You do not write your life with words

Zostało jeszcze kilka dni do końca 2018, ale ponieważ – nie zgadniecie – jutro wyjeżdżam, by obejrzeć raptem siedem przedstawień w cztery doby, nie będę miała czasu na pisanie. Toteż piszę dziś, nieco przedwcześnie. Odprawiłam się już na mój 56. i ostatni lot w tym roku, pakowanie się zajmie mi najwyżej kwadrans, zatem bierzmy się do roboty.

Każdy bloger czeka na koniec roku, bo to czas, gdy może wreszcie rąbnąć solidne podsumowanie, do którego skwapliwie przygotowywał się przez długie miesiące. Nadchodzi wreszcie ten dzień, gdy można skompilować listę oczarowań i rozczarowań.
Tych ostatnich szczęśliwie nie było wiele, choć nie ma co ukrywać, były. Tych pierwszych – znacznie więcej, na szczęście.

Pierwszą osobą, która życzyła mi szczęśliwego nowego roku, był Rhys Ifans.
Naprawdę.
Zdziwiłam się, że on taki wysoki. I bardzo, bardzo sympatyczny.
Dobry znak, pomyślałam.
353 dni później trudno mi określić ten rok jako dobry lub zły. Wiem jedno – wrażeń mi nie brakowało. Pierwsze trzy miesiące były takie sobie, z ogromem podskórnego stresu. Potem ruszyło. I szczerze pisząc, jakoś mnie ten koniec roku zaskoczył. Jak to, już? Przecież dopiero był marzec.
Nie byłam ani razu w kinie i – jak na mnie – przeczytałam trochę mało książek (ale za to tylko wczoraj dwie). Słuchałam tylko starych płyt, numerów znanych od dawna, nie odkryłam żadnej nowej muzy – no, prawie żadnej – a jedynie otulałam się znanymi od lat muzycznymi kocykami bezpieczeństwa. Nie przeżyłam żadnego romansu (powzdychiwania do madryckiej policji konnej się nie liczą), nie powiłam dziedzica i raczej tego nie zrobię, ale za to moja przyjaciółka doczekała się córeczki. Nadal mieszkam w tym samym miejscu, choć rzadko tu bywam, nadal mam tę samą pracę i tego samego pana i władcę, który niestety również nadal ma tę samą pracę. Zdawać by się mogło, że zdarzyło się niewiele. Nuda.
Mimo wszystko trochę się zdarzyło.

Podróż roku: ha… w pierwszej chwili chciałam obstawić Singapur, wszak bardzo ciekawie było i pysznie się bawiłam, ale po chwili wahania wytypowałam innego laureata tej kategorii. Paryż. Miasto, którego szczerze nie znosiłam, a które w końcu mnie oswoiło, w którym wydeptałam moje ścieżki, znalazłam ulubione knajpy, ulubioną sobotnią trasę spacerową, ulubioną piekarnię, a w niej ulubioną kanapkę, niedzielny rytuał w postaci garnka muli. I piłam szampana w Folies Bergère! Paryż połknął 14 tygodni mojego mijającego roku, słownie czternaście. W przedostatni wieczór mojego pobytu dżentelmen za ladą w moim lokalnym Monoprix zaproponował mi kartę stałego klienta. Odmówiłam, tłumacząc, że ja tu tylko tymczasowo. A MOGŁAM PRZYJĄĆ.

Odkrycie roku: samotność, nawet jeśli znoszona dobrze (bo ja przecież taka samodzielna), prędzej czy później wystawia rachunek, a gdy połączy się ją z życiem w ciągłym napięciu, będzie to rachunek przykry. Ale – paradoksalnie może wam to wyjść na zdrowie.
I tym sposobem płynnie przechodzimy do bohatera roku, odzianego w skórę dżentelmena z London Ambulance Service, który mi powiedział, że nie jedziemy dziś do szpitala i że to, co mi się dzieje, jest bardzo nieprzyjemne, ale da się nad tym zapanować i będzie lepiej. I jest. Nadal postrzegam tego faceta jako anioła, bo on mi znacząco podniósł komfort życia i w dużej mierze dzięki niemu częściej niż rok temu łapię się na tym, że jestem całkowicie spokojna. Albowiem wiem, co robić, gdy dusiołek wyłazi, a w telefonie mam aplikację, która w najgorszym razie przypomina mi, jak się oddycha. Może brzmi to głupio, ale działa, a jeśli coś działa, to nie jest głupie. Dużo się zmieniło od tamtego dnia, a mój umysł wypełnił się kolekcją „happy places”, do których mogę uciec. Dbam o to, żeby weekendy były maksymalnie relaksujące, mam parę nowych rytuałów, mam też dobre wsparcie. Już nie staram się być komandosem, daję sobie prawo do poczucia się czasem krucho i delikatnie.
Drugie miejsce na tej zaszczytnej liście zajmuje frontman, człowiek, przez którego mam o parę więcej siwych włosów niewątpliwie, ale trzeba przyznać, że to dzięki niemu Paryż stał się dla mnie znośny. I te croissanty, które przynosił rano, ciepłe i takie cudownie tłuste, że masło aż zostawało na buzi (i w talii) – czyż to nie rycerskie?

Spektakl roku: Monster.
Bez cienia wątpliwości.
I mimo faktu, że mam jeszcze parę innych do zobaczenia.
Czytałam u kogoś, że po miesiącach od obejrzenia to przedstawienie nadal w nim żyje, i wywołuje uczucie bezbrzeżnego żalu, a zarazem dziwnego komfortu, pewnego rodzaju ulgi. Chyba każdy widz wyszedł z Old Vic z własną igłą cisu w sercu. W życiu nie widziałam niczego aż tak poruszającego. Tak właśnie powinno robić się teatr – odkręcać w widzu ten zawór, którego zawsze bał się dotykać. Wypuszczać z niego emocje, które sobie z premedytacją wtłoczył w najdalszy kąt świadomości, udając, że nie wie, nie pamięta, nie czuje.
I oczywiście, jak wspominałam, Stuart rozdaje absolutnie najlepsze uściski na świecie, nie żadne tam od niechcenia, ale takie z gatunku „uch, o matko… moje żebra…” i wielce troskliwe zarazem. We wprowadzeniu do skryptu reżyserka napisała, że od razu było dla niej jasne, iż sceniczny potwór nie może być lalką ani animacją, ale to musi być prawdziwy, żywy aktor o właściwej osobowości i tylko jeden facet przyszedł jej do głowy. Rozumiem, dlaczego. Ze wszystkich moich przygód pod stage door ta była najbardziej… Hm. Najbardziej.
Na drugim miejscu Murzyni we Florencji w Teatrze Nowym Proxima, z burzą za oknami i porażającym monologiem Jacka Romanowskiego, podczas którego na widowni zapadła cisza ciężka i bolesna. Na trzecim – Sea Wall. Znowu Old Vic, raptem pół godziny. Oglądałam ten spektakl online wcześniej i znałam fabułę doskonale. Mimo to po tych trzydziestu minutach byłam znowu kawałkiem zasmarkanej galarety. Dodajmy, że aby obejrzeć półgodzinne przedstawienie, które już widziałam, specjalnie poleciałam do Londynu (medal za poświęcenie i rozrzutność roku zarazem trafia do mnie, dziękuję). Na miejscu czwartym – Konformista 2029, za którego Szymon Czacki zasłużenie zgarnął nagrodę na festiwalu Boska Komedia. Nie dość wiele obejrzałam w Krakowie, trzeba przyznać. Cóż – moja krakowska kwatera główna przeważnie zarastała kurzem.
Chyba muszę wybierać zabawniejsze przedstawienia w przyszłym roku. Tak, pod względem łez wylanych na widowni 2018 był rekordowy. Szczęśliwie głównie tam się lały. Poza tym był dość pogodny. Trudny, męczący – gdy znajomi pytali, jak się mam, najczęściej odpowiadałam właśnie, że jestem zmęczona – ale jednak pogodny.
I oby tak zostało.
A zakończę go dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończyłam 2017, i w tym samym towarzystwie.

Dobrze. No to idę, lepiej mieć to pakowanie z głowy.

img_20181227_175325-11269213784.jpg

Reklamy

5 thoughts on “You do not write your life with words

  1. Wpadłam tu, bo skomentowałaś wpis na moim blogu i muszę przyznać, że zostanę na dłużej, bo podoba mi się Twój styl pisania 😀 I widzę, że też mieszkasz w Krakowie i lubisz teatr i podróże, tak jak ja, więc przybijam wirtualną pionę i będę tu zaglądać 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.