujmy jeszcze raz.
BIIIP.
– Chwileczkę, zadzwonię po kolegę.
Kolega przybywa z odsieczą, nie śpiesząc się zupełnie, ponieważ dlaczego miałby. Kombinują, kombinują, wpisują moje dane ręcznie, różne takie…
BIIIP.
– Takiego błędu jeszcze nie widziałem – mówi wreszcie kolega. Bardzo to pocieszające.
– Ale… mogę polecieć?
– Musi pani poprosić w Monachium o wydanie karty pokładowej na kolejny odcinek. Nie ma pani zakazu wjazdu do Singapuru czy coś?…
Prędzej wystawi mi go Wielka Brytania za gonienie aktorów po ulicach.
No dobrze. Poleciałam do Monachium, w którym powtórzyła się ta sama historia, ale kartę pokładową wreszcie dostałam i odleciałam w kierunku wschodzącego słońca.

– Je pani wieprzowinę? – zagaduje taksówkarz wiozący mnie przez szerokie i zalane deszczem ulice kilkanaście godzin później. – Bo obok pani hotelu podają świetną zupę ze świńskich wnętrzności.
(Nie spróbowałam jej koniec końców – aj, ten zapach – ale może następnym razem się przemogę).
W pokoju hotelowym – na Instagramie średnią karierę by zrobił, ale był bardzo funkcjonalny, a przede wszystkim miał wygodne łóżko, gorącą wodę pod prysznicem i szalejącą klimatyzację – padam i zasypiam, by budzić się po wielokroć w ciągu nocy z poczuciem całkowitego wyspania. To jest ten drobny minus okrągłej Ziemi – wasz mózg ogarnia, że zniknęło wam parę godzin z doby (lub przybyło), ale organizm reaguje z pewnym opóźnieniem. Jesteście pełni energii o trzeciej w nocy, ale padacie na mordę w południe. Na szczęście to dość szybko mija.
Następnego ranka spakowałam plecaczek, wypiłam morderczo słodkie kopi i ruszyłam w miasto.
Przez siedem kolejnych dni pysznie się w tym mieście bawiłam. Słowo „pysznie” jakoś mi się napatoczyło pod palce, ale ono dobrze opisuje Singapur. Dla każdego, kto lubi jeść, to miejsce jest Arkadią. Jedzenie jest wszędzie. Wszystkie kuchnie Dalekiego i Bliskiego Wschodu, kuchnie Europy i obu Ameryk, wszystko. WSZYSTKO. Każda jadalna rzecz na tym globie. Za grosze. Słynne hawker centres bywają otwarte 24 godziny na dobę i to jest bijące serce tej części świata. Wybieracie stoisko, wybieracie numerek potrawy, której zdjęcie do was najbardziej przemówiło (albo po prostu mówicie, że chcecie to samo, co ktoś przed wami), w oczekiwaniu na wydanie zgarniacie plastikową łyżkę i pałeczki, zanosicie do stolika, zimne piwo samo zjawia się po chwili. I jest pięknie.

Najgorsze teksty podróżnicze zaczynają się formułką „miasto/kraj kontrastów”. To gdy autor nie wie, co napisać. Polska – kraj kontrastów. Londyn – miasto kontrastów. Nowa Huta – dzielnica kontrastów. Idealne na każdą okazję. Ale Singapur to naprawdę JEST miasto kontrastów. To miejsce, w którym idziecie sobie przez Southern Ridges i słyszycie wrzaski małp, a w dole, całkiem bliziutko błyszczą szklane wieże i portowe żurawie. To miejsce, w którym możecie minąć trzy świątynie trzech różnych wyznań stojące niemalże płot w płot – mój hotel też sąsiadował z jedną – a słońcem na wyspie Sentosa (bez wątpienia jedno z najdziwniejszych miejsc, w jakich byłam) będą się cieszyć tak samo muzułmanki i tybetańscy mnisi. Miejsce, w którym muzeum sztuki i techniki jest oddalone o kwadrans spacerem od siedliska wydr. Miejsce, w którym jedna knajpa podaje rzeczoną zupę ze świńskich wnętrzności, a druga po sąsiedzku informuje w szyldzie, że wszystko halal. Trzecia to hipsterska kawiarnia z truflowym tiramisu. W hawker centre bankier z Londynu siorbie kluchy równie zapamiętale, co lokalny dziadzio w klapkach. I wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, wszyscy są na miejscu.
(Wczoraj, gdy zatrzymałam się na kolację przed wyjazdem, dwóch takich właśnie dziadziów pilnowało mojej walizki, gdy stałam w kolejce po laksę, żeby zjeść coś gorącego. Nie poprosiłam ich. Zgłosili się na ochotnika).

Pogoda była… no, jaka była. Nie wszystkie plany udało się zrealizować (chciałam popłynąć do Indonezji), w niektóre poranki budziły mnie upiorne grzmoty i moja poczciwa, stara, zakopiańska kurtka przeciwdeszczowa chwilami nie dawała rady, ale gdy tylko pojawiała się odrobina słońca, niżej podpisana pędziła co metro wyskoczy na plażę. A poza tym gubiła się chętnie i z premedytacją w mieście, w którym zgubić się naprawdę trudno – Singapur jest w gruncie rzeczy nieduży, mądrze rozplanowany, ma znakomity transport publiczny, a w najgorszym wypadku zawsze ktoś pomoże, bo tubylcy są bardzo mili. I jest niebywale bezpieczny, z czym oczywiście pewien związek ma bardzo surowe prawo. Gdy człowiek jedzie metrem, może kontemplować plakaty informujące grzecznie, że molestowanie jest przestępstwem, za które grozi aresztowanie, dwa lata więzienia i chłosta.

Dwadzieścia cztery godziny temu docieram na lotnisko. Oddaję walizkę.
– Dobry wieczór. Leci pani do Krakowa?
– Tak jest.
– Mhm. Do Krakowa zatem?
– Tak.
– Przepraszam, że dwa razy pytam, ale jak się pomylę…
– Nie ma problemu.
Wsiadam. Zajmuję mój kącik pod oknem. Nie żeby okno było potrzebne, bo widać tylko ogromne skrzydło. Pozostałe dwa miejsca obok mnie wolne. Och, wszyscy święci, proszę, niech tak zostanie. Spędzę tu trzynaście godzin. Proszę, proszę… Wpatruję się w te dwa puste fotele, mantrując w myślach, gdy wreszcie pada wyczekiwane:
– BOARDING COMPLETED.
Modły wysłuchane.
Wspomniane trzynaście godzin później smok z „Deutschland” na burcie (ochrzczony przez samą Angelę Merkel ponoć) cumuje we Frankfurcie z zaspaną i nieco połamaną autorką na pokładzie. Jeszcze tylko godzina i będziemy w domu. W domu zimno jak sk… zimno bardzo, więc biorę wrzący prysznic, wciągam niezbyt gustowną, ale grubiutką piżamę, pędzę do łóżka i cóż, nie mogę zasnąć. Toteż piszę.

Reklamy

One thought on “Singapore Sling

  1. Trochę marzę o Japonii, a trochę się boję, a trochę wiem że jak już, to poleciałabym zobaczyć końskie wyścigi w ich wydaniu i że właściwie powinnam tam mieszkać. A wypoczęcie o północy i padanie na pysk w południe mam ostatnio bez żadnego trybu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.