Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały

A taki był piękny miniony weekend.
I komu to przeszkadzało.

Tydzień za to był sakramencko dodupny. Zaliczyłam po kolei:
– ponowny napad dusiołka,
– męski foch (nie, nie pana i władcy, on nie stosuje – jak mu coś leży na sercu/wątrobie, to wygarnie żołnierskimi słowy i po wszystkim; inna sprawa, że to drugie również ani razu w życiu mnie nie spotkało, bo stary ma do mnie jakieś niewyczerpane pokłady cierpliwości),
– rzeczonego pana i władcy brak dotkliwy, jak ja tej jego roboty nienawidzę,
– użeranie się z bankiem (serio, ja wiem, że ludzie na infolinii muszą postępować według instrukcji i do tego nie mam pretensji, ale jeśli ktoś jest niemiły, to pretensje mam – bycie sympatycznym jeszcze nikogo nie zabiło, a paru ludziom pomogło, natomiast rzucone na koniec agresywnie słodkim głosem „pozdrawiam i życzę miłego dnia” tak mnie zapieniło, że w odpowiedzi na to rzuciłam na głos do słuchawki sugestią, żeby pani się… oddaliła, jednakże wcześniej się rozłączyłam, więc się nie liczy),
– użeranie się z biurem podróży (przy okazji służbowych wyjazdów muszę z takowego korzystać i jest to zło najgorsze we wszechświecie, bo samodzielnie załatwiłabym w kwadrans to, co zajęło im trzy dni i nadal nie jestem pewna, czy cokolwiek istotnie załatwili, a wyjeżdżam za tydzień),
– wyjazd w góry, który się nie odbył, bo…
– … się rozchorowałam i zdycham na kanapie.
(Oczywiście nie trzeba było latać po Londynie tydzień temu bez płaszczyka, bo ohoho, jak ciepło, ani też spać w ostro klimatyzowanym pokoju bez piżamy, no ale ja wielce roztropna jestem).
Jakby tego było mało, dziś rano – o godzinie siódmej trzydzieści, w sobotę – obudził mnie warkot wiertarek czy innych tam szlifierek. Słowo daję, miałam ochotę rzucić Miauczyńskim z okna, ale tylko jęknęłam i naciągnęłam kordłę na głowę, zadając sobie po raz wtóry pytanie, co ja komu takiego ostatnio zrobiłam, że teraz cały świat się na mnie mści.
Cały mój człowiek jest markotny i wkurwiony, i w dodatku zamiast nosa ma jakąś spuchniętą banię, a zamiast oczu jakieś czerwonawe pinezki, więc gdy spogląda w lustro, to jest jeszcze bardziej markotny i wkurwiony.
Pomaga mi wszakże świadomość, że są ludzie, którzy o mnie dbają i chcą ze mną spędzać czas. Szczerze pisząc, czułam się ostatnimi czasy nieco samotnie. Traci się przyjaciół w życiu, wiecie – takie odkrycie po trzydziestce. Czasami jednak znienacka zyskuje się nowych w zupełnie niespodziewanych miejscach i okolicznościach. I oni pomagają przetrwać.
Oni i mniód w herbacie.

Reklamy

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Brak tlenu osłabia przekonania

Często czytam, że artyści nie powinni mieszać się do polityki. Lub też spraw społecznych w ogóle. Nie powinni też o nich mówić, bo przecież nie od tego są. Oni są od siedzenia na chmurce, wyglądania ładnie i wygłaszania tego, co dobrze brzmi albo z czego da się przyciąć chwytliwy tytuł.
Czytam, że teatr powinien być ucieczką od „bieżączki”. Nie powinien komentować rzeczywistości. Ludzie przychodzą, kultury wysokiej (cokolwiek to jest) chcą zażyć. Dość mają szumu informacyjnego, pasków w telewizorze.

Ale widzicie, ja się z tym głęboko nie zgadzam.

Moim zdaniem teatr jak najbardziej powinien robić to wszystko. Nie powinien być miejscem, do którego przychodzi się posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, wśród ładnie pachnących ludzi, i w którym słucha się grzecznych deklamacji z akcentem położonym gdzie należy. On nie po to jest. On jest po to, żeby nas czasami wytrącić z bezpiecznej równowagi. Żebyśmy wracali do domu z pewnym niepokojem pod kopułą, z natłokiem myśli, z refleksją, że to wszystko może jednak nie do końca tak, jak nam się wydawało.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko czystej rozrywce. Ani przeciwko edukowaniu czy tam umacnianiu wartości (czymkolwiek one są, że się powtórzę). Ale musi być w nim miejsce na prowokację, na rozróbę, na zgagę od nadmiaru gorzkich myśli, na niewesołość. Na poświecenie widzowi po oczach, jakby chciało mu się powiedzieć: „nie, stary, ty nie przyszedłeś tu sobie posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, my w tym jesteśmy razem”.

Wróg ludu jest spektaklem bardzo cynicznym. W warstwie tekstu Ibsena i w warstwie adaptacji.
Oto bowiem jest lekarz, który odkrywa, że w uzdrowisku woda zatruta. Pechowo burmistrzem uzdrowiska jest jego brat. Za lekarzem stoi murem jego rodzina (poza bratem, rozkochanym w sławie wielbionego wodzusia) i pewien dziennikarz, za burmistrzem reszta świata, bo wiadomo, władzy się nie podskakuje. I zaczyna się osobliwa gra. Ogłosić prawdę czy pozwolić ludziom żyć w błogiej nieświadomości? Kto o tym zdecyduje? Jakie konsekwencje poniesie?
Wiele w tym przedstawieniu momentów zaskakujących – choćby scenografia, którą możecie podziwiać, moszcząc się wygodnie na widowni, a która… nieważne; choćby dziadzio-metal, ale to trzeba zobaczyć – niemniej najbardziej zaskakuje i porusza monolog doktora, czy właściwie Juliusza Chrząstowskiego, wybitnego aktora sceny narodowej i zarazem aktora kolejnej sceny pod nowym dobrozmiennym szefostwem, mieszkańca Małopolski, który stoi w tych samych korkach co ja i oddycha tym samym PM10 co ja, wyborcy, obywatela Rzeczypospolitej. Gdy zostaje sam z widownią, mówi do niej, prosi o wodę, wspomina ostatnie wydarzenia z kraju i świata, zastanawia się głośno, co jego bohater powiedziałby w XXI-wiecznym Krakowie i co tak naprawdę nas zatruwa, nieuleczalnie – dzieje się coś wyjątkowego. Kiedy ta słynna czwarta ściana pada, widzowie często czują się niekomfortowo. Ja też. Przez większość życia bałam się interakcji, unikałam pierwszych rzędów; gdy znienacka zapalano światła na widowni, myślałam „rany, tylko nie to”. A wczoraj miałam wrażenie, że to sama publiczność, łącznie ze mną, chce tę czwartą ścianę zburzyć. Bo ktoś na scenie, ale taki jak my na widowni, nie tyle mówi do nas, co z nami.
Oczywiście on ciągnie ten spektakl, ale Radosław Krzyżowski jako burmistrz jest palce lizać (Little Drummer Boy w jego wykonaniu to perła, jak i wypowiedziane z cudownym spokojem „kurwa mać”), i Michał Majnicz jako rozdarty dziennikarz, który otwarcie mówi, że nie może pisać tylko o tym, co uważa za słuszne, bo dziennikarze muszą kłamać, by powiedzieć prawdę. Przemycić ją pomiędzy tym, co ludzie chcą przeczytać.

Nie widziałam w Krakowie zbyt wielu owacji na stojąco, bo tu ludzie oszczędni w wyrażaniu emocji. Wczoraj jednakże nie dało się inaczej.

Sunshine Reggae już nigdy nie zabrzmi tak samo, powiadam.

Panie nowy dyrektorze Starego Teatru, nie zazdroszczę wyzwania, ale ten teatr trudno będzie okiełznać. Klata zdążył zbudować wspólnotę. Jeśli będzie trzeba, to i otoczymy kordonem, odmawiając różaniec, choć nie do końca wiem, jak to się robi, bo jedyny różaniec, z jakim miałam do czynienia, znalazłam jakąś dekadę temu na podłodze w Pięknym Psie. Jak na ironię.

Przy tobie dżungli czuję zew

Październik. Co tu dużo mówić. Leje. Zimno w sypialni. Niebo w kolorze nietwarzowym. Studenty najechały Kraków i wszędzie tłok. W mieszkaniu włączyłam ogrzewanie, a w sobie tryb przetrwaniowy. Byle do przodu.
Dusiołek wspominany w poprzednim wpisie został wyzwany na konkretny pojedynek. Zamiast zgrywać bohaterkę i samotnie wymachiwać przed nim szabelką, poszłam do lekarza, wyłuszczyłam, co mi dolega, zostałam uważnie wysłuchana, dostałam skierowania tu i tam, dostałam piguły i zobaczymy. Piguły pomagają spać, to fakt. Wróciłam do roboty (w której na dzień dobry usłyszałam, że będę lecieć dokądś – che sorpresa!) bez wrażenia, że zamiast organów wewnętrznych mam jeden wielki supeł, to też fakt. Nie ma sensu się męczyć, powiadam.
Może to głupie, ale spodziewałam się, że doktór spojrzy na mnie jak na kogoś, kto przyszedł wyłudzić L4 i rzęzi farmazony, niemniej wbrew obawom zostałam potraktowana najzupełniej serio. Właściwie bardziej serio niż wtedy, gdy przyłaziłam z grypą, skręconym kolanem, dyskopatią czy czymkolwiek innym. Najpewniej dlatego, że sprawnie funkcjonującej głowy w sumie potrzebuję bardziej.
To chyba najbardziej dorosła rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Uznałam, że potrzebuję pomocy i po nią poszłam.
Ale, ale. Odstawmy znerwicowanie naszej bohaterki na bok. Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.

– Jestem zmęczony – wzdycha mi do telefonu pan i władca. – Jestem taki zmęczony, ledwo żyję…
Wierzę. Piękny pracuje dużo i w godzinach wołających o pomstę do nieba, więc wyobrażam sobie, że może odczuwać lekki spadek formy. Ale z drugiej strony znam go nie od wczoraj i wiem, że on ma przynajmniej tyle żyć co porządny kot, a poza tym, jak to mężczyzna i prawdziwy twardziel, uwielbia, gdy mu się trochę powspółczuje – tylko trochę, nieprzesadnie. Zatem, powspółczuwszy odrobinę, zmieniam ton.
– A wiesz – mówię – ostatnio robiłam porządki i znalazłam w szufladzie kajdanki. Kiedyś kupiłam i zapomniałam.
Reakcja zmęczonego, takiego zmęczonego człowieka:
– Naprawdę? Nic nie mówiłaś! Świetnie! Przyślij mi zdjęcie!
– Ty to tylko byś się znęcał nade mną.
– Pewnie, że tak. Bardzo lubię!
Wiem, skarbie, wiem.
Żeby nie było, iż tylko się znęca – zaparzył mi rano herbatę. Z miodem. Jaki to jest kochany człowiek, to ja nie wiem. Tylko mu nie powtarzajcie, bo jeszcze sobie coś pomyśli. Owszem. Wiem, że to banał i to tylko herbata.
Ale z miodem!

Wątek znęcania się zostanie pogłębiony w jednym z kolejnych wpisów, choć w nieco innym kontekście. Wszak skoro dziś środa, to znaczy, że już prawie sobota, a to znaczy, że już trochę nerwowo odliczam. To będzie męczący dzień, pod wieloma względami, ale czego się nie robi. Niestety bar w teatrze otwierają dopiero na 45 minut przed spektaklem – i jak ja zdążę sobie odwagi w płynie dostarczyć, no jak?… Duszkiem przecież nie wypiję, bo wtedy spełniłby się mój sen sprzed kilku tygodni, w którym to poszłam pod stage door pijana. Tego byśmy nie chcieli.
Oj.
Właśnie sobie przypomniałam, że nie zarezerwowałam noclegu.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

When the cold rains kept on and killed the spring

Być może państwo ciekawi, jaki u mnie nastrój.
To ja otóż powiem.
Chujowy.

Ach, ta złożoność uczuć damskich. A serio – ci z was, którzy obecnie przebywają w Krakowie lub okolicach, doskonale wiedzą, że czwarty dzień wali żabami z posępnie ołowianego nieba i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej sprawie miało się poprawić. Musiałam włączyć ogrzewanie, a co gorsza, włożyć rajstopy. Od marca rajstop nie nosiłam. Tragedia. Nienawidzę jesieni. Podobno są ludzie, którzy ją nawet lubią. Czy oni wychodzą z domu?… Ja rozumiem, te złote liście bardzo ładne, ale my tu nie mamy złotych liści, my mamy cholerną kurwa pluchę i ziąb, i przepełnione tramwaje, bo studenty już wracają powoli. Jak żyć. Być może w związku z tym, a być może w związku z bezlitośnie funkcjonującym kalendarzem niektórych moich narządów wszystko mnie irytuje, najbardziej rzecz jasna inne istoty i gryzę się w język oraz klawiaturę niekiedy, by temu i owej nie palnąć jakiejś złośliwości. Choć może niektóre byłyby zasadne.
Po drugie, przez trzy dni wracałam do domu po dwunastu godzinach pracy (czternastu w środę, państwo sobie wyobrażą). Zatem wczoraj najzupełniej świadomie, choć z bólem serca odpuściłam sobie transmisję Aniołów w Ameryce – pójdę za miesiąc – bo obawiam się, że ani trochę by mnie to nie cieszyło, tylko bym myślała, że jestem zmęczona i że znowu trzeba będzie wcześnie wstać. Mam naprawdę cholernie dużo pracy, z której w dodatku nadal niewiele kumam i mój poziom stresu rośnie z każdą minutą. Niecierpliwie wyczekuję października – październik powinien być lepszy, z rozmaitych powodów, o których później. Po trzecie jednakże, i to mnie naprawdę martwi, wiekowy jamnik moich praszczurów zachorzał bardzo poważnie i najbliższe dni rozstrzygnąć mogą niestety o losie biednego wrednego tłuściocha. Tymczasem praszczury codziennie wkładają ryżawego, piętnastoletniego tłuściocha do koszyczka i noszą na kroplówkę.
Ech.
Parchate czasem to życie, że aż szkoda tracić cenny czas na myśli o tym, jakie jest parchate.

Przejdźmy zatem do pozytywów.
Znalazłam skitraną tabliczkę czekolady. Nawet nie pamiętałam, że ją kupiłam.
Mój überszef przybył w tym tygodniu z gospodarską wizytą. Jak na kogoś, komu na wizytówce stoi napisane wytwornie zaprojektowaną czcionką „dyrektor zarządzający”, to trochę zaskakująca postać. W pozytywnym sensie. Widzicie, ja w życiu poznałam różnych dyrektorów z zawodu, którzy dla przykładu na zupełnie niczym się nie znali. Albo nie odpowiadali na „dzień dobry” nikogo na znacznie niższym szczeblu (true story!). Albo potrafili dostać napadu wściekłości na spotkaniu, wprawiając zebranych w osłupienie lub panikę, zależy od odporności nerwowej. Z jednym gościem pracowałam przez dwa lata i wyobraźcie sobie, że ani razu z nim nie rozmawiałam – siedzieliśmy na tym samym piętrze. Niemniej mój obecny menago jest inny. Jest przede wszystkim człowiekiem bardzo dostępnym, który trzyma się blisko swoich ludzi, zna ich dobrze, wie, kto nad czym obecnie pracuje. Pamiętam, że na pierwszą rozmowę z nim szłam jak na ścięcie, bo ja lubię denerwować się na zapas, co dobrze wiedzą wszyscy, którzy mnie znają dłużej niż trzy dni. Niemniej zamiast zostać skrócona o głowę, zostałam przywitana bardzo serdecznie, a wczoraj usłyszałam, że bardzo się cieszy z naszej współpracy, że słyszy o mnie same dobre rzeczy, że taka jestem pracowita (przeciwnie – leniwa, dlatego robię wszystko jak najprędzej, żeby potem spokojnie sobie kiwać nóżką), że takie ładne te moje dokumenty, normalnie samo miodzio. Wpatrywałam się weń z niedowierzaniem. Czyli jednak niekiedy warto wypruć sobie żyłę lub dwie.
Dodać należy, że überszef zabrał nas na kolację i cóż zamówił, będąc Włochem? Spritz! W związku z tym ja też. To nie ma szans smakować tak samo, mimo takich samych składników, ale jednak jest to trochę słońca w kieliszku, gdy na zewnątrz zacina deszcz.
Pozytyw drugi: za tydzień lecę do Londynu, bilet wreszcie kupiłam. W samą porę, doprawdy. Jedynym plusem całej tej historii z odwołanymi lotami Ryanaira jest to, że jego konkurenci ochoczo obniżyli ceny. Pewnie zmoknę, ale w sumie to w teatrach na ogół nie pada za bardzo. Tak czy inaczej, pierwszą niedzielę października już po raz czwarty będę spędzać w tym samym miejscu. Tradycja taka. Jakieś trzeba mieć.
Pozytyw trzeci: za trzy tygodnie też udaję się do miasta, którego nie ma i bilet też kupiony. Trochę zacieram rączki, a trochę robi mi się niedobrze. To będą tortury. Czas powoli zacząć obmyślać przemówienie (daruj sobie, stara, i tak zapomnisz).

My moon, my man’s a changeable land, such a lovable land to me

Czwartek. Obudziłam się podejrzanie wyspana w rezydencji pana i władcy.
Pana i władcy obok nie ma, ale słyszę, że coś łazi po rezydencji, a z sąsiedniego pokoju brzęczy kanał informacyjny.
Hm.
Wstał przede mną.
Dziwne.
Sięgam po telefon.
DZIEWIĄTA CZTERDZIEŚCI TRZY.
Jasna cholera.

A to wszystko przez koncert. Pojechałam na wino, jak to zwykle, a trafiłam na koncert. Tego nie było w planach.
Dobra, trochę było, bo męczyłam go o to od ładnych paru lat, ale zawsze się wykręcał, aż tu z niewyjaśnionych przyczyn się zgodził. Nie wiem, czy tak nań podziałało chianti, czy cały wieczór z muzyką („Czytałem jego biografię. Lubi BDSM” – „… Z całej biografii tylko to zapamiętałeś?” – „To ważne!”), czy co, ale wtem pan i władca oddalił się, po czym wrócił, taszcząc bardzo piękny i lśniący sprzęt, na widok którego autorce rozbłysły oczy. Nawet mi pozwolił dotknąć. Nawet mnie nauczył jednego akordu, który nie pamiętam, jak się nazywa.
– Nie musisz tak mocno przyciskać… Nie, teraz za słabo.
– Myślałam, że to jest prostsze.
– Bardzo proste. Jeszcze raz.
Gdy jednakże lekcja dobiegła końca, pan i władca odebrał mi piękny i lśniący sprzęt, by pokazać, jak posługują się nim dorośli ludzie.
On potrafi. On naprawdę potrafi. On tak potrafi, że słów mi brak na opisanie tej niezwykłości. Oczywiście od lat mam fazę „jak on ślicznie pluje”, bo kocham tego łobuza całym sercem, ale w najzupełniej obiektywnej ocenie jest naprawdę dobry w te klocki. Niewielu ludzi o tym wie, bo pan i władca jest skromny chłopak i sam wam o swoich talentach raczej nie opowie, ani też nie będzie się prężył nieproszony (któż nie poznał ludzi, którzy uważają, że umieją różne rzeczy i chętnie to prezentują, a wy siedzicie z zastygłym uśmiechem i w nabożnej nadziei, że ten ból nie potrwa długo), więc prędzej dowiecie się od osób trzecich lub przypadkiem. Ale gdy już się da namówić, gdy się rozpędzi, to szaleje z tymi strunami, że strach. Tak sobie szarpie druty, a przy okazji śpiewa o was piosenkę. Bo akurat nuty płyną mu pod palce, a słowa do głowy i tak samo leci. I tym samym właśnie znalazłam się na najbardziej niesamowitym koncercie w moim życiu. W żadnej tam Tauron Arenie czy innym Wembley, ale w zaciszu czterech ścian, na kanapie, jako jedyny widz i słuchacz. Jako że słuchacz wyraźnie oniemiał i splótł rączki w zachwycie, artysta z zadowoleniem kontynuował do mniej więcej trzeciej nad ranem. Podejrzewam, że sąsiedzi od dawna mu się nie kłaniają, ale teraz nie będą mu się kłaniać jeszcze bardziej.
Autorce oczy się spociły dość poważnie w pewnym momencie, bo ona jest strasznym mazgajem (i pogłębia jej się z wiekiem – dość powiedzieć, że wzruszył mnie niezmiernie koniec transmisji sondy Cassini – a jak ja płakałam nad małym Philae!), więc kolega odstawił pudło i ruszył z odsieczą, by kapiące mi na podołek ślozy suszyć. Ma na to swoje sprawdzone sposoby, o których nie będziemy mówić.
Gwoli ścisłości, to nie pierwszy raz – kiedyś też się rozpłakałam, gdy usłyszałam mojego znajomego, jak śpiewa. Znajomy jednakże nie pocieszał równie intensywnie, tylko bardzo mnie uściskał po wszystkim. Jestem dość żałosną publicznością, na to wychodzi.
Trzeci dzień jestem pod wrażeniem. Myślę, że to nieprędko wydarzy się ponownie, więc będę to pieścić w pamięci bardzo długo.
A poza tym to jednak sexy jest niesamowicie, wiem, nie jest to zdumiewające odkrycie, raczej potwierdzenie znanej prawdy. Nie od wczoraj w końcu dziewczyny robią słodkie oczy do muzyków. No pewnie, że robią.
Wyszłam zatem o tej dziewiątej czterdzieści trzy, napisawszy do szefa z ogonem podkulonym, że ja dziś bardzo przepraszam i proszę o na żądanie (Bogu dziękować, żadnych spotkań nie miałam). Wróć, dziesiąta czterdzieści trzy już zdążyła wybić, gdyż należało zwlec się z ciepłej pościeli, mopsa na gębie zlikwidować, przez kwadrans krążyć po rezydencji w poszukiwaniu dżinsów, butów, telefonu, choć wszystko leżało dokładnie tam, gdzie poprzedniej nocy zostawiłam, a telefon nawet jakaś dobra dusza podładowała, gdy spałam; poprzytulać się po wielokroć – nic milszego, niż wdrapać się na pana i władcę i wczepić weń. Trudno potem wychodzić, niemniej trzeba. Coraz trudniej. Ja nie wiem, ja nie wiem, co to się podziało…

Poza tym zimno. Ciemno. Odwykłam, wszak moje lato zaczęło się wyjątkowo wcześnie tego roku i trwało długo.
Toteż zamiast wytwornego obiadu na mieście planowana jest pizza. Gotowa, o zgrozo, przytargana ze sklepu za rogiem, odgrzana i zjedzona na kanapie.
Z Netfliksem.
I co mi zrobicie.

Przyrzekam uroczyście, następny wpis będzie o czymś ciekawszym.
Bilety do Londynu na przykład muszę kupić w poniedziałek. Co oznacza, że nie będę żywić się niczym bardziej wyrafinowanym niż pizza z pudełka do końca roku.

A decent chap never lets his public down

Wróciłam do biura.

Biuro nadal stoi.

Ja leżę.

Pod naporem roboty, która mnie niecierpliwie wyczekiwała, gdy przez 2 tygodnie kiwałam nóżką leniwie. Dość powiedzieć, że wczoraj przejrzałam około 300 stron papierzysk, z których nie pamiętam nic, rozumiem jeszcze mniej, ale w najbliższych dniach będę musiała nauczyć się ich treści na pamięć. Dacie wiarę, że to lubię? Bo ja sama nie daję niekiedy. Mam takie chwile w życiu, gdy myślę, że chciałabym tak sobie zawodowo sadzić rzodkiewkę, dbać o zieleń miejską, wyprowadzać czyjeś zwierzaki.
A i tak spodziewałam się, że będzie gorzej. Nawet mnie brzuch rozbolał profilaktycznie. I nie pomógł wsysany przez kilka godzin Tom Ellis w Lucyferze (to fajna rzecz mogła być, gdyby tylko była nieco ostrzejsza, jakiś taki zbyt miły ten dzioboł – niemniej jak mówię, wsysałam przez kilka godzin, bo Tom Ellis należy do mężczyzn, na widok których takie melepety jak ja uśmiechają się głupawo i jeszcze głupiej zachowują. Tom jednakże aż tak znowu nie pomógł, bo kiepsko spałam, a brnięcie przez te kilogramy nowomowy przez resztę dnia sprawiło, że ogarnął mnie dojmujący nihilizm.
Na otarcie łez, z tym łbem pękającym od zbędnej wiedzy i przydługich zdań, zatrzasnęłam stanowczo służbowy laptop i obejrzałam wieczorem kolejny odcinek Victorii, ponieważ oczywiście. Bogiem a prawdą, to chyba pierwszy odcinek, który mnie szczerze zainteresował, bo troszeczkę to jednak zbyt gładkie jak na mój gust. Nie tylko dlatego, że Ernie wygląda jak Errol Flynn (nawiasem mówiąc, Errol Flynn, przy całym szacunku dla jego dorobku artystycznego, kojarzy mi się głównie z tym, że ponoć grał na fortepianie… nieważne, nie idźmy tą drogą; każdy gra, czym umie) i spogląda melancholijnie jak mój pies, gdy widzi kawałek chlebka, ale nie może dosięgnąć. I niezamierzenie, lub też wprost przeciwnie, całkiem niezły dowcip udał się scenarzystce, gdy Ernie proponuje, by bal na dworze królewskim miał motyw średniowieczny i mówi bratu, iż ma nogi Plantageneta. Tak, wiem. Tylko ja zapewne miałam natychmiastowe skojarzenia. Przychodzi taki moment, gdy wiecie, że obejrzeliście/przeczytaliście za dużo, bo zauważacie powiązania tam, gdzie ich nie ma. Oglądam za dużo period dramas.
Poza tym Rufus Sewell ma ciągle zniewalająco zielone oczy i głos jak papier ścierny, i zaprawdę rozumiem rozpacz widzów, którzy woleliby – kosztem ogromnych nieścisłości historycznych – żeby został. Nie sposób nie kochać. Takie miłości, nawiasem mówiąc, są bardzo bezpieczne i wygodne, niekłopotliwe, nie jak ten lubieżny gamoń, co mnie obudził dziś esemesem o PIĄTEJ RANO. Cisnęłyby mi się na usta różne ciepłe słowa, gdyby nie to, że przywykłam. O ileż prościej byłoby żyć w komfortowym wielokącie z nieświadomymi niczego bóstwami z telewizora. Ale kto by mnie wtedy tak pięknie wytrącał z równowagi?…

Knights in white satin

„Leżę w łóżku i myślę”, pisze mi pan i władca.

O nie.
Nie rób tego.

Ja go znam, ja wiem doskonale, co wychodzi z jego myślenia.
Obawiam się tym bardziej, że ostatnio mu jojczyłam, jak bardzo bym chciała dokądś pojechać – nie na Seszele, raczej na wielką wyprawę pod Kraków – i zgodził się, że to świetny pomysł.
Z drugiej strony nie musimy donikąd wyjeżdżać. W domu też byłoby dobrze.
W ogóle coś dziadziejemy, powiem wam w sekrecie. To już ten czas, gdy wizja udanego wieczoru przedstawia się następująco: „to ja coś ugotuję, a ty zadbasz o płyty i stare filmy”. Balować do rana (czy raczej od rana…) nadal potrafimy, ale wyłącznie we własnym towarzystwie, w czterech ścianach, w pościeli, w kuchni ewentualnie. Na miasto wychodzić? A po co? Aż takiej palącej potrzeby nie ma. Już byliśmy. Już widzieliśmy. W pewnym momencie siedzenie z kimś na kanapie naprawdę staje się wielką atrakcją. Czymś, o czym się szczerze marzy.
Zabawne. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, sądziłam, że nigdy mnie to nie spotka. Żywo pamiętam, jak się kłóciłam (nnno… może to za duże słowo, bo ja nie kłócę się za bardzo z natury) z moim pierwszym poważnym chłopakiem, który był wielkim domatorem i nie znosił knajp, podróże mało go interesowały – chyba że w góry. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ja, ze swoim „rano na kawę do miasta, poprzyglądać się ludziom i posłuchać ich gadania, a wieczorem na tańce”. Chciałam dużo bywać i chciałam bywać z nim, korzystać z miejskich atrakcji, byle więcej i gęściej. A teraz? Moją absolutnie ukochaną miejscówką jest adres pana i władcy, gdzie mogę robić wszystko, chodzić na golasa, jeśli tak wolę (dziwne, ale gospodarz nie ma nic przeciwko), pić piwo z butelki, zamęczać go folkowymi smętami, a on mnie bootlegami Foo Fighters – i dobrze jest. Wszystko poza tymi ścianami jest całkowicie zbędne.

Oczywiście on może również rozmyślać o tym, jak mnie otruć i utopić w Wiśle, ale jakoś naiwnie wierzę, że myśli o czymś innym.

Resztę urlopu spędzam zaprawdę pasjonująco, to jest śpię do oporu i czytam książki, kilka naraz. Czasami gotuję. Oglądam seriale. Henna na włosy i olejki na facjatę. Pogoda brzydka, więc nie mam wyrzutów sumienia. Robię za nianię dla dwóch nieustannie drących koty psów i przy okazji oswoiłam sobie trzeciego, wiejskiego powsinogę bez jednego oka. Na wsi stacja radiowa gra przeboje sprzed dekad, zawsze jest porządny obiad, a nie sandwich złapany po drodze. Budzik nie dzwoni. Zostały jeszcze dwa dni i trochę się obawiam powrotu do, nazwijmy to, normalności.
Taki był plan, albowiem wszyscy wiemy, jak wyglądały poprzednie cztery miesiące – samolot, samolot, samolot, samolot, samolot. Dziwnie być wyspaną i robić nic. Troszeczkę tyłek mnie świerzbi, to prawda. Obiecuję sobie, że na kolejne wakacje pojadę daleko, byle dalej. Żebyście mieli co czytać.
Na razie muszę trochę normalnie pożyć.
Wcale nie chcę, jeśli mam być szczera, ale wiem, że mój organizm tego potrzebuje. I moja głowa też.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

All bound for Mu Mu Land

Wakacje za chwilę, więc pakuję się pracowicie. Jak widać.

Dobra. Spakowałam się w dziesięć minut po powrocie z roboty wczoraj. Jeśli lecę z samym podręcznym, mogę to zrobić pijana i z zawiązanymi oczami. Z wyjazdami na dłużej jest trochę trudniej, ale mimo wszystko nabyłam wystarczającej wprawy, żeby zrobić to szybko. Pakowanie lubię, przynajmniej w tamtą stronę, bo z powrotem to na ogół wzbijanie się na wyżyny kreatywności („no domykaj się, dziadu” wysyczane przez zaciśnięte zęby podczas dociskania walizki kolanem, oraz przechodzenie przez lotniskowe kontrole w dwóch kurtkach, parą butów wystającą z torebki i kilkoma pachnącymi jeszcze drukarnią książkami pod pachą, ponieważ ja bardzo marznę, potrzebuję obuwia zmiennego i nie zniesę dwugodzinnego lotu bez sześciuset stron do przeczytania. Ręka w górę, kto tego nie doznał. Nie widzę).

Ale, ale.
Co roku w sezonie ogórkowym czytam, jak to strasznie, fatalnie, odrażająco zachowują się Polacy w podróży. Wszędzie. Na blogaskach, na fejsie, w prasie.
I wiecie, co roku bardziej mnie to wkurza.
Patriotka to ze mnie umiarkowana, ale nie mogę, po prostu nie mogę czytać, jak to te cebule panie dziejku zachować się nie umiejo.
Z turystyką zorganizowaną rozstałam się dość wcześnie i nie zamierzam wracać do tego rodzaju rozrywek, przynajmniej dopóki potrafię samodzielnie znaleźć drogę do toalety. Nie moje klimaty. Niemniej podróżuję dużo i dużo widzę. I zdążyłam zauważyć, że trzeba być cholernie uprzedzonym, by przypisywać słomę wystającą z plażowych japonek czy też górskich traperek wyłącznie Polakom. Że ojejku, jakie z tych Polaków buroki, bo klaszczą przy lądowaniu (polecam podróże w towarzystwie Włochów), ustawiają się do bramki godzinę wcześniej, jeżdżą do polskich stref z kotletem i Tyskim, totamto. Generalnie dokąd zmierzasz, narodzie.
Otóż mogę wymienić szereg denerwujących przypadków, które mnie spotykają w podróży.
Na przykład uporczywe wpychanie bagażu do schowka, na czyjś inny bagaż, nie bacząc, że wewnątrz owego mogą znajdować się szklane zakupy z duty free.
Na przykład guzdranie się. Nienawidzę. Cieszę się, że donikąd się nie śpieszysz, człowiecze, że masz all the time in the world, ale ja – niekoniecznie. I nie rzucaj mi spojrzeń z gatunku „ojej, minuta cię zbawi, poważnie?” (mam akurat świeże doświadczenia z wczorajszego poranka, z panią w dworcowej kawiarni, która przez pięć minut nie mogła zdecydować się na kawę, a gdy już wreszcie to zrobiła, to jęła dywagować nad tym, czy chce babeczkę z lukrem, czy z posypką, a za nią rosła kolejka podkurwionych pasażerów, którzy chcieli tylko czarną kawę na wynos; o ludziach potrzebujących kwadransa, by wysiąść z samolotu i nie reagujących na grzeczne prośby o przepuszczenie, nie wspomnę).
Na przykład upijanie się w sztok w podróży. Istnieje zasadnicza różnica między wypiciem dwóch lampek wina a obaleniem flaszki żołądkowej, choć pozostaję pod wrażeniem tego, że można w pojedynkę flaszkę obalić w niespełna dwie godziny.
Na przykład wtranżalanie się w moją przestrzeń osobistą. Ja wiem, że podróżowanie ma to do siebie, iż rzadko odbywa się w luksusie, ale masz swój fotel, człowiecze, to na nim siedź. Nie znamy się na tyle dobrze, bym chciała dotykać twojego uda przez całą drogę.
Na przykład zajmowanie dwóch miejsc i przewracanie oczami, gdy ktoś chce skorzystać. Albo zajmowanie czyjegoś miejsca, bo lepsze.
Na przykład oglądanie filmów lub też słuchanie muzyki bez słuchawek.
Na przykład imprezowanie do późna w hotelu, w którym pokoje nie są dźwiękoszczelne. Imprezowanie w hotelu w ogóle. Kiedyś jeden dżentelmen się pomylił i uparcie chciał wleźć do mojego pokoju – zamkniętego od wewnątrz, ale i tak szarpanie za klamkę wystarczyło, by postawić mnie na nogi i przestraszyć w środku nocy.
Na przykład robienie zdjęć w miejscach, w których robić ich nie wolno.
I tak dalej.
Żadne z powyższych nie jest naszą narodową specjalnością. Absolutnie żadne, bowiem wymienione wyżej przypadki zaobserwowałam lub odczułam na własnej skórze w wykonaniu przedstawicieli rozmaitych narodowości.
Tak gwoli ścisłości, na krajan w podróży zirytowałam się tylko raz – może „zirytowałam” to za duże słowo, ale do dziś żałuję, że cięta riposta przyszła mi do głowy parę godzin po fakcie. W Paryżu mianowicie, minionej jesieni, gdy którejś deszczowej (oczywiście…) soboty poszłam na Montmartre i zatrzymałam się w knajpie na obiad. Zamówiłam zupę cebulową, zamówiłam kaczkę, deser i kwaterkę wina, po czym usłyszałam znad sąsiedniego stolika rozbawiony damski głos, mówiący w języku Reja:
– Ty kurde słyszałaś? Ona zamierza to wszystko zjeść?
Zamierzała. I zjadła.

(A gdy wrócę z miasta, którego nie ma, to jadę w Tatry. W Tatry! Tylko mojego wysłużonego, przemoczonego przewodnika Nyki nie mogę nigdzie znalezć).

At night I dream that you and I are two plants that grew together, roots entwined

Wyjechałam na weekend do familii na wiochę – i masz. Codziennie o ósmej trzydzieści sąsiad z domu naprzeciwko odpalał piłę, by punktualnie godzinę pózniej ją odłożyć. Gdybym tylko umiała strzelać z procy… Przez całe dwa dni lało – pogoda taka, że tylko zagrzebać się pod kołdrą z jakimś stosownie rozgrzanym ciałem i tak zostać, ewentualnie wyskakiwać prędziutko po herbatę lub wino. Niestety ciała w pobliżu brak, bo pracuje, nie po bożemu.
Plus jedynie taki, że przy szumiącym deszczu znakomicie się śpi.

No i właśnie.
Miałam sen.

Nic nowego pod słońcem, ma się rozumieć. Wszyscy śnią. No, prawie wszyscy. Niektórzy zapamiętują więcej, inni mniej. Niektórzy mają sny przyjemne, inni koszmarne. Ja koszmary miewam szczęśliwie rzadko, a jeśli nawet, to zawsze przewijają się w nich te same dwa-trzy motywy. W snach bardzo często podróżuję – ale NIGDY nie latam, zwykle bywam w miastach, które w rzeczywistości dobrze znam, ale w snach są większe albo jakieś dziwne (na przykład według mojego uśpionego umysłu z mojej ulicy można pieszo ruszyć w góry), często się z kimś obściskuję, vide niedawny przypadek brata pana i władcy, spuśćmy zasłonę milczenia; często jestem w pracy. Czasami przez kilka lub kilkanaście nocy śnią mi się te same osoby i wydarzenia (inna rzecz, że ja potrafię śnić w odcinkach – nie pytajcie, jak to działa, bo nie wiem). A przed ważnymi, wyczekiwanymi momentami, gdy moja świadomość już pomaleńku nastraja się na to, co nadejdzie, to dopiero się dzieje.
Śniło mi się zatem, że moja firma wysłała mnie do Londynu. Na kurs językowy. Widocznie uznali, że mi potrzebny. Londyn był do Londynu niepodobny, a pośrodku wznosiła się kolosalna gotycka katedra z niebosiężną iglicą (profesorze Freud?…). No i chodziłam dzielnie do szkoły na zajęcia. Miałam… bardzo nietypowego nauczyciela, że to tak okrągło ujmę. Bez nazwisk. Znałam odpowiedzi na wszystkie jego pytania, ale potrafiłam z siebie wydobyć tylko jakąś nonsensowną jąkaninę (co, jak wiemy, jest dla autorki zupełnie nietypowe, bo przecież ona zawsze wygadana, że hoho, nieprawdaż), zatem ostatniego dnia, by uniknąć dalszego wstydu i kompromitacji, ukrywałam się przed tymże belfrem szanownym w damskiej toalecie.
Nie będę tego komentować nawet.

Oczywiście to wszystko to poniekąd zapowiedź tego, czego się spodziewam w najbliższych miesiącach – i tygodniach, poczynając od najbliższego, bo raptem za 168 godzin o tej porze będę się wiercić na ławeczce w Sam Wanamaker Playhouse i zaśmiewać z historii o pięknym marynarzu, w którym ponoć zakochała się Safona, ba, sama Afrodyta też. Och, ale co tam Safona, spójrzcie na to zdanie w opisie wystawy, na którą się wybieram: Please be aware that the butterflies may land on you.
Jestem podekscytowana, jakbym od dawna donikąd nie wyjeżdżała, jakbym nie była tam nie pomnę już ile razy. To silniejsze ode mnie, ta radość. Nic dziwnego, że nawet moje sny mówią mi: „już niedługo, już niedługo”…
No, ale w tej toalecie to chować się jednak nie zamierzam.

Chyba.

Let’s get it on

Moje włoskie zakupy zdały egzamin. Zwykle unikam wysokich obcasów, ale bracia i siostry z Półwyspu Apenińskiego naprawdę znają się na rzeczy.


Tym samym wczoraj zasnęłam jakoś około czwartej, a niedługo przed siódmą obudziło mnie zapamiętałe chrapanie. Spojrzałam w lewo i skonstatowałam bez zaskoczenia, że chrapanie dobywa się z mumii szczelnie i całkowicie owiniętej w kordłę – szacun w taką pogodę. Zawsze kordłę kradnie.
Przed siódmą, a to oznaczało, że zaraz w mieszkaniu rozlegnie się seria dzwonków strategicznie rozmieszczonych budzików. W tym szaleństwie jest metoda – kolega ma kamienny sen. Do tego stopnia, że niekiedy rozważam przytknięcie mu lusterka pod nos. Niemniej nie znosi się spóźniać i bardzo nie lubi spóźnialskich (powiadam, uwielbiam go, ale w życiu nie chciałabym z nim pracować). Jeden z tych budzików dzwoni tak przeraźliwie, że człowiek wyskakuje z pościeli i ze skóry, co raz mi się zdarzyło, gdy zresztą pan i władca akurat nie musiał świtem do pracy się zrywać. Podczas gdy ja złapałam się za serce, pan i władca podniósł się, nie otwierając oczu, walnął pięścią w diabelskie urządzenie, wymamrotał obelżywe słowo, dał mi buzi i padł bez życia na poduszkę.
Dlatego ma ich kilka.
(Mam na myśli budziki. Choć żyć też jest więcej niż jedno, jak sądzę).

Kiedy mumia nie jest mumią, tylko żywym i energicznym osobnikiem, nie mogę przestać gapić się nań w zachwycie. Jak krąży po pokoju na bosaka, z wilgotnymi po kąpieli, skręcającymi się włosami i peroruje zawzięcie, wymachując przy tym rękami i zupełnie nie zwracając uwagi na trzymany kieliszek wina, naśladując ludzi, o których opowiada i imitując dźwięki. Takie trochę ptasie radio w ludzkim wydaniu. I emanuje przy tym tą swoją nieprawdopodobną zmysłowością, na którą mnie złowił i która nadal na mnie działa jak nic innego na tym łez padole. Emanuje nią nawet, gdy śpi.
Zastanawiam się czasami, czy kiedyś ten zachwyt mi minie. Na razie z każdym kolejnym rokiem się nasila, a piękny nie robi nic, żeby go zmniejszyć. Przeciwnie.
Tak to już chyba zostanie.
Co zabawne, motyw butów przewija się w tej historii od samego początku, albowiem tej nocy, gdy mnie poznał, pomagał mi zdjąć trzewiczek, bo sprzączka mi się zacięła. Taki Kopciuch, co nie. Było to lat temu wiele. Wtedy jeszcze witaliśmy się zdawkowym cmokiem w policzek, a ja byłam tak zdeprymowana, że nie wiedziałam, co powiedzieć i siedziałam jak ten tłumok w swoim kątku kanapy.

Dziwnym zatem nie jest, że zapytana wczoraj o plany na weekend odparłam, iż zamierzam spać, ewentualnie czytać w przerwach.
(I dzisiejszej nocy, jak na ironię, przyśniło mi się, że miałam romans z bratem pana i władcy. No doprawdy).
Nie martwcie się jednak zanadto tym, że u autorki jakoś mdło ostatnio. Za dwa tygodnie o tej porze będzie bowiem na urlopie. Nie uwierzycie, gdzie!…

The S word

Dobry weekend. Odrobiłam moje krakowskie zaległości. Podgórskie właściwie, bo w pobliże Rynku się nie ruszyłam. Zeżarłam lody cytrynowe z bazylią u Emila i bardzo pysznego falafla na pikniku w Parku Bednarskiego, który jest najpiękniejszym parkiem w Krakowie, a może nawet i dalej. Wypiłam spritz na Kazimierzu. Nie był to taki spritz, jak we Włoszech, albowiem tylko we Włoszech jest taki spritz, jak we Włoszech (nawiasem mówiąc, zawsze mnie wkurzało, jak oni po moim sposobie wymawiania tego słowa natychmiast orientowali się, żem nietutejsza i mimo zamówienia starannie złożonego po włosku, mimo mojej grzecznie wystosowanej prośby o „lo spritz” odpowiadali mi z uśmiechem po angielsku, paskudy cholerne). Zabawne. Składniki takie same, proporcje takie same, piękne słońce i czyste niebo nad głową, a jednak nie to.
Zaspokoiwszy nieco moje włoskie tęsknoty, postanowiłam wczoraj zaspokoić tęsknoty hiszpańskie i poszłam do Euskadi, o której same zachwyty słyszałam. Bardzo mnie uszczęśliwili. Croquetas jak należy. Krab co się zowie. Pysznie. Jednej tylko rzeczy nie pojmuję i nie pojmę nigdy – czemu w naszych knajpach, nawet tych serwujących kuchnię śródziemnomorską, dawkują wino, jakby było ono, bo ja wiem, larendogrą. Naleją na dno kieliszka, skasują dychę przynajmniej i ciesz się, człowiecze. Błagam.
Pięknie było i słonecznie (przynajmniej do wczoraj, bo akurat gdy opuściłam restaurację, lunęło i dotarłam do domu lekko zmoczona). I nawet – szok i niedowierzanie – udało mi się z kimś umówić, toteż we wtorek idę na proszoną kolację, a w środę na miasto. Czyżbym odzyskiwała życie towarzyskie? Miło.
Lubię taki Kraków, nieco opustoszały latem, po którym mogę sobie dreptać w sukience zwiewnej i moich superwytwornych Birkenstockach. Taki o.

Ale nie o tym chciałam.
Od soboty internety żyją tym, co rzekł Owsiak wobec poseł Pawłowicz. I owszem, jestem zdania, że takie słowa nie powinny były paść. Niezależnie od tego, co ona sama wcześniej nagadała, a na czego powtarzanie szkoda klawiatury. Fakt, język życia publicznego schamiał niewiarygodnie przez ostatnie lata i wiele tekstów kiedyś nieakceptowalnych teraz nie budzi niczyjego zdumienia. Pytanie tylko, czy tak naprawdę trzeba i czy naprawdę nie da się inaczej. I czy, kurczak, serio musimy mówić ludziom „bzyknij się, to lepiej się poczujesz” – nawet w odpowiedzi na inne napastliwe komentarze. Wydaje mi się, że to już jest o jeden most za daleko.
Ludzie mają różne potrzeby seksualne, co jest prawdą dość raczej oczywistą. Jedni ogromne, inni średnie, inni – żadnych. Ba, czasami w poniedziałek mamy te potrzeby ogromne, a w środę żadnych. Radzimy sobie z tym też w różny sposób. Dla mnie seks jest bardzo ważny i dostarcza mi wielkiej radości, ale komuś innemu jednak nie musi. Bo on może czerpać radość z czegoś zupełnie innego. Może też mieć problemy czy blokady, które uniemożliwiają mu uciechę z fizycznej bliskości z kimś. Różnie bywa. To nie jest tak, że jako dorośli ludzie jesteśmy bardziej cool, gdy uprawiamy seks – to wyłącznie nasza sprawa, czy to robimy, z kim, jak często, w jaki sposób. Nie ma jedynie słusznej częstotliwości, jedynie słusznej liczby partnerów, jedynie słusznej ich płci. Nasza cielesność to niesłychanie intymna sfera. Nikt poza nami samymi tak naprawdę nie wie, jak ona wygląda. Dlatego właśnie nie podoba mi się i nigdy nie będzie zalecanie komuś seksu jako środka na odprężenie, cudownego panaceum na wszelkie dolegliwości, zwłaszcza, ma się rozumieć, na kiepski humor.
A przy okazji – mam wrażenie, że jesteśmy w naszej krainie między Odrą a Bugiem tak zanurzeni w seksizmie, że przestaliśmy go zauważać. W takim codziennym, zwykłym, powszechnym. Nie jest to żadna prawda objawiona, wiele z nas to wie. Tu pan instruktor nauki jazdy złapie za kolanko, firma produkująca wiertarki czy inne tam klucze nasadowe wrzuci sobie na billboardy rozebraną modelkę, tam pan komentator sportowy będzie opiewał urodę zawodniczek albo pan wybitny publicysta będzie konsekwentnie zapraszał do niedzielnego programu samych facetów. Tu ktoś kulturalnie zauważy, że kobieta, która jęczy w nocy, nie warczy w dzień, a czyjeś marudzenie zdiagnozuje jako syndrom niedopchnięcia. Tam ktoś będzie ubolewał, że kiedyś to z dowcipów o babach, co dawno chłopa nie miały, to ludzie się śmiali, a teraz to wszyscy tacy przewrażliwieni. Do napisania tego w sumie nie sprowokował mnie sam niesławny tekst, ale reakcje w internecie – w tym i dziennikarzy, co mnie nieco zdziwiło – też sprowadzająca się do tego, że w sumie to nic wielkiego się nie stało, a seks jest fajny, a jak ktoś uważa, że to przesada, to pewnie się zgorszył tym, że ktoś śmie sugerować, iż seks dla kobiet też jest przyjemny. Jeśli ktoś jest oburzony, to pewnie sam nie lubi. Albo ma jakieś fobie seksualne. Tak, na pewno.
Na pewno.

Love comforeth like sunshine

Odpoczywam. W sensie pasożytuję na rodzinie będącej przypadkiem w posiadaniu dmuchanego ogrodowego jacuzzi, które w obecnych warunkach atmosferycznych jest niczym zbawienie (nie żeby te temperatury były dla mnie jakąś nowością po urokach minionej wiosny). Kręgosłup zadowolony, ja stosownie zbrązowiała. Czytam bardzo grubą i bardzo ciekawą książkę, która prawie mi do tego dmuchanego ogrodowego jacuzzi wpadła. Ogromnie polecam lekturę – zanim kto przewróci oczami, że czytanie na leżaku o XIX-wiecznym teatrze to chyba trochę przegięcie, zapewniam, że to naprawdę wciągająca rzecz o tym, jak to wszystko wyglądało od zaplecza. Acz nadal moją ulubioną książką o historii miejsca bardzo nienormalnego pozostaje cudowny Shakespeare & Co. profesora Wellsa, zwłaszcza wątek o tym, jak to drzewiej zamożne panie widzki po spektaklu zamawiały sobie wybranego aktora do alkowy.
Skoro o tym mowa, o teatrze znaczy – słyszeli już zapewne, że bożyszcze kobiet i mężczyzn Hiddleston będzie robił za Hamleta we wrześniu w Londynie. Tylko przez trzy tygodnie i dla bardzo małej widowni, zatem loterię uruchomiono. Nęci mnie to umiarkowanie i nieszczególnie pasuje mi wrzesień (dziwna sprawa, ale mnie nie zapytali), niemniej mimo wszystko zapisałam się, a nuż. Cumberhamleta wszak wygrałam, acz com się namęczyła na tym spektaklu, to moje.

Dzięki możliwościom nasłoneczniania się przynajmniej trochę mniej tęsknię i nie wysyłam co godzina esemesów z pytaniem, czy już wraca. Gwoli ścisłości, i tak nigdy tego nie robię. Faktem jest jednakowoż, że tęsknię. W księżyc patrzę i w ogóle. On tak ładnie pachnie, on tak ładnie zmienia kanały w telewizorze, on tak ładnie dżinsy rozrzuca w miejscach, w których można się w nie po ciemku zaplątać i wywalić na pysk. Mam takie rzuty zakochu od czasu do czasu – jakby na co dzień było mało – i chyba właśnie mam jeden. Czytałam kiedyś pełen długich słów artykuł, z którego wynikało, że to niezbyt zdrowo, ale Bogiem a prawdą w nosie to mam. To przyjemne. No i to działa. Zwłaszcza że lato, a lato pod względem miłosnym od zawsze bardzo dobrze mi się kojarzy. Od lipca, gdy – lat temu ojojoj – siedzieliśmy sobie na podłodze mojego balkonu (dlatego na podłodze, że nie byłoby dobrze, gdyby ktoś nas zobaczył, już dość symbolicznie ubranych podówczas) i oglądaliśmy spadające gwiazdy, sącząc Gruener Veltliner, i kto musiał iść następnego dnia do pracy? Ale otóż ma się rozumieć, że ja. To stały motyw. Pamiętam jak dziś. Akurat dzień wcześniej wróciłam z urlopu wypoczęta, i gamoń i łobuz całą moją wypoczętość skutecznie zlikwidował, do tego stopnia, że gdy dotarłam do biura, usłyszałam od troskliwego kolegi: „Ty na wakacjach byłaś? A jakaś zmęczona wyglądasz”.
Letnie randki w morderczo wczesnych godzinach porannych również są klasyką gatunku i zawsze niecierpliwie ich wyglądam. Nic, zaprawdę powiadam, nic lepszego nie może się zdarzyć, niż gdy łapiecie byle ciuch, żeby tylko wciągnąć na tyłek, włosy mokre, twarz nieskażona makijażem (myśleniem też, bo kto o takiej porze sprawnie funkcjonuje?), a po dotarciu na miejsce już chcecie usiąść spokojnie na kanapie i złożyć głowę na jedynie słusznym ramieniu, gdy ktoś mówi:
– Poczekaj, wstań jeszcze na chwileczkę.
– Ale po co?…
– Chcę popatrzeć, jaka jesteś ładna.

Zawsze miał dobrą gadkę.

Wait a minute, Mister Postman!

Przesyłka do mnie przyszła.

Jak do mnie przesyłki przychodzą, to nigdy nie wróży nic dobrego. Albo beztrosko zamawiam osiem książek z odbiorem osobistym ze sklepu i później wlokę to przez most (i jeszcze się dziwię, że mi dysk wypada), albo jakieś ptaszki i motylki z irytującymi listami przychodzą, ogólnie bida.
Tym razem to zamówienie pana i władcy, więc tym bardziej niczego dobrego się nie spodziewałam.
– Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia – powiedział do mnie paczkomat, gdy już powciskałam te wszystkie guziczki i Sezam się otworzył. Od kiedy one mówią? Nie jestem pewna, czy to właściwe życzenia, biorąc pod uwagę zawartość paczki. Już ją oczywiście zdążyłam rozpakować, przymierzyć, co było do przymierzenia, popatrzeć z pewnym niepokojem na pozostałe ciekawostki – no i teraz pozostaje czekać, aż gamoń i łobuz wróci z wywczasu, co powinno nastąpić lada dzień.

A swoją drogą, całkiem a propos, odbywałam wczoraj jedną z tych krępujących konwersacji z ludźmi, których słabo się zna. Wiecie, kolega czy koleżanka z pracy, z którą z przyczyn losowych trzeba odbyć rozmowę na tematy pozapracowe, bo na przykład pozostałe towarzystwo się spóźnia. Nie jestem w tym dobra. Naprawdę nie. Ja z tych, co w sytuacjach, gdy trza konwersować z nieznajomymi, spoglądają nabożnie w sufit, kręcą kciukami i uśmiechają się niepewnie. Lub też w desperacji mówią coś naprawdę, naprawdę głupiego (nawiasem mówiąc, w jakimś sklepie DIY we Frankfurcie widziałam torbę, taką na zakupy, z napisem I CARRIED A WATERMELON i trochę pluję sobie w brodę, że jej nie kupiłam). Raz mi się udało, bo kolega położył na biurku pęk kluczy z breloczkiem w postaci tasiemki głoszącej „remove before flight„.
– Miałam kiedyś taki podkoszulek – zauważyłam na głos. Bo miałam istotnie. Może to nie było najbardziej wdzięczne zagajenie w historii, ale zaraz wylazło, że oboje jesteśmy fanami awiacji i zamiast męczyć się próbami zabicia czasu jakąś tam rozmową o planach na weekend i korkach na A4, zajęliśmy się żarliwym rozprawianiem o Gimli Glider. Tak też bywa. Normalnie jednakże to kręci się wokół pogody i ewentualnie tego, że kawa w biurowym ekspresie jakaś gorsza ostatnio. Albo ewentualnie wakacji. Ale nie tym razem, nie dziś. Nie tym razem, niektórzy bowiem ludzie wyjątkowo się interesują życiem prywatnym innych ludzi i nieważne, że rozmawiają z tymi ludźmi pierwszy lub drugi raz w życiu. Rozumiem, że chcą być przyjaźni, ale skracanie dystansu uruchamia w mojej głowie liczne alarmy sugerujące szybką ewakuację. Zawsze mnie to fascynowało i drażniło jednocześnie, zwłaszcza że wyjątkowo nie lubię o sprawach moich i gajowego rozmawiać. Z kimś, kogo długo i dobrze znam, mogę, owszem, ale bez nadmiernej ekscytacji i raczej zdawkowo. Z kimś obcym – nie ma szans. I nie mam pojęcia, na co komu wiedza o tym, co robię po godzinach.
Po obowiązkowej rundce dotyczącej samopoczucia koleżanka wyjaśniła, że ona to z naszego spotkania musi wyjść wcześniej, bo dziecko odbiera. Pokiwałam głową.
– A ty masz dzieci?
Pokręciłam głową.
– A męża? – indagowała niestrudzenie koleżanka. Poważnie?…
– No… nie. Nie mam męża.
– Ale kogoś masz, nie?
Serio?!
– Mam – odpowiadam jednosylabowo w nadziei na ucięcie tematu.
– Masz zdjęcie?
Co takiego?…
Dżizas. Mam zdjęcie, mam wiele zdjęć, przy czym większość z nich nie nadaje się do pokazywania komukolwiek. Raczej nie takie, co się w portfelu nosi.
Szczęśliwie weszła osoba trzecia i konwersacja została przerwana.
Uff.

Quadratisch, praktisch, gut

Jestem w domu i przynajmniej przez miesiąc donikąd się nie wybieram. Grand Tour zakończone.
Przyleciałam do Krakatau bardzo wygodnie i spokojnie, acz znowu otrzymałam na pokładzie bułę z tartą marchewką – nienawidzę, choć z drugiej strony jej widok jakoś mnie uspokaja, są pewne rzeczy niezmienne na tym łez padole. I zaobserwowałam panią, w moim wieku i raczej trzeźwą, która parła przez cały samolot, by zapytać stewardes w ogonie (gdzie zwykle się bunkruję – lubię latać w ogonie, co poradzę), gdzie jest rząd szósty. Cóż, przed rzędem numer dwadzieścia pięć, dwadzieścia cztery, dwadzieścia trzy…

Zakończyłam tournee, siedząc w taksówce w korku sakramenckim i słuchając radia Vox FM, z którego ćwierkał wesoły prowadzący i puszczał kolejne wesołe piosenki disco polo. Nie podzielałam jego radości. Zapytałam taksówkarza, czy mógłby zmienić stację. Nie usłyszał chyba.

Dziwne. Z jednej strony się cieszę, bo moje życie stanie się odrobinkę bardziej uporządkowane na nowo. Pomieszkam sobie trochę w domu. Z drugiej – daję sobie głowę uciąć, że najdalej za cztery tygodnie tyłek znowu będzie mnie świerzbieć. Ale och, wtedy przecież wyjeżdżam na urlop, więc nie ma problemu. Co nastąpi później – nie wiem, sytuacja jest dynamiczna. Za to szefostwo pochwaliło bardzo moje gościnne występy w Mediolanie, zatem chodzę dumna i blada.
Dużo toczyłam rozmów w ostatnich tygodniach o tym, ile można w taki sposób funkcjonować i jak to się przekłada na życie prywatne. Otóż całkiem w porządku się przekłada. Sądziłam, że będzie gorzej. Oczywiście faktem jest, że akurat moje życie prywatne jest bardzo elastyczne i łatwo je dopasować do rzeczywistości. Albo może raczej odwrotnie, nie wiem.

I cóżem zrobiła, wróciwszy na dobre.
Same fascynujące rzeczy. Wyprałam wszystko. Popierałam ubeckie protesty i irytowałam się polityką. Kupiłam bilety do teatru (nie ma szans, żebym tego nie zobaczyła) i do innego teatru (wcale nie chciałam na początku, ale zobaczyłam zdjęcia i poszło… ze mnie to jednak człowiek prosty, wystarczy mi golasa pokazać i już zadowolona; oczywiście tuż po zakupie przeczytałam świeże recenzje, umiarkowanie entuzjastyczne, ale cóż, takie moje szczęście). Rozdzieliłam prezenty i zamówienia – w tym wegańskie bezglutenowe czekoladki Ritter Sport. Wegańskie bezglutenowe. Świat się kończy. Ja tam dla siebie kupiłam tę ulubioną od dzieciństwa, gdy jeszcze przybywały w paczkach z Enerefu – z rumem i rodzynkami.
Nie wiem tylko, kto mi to pranie z pralki wyjmie, a tym bardziej rozwiesi, ponieważ upiornie boli mnie kręgosłup – pojęcia nie mam, od czego; co prawda ciągałam te moje toboły w miniony piątek, ale miałam czas odpocząć, zatem nie wiem, skąd ta nagła, skądinąd dobrze mi znana atrakcja. Dopuszczalne pozycje są ograniczone – chodzenie jest okej. Siedzenie w nienaturalnym skręcie albo głębokim odchyle jest okej. Wstawanie z krzesła jest bardzo nie okej, jako i leżenie na wznak. A jutro mam trwającą trzy godziny telekonferencję. Na samą myśl boli bardziej.

Nic to.
Czekając, aż przybędzie rycerz na białym koniu celem rozwieszenia mojej bielizny, przeczytałam w Guardianie artykuł o otwartych związkach i trochę się skrzywiłam. Nie dlatego, że potępiam, bo przy mojej biografii musiałabym być wyjątkową hipokrytką. Jest mi całkowicie obojętne, czy ktoś sypia z dziewczyną, z chłopakiem, z dziewczyną i chłopakiem, z dwiema dziewczynami, z trzema chłopakami albo z nikim w ogóle, bo go to nie kręci. Ich sprawa, jak się dogadają. Pod warunkiem, ma się rozumieć, że istotnie się dogadają i że nikt nikomu nie będzie robił koło pióra, nie szukał dodatkowych wrażeń w sekrecie. A przede wszystkim siebie samego nie oszukiwał. Żeby było uczciwie i z szacunkiem dla wszystkich zaangażowanych – i w relacjach czysto łóżkowych (choć jestem zdania, że takie na dłuższą metę nie istnieją) i w tych, w których stawka jest nieporównanie wyższa.
ALE.
Ja naprawdę zdecydowanie nie trawię dorabiania ideologii do wszystkiego. Jestem wielką zwolenniczką prostych komunikatów. I w tymże tekście zmęczył mnie pretensjonalny i, hm, lekko protekcjonalny ton autorki, trochę próba ubierania swoich preferencji seksualnych i/lub miłosnych w filozoficzne wdzianko. Nie cierpię tego. Nie tylko w tej sferze, w każdej. Nieważne, czy chodzi o frutarianizm, zamiłowanie do wysokich obcasów, poglądy polityczne. Jeśli coś lubisz i robisz to, bo tak właśnie lubisz, z pełnym i głębokim przekonaniem, że to ci pasuje, to naprawdę wystarczy. Tak lubię i tyle. Nie potrzeba dalszych falbanek słownych, kwiecistych akapitów, ani tłumaczenia się, ani reklamowania. Jestem sobie, jaka jestem. Zaprawdę nie muszę udowadniać, że to fajne i cool. Mnie jest z tym dobrze. Mojemu partnerowi czy partnerce, czy partnerom jest ze mną dobrze. Albo nie jest, bo nikogo takiego nie ma, bo nie czuję potrzeby, by był. Wszystko w temacie. Bogiem a prawdą, ilekroć ktoś próbuje dopisywać wielką filozofię do własnego życia seksualnego czy seksualności w ogóle, czuję się zaniepokojona i mam ochotę mu powiedzieć: ej, po prostu powiedz, jak jest. Albo nie mów wcale, bo naprawdę nie musisz. Jest OK. Trudno mi w podobnych sytuacjach pozbyć się wrażenia, że ów ktoś sam siebie próbuje przekonać, jak mu dobrze z tym, w jaki sposób żyje. Inna sprawa, że poznałam w swoim długim życiu towarzyskim całkiem sporo osób, które miały bardzo dużo do powiedzenia na temat swojego podejścia do związków i/lub rozwiązków, ale ze stosowaniem tego w praktyce miały jednakowo duży problem – jakoś ta piękna filozofia rozmijała się z wykonaniem. I to również w kwestiach tak fundamentalnych jak uczciwość wobec strony drugiej, trzeciej, czwartej czy której tam z kolei. Dlatego właśnie uważam, że czasami lepiej mówić mniej. Okazywać, jak najbardziej. Ale słowa w nadmiarze często, zwłaszcza na tak subtelnych i intymnych płaszczyznach, robią więcej szkody niż pożytku. Ludzie mają różne spojrzenia na miłość, różnie ją wyrażają, różnie ją uprawiają. To normalna sprawa. Toteż nie zrozumcie mnie źle. Jestem całkowicie za pełną otwartością, natomiast poważnie męczy mnie i rozbawia niekiedy trend tytłania wszystkiego, od przyprawiania zupy po seks, w nieznośnej lifestyle’owej panierce.

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

Atlantis is calling

Twarzoksiążka przypomniała mi dziś o dwóch wydarzeniach z przeszłości. Zwykle przewracam oczami na widok tych przypominajek – budzą we mnie odczucia podobne do tych, które dręczą człowieka, gdy czyta swoje pamiętniki z czasów nastoletnich (tu wstawić wzdych zażenowania). Czasami jednakowoż dają do myślenia. Jedno z tych wydarzeń już w przeszłości pozostanie, nie mam co do tego złudzeń (miałam jeszcze niedawno, ale pozbyłam się – jestem ostatnią osobą, która powinna uczyć innych moralności, niemniej nie znoszę podwójnych standardów i postępowania wbrew temu, co się deklaruje, ba, radzi pozostałym ludziom). Drugie, ku mojemu ogromnemu zdumieniu, nie tylko się ciągnie, ale ewoluuje. Gdyby twarzoksiążka przyjmowała zakłady w czasie, gdy oba zdarzenia miały miejsce, obstawiłabym odwrotnie. Stwierdziłabym, że to pierwsze wywrze na mnie wpływ trwalszy i silniejszy, a drugie będzie pojedynczą radością, o której szybko zapomnę. Stało się inaczej. Nihil novi sub sole – wiele rzeczy, o których myślimy, że są na zawsze, znika w ciągu kolejnych 365 dni. Plany, miłości, przyjaźnie, zainteresowania, you name it. Tymczasem te pozornie zwiewne jakimś cudem ukorzeniają się w naszym życiu na dobre.

Przede mną pierwszy weekend w całości we własnym domu od ponad trzech miesięcy. Dziwne. Nie wiem, co ze sobą zrobię – poza tym, rzecz jasna, że muszę dziś zrobić pranie lub dwa i pozbyć się pajęczyn w mojej zapomnianej przez Boga i ludzi kwaterze głównej, a w niedzielę się spakować. Jeśli wszak sądzicie, że rozważam pomysły typu „wbiegnę na kopiec Kościuszki” lub „przygotuję deser Pavlova, bezglutenowy”, lub ewentualnie „pomaluję sufit w arabeski metodą suchego pędzla” (w sumie to by się przydało, jak tak na niego patrzę…), to jesteście w błędzie, w błędzie mylnym nawet. Zamierzam ograniczyć zużycie energii do minimum. Świetnie zaczęłam, bo zaległam w wannie z biografią Peggy Guggenheim (znakomitą, nawiasem mówiąc – ech, w idealnym świecie człowiek zajmowałby się byciem dziedziczką, romansowaniem z artystami i kolekcjonowaniem dzieł sztuki w swoim weneckim palazzo, ale niestety coś poszło grubo nie tak). Odkurzyłam moją kawiarkę i dość rozczarowałam się produktem końcowym; jednak trzy miesiące picia małej i upiornie mocnej kawy zrobiły swoje – ciekawe, czy już mam nadciśnienie… Tak czy inaczej, są na dziś filmy do obejrzenia, jest kolejny odcinek radiowego salonu fryzjerskiego do wysłuchania. Muszę również odrobinę zamordować pana i władcę, ale poczekam do wieczora. Spokojnie, tak go zamorduję, żeby jeszcze trochę pociągnął.

Powrót do biura był dość zabawny. Dziewczę w zagródce obok, które najwyraźniej dołączyło podczas mojej bytności tu i tam, wyciągnęło do mnie rękę.
– O, my się nie znamy. Jesteś nowa?
– … Nie, ja tu pracuję od dwóch lat, tylko rzadko bywam.
(Przez chwilę poczułam się jak ten gość z IT Crowd, co go trzymali zamkniętego w serwerowni i nigdy nie wyłaził).
Lub też kolega.
– Boże drogi, nie zauważyłem cię! Przepraszam! Zapomniałem, że przy tym biurku w ogóle ktoś siedzi!
Tak reagują ludzie z pracy. Cóż rzec o znajomych. Niektórzy myśleli, że ja się na dobre wyprowadziłam. Aż tak łatwo nie da się mnie pozbyć.
Rzekła autorka, po czym poszła załadować kolejną porcję prania. W poniedziałek odezwie się z krainy Teutonów. Co prawda nie mają tam Aperolu i język nie tak znów śpiewny, ale mają Apfelwein. Przetrwamy.

Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Caffè lungo

Jeszcze dwa tygodnie i wracam do ojczyzny na dobre. Taki przynajmniej jest plan na dziś.
Szczerze pisząc, tęsknię i nie tęsknię zarazem. Dziwny to stan. Tęsknię, bo pan i władca, z którym spędzam coraz dłuższe godziny na telefonie (pięć, PIĘĆ w czwartkową noc – wstawanie rano było bolesne, zwłaszcza że sporo do zrobienia miałam w piątek i w związku z tym co kwadrans biegałam po kawę; szczęśliwie włoska kawa potrafi obudzić nieboszczyka). Nie tęsknię, bo wreszcie mam, co chciałam. Stan swoistej bezdomności, zawieszenia pomiędzy, dziś tu, za miesiąc tam. Zawsze tak chciałam. Nie ma mnie, jestem daleko. Czuję się całkowicie niezależna. Niemniej – czuję też, ile za to płacę.

W Mediolanie jest gorąco, w Mediolanie wszyscy są piękni i znakomicie ubrani. W Mediolanie pachnie espresso i dobrą wodą po goleniu. W Mediolanie chodzi się nieśpiesznie, a lunche jada długo. W Mediolanie można wydać fortunę na buty i kiecki (siedem par, tyle tylko powiem, siedem cholernych par). Mediolan oczywiście cały pod znakiem Sforzów, bo to ich miasto.
Mediolan ma oczywiście wspaniałe muzea i wystawy, w tym mój ukochany Palazzo Reale, który sam w sobie jest miejscem fascynującym. W Palazzo Reale często arcyciekawe wystawy można zobaczyć – w ubiegłym roku trafiłam na Eschera, w tym na Keitha Haringa oraz świetną doprawdy wystawę poświęconą domowi mody Rinascente. Tenże właśnie dom mody znajduje się dokładnie naprzeciwko i jeśli macie odpowiednio dużo na koncie, to możecie świetnie się tam bawić. A że obchodzi sto lat – to otwarto mu w prezencie urodzinowym wspaniałą wystawę, którą naprawdę szczerze polecam. Czynna do września. Miałam takie szczęście, że zwiedzałam jako jedna z nielicznych w upalne niedzielne popołudnie, niedługo przed zamknięciem, więc byłam prawie sama (nie licząc wygarniturowanego pana ochroniarza, który podążał za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie głupawe selfie z kartonowymi figurami przystojnych modeli naturalnej postury, nie mówmy o tym, co?). Jeśli kto lubi modę i design, albo interesuje go historia ostatniego stulecia w Europie, ale opowiedziana w nietradycyjny sposób, to zaprawdę warto pójść.
Po tych wrażeniach oczywiście musowo trzeba zatrzymać się na spritz i poprzyglądać przechodzącemu światu.
To samo zresztą robiłam dzień wcześniej, po wizycie w Bibliotece Ambrozjańskiej, którą też ogromnie polecam. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie jest to miejsce niesłychanie popularne, mimo że można tam obejrzeć Caravaggia. I szkice Leonarda da Vinci na przykład (wyeksponowane fantastycznie w pięknej, starej, nieco mrocznej sali bibliotecznej i genialne – to lustrzane pismo!). Oraz pukiel jak najbardziej blond włosów niejakiej Lukrecji Borgii, zamknięty w szklanej, okrągłej kapsule, która trochę przypomina relikwiarz – z tą tylko różnicą, że z brzegów zwisają dwa maleńkie medaliony z wizerunkiem czerwonego byka, herbu Borgiów. Nie jest jakoś bardzo wyeksponowany, stoi w gablotce wśród innych osobliwości. Ogólnie rzecz biorąc, Biblioteka owa to miejsce, gdzie wyobraznia szaleje. Dla każdego miłośnika historii – a wiadomo, ta włoska to dość intrygująca i bogata jest – wizyta będzie bardzo ekscytująca.
A jeśli nie ma się ochoty na skrzypiące podłogi i marmury pałaców, to zawsze można udać się w kierunku Navigli, by spędzić miłe godziny nad kanałami, oczywiście z drinkiem i czymś bardzo dobrym do jedzenia. Da się żyć w tym Mediolanie, powiadam.

W piątek natomiast strajk był, ponieważ oczywiście. Włochy. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że musiałam dostać się na lotnisko – bo wracałam na jedną noc do kraju, celem zobaczenia rodziców i zrzucenia części tobołów. Moi drodzy koledzy lokalsi opracowali jednak cały złożony plan awaryjny, wyczytawszy, że w określonych godzinach komunikacja miejska jednak będzie działać, a gdyby nie, to spróbują złapać mi taksówkę na dworzec.
– W najgorszym razie pożyczę ci mój motorino – zapewnił jeden z nich. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie jadącą po raz pierwszy w życiu na skuterze, przez Mediolan w godzinach szczytu, w przekrzywionym kasku i z żarliwą modlitwą na ustach. Podziękowałam serdecznie.

Co nie zmienia faktu, że będę ogromnie się cieszyć, gdy wrócę do Krakowa. Nie ze względu na Kraków. Kraków nieistotny. Ważne, że w końcu będę mogła przestać wisieć na telefonie przez długie nocne godziny.
– Co ci przywieźć?
– Nogi.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Ames a quien ames, Madrid te quiere 

Mój pobyt w Madrycie z wolna dobiega końca. Zostały trzy noce.
Ucieszyłabym się, gdybym jutro w biurze usłyszała, że muszę zostać jeszcze parę tygodni. To się jednakowoż nie wydarzy, bo czeka już na mnie inne miejsce. I urlop po drodze. Którego nie do końca potrzebuję, Bogiem a prawdą, bo otóż jest godzina dwudziesta, a ja skąpo odziana siedzę na moim cholernym tarasie, bo słońce pali w najlepsze (wczoraj w Madrycie pękło 30 stopni).
Zestarzałam się w miniony weekend. Niby niezbyt rozkosznie obchodzić urodziny samotnie i daleko od domu – ale Madryt bardzo się o mnie zatroszczył i przyznam, że były to chyba najlepsze z urodzin dotychczasowych. W sobotę ganiałam po Prado i Thyssen-Bornemisza (genialne muzeum, polecam wielce – nawiasem mówiąc, jakieś zwariowane Francuzki w kolejce do kasy przede mną wyczytały, że bilet dla grupy sześciu lub więcej osób jest tańszy… ich było pięć; spojrzały na mnie, stojącą solo za nimi i doszło do zmontowania grupy), zachwycałam się Goyą, kupowałam prezenty i druki – gdzie ja to wszystko powieszę, to nie wiem – w muzealnych sklepach. A potem odpoczywałam nad tapas i białą sangrią w Platea – arcysuper miejscu, które jest kolosalnym tapas barem, klubem i restauracją w jednym, urządzonym w nieczynnym kinie z epoki art decó. Co zabawne, jedno z wejść do Platea prowadzi przez sklep warzywny, niepozorny taki. Lokalsi, gdy idzie o knajping,który jest niesłychanie ważną częścią tutejszego życia, mają ogromną fantazję.

Wczoraj natomiast spędziłam cały dzień, jedząc, pijąc i snując się po parku Retiro. Retiro to niebo na tym łez padole. Gęsta zieleń, eukaliptusy pachną, ludzie wygrzewają się na trawie lub pływają łódkami. Raj.
I policja konna. Hm. Wiecie, Hiszpanie są generalnie przystojni. Na ogół mają piękne oczy, rzęsy jak wachlarze, karnację tę swoją słoneczną. Na ogół też doskonale zdają sobie sprawę ze swojego powabu, więc obnoszą go z takim czarującym, zabawnym, wyczuwalnym „jestem piękny i wiem o tym”. Zatem Hiszpan w mundurze wierzchem to już w ogóle za dużo szczęścia naraz.

 Dotarłam do Retiro z Juana La Loca. Miejsca, które ubzdurałam sobie, że odwiedzę, bo ponoć najlepsza tortilla w mieście, orgazm przez kubki smakowe, te sprawy. Ponieważ miałam te swoje urodziny, uznałam, że pójdę. Wyczytałam wcześniej w internetach, iż miejsce ciasne i tłoczne, i bez rezerwacji trudno o stolik. Niestety rezerwacje przyjmują tylko telefonem, a ja po hiszpańsku banglam umiarkowanie, choć umiem już złożyć zamówienie w knajpie. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę lub wino. I burratę. O, i jeszcze rozumiem, gdy mnie w sklepie pytają, czy chcę siatkę na zakupy. Pomyślałam zatem, że pójdę, zaryzykuję, sama jestem, to może się zmieszczę.
Jak mawia mia madre, co drugi głupi ma szczęście. Wchodzę, piękny pan szef sali podaje mi szklaneczkę piwa i mówi, że wszystko zajęte, ale mogę zapisać się na listę kolejkową. Po czym wyjmuje zza pazuchy usmarowany do ostatniej linijki notatnik i zapisuje moje imię na dole. Doskonale. Będę tu stała całą wieczność, a potem usłyszę, że zamykają. 
Pięć minut później słyszę donośne
„Aleksandra!!” (wolałam podać wersję długą, bo wersja krótka oznacza tutaj „cześć” i wszyscy tego na okrągło używają, więc w takim miejscu nigdy bym się nie zorientowała, że chodzi o mnie). Piękny szef wymachuje rękami, bo oto zwolnił się stoliczek. Maciupki, ale zawsze. Zaraz potem zjawia się kelner. Tortilla? Ma się rozumieć. Pytam, co by mi polecił jako danie główne, a ten pyta, czy ma być bardzo duże, czy niekoniecznie. Witamy w Hiszpanii. Idę w wędzonego węgorza koniec końców. Okazuje się, że to jedna z najlepszych decyzji mojego życia, albowiem węgorz jest NIESAMOWITY. Tortilla też, z karmelizowaną cebulą – ale nad węgorzem prawie płaczę. Zaprawdę powiadam, jeśli będziecie przypadkiem w tym cudownym mieście – idźcie.
Jak na samotne urodziny, nie było tak źle. Zwłaszcza że, wędrując do hotelu przejedzona i opalona, nabyłam sobie ręcznie szytą kurteczkę, jakby mi nie wystarczył upolowany w ubiegłym tygodniu płaszcz w motylki (oczywiście).
Kocham to miasto i będzie mi bardzo, BARDZO ciężko je opuszczać. Ale wrócę. Wiecie przecież, że gdy ja się zakochuję, to na amen.  Na ament nawet.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.