I needed a drink, I needed a lot of life insurance, I needed a vacation, I needed a home in the country. What I had was a coat, a hat and a gun. I put them on and went out of the room.

Za tydzień o tej dokładnie porze będę robić coś niesłychanie pasjonującego, to jest siedzieć na czytaniu sztuki napisanej w tysiąc pięćset którymś tam roku, której bohater zakochuje się we własnej córce.
Niesłychanie mnie ta perspektywa cieszy.
Nigdy nie twierdziłam, że jestem osobą w pełni poczytalną.

Wczoraj tymczasem, idąc na dworzec, wstąpiłam przypadkiem do lumpeksu, bo zobaczyłam na wystawie piękny płaszcz, wełniany i uszyty dość księcioseksualnie, że tak powiem, z tym pięknym, stylowym haftem na piersiach (nie wiem, czemu wszyscy tak się zaśmiewają z tej mody – mnie się nawet podoba, znacznie bardziej niż te nieszczęsne brody i rurki, poza tym ten frak ze zdjęcia nr 2 sama bym przygarnęła z rozkoszą, spodnie też, a takie pikowane oficerki jak na zdjęciu nr 4 to nawet posiadam, acz muszą odwiedzić szewca, bo przez moje zamiłowanie do nich troszeczkę się zużyły – czy ktoś zna jakiegoś dobrego w Krakatau?).
Rzadko w second-handach bywam, bo brakuje mi cierpliwości do grzebania celem wyłuskania perełek; poza tym często zdarza się, że tych perełek nie ma. Ale ten sklepik okazał się prawdziwą wyspą skarbów, toteż opuszczałam go z dwoma płaszczami, trzema torebkami i jeszcze jakimiś tam szmatkami, i butami, które są arcypiękne, ale mają obcas tak wysoki, że mocno wątpię, bym pokonała w nich trasę dalszą niż z mojego, ekhe, salonu do sypialni (czyt. jakieś dwa metry). I na to wszystko wydałam sto złotych polskich. Poczułam się bardzo szczęśliwa.

Do miasta powracałam za to dziś w towarzystwie dziewczęcia, któremu nikt nie powiedział, jak używać gumy do żucia i ciamkało tak niemiłosiernie, że w pewnym momencie byłam o włos od zaatakowania jej czytaną w drodze książką Michała Rusinka o Szymborskiej (w twardej oprawie). Dziewczę przy tym owszem, również czytało, co samo w sobie jest chwalebne. Tylko że ono czytało teatralnym szeptem. Nawiasem mówiąc, to już kolejny przypadek ostatnimi czasy, gdy w środkach transportu spotykam osobę czytającą na głos i wydaje mi się to nieco dziwne – zdawało mi się, że człowiek uczy się czytać samymi oczami za dziecka jeszcze?
Ale może to ja jestem dziwna. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i gdy szłam do szkoły, czytałam płynnie i czytałam absolutnie wszystko (wskutek czego ojcowe książki o medycynie sądowej musiały wywędrować na najwyższe półki po tym, jak wykazałam zainteresowanie nimi i zauważyłam, że są w nich obrazki… jakie to obrazki były, możecie się domyślić; w każdym razie od tamtej pory tata starał się, by w zasięgu moich krótkich jeszcze wtedy rączek znajdowali się najwyżej Kajko i Kokosz, potem i tak dorwałam kryminały Chandlera, ale z tym już rodzice nie walczyli – zresztą to świetna literatura przecież). W pierwszej klasie wiele dzieci dukało i myślałam, że to tak ma być, więc postanowiłam też tak robić. Jako siedmiolatka byłam okropną konformistką. Wydało się w końcu, bo nauczycielka zauważyła, że przejeżdżam oczami po tekście, dodała sobie dwa do dwóch i powiedziała mojej mamie na wywiadówce, że jej zdaniem udaję, że nie umiem. Mama mi podówczas wyjaśniła, że niekoniecznie dobrze jest robić coś tylko dlatego, że inni to robią. Czasami przypuszczam, że żałuje, iż mi to powiedziała, bo taki raróg jej wyrósł.
Swoją drogą i a propos czytania na głos w komunikacji miejskiej byłoby to całkiem miłe, gdyby zamiast tej bzdurnej telewizji tramwajowej, w której emitowane są newsy sprzed dwóch dni, lekcje tańca bez dźwięku, i „skąd się wzięły nazwy krakowskich przystanków”, czytano poezje czy co tam. Żeby ludzie jadący rano do pracy, niewyspani i ściśnięci jak sardynki, mogli usłyszeć z głośników piękny głos mówiący coś pięknego. Tak. Myślę, że to wszystkim zrobiłoby dobrze.

Na dobranoc proszę bardzo, świeżuchny numer jednej z moich ulubionych kapel, której frontman lubi pisać piosenki brzmiące jak soundtrack do baśni braci Grimm, ale czasami pisze kawałki zwyczajnie delikatne i wzruszające. I ten właśnie taki jest. Ubóstwiam. Posłuchajcie musowo.

Reklamy

When we said our first hello, little did we know

Dzień dobry. Jak wasza niedziela? Osobiście spędzam ją z Dehnelem (nawet trochę się zgadzam z kąśliwymi uwagami o 33-latku wydającym dzienniki i od niechcenia wzmiankującym, gdzie to go znowu zaprosili, ale tak czy inaczej przepadam za jego sposobem pisania), dałam pieniądze na nową willę wiadomego wroga publicznego i najeździłam się co niemiara na lodzie w drodze do sklepu o poranku, bo mamy w Krakowie troszeczkę ślisko. Wracałam do domu na bezczela jezdnią, gdyż chodnikiem iść się nie dało.

Nie potrafię wam powiedzieć, ile razy w ciągu ostatnich kilkunastu godzin wysłuchałam tego Wichita Lineman i mój zachwyt ciągle rośnie. Ja tak mam. Gdy mi się coś spodoba, ale tak naprawdę spodoba, potrafię zamęczać to w nieskończoność, aż doprowadzę się do stanu przedawkowania i muszę na chwilkę przestać.
Toteż postanowiłam zrobić sobie odwyk. Sięgnęłam po ciężki kaliber, czyli po Franka.
Franka darzę wielką miłością i uważam, że ci wszyscy współcześni croonerzy mogliby mu w najlepszym wypadku buty czyścić, a i to za pozwoleniem. Jest w tej postaci coś fascynującego – wiecie, Hollywood lat 50., Rat Pack, wytworne garnitury, imprezy z JFK w Las Vegas, małżeństwa z aktorkami, romanse, piszczące fanki, hazard, jakieś tajemnicze mafijne historie… To jest życie, nie? Nie jakaś tam rurka z kremem.
Ale, ma się rozumieć, Frank nie był znany z tego, że był bon vivantem pełną gębą, tylko z tego, że miał głos. GŁOS. Jakby wam kto masował uszy aksamitem. Jakby was trzymał za rękę, śpiewając. We Franku nie sposób się nie podkochiwać, nawet jeśli urodziło się w czasach, gdy był już sędziwym dżentelmenem. Nikt nie śpiewa Franka piosenek lepiej niż Frank – on był też w końcu aktorem i nie wyśpiewywał tych wersów tak po prostu, żeby ładnie brzmiały; on coś opowiadał przy okazji. Ten głos sprawia, że natychmiast czujecie się niepokojąco romantycznie, jakoś wam miękko i widzicie la vie en rose (to akurat jego kolega, też błyskawicznie robiący z słuchacza budyń). Frank ociepla stosunki międzyludzkie i pomaga, gdy wam samotnie, a gdy cierpicie na wkurw, to was uspokoi. Ogólnie jest bardzo skutecznym lekarstwem na wszystko.
Szczególnie uwielbiam to. A jeszcze bardziej w wersji na żywo, gdzie chłopak idealnie frazuje, nie przeszkadzając sobie przy tym w piciu i paleniu (i robiąc to wszystko z wielką klasą – tak, on miał coś, czego u wielu współczesnych facetów mi brakuje, bo jakoś wyszło z mody: luz mianowicie). Znalazłam kiedyś w sieci wersję nagraną podczas jednego z jego ostatnich koncertów i ta piosenka miała wówczas rozdzierająco inny wydźwięk…
Ale wczoraj wieczorem, kopiąc pomiędzy niezliczonymi klasykami, znalazłam coś innego. Jakimś cudem nie słyszałam wcześniej tej piosenki. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale to prawda. Wyczytałam, że to ponoć był jeden z prywatnie Franka ulubionych kawałków. Mogę to zrozumieć.
I zrobiłam sobie coś bardzo złego.
Jest czasem tak, że słuchacie czegoś i macie wrażenie, że oto ktoś napisał tekst o kawałku waszego życia, a ktoś inny dopisał do niego muzykę. Otóż te skromne trzy minuty rozwaliły mnie w drobny mak. Wróciło wszystko, co sobie starannie, przez ponad rok zakopywałam, mając nadzieję, że w końcu da się uznać za niebyłe. Otóż nie da się. Czasami człowiek nawet nie wie, jak tęskni. Czasami człowiek myśli, że może jednak podjął złą decyzję?… Cóż, nie da się odwrócić. Stało się. Ale – przynajmniej się stało. Przynajmniej coś niesamowitego się przeżyło.
Siedziałam, słuchałam i płakałam. Mówię wam przecież, coś jest nie tak z tym rokiem, ciągle się mazgaję.
A później, o ironio, okrutne Spotify wrzuciło mi to.
Muszę w lepszy krem pod oczy zainwestować, bo doprawdy. Znacie jakiś porządny?…

Rockin’ Robin

Nie wiem, od czego mam zacząć. Trochę muszę spuścić powietrze, żeby nie eksplodować, a trochę muszę to i owo zatrzymać – na razie – dla siebie.
W ciągu skromnych dwudziestu czterech godzin wydarzyło się tak dużo, że chyba zrezygnuję z opisywania tych przygód. Powiem wam tylko, iż opuszczanie strefy komfortu nie jest tak trudne, jak się wydaje, i czasem już po pierwszym kroku czujecie w powietrzu zmianę. Owszem, mniej więcej raz na kwadrans zadaję sobie pytanie, co ja w ogóle robię. Odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia, ale nie czuję się z tym źle. Wprost przeciwnie, fruwam metr nad ziemią, mentalnie biegam po łące i tak dalej. A najlepsze jest to, że cokolwiek się wydarzy, i tak zyskam.
Zamknijmy może ten enigmatyczny wątek, bo zdecydowanie zbyt wcześnie, by cokolwiek na temat pisać – zwłaszcza że nie znoszę chwalić dnia przed zachodem słońca – i przejdźmy do części ilustrowanej.
Teraz już naprawdę mam obrazek. Leży w zasięgu wzroku i się prostuje, bo parę dni przesiedział w tubie. Ze wstydem przyznam, że prawie wlazłam do okienka na poczcie, taka byłam zniecierpliwiona. Tak czy inaczej, oto następuje moment, w którym możecie pokręcić głową, zadając w przestrzeń pytanie: I o takie coś było tyle zamieszania?… Owszem, wiem, że ten anonimowy, co lekką rączką kupił Picassa za 179 milionów dolarów, to dopiero może się przechwalać. Przyznam, że nawet ładny ten Picasso, dużo niebieskiego i w ogóle. No, ale jakby nie ta skala, prawda.

Rozbroiłam pakunek z użyciem nożyczek i energicznych rękoczynów, wytrząsnęłam cholerstwo z tuby – i oj, jak się zdziwiłam. Będzie mi trudno oprawić ten szkic, bo na odwrocie… no, sami zobaczcie.

Mówiłam przecież, że on jest nie do zniesienia.
No i widzicie, tak mi się ostatnio toczy. Prawie zupełnie zwyczajnie, tylko że za tą zwyczajnością nie nadążam.

To może na koniec drobna wstawka muzyczna, bo i tak nic więcej nie mam do napisania. Otóż jeśli potrzebujecie ścieżki dźwiękowej na dzisiejszy wieczór lub jutrzejszy łagodny poranek i jeszcze nie słyszeliście nowej piosenki Tame Impala, domagam się stanowczo, żebyście jej posłuchali, bowiem jest absolutnie urocza, uwodzicielska i uzależniająca. Przez cały dzień słuchałam w kółko, a z towarzyszeniem burzy za oknami brzmi upajająco.
Proszę bardzo. Nawet nie wiedziałam, że znam tyle słów na U.

What makes my bed seem hard seeing it is soft?

Jeśli kto ciekaw, co słychać u mnie i moich snów, odpowiadam – dziękuję, dobrze, to jest nadal są niemiłosiernie pokręcone (albo nie ma ich w ogóle i wówczas od wpół do piątej rano kręcę się po domu). Ostatnio zgubiłam się na irlandzkim wybrzeżu, po którym Bóg wie czemu włóczyłam się samotnie, i dotarłam do tonącego w mrokach miasta z potężną katedrą i ruchomymi rzeźbami na dziedzińcu przed nią, by w drodze powrotnej prawie wyzionąć ducha na bagnach. Innym razem trzykrotnie w ciągu jednej nocy – czemu nocy?… – wchodziłam i schodziłam z tej samej góry, stromym i śliskim szlakiem.
Dziś śniło mi się, że pakowałam się przed wyjazdem i zawartość torebki spadła mi na podłogę. Wśród całego tego badziewia, którego zazwyczaj pełno w babskich torebkach, w moich na pewno, znalazłam wisiorek. Okazało się, że to oprawiona fotografia. Gdy zobaczyłam, kto na niej jest, rozdziawiłam buzię ze zdumienia.
Nie o wszystkim daje się łatwo zapomnieć.
Ten ostatni sen właściwie mnie obudził, więc wstałam na długo przed piskiem budzika, tłumacząc sobie, że cudownie tak skoro świt, bo wreszcie ma się czas na spokojne wypicie herbaty, długą kąpiel i oczywiście stosowną porcję przepięknych smętów.

Tymczasem jeden z moich naczelnych problemów wczoraj znienacka rozwiązał się sam. No i dobrze. Rozwiązał się w sposób niezbyt dla mnie uroczy, ale mniejsza o to. Najważniejsze, że można wykreślić z listy, zamknąć, odepchnąć od siebie; jeden ciężar z pleców mniej. Na moje szczęście nie mam w zwyczaju rozpamiętywać przeszłości – wiem, że nie mogę w żadnym wydarzeniu wziąć udziału po raz drugi, rozegrać mojej partii inaczej. Trudno, stało się, idziemy dalej.
Drugi problem chyba także rozwiąże się sam, dzięki mojej inercji. Bo wszystko mi jedno i nie zamierzam podejmować żadnych dalszych wysiłków. Dziwnie nieprzyjemny jest moment, gdy człowiek uświadamia sobie, że zupełnie już mu nie zależy na czymś, co przez długi czas znajdowało się w centrum jego małego wszechświatka. Nieprzyjemny, a jednocześnie rozluźniający.
Trzeci problem właściwie sobie wymyśliłam, zatem wystarczy przestać o nim myśleć – czy to nie proste? (Nie).
Żebym nie czuła się, jakbym wygrała na loterii, w piątek czeka mnie służbowy wyjazd, zahaczający zresztą o weekend i niezbyt ekscytujący. Cóż, trzeba odrobić swoje, ekscytować się będziemy za raptem dwa tygodnie – a dopiero były cztery… Życie, jak widać, dąży do równowagi.

A w ogóle to chyba jednak żyłam w tej syberyjskiej jaskini, bo wczoraj rano w mojej niezmiennie ukochanej audycji radiowej usłyszałam to. Znam Divine Comedy, żyłam już – a nawet mogłam legalnie pić alkohol – w 1998 roku, gdy tę piosenkę wypuścili, ale jakimś cudem mijałyśmy się przez tyle długich lat. Zakochałam się natychmiast. Idąc wczoraj i wracając z pracy, słuchałam jej w kółko, ignorując trzysta innych kawałków na playliście i uśmiechając się, bo trudno się nie uśmiechać. Szkoda, że nie miałam tego numeru przy sobie podczas ostatniej podróży National Express, gdy w Londynie do autobusu wsiadły tylko cztery osoby. Trzy wysiadły w połowie drogi, a nasza bohaterka wesoło pojechała dalej, między łąki i pola, aż wtem autobus zatrzymał się w pachnącej owcami ciemności i usłyszała: That’s it, love! Nie ma to jak wybierać na wakacje miejsca znane z tego, że w zasadzie nic tam nie ma.
Może kiedyś znowu tam pojadę. Tak sobie tymczasem myślę, że do przedziału PKP w piątkowy poranek ta piosneczka też się nada, a kąśliwy tekst będzie nawet lepiej pasował. I może nawet przetrwamy tę delegację z podniesionym czołem.

Think locally, fuck globally

Zgodnie z wielkimi nadziejami Gogol Bordello wyciągnął mnie za włosy z nastroju, który można opisać jako „nie przeszkadzaj mi, rozważam nad sensem życia”. Naskakałam się nieprzyzwoicie. Jeśli nóżka wam przy tym nie chodzi, to obawiam się, że mogliście nie zauważyć, iż jakiś czas temu umarliście (wersja live, gdyby kto chciał się upewnić – i tak, frontman szybko pozbywa się koszuli, a energia bije z niego taka, że aż dach się unosi). Kto ma twarzoksiążkę, może zobaczyć, jak Burdele śpiewają Breakout. Kto nie ma, wyjaśnię, że zagrali Ona poszła inną drogą, po polsku jak najbardziej, bo Eugene pochodzi z Ukrainy i całkiem ładnie po naszemu gada. Publika była w histerii.
Chyba najlepszy koncert, na jakim kiedykolwiek byłam – a najbardziej urocze jest to, że właściwie przypadkiem. Co ponownie dowodzi, że najciekawsze rzeczy w życiu przytrafiają się niechcący, między jednym a drugim starannie układanym planem, bo jakoś tak samo wyszło.
Opuszczałam stare, dobre mury Rotundy czerwona na pysku i spływająca potem. Powiadam, dobrze było. Wspaniale. Nawet koszulkę sobie kupiłam i z wielką chęcią będę nosić ją pod grzecznie zapiętymi marynarkami.
Mam tego roku wyjątkowe szczęście do wydarzeń urywających głowę.

Nie dziwota, że rano z wielkim trudem zwlokłam się z łóżka (tym bardziej, że po powrocie z Oleandrów, zamiast pójść po bożemu spać, od razu – zrzuciwszy tylko za pomocą kopniaków buty – rzuciłam się do jutuba, by dalej słuchać, oglądać i tupać nóżką), dzień ciągnął się niemożebnie, a na jego zakończenie wyjaśniałam uprzejmemu inaczej panu z gazowni, dlaczego nie mam stołu. Musiał wypełnić zatrważającą liczbę papierów potwierdzających, że niżej podpisana nie zatruje się tlenkiem węgla i z czarowną uprzejmością zapytał:
– Se siąść gdzieś mogę?
Zaprosiłam gestem do wnętrz mojego przepastnego apartamentu.
– Stołu pani nie ma – zauważył. No, nie mam. Stołu jako takiego obecnie rzeczywiście nie mam. Mam bar oddzielający część kuchenną od części, ekhe, salonowej i mam stolik, przy którym miło sączy się kawunię do zmierzchu i płyny wyskokowe po zmierzchu.
– Czemu pani stołu nie ma, jak to tak bez stołu?
Normalnie.
– A jak święta będą, to co?
Ech.

A żeby nawiązać do tytułu – i ponieważ nie można ciągle latać tylko do Londynu, wszak wszyscy byli w Londynie i, jak się ostatnio dowiedziałam, w Londynie nie ma niczego ciekawego – za trzy miesiące wydarzy się takie coś.
Tesla
Wybieram się tam tylko dlatego, że jeszcze tam nie byłam.

Neon lights, shimmering neon lights

Zawsze natrząsałam się z grodzonych osiedli i mam za swoje.
Ogrodzili mój przepastny apartament.
Płot rósł od dni paru, a ostatecznie wyrósł wczoraj, gdy siedziałam w domu, bo 1) miałam pisać artykuł, 2) głowa była nieco ciężka po długim wieczorze, więc oglądałam zwierzątka na Jutubie i czytałam bardzo złe blogi.
Zrobili to tak sprytnie, że dziś rano wyjście do sklepu po bułeczki urosło do rangi problemu, gdyż nie mogłam znaleźć furtki. Być może któregoś dnia dostrzegę sens w tym pomyśle, ale dziś jeszcze nie jest ten dzień. Wiem, że wielu sąsiadów chciało. Osobiście wolałabym, żeby nam wspólnota zorganizowała jakiś piknik zapoznawczy, a nie ostrokoły stawiała.
Ponieważ rankiem znowu obiecałam sobie, że napiszę ten cholerny tekst, wyszukuję sobie dziwne zajęcia, słucham muzyki chóralnej na przemian z Deanem Martinem, na przemian z Charlotte Gainsbourg, na przemian ze Starwalker i zdobywam ciekawą, zupełnie niepotrzebną wiedzę.
Oto przykład tej wiedzy. Wszyscy pamiętają, jak mniej więcej półtora roku temu poszłam do teatru i gwałtownie stałam się bardzo religijna, bo przez bite trzy godziny modliłam się żarliwie: „Panie Boże, ja cię proszę, niech on na mnie spadnie”.
Nic takiego się nie stało.
Nie boleję, opatrzność mi wynagrodziła z nawiązką. Właściwie to powinnam być wdzięczna, że moje modły nie zostały wysłuchane, bo oto dowiedziałam się, że moja wstydliwa słabość rzeczywiście raz wzięła i spadła ze sceny. Na widza. Widz pewnie byłby wniebowzięty, gdyby nie fakt, że spadająca gwiazda niechcący wymierzyła mu solidnego kopniaka w fizys.
Przy całym bezmiarze moich zachwytów nie jestem pewna, czy chciałabym mieć pamiątkę w postaci szwu na twarzy.

Poranna prasówka pozwoliła mi dowiedzieć się również, że mieszkam w mieście, dla którego nie ma ratunku. Ruja i porubstwo (co, nawiasem mówiąc, jaskrawo ilustruje poprzedni wpis). No i jak żyć.

Medea was in love, and nothing could cause her rest

Przez ostatnie dni Krakowa nie było. Co roku o tej porze przerabiamy to samo; miasto nam znika. Mieszkańcy popadają w niewdzięczną melancholię i snują się po ulicach, tęskniąc za widokiem własnego cienia – za widokiem czegokolwiek właściwie. Jesienią mój grajdołek, zanurzony w gęstej mgle, staje się miejscem bardzo fotogenicznym i jeszcze bardziej depresyjnym (szczególnie dla tych, co nie mogą udać się na urlop, bo nasze lotnisko, jeden z czołowych małopolskich powodów do dumy, w takiej pomroce nie działa).

Wydarzenia ostatnich dni zaowocowały jedną tylko refleksją. Bardzo otóż cieszę się z tego, że odkąd pamiętam, nie znoszę i unikam przynależności. Zawsze byłam bardzo „osobna”. To z pewnością nie czyni ze mnie łatwej w obejściu, ale chroni mnie przed sytuacjami, w których muszę deklarować lojalność, przed kwasami w towarzystwach wzajemnej adoracji itepe. W życiu swoim całym tylko raz należałam do stowarzyszenia – jeszcze na studiach. Wytrzymałam trzy miesiące. Klasycznie rozumianą paczkę przyjaciół miałam tylko w liceum, później odkryłam, że lepiej mniej, ale lepiej. Im jestem starsza, tym bardziej mi się pogłębia to przekonanie. Moja uporczywie podkreślana niepodległość nie jest cechą wspaniałą i godną naśladowania, nie mam co do tego złudzeń, ale nie zamierzam nad tym pracować. Językiem biznesowym mówiąc – to moje akceptowalne ryzyko. A gdy obserwuję, jak dorośli ludzie powtarzają czyjeś mętne bzdury i przyklaskują sobie nawzajem bez cienia pomyślunku, żeby tylko nie wypaść z łask towarzystwa, to mi trochę słabo się robi.

Jeżeli nie macie dziś wieczorem nic do roboty, a macie w pobliżu Multikino, przypominam o Medei. Bo autorce się podobało. Wiecie, że ja podejrzanie lubię mroczne historie, mrocznych bohaterów, wątki ciemne, dołujące i niejasne moralnie, i trudno byłoby znaleźć historię lepiej pasującą do moich upodobań. Przy czym to jedna z tych rzeczy, które pozbawiają was dobrego humoru w taki sposób, że chcielibyście, by ktoś was codziennie dobrego humoru tak pozbawiał. No i ścieżka dźwiękowa. Mam wielką słabość do Goldfrapp, więc moja opinia siłą rzeczy jest wykrzywiona, ale gdy muzyka przyprawia mnie o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, to znaczy, że jest dobrze. O ile nie odstraszy was przeraźliwy krzyk w pewnym momencie, tutaj więcej. A tu, wśród tych niepokojących dźwięków, zaraz wydarzy się wiadome zło.

I zaraz ogłaszają tegoroczny program Boskiej Komedii. Końce roku to taki smutny czas. Kojarzą mi się wyłącznie z wbijaniem zębów w ścianę po tym, jak kupiło się za dużo biletów na wszystko, co chciałoby się obejrzeć.

Where dreams go to die

Mam nową miłość.
Jest to uczucie wielkie i bolesne, które sprawiło, że trochę mi się tusz rozmazał wieczorem.
Owszem, ma dość okropną brodę; ma też niestety HIV. I co z tego. Śpiewa rozdzierająco smutne piosenki rozdzierająco pięknym głosem. Gdy mi czasem zbyt dobrze – a ostatnio wyraźnie jest zbyt dobrze – lubię sobie posłuchać czegoś, co mnie na chwilę załamie. Ale jakie to cudowne załamanie.

Walentynki idą i tym razem mam nadzieję je świętować, choć niezupełnie metodą samotnych czerwonych róż (ciekawam, ile na mieście ich naliczę tego roku, prowadzę takie wredne statystyki – przy okazji, znacie ten wierszyk mojej ukochanej Dorothy Parker?…). Ponieważ, moi drodzy, 14 lutego wypada międzynarodowy dzień rozdawania książek. Można się zastanowić, czy nie macie na półce czegoś, czym chcielibyście podzielić się z kimś innym.

Najwyraźniej ta zima – jeśli to coś można zimą nazwać – sponsorowana jest przez motyw snu. Może ten dzwoniący łańcuchami w minioną niedzielę książę Zygmunt mnie tak struł. (Szanowne panie, tu macie księcia z tego samego spektaklu, ale ze sceny w Argentynie, na dobry koniec tygodnia).
Dwie osoby powiedziały mi dziś, że śniłam im się ostatniej nocy. Na szczęście nie stałam nad nimi z zakrwawionym nożem ani nic takiego. Uff. Tak czy inaczej, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nawiedzić w śnie więcej niż jednego człowieka. Dziwne uczucie. Może dlatego tak często budzę się zmęczona?
Jak wszyscy pewnie – zastanawiam się czasem, które życie jest prawdziwe. Tak, wiem, sny to projekcje próbującego odpocząć mózgu, tymczasowe zniesienie świadomości, zmiany fal aktywności elektrycznej, przebadane bazylion razy od lewa do prawa. A jednak, a jednak. Bywa, że żal mi się budzić, ale ogólnie byłabym bardzo rozczarowana, gdyby okazało się, że jawa wcale jawą nie jest. Ale skąd mam wiedzieć? Nikt nie wie. Może jednak naprawdę to wszystko tylko nam się śni.

There is no Hell, only people that you meet

Znowu jedno kliknięcie i całe popołudnie w plecy. Nie sposób przestać słuchać. W każdym razie ja nie mogę. Dlatego właśnie sprzedaję wam tego wirusa – w nadziei, że sama się go pozbędę.
Nie chcielibyście widzieć mnie słuchającej tej piosenki, bo dzieją się ze mną wówczas rzeczy dziwne. Zmieniam się w kronopia.
Czyli, cytując Cortazara:
Kiedy kronopie śpiewają swoje ulubione piosenki, podniecają się tak dalece, że często dają się przejeżdżać ciężarówkom i cyklistom, spadają z okien, gubiąc to, co mają w kieszeniach, do świadomości, którego dziś mamy, włącznie. Kiedy kronopio śpiewa, nadzieje i famy przybywają, by go słuchać, jakkolwiek nie bardzo rozumieją jego ekstazę i przeważnie się gorszą. W środku pieśni kronopio wznosi łapki, tak jakby podtrzymywał słońce, jakby niebo było tacą, zaś słońce głową Jana Chrzciciela, wobec czego śpiew kronopia jest nagą Salome tańczącą dla fam i nadziej, które stoją wokół z porozdziawianymi gębami, zastanawiając się, czy ksiądz proboszcz, czy wypada. Ale jako że w gruncie rzeczy są poczciwe (famy są dobre, a nadzieje głupawe), kończy się tym, że klaszczą kronopiowi, który nagle przytomnieje zaskoczony, rozgląda się dookoła i także zaczyna bić brawo, biedaczek.
Oczywiście pewnie żyje gdzieś w świecie człowiek, który przy tej piosnce nie tupie nóżką, nie podnosi rączek, nie tańczy, nie podśpiewuje i w ogóle nie podoba mu się, ale nie chcemy tego człowieka poznać, musi bowiem być istotą bardzo smutną.
Ubóstwiam połączenie melancholii z dziarskim wykopem, bo to samo życie przecież. Tak to jest. Ciągle się śmiejemy przez łzy.

Mam dziś niechciej, którego nie sposób ogarnąć rozumem i pozwalam sobie nań; trochę zbyt szybko pędziłam ostatnimi czasy. Ogólnie rzecz biorąc, robię nic. Filmy oglądam, sączę różowe, dopisuję po jednym zdaniu do artykułu, zastanawiam się, gdzie powiesić zdjęcia, bo wolnych kawałków ściany zostało już niewiele (a miał być szlachetny minimalizm, ech?); czytam dziwne blogi. Przeczytałam na jednym, że całe te „Zołzy” rzekomo kochane przez mężczyzn to książka wybitna.
Wybitna, dziewczę, to jest „Miłość w czasach zarazy”. Zbiór regułek, które słyszy się na pierwszym wykładzie z psychologii społecznej, wybitny nigdy nie będzie. Chryste Panie, czy naprawdę aż tak głupiejemy, że potrzeba nam drukowanych instrukcji postępowania z płcią przeciwną, a wielkich słów używamy na określenie czegoś bardzo małego?
Jak państwo wiedzą, bawią mnie wszelkie próby sprowadzenia relacji damsko-męskich do pewnego rodzaju gry, szachów jakichś, gdzie każdy winien postępować zgodnie ze ścisłymi zasadami i nigdy inaczej. Dla mnie to całkowity nonsens. Zwłaszcza, że zwykle trzeba bardzo niewiele, by zapaść komuś w pamięć na długo. Da radę zrobić to bez podręcznika.
Wiedzą też państwo, że dotychczas lubiłam łamać wszelkie przykazania dotyczące zachowań po pierwszej randce, bo nigdy nie mogłam pojąć, czemu wysłanie mężczyźnie esemesa uderza w moją godność, a czekanie przez tydzień, aż on mi wyśle – już nie. Ale nie chciałam o randkach. Chciałam o tym, że przeraża mnie to, jakie książki są obecnie uznawane za kanon. I proszę mi nie mówić, że najważniejsze, że ludzie w ogóle czytają.

Scream if you wanna go faster

Nie mam czasu podrapać się po nosie. Jakiś weekend był, naprawdę? Jakieś święto? Nie zauważyłam. No dobrze, święto zauważyłam, bo niezłe ognisko było podobno. Przeczytałam też wypowiedź jednego gościnnie występującego w Krakowie kolesia, jakoby imigracją z krajów Trzeciego Świata sterowali syjoniści, którzy chcą przejąć władzę nad Europą. Nie mam pytań. Pozdrawiam.

Nie mam czasu, więc mądrzę się na blogu i przekopuję YouTube.
Budyniu szanowny, przestań wrzucać te linki i znęcać się dźwiękowo nad ludźmi, bo oni nie mogą pracować, gdy leżą pod głośnikiem i wzdychają z rozrzewnieniem. Oczywiście mogliby nie otwierać przeglądarki… nie, nie mogliby.
A pracować muszą, gdyż tydzień jest absolutnie szalony i wszystko, co ludzie zwykle mieszczą w dniach pięciu, tym razem muszą zmieścić w dwóch, w piątek po południu zdać ultraważny egzamin i udać się prosto na lotnisko, po czym około północy dotrzeć do hotelu nieopodal Świętej Trzustki i paść na twarz.
Ludzie będą wielce ucieszeni, gdy znajdą czas na jedzenie i kilka zapasowych szarych komórek na naukę obszernych paragrafów. Ludzie nie mogą spędzać wieczorów na słuchaniu muzyki, choćby nie wiadomo jak urocza była. Ślicznie dziewuszki śpiewają, wyobraźnia podsuwa obrazy elfów fruwających nad kwiatami. Choć bywa i jak w dziwnym śnie. Jakież to słodkie.
Ludzie liczą, że w mieście, którego nie ma, uda im się odrobinę odetchnąć, odespać w hotelowej krochmalonej pościeli, chociaż plan wycieczki mają przeraźliwie napięty. If it’s Tuesday, this must be Belgium.
Ale ludzie szepną wam w sekrecie, że ubóstwiają, gdy dużo się dzieje i gdy są w ciągłym pędzie. Tak tylko kokietują…

Ptaszki mi wyćwierkały, że istota, która zastąpiła mnie w poprzedniej pracy, kompletnie nie ogarnia tematu, nie dogaduje się z ludźmi i unika swoich podwładnych, bo 1) nie zna odpowiedzi na ich pytania, 2) nie wie, gdzie tych odpowiedzi szukać. W związku z powyższym nikt nie traktuje jej poważnie, za to rośnie frustracja w narodzie. Zmartwiłam się trochę, choć przyznaję, poczułam zarazem niezdrowe zadowolenie.
A miało być tak pięknie, a miała być taka wspaniała.
Od początku mi się nie podobała.
Niby nie wierzę w babską intuicję, ale jednak czasem nawet ja mam jej napad.

Środa, godzina 20:35 – żeby unaocznić państwu mój zap… zachrzan, informuję, że właśnie spożywam mój pierwszy dziś posiłek.

Cinquantamila lacrime

Tak, nadal słucham tej samej piosenki i dzięki temu kąciki moich ust są niezmiennie uniesione.
(Być może z kącikami ma również związek fakt, że spadł mi z serca największy kamień i niewykluczone, że moje życie zawodowe bardzo gwałtownie przyśpieszy – wspominałam, by uważać, czego się chce?).
Brzmiała cudownie, idealna ścieżka dźwiękowa, gdy wracałam dziś domu. Lało jak z cebra, strugi wody płynęły jezdniami i chodnikami, światło latarni rozmywało się miękko. Jakby świat był nie dość filmowy, zerwał się silny wiatr. Toczyłam nierówną walkę z parasolką, rozpuszczone włosy fruwały mi na wszystkie strony, nie widziałam, dokąd idę i poczułam, że woda wlewa się w moje najlepsze buty.
I wiecie co?
Nie mogłam opanować śmiechu.
Przez dwie minuty czułam się, jakbym znalazła się w samym środku komedii romantycznej.
A później odtwarzacz przestawiony w tryb losowy (to ta moja odrobina ryzyka w życiu, wicie rozumicie) włączył mi to – owszem, rozrzut mam fatalny – i z mojej komedii weszłam prosto w duszny thriller. Zimno i ciemno się zrobiło, samochody przyśpieszyły, uliczne oświetlenie przygasło.
Czy wam też wyobraźnia wyświetla filmy, gdy idziecie przez miasto z słuchawkami w uszach?

Z zupełnie innej beczki teraz.
Otóż jestem dość przesądna. Na wszelki wypadek przesądna jestem. Takie niegroźne dziwactwo.
Gdy zapominam zabrać czegoś z domu i muszę wrócić, zawsze siadam na ułamek sekundy. Łapię się za guzik na widok kominiarza. Omijam szerokim łukiem drabiny. Protestuję, gdy znajomi zapalają papierosa świeczką. Mam piękne, sięgające ramion kolczyki w kształcie pawich ogonów i nigdy nie wkładam ich, gdy idę do teatru.
Zewsząd zwożę gadżety na szczęście. Bransoletki, koraliki, ikony, amulety do przybicia na ścianie. Jestem też regularnie obdarzana takimi prezentami przez tych, którzy znają moją słabość.
Z końcem maja byłam u Lucii. Ot, czaszka leżąca na ładnie wykafelkowanej półeczce w podziemiach kaplicy w świrniętym Neapolu. Boję się krypt, nie lubię do nich schodzić, ale ta jest wyjątkowo… sympatyczna. Lucia, w swoim ładnym wianku i diademie, spokojnie przyjmuje interesantów – głównie zakochane dziewczyny, choć nie tylko. Cały Neapol jest miastem duchów, czarów, zaklęć i loterii. Na każdym rogu kupicie maleńkie różki odpędzające zło. Oczywiście, że kupiłam. Przypięłam do kluczy.
Nie mogę pozbyć się głupiego wrażenia, że odkąd stamtąd wróciłam, zaczęło się dziać.
Bo zaczęło. Od czerwca moje życie jęło wywijać fikołki.
Wywija takie, że nie nadążam. Jakbym wsiadła w kolejkę górską. 80% spraw, które mi się ostatnimi czasy przytrafiają, pomijam tutaj z różnych względów, ale wierzcie – czuję się, jakby nadprzyrodzone moce postanowiły ubarwić mi życie i trochę się mną zabawić.
To najpewniej czysty zbieg okoliczności. Może skutek kilku sukcesów. Może wielu porażek, z których wreszcie wyciągam wnioski. Życzliwych ludzi wokół, którzy potrafili pogłaskać, wesprzeć, otrzeć łzy i opierdolić, gdy trzeba było. Uświadomienia sobie dorosłej prawdy, że jeśli nie teraz, to nigdy.
A może jednak rzeczywistość troszkę się zaczarowała?
Tak – wiem. Naiwne. Projekcja. Gusła i zabobon.
Ale wierzyć nie zaszkodzi, prawda?

Jak kiedyś rzekł pan i władca – przygoda jest przed tobą.
I wykrakał.

Jeszcze drobna notatka czwartkowa. Tomasz Kot w dzisiejszym DF mówi: „Mam taką teorię na temat pokolenia 1975-80. Uważam, że jesteśmy unikatowi”. Ja też!

And the sun refuses to shine

Pozwolę sobie rozpocząć frazą, która nie dość wytrzymałych nerwowo czytelników od razu zachęci do skierowania kursora w prawy górny róg.
Dawno budyniu nie było. Chcecie budyń?

Jakieś dwa lata temu gdzieś w drodze usłyszałam piosenkę, która mnie absolutnie oczarowała. Żadne nowatorstwo i fajerwerki – ot, piosenka. Rozkosznie prosta, rozczulająca, słodka i melancholijna, zaśpiewana pięknym męskim głosem. Wżarła mi się w uszy niebywale. Kopałam po internetach w jej poszukiwaniu i nie znalazłam; wreszcie zapomniałam.
Budyń na swoim tłyterze bardzo często wspomina o muzyce – jeśli akurat nie wrzuca zdjęć sufitów; jakież to pocieszające, że są ludzie dziwniejsi ode mnie… Ostatnio w jego mądralińskich wpisach przewijało się ciągle to samo nazwisko. Z ciekawości wbiłam w Spotify.
Pierwsza piosenka – ooo, jakie ładne. Druga piosenka – oooooo, dodaj do playlisty. Trzecia – RETY, TO JEST TO!!!!!!
Mieszkańcy pewnego krakowskiego przedmieścia usłyszeli pisk, radosny tupot małych stóp i niestety ten sam kawałek siedemdziesiąt razy. Bo uprzedzam – bardzo trudno posłuchać go tylko jeden raz.
Dzięki, budyń. Dobry z ciebie człowiek.
(Dla nowych czytelników, którzy nie mają pojęcia, czemu dziewczyna pisze jakieś farmazony o słodyczach, szybkie wyjaśnienie obrazkowe – to jest budyń. Albo nie, zbyt mroczny. Zatem to jest budyń).

Ach, muszę się pochwalić – mój były podwładny, który po godzinach robi bardzo ciekawe rzeczy, zabrał się na serio za pisanie o nich i ciągle gdzieś publikuje. Jestem z niego niesłychanie dumna.
Pisze zresztą tak, jak najbardziej lubię – bez falbanek, żołnierskimi zdaniami. Ale z tych krótkich zdań leją się emocje, aż dreszcz przechodzi.
Jego była szefowa tymczasem od tygodni międli w bólach tekst, który powinna była spłodzić w jeden dzień. Nie mówmy może o niej. To dość żałosna postać.

Ujawniono pierwsze tytuły tegorocznej Boskiej Komedii. Hm. Podobno człowiek może przeżyć nawet dwa miesiące bez jedzenia.

A gun and a radio? Not exactly Christmas, is it?

To nie tak, że chciałabym być dziewczyną Bonda.
Nie lubię takich, co wszystko dookoła obracają. Acz pewnie bym uległa, znając moją słabość do staroświeckiego szarmu i dobrej gadki.
Ja bym chciała być samym Bondem.

Od pierwszej sceny Casino Royale cieszę się, że wybrali Craiga. On niby nie całkiem w moim guście – trzeba by trochę go wyciągnąć w górę, zapuścić włosy i zoperować nos – ale ma coś w sobie facet. I te oczy, czy taki kolor oczu w ogóle można mieć naprawdę? Gdybym miała chłopa z tak przewiercającym spojrzeniem, przyznawałabym się od razu do wszystkich kupionych torebek…
Wiedziona pospolitą babską ciekawością, oczywiście sprawdziłam. Zodiakalne Ryby z samego początku marca. To już wiem, o co chodzi z tym niedefiniowalnym czymś, co w sobie ma. Znam jednego marcowego kota; to najbardziej fascynujący człowiek, jakiego w życiu poznałam i charyzma dymi mu uszami nawet, gdy siedzi i rozwiązuje krzyżówki.
O czym to ja? Ach, no tak, cieszę się, że go wybrali, bo przed jego erą Bond był – nazwijmy rzeczy po imieniu – raczej mydłkiem. A teraz jest mężczyzną z mojego ulubionego gatunku, szorstkim, niezbyt delikatnym, który w mordę walnie, jak trzeba, ale i marynarkę kobiecie odda. Takiego Bonda jak w nowym filmie, zgorzkniałego, wkurwionego i zarośniętego, za to lojalnego do krwi ostatniej, kupuję bez wahania. I sama w to nie wierzę, ale mało brakowało, żebym się przy ostatnich scenach popłakała. Na Bondzie?!
Opuściwszy kino pomyślałam, że fajnie byłoby znów pójść na strzelnicę.

(I muszę dodać – nowy Q jest świetny).

Nowa Ani płyta bardzo mi pasuje. Bardzo jest dobra. Bardzo przyjemnie spędzone 39 minut. To niby nie moja muzyka, ale skwapliwie nabywam wszystkie jej kolejne krążki, bo tak jakoś wyszło, że stają się soundtrackiem moich miłosnych przygód. Sześć lat temu przygoda przyleciała w najdłuższą noc w roku, to był piękny, ciepły listopad, miałam rude włosy i pierwszy raz w życiu piłam pinot noir. Pamiętam, jak siedziałam na podłodze, słuchając tej piosenki. A przygoda – cóż, przyleciała i odleciała, bez większego bólu. Zostało parę zdjęć i zatarte wspomnienia. Półtora roku później włosy miałam po słowiańsku myszoblond, za to na zapałkę, przygoda zaś przyleciała nad ranem, w noc całkiem krótką i gdy tej samej nocy rozsiadła się na mojej kanapie, w tle kręciło się to. Przyleciała i odleciała, i znowu przyleciała, i odleciała, aż wreszcie przyleciała, złapała mnie i zabrała ze sobą.
Pamiętam długie letnie wieczory, gdy gapiłam się zasłuchana za okno – nie mając jeszcze pojęcia, że on widzi z okien to samo, co ja, tylko z drugiej strony i gdybyśmy mocno wysilili wzrok, to może, może…
Za daleko, żeby się dostrzec z nosami przylepionymi do szyb, ale mimo wszystko macham czasami.
Może któregoś dnia machać nie będę musiała, niemniej szczerze pisząc – nie śpieszy mi się. Jak na miejscową idiotkę i tutejszego kretyna, radzimy sobie całkiem nieźle.

Waiting for the axe to fall

Ponieważ wiosna była dla mnie czasem niebywale atrakcyjnym, podróżowałam sobie w dalekie kraje, zakochiwałam się w kimś na nowo i żyłam w swojej maleńkiej, kolorowej bańce mydlanej, to i nie bardzo zwracałam uwagę na surowe wymagania rzeczywistości.
No i dziś dotarło do mnie dotkliwie, że z całej tej miłości, przez te wszystkie atrakcje zapomniałam o rachunku za gaz.
Dotarło do mnie, bo gazu jakby, eee, nie mam.
Nie chcą państwo wiedzieć, ileż to gęstych bluzgów popłynęło pod adresem dziewczęcia w lustrze. Ja już naprawdę powinnam być dorosła. Powinnam być ogarnięta. Staram się być. A jednak zdarzają mi się takie żenujące wtopy.
Najwyższy czas trochę zmądrzeć, spoważnieć, pilnować rachunków i zawartości lodówki, trzymać się terminów, mieć oddzielną szufladkę na każdą ważką sprawę. Planuję przecież zmianę mieszkania, planuję jeszcze większe zmiany i nie mogę sobie jechać beztrosko od dnia do dnia, w ciemnych okularach, zbyt głośno nastawionym radiem i opuszczonymi szybami. I nie mogę tłumaczyć się z roztargnienia tym, że zapomniałam, że nie miałam głowy, bo przygotowywałam się na spełnienie jednego z największych marzeń, że niewiele spałam, bo romansowałam.
Jestem pewna, że ludziom nie takie rzeczy się zdarzają. A jednak czuję się dziś bezdennie głupia.

Tośmy sobie ponarzekali, a teraz posłuchamy sobie czegoś poruszającego, połkniemy sobie dźwiękową pigułkę, która bardzo dobrze robi.
Czasami jest tak, że człapie człowiek do domu, jest zmęczony i ma dość, wydaje mu się, że dzień należy spisać na straty. Wciska słuchawki na uszy, żeby jakoś odciąć się od otoczenia, poudawać przed sobą, że ulica jest bardziej słoneczna. Swoją drogą – czytałam kiedyś o badaniach, z których wynikało, iż ludzie mają mniejszy problem z nawiązywaniem kontaktu wzrokowego wtedy, gdy słuchawki włożą niż wówczas, gdy je zdejmą. Z nimi czują się trochę jak za szybą, osłonięci i bardziej bezpieczni. A jednocześnie zwolnieni z wchodzenia w interakcje z innymi, no bo przecież ich nie słyszą. Uzbrajam się zatem, włączam muzykę, idę i nagle czuję, że właściwie mogłabym już z tą muzyką iść zawsze, mogłabym sobie ją zapętlić, bo to dobra ścieżka dźwiękowa do mojego życia, niektóre wersy pasują tak znakomicie, jakby facet napisał je, usłyszawszy gdzieś przy piwie historię takiej panienki.
Fantastyczne. Znowu – niewesołe. Ale smutek w takich smakach uwielbiam.

High heels were invented by a woman who had been kissed on the forehead

No dobrze, dość już tego lukrowanego budyniu.
Jeszcze tylko piosenkę wam podrzucę, na ciepły wieczór z winem, do spoglądania w ciemne niebo. Trochę może smutna, ale smuci czarująco.

Mój wielbiciel się obudził – ten to ma wyczucie… – i zaleca się we właściwym sobie stylu, to jest serwując mi grubawe aluzje oraz żarciki z gatunku prokreacyjnego. Nie działa nań ani moja kamienna twarz, ani wyraźne komunikaty, że przykro mi, ale moje plany na najbliższe dni, tygodnie oraz lata NIE obejmują umawiania się z nim na randkę żadnego rodzaju. Podziwiam wytrwałość, zwłaszcza że nic w moim zachowaniu – przynajmniej nic, czego jestem świadoma – nie zachęca do parcia w te zaloty.
Rozważałam już możliwość zasugerowania mu, że mam nietypowe i odstręczające zamiłowania seksualne, ale, cholibka, nigdy nie wiadomo, co kogo w tym temacie odstręcza, toteż wolę nie ryzykować i chowam się za tą moją kamienną twarzą.

Postanowiłam kupić sobie buty górskie – lato przecież idzie. Dotychczasowe kapcie już zabiłam na śmierć, zresztą nie były jakiejś szczególnie wysokiej klasy i ostatnio tańcowałam w nich na śliskich kamieniach aż miło. Kość ogonową miałam obtłuczoną bardzo wiele razy w życiu i nabawiłam się w efekcie drobnej fobii. Nie jest wszak przyjemnie, gdy wpadnie się tyłkiem do strumienia, szczególnie niedługo po deszczu, gdy strumieniem tym pędzi całe błocko z gór. Proszę mi wierzyć, że błocko beskidzkie jest niespieralne. Ale i tak je kocham.
Kiedyś wszyscy ganiali w jednakowych traperkach i było dobrze. Teraz na wyrypy można wyruszać w nieprzemakalnej, zwężanej w talii kurtce ważącej 10 deko, różowym obcisłym polarku z ekologicznego włosia, w oddychających spodniach o seksownym kroju kieszeni na pupie, sportowym biustonoszu w kolorze pasującym do tęczówek i tak dalej. Co nie zmienia faktu, że na forach dla modniś regularnie czytuję strwożone opinie z gatunku – ‚pomocy, mój miś chce jechać w góry, a ja nie mam co na siebie włożyć, bo te wszystkie trekkingowe ciuchy są brzydkie i niekobiece, a w ogóle gdzie ja tam podłączę prostownicę’.
Do rzeczy, bo znów wyłazi ze mnie zgryźliwy tetryk.
Wolałabym zdecydowanie, żebyśmy nadal ganiali w jednakowych traperkach, albowiem od paru dni przekopuję się przez dziesiątki stron internetowych, czytając poruszające historie związków ludzi z ich butami, oglądając modele wyższe i niższe, z podeszwą taką i owaką, z membraną i bez, twarde i miękkie, lansiarskie i klasyczne, skórzane i nie, lazurowe, różowe, fioletowe i pistacjowe – i wybierz, człowieku. Ze szpilkami problemu nie mam nigdy, kieruję się bowiem jednym, prostym kryterium. Mają być ładne, wszystko inne przeboleję, bo zwykle pokonuję w nich tylko trasę z taksówki na sofę. A moje nowe trepki owszem, też mają być ładne (bo ja to jednak trochę próżna jestem, przyznaję; poza tym wiadomo to, w jakich warunkach przyjdzie mi zalotnie nóżką bujać?) – między innymi. I te ‚inne’ jednak ważniejsze, zwłaszcza w połączeniu z faktem, że dowolnej kwoty chwilowo wybulić nie mogę.
Cóż. W poniedziałek pójdę do fachowego sklepu – tylko nie tego, gdzie poważają klientów jedynie, gdy ci wyglądają, jakby właśnie wrócili z Gasherbrumów, a niewiasty w sukience nikt serio nie bierze, pewnie wlazła przez pomyłkę – spojrzę w oczy panu za ladą i wyspowiadam się z moich fantazji oraz zahamowań, głównie finansowych. I chyba tak będzie najprościej.
(Skoro o fantazjach mowa – gdzieś kiedyś, gdy kupowałam bodaj sandałki, sprzedawca padał przede mną na kolana z każdą przymierzaną parą i usiłował zatknąć mi obuw na stopę. Czułam się… cokolwiek dziwnie. Za to facet spełniał się w pracy niewątpliwie).

Tańczą włosy, tańczą jak szalone

Proszę pana, byłby pan całkiem przystojny, gdyby pozwolił pan sobie wyłysieć. Jasna sprawa, niech pan się nosi jak mu się podoba, ale niewiele jest bardziej antykoncepcyjnych widoków niż skrajnie wysokie czoło, a z tyłu rozpaczliwy – żeby to koński – ogon z tego, co jeszcze nie wypadło. Już lepiej śmiało przejechać maszynką do golenia. Lubię długie włosy, choć nie są warunkiem bezwzględnym do tego, żebym kimś się zainteresowała – ale wielkie nieba, trzeba mieć ich dużo, najlepiej bardzo dużo, bardzo zadbanych. Wtedy jest seksownie. W pewnych okolicznościach bardzo się lwia grzywa przydaje. Do czego mogą się przydać trzy umęczone włoski na krzyż?
Cóż. Dobrze przynajmniej, że nie zaczesuje ich do przodu, żeby ukryć wspomniane czoło, coraz wyższe z każdą wiosną.
Pracowałam kiedyś z mężczyzną starszym ode mnie o przynajmniej 25 lat, dumnym właścicielem pięknych, wściekle gęstych, spływających mu na ramiona loków. Pukle były białe jak śnieg, co nie przeszkadzało małolatom za nim biegać.
(Do tego miał oksfordzki akcent, co sprawiało, że biegały jeszcze szybciej).
((Pysznie też znał się na winach i dyskografii Led Zeppelin, a do cudnych pukli nosił rozchełstane, acz świetnie skrojone koszule)).

I proszę pana, byłby pan całkiem sympatyczny, gdyby nie traktował mnie pan protekcjonalnie.
Nie lubię czuć się głupsza. Nie znoszę, gdy ktoś gada do mnie jak do pięcioletniego dziecka. Cenię fachowość, uwielbiam bliskich mi facetów za to, że potrafią godzinami opowiadać mi o tym, co ich kręci w taki sposób, że siedzę z rozdziawioną buzią i nieważne, że nie znam się ani trochę na teleobiektywach, softboxach, informatyce kwantowej, metalu symfonicznym, rodzajach śniegu (ale wiem, że Eskimosi mają 50 różnych określeń nań). Oni tak o tym mówią, że czuję się nęcona. Czuję, że to fantastyczna przygoda. Tak, to absolutnie uwielbiam; uwielbiam też patrzeć na nich, gdy opowiadają, wymachują rękami, oczy im błyszczą, a gdy dostrzegą u słuchacza ślad zainteresowania, aż iskry lecą. To wspaniałe.
Gdy delikwent rozmawia ze mną, jakby mnie po pleckach klepał, ty blondyneczko ty, doprawdy nie musisz tego wiedzieć, pewnie zresztą nie wiedziałaś (wiedziałam, do kurwy nędzy) – czuję, jak w śliniankach zbiera mi się toksyna. Chętnie bym dotkliwie użarła. Ale nie, wygładzam spódniczkę i odwracam się na pięcie. Pozwalam mu poczuć się dobrze.
To pewnie nie potrwa długo.

Dziś zaczęłam się pakować. Jestem w tym niezła. Nigdy, nawet na długo nie wyjeżdżałam z więcej niż siedmioma kilogramami ciuchów, mazideł i czytadeł na wieczór – góry wyrabiają dobry nawyk zabierania tylu klamotów, ile się bez trudu udźwignie i niczego więcej. Za to wielokrotne pomnożenie ciężaru bagażu w drodze powrotnej jest dla mnie bardzo proste.
Próbuję czytać, próbuję się wysypiać, próbuję oddychać, ale ogarnia mnie panika.
Rachid trochę mi pomaga. On i cała trójca (kocham ten numer i z perwersyjną uciechą puszczam go wszystkim twierdzącym, że nie trawią arabskich nut, bo minutę później tupią wesoło stópkami do rytmu – a Faudel wygląda zupełnie jak Barack Obama). Stara miłość do muzyki Maghrebu nie rdzewieje, toteż snuję się po mieszkaniu, zarzucając bioderkiem przy każdym kroku. I wiecie, jak sobie patrzę na tych bladych indierockersów w rurkach opinających zabiedzone łydeczki, to sobie myślę, że od Rachida mogliby się co nieco nauczyć. Nie zna granic ni kordonów rock’n’roll.

Morning glory

Czasami to naprawdę kocham siebie.

Wstałam o szóstej rano jak Bozia przykazała. Podreptałam do łazienki, włączając po drodze radio. Mydełko, tonik – bez ginu – i tabletka na gładką skórę. Gdy gapiłam się zapuchniętymi ślepkami w rozmazane odbicie w lustrze i rozmyślałam, co by tu włożyć, nagle uderzyła mnie inna myśl. Spoliczkowała.
Myśl o tym mianowicie, że przecież mam dziś urlop.

Niedługo wyżłobię w ścianie wgłębienie od walenia w nią łbem.

Ale skoro już wstałam wcześnie, mam więcej czasu na kawę i ciasteczka. Zresztą ba, i tak nie lubię sypiać do późna. Nocą skończyłam czytać Statek. Dreszcze mam do tej pory, mocna rzecz i napisana tak, jak lubię – prosto, nawet kanciasto, bez zbędnych ozdobników. O tym, jakie piekło siedzi w każdym z nas.
Osobiste piekło spycham tymczasem głęboko. Polecę na Kleparz po bryndzę, koryciński ser z miętą i pierwsze małosolne – co jeszcze dla ciebie, kochanie? – kupię sobie krokusy (podobno niedźwiedzie uwielbiają jeść krokusy, wiedzieliście?) i płytę, zaproszę się na obiad w mieście, wieczorem przyjaciółka. Jutro kino, w niedzielę Rysiek. Czekam tylko, aż podniesie się mgła i pędzę intensywnie korzystać z życia. Czego i państwu życzę. Sprawiajcie sobie dużo przyjemności.

Dopisuję jeszcze zgodnie z tradycją, że są już lody zarówno na Starowiślnej, jak i u Włochów. Za migdałowe od tych drugich dam się pokroić. Biszkoptowe też lubię, ale dziś nie było – były o smaku sycylijskich cannoli. Świat to piękne miejsce.

Jedna klaszcząca dłoń

Nerwy mnie zjadają.
Lubię być zżerana przez nerwy tylko przed randką (bo jeśli nie jestem, to nie wróży dobrze), w pozostałych okolicznościach – nieszczególnie. Zwłaszcza, gdy wiem, że denerwować się nie powinnam, bo dam radę.
Najlepiej byłoby przed trudnym dniem strzelić sobie lufę, spędzić całą noc na grzechach i rano rozkołysanym krokiem, z rumieńcem bezczelnie oznajmiającym, że miało się bliski kontakt z testosteronem, udać się przed oblicza plutonu egzekucyjnego. Kusząca wizja, ale żywot ćmy barowej wiodę jedynie w weekendy i raczej z fotela, krzepa już nie ta. Zamiast lufy pięć głębokich oddechów, usunięcie z umysłu niepotrzebnych śmieci i koncentracja na celu.
Chwilami myśli zagłusza panika, rany boskie, przecież ja nic nie wiem, nic nie rozumiem, nie potrafię, ale na szczęście chowa się to wszystko pod omszały kamień, gdy spojrzę w lustro i mruknę – słońce, przestań pierdolić.

W takie dni zwykle mam ochotę dać upust mojej miłości do zabobonów, obwiesić się amuletami, obwiązać nitkami na szczęście, do medalionu wetknąć zdjęcie (mam jedno takie – piękne, ale bardzo śmieszne; gdy na nie patrzę, zalewają mnie po uszy same dobre uczucia wobec osoby na tej fotce), włożyć szczęśliwą bieliznę w wisienki, splunąć trzy razy przez lewe ramię, okadzić się zbieranymi w bezksiężycową noc chaszczami. Ale duża już ze mnie dziewczynka i wiem, że jeśli coś może przynieść mi szczęście, to moje dwie rączki oraz mój całkiem jeszcze sprawny rozumek.
Mimo wszystko rankiem szybko skaczę po stacjach radiowych, żeby pierwsza usłyszana piosenka była jedną z tych, które lubię – bo to dobry znak.
Wczoraj natomiast usłyszałam taką i jestem pod wrażeniem. Cudne na wieczór, brzmi jak z zepsutej pozytywki.

Ktoś tu mnie w trafieniach z wyszukiwarki zapytywał, czy rockmani są pobożni.
Nigdy człowieku nie wiesz, od czego zostaniesz specjalistą.

Tiny grain of truth

Wracam do domu za późno, zmarznięta, poirytowana, zmęczona okropnie – taki przekłuty balonik. Wszystkie nerwy tygodnia zdążyły wejść mi w kręgosłup, więc choć psycha na pozór ma się dobrze, to plecy znowu bolą.
Niech mi się zdarzy coś miłego, niech się zdarzy, proszę – spoglądam w nadziei na księżyc w pełni, ogromny, wiszący nisko jak w starych filmach. Zamykam się w ciepłej łazience, przyglądam znowu wystającym żebrom.
Telefon bzyka. Pewnie robota, myślę i nieśpiesznie sięgam po aparat, na zapas przewracając oczami. A jednak nie. Modły do księżyca wysłuchane.

Nierzadko przeraża mnie ta niebywała intuicja. Uwielbiam to, ale i boję się trochę wrażenia, że ktoś słyszy moje myśli, reaguje na jakieś moje wewnętrzne drgania, jakby mi się podłączył do synaps. Zazwyczaj to kobiety wyczuwają nastroje, wiedzą swoje, choć niby wiedzieć nie powinny, wyczytują sobie między wierszami. Facet wyposażony w taki radar to niebywałe zjawisko. Kto ty jesteś, zachodzę w głowę, i skąd wiesz?…
Czułość na cudze emocje pewnie jest męcząca, ale w wielu, bardzo wielu sytuacjach się przydaje. Nie tylko wtedy, gdy trzeba udręczoną babę podeprzeć, żeby się nie przewróciła. Odwrotnie również – w skutecznym bab przewracaniu na poduszki to ogromnie pomaga.

Gdyby mieli państwo kupić tylko jedną płytę w tym kwartale – proszę pomyśleć nad tą. Ponure, szorstkie, zmysłowe i obezwładniające. Jestem zachwycona. Przypuszczam, że dzisiejszą noc spędzę w jego towarzystwie.

Przez całą noc śnił mi się hejnał mariacki. Nie wiem, co to ma znaczyć. Szykuje mi się najazd Tatarów?… Wolałabym Słowianina.

Baby blues

Poszłam świtem po bułeczki i pomarańczki do osiedlowego owada w kropki. Wrzuciłam do koszyka co trzeba, ustawiłam się w ogonku i usłyszałam rozmowę dwóch facetów przede mną:
– A na wakacje gdzie w tym roku jedziecie?
– Jakie wakacje. Dzieciaka będę miał.
– Ooo, gratuluję.
– Tia. Daj spokój.
Dlatego właśnie nie jestem zwolenniczką metody ‚postaw chłopa przed faktem dokonanym i od razu sobie uświadomi, że zawsze chciał mieć dzieci, tylko o tym nie wiedział’. Niektórzy bowiem wiedzą bardzo dobrze, że nie chcą. A od cytowanego tekstu do wielkiego szczęścia droga trochę za daleka.

Obiecałam sobie spędzić dzień na pisaniu. Zaparzyłam kawę, ustawiłam laptop na stoliku do pracy – mam taki sekretarzyk, wypatrzony w sklepie ze starociami na Kazimierzu – włączyłam nieinwazyjną muzykę, nasadziłam pingle na nos… i na razie nic się nie dzieje. No, otworzyłam plik. Spoglądam weń (licząc chyba, że spojrzy na mnie, jak ta otchłań Nietzschego).
Ciekawam, czy dam radę, czy oprę się mrugającej z półki Colette, biszkoptowemu olejkowi do ciała, dziesiątkom wykopanych w sieci blogów o Japonii, Totoro, pociągającej zawartości Amazona i kamerkom internetowym pokazującym wreszcie białe Podhale. Tęsknię do gór. Nawet do Krupówek tęsknię. Zamierzam zabrać się z panem i władcą na narty następnym razem, co prawda on jeszcze o tym nie wie, ale ja przecież zajmuję mało miejsca w samochodzie, jestem cicha i nie brudzę, a poza tym wspaniale wiercę dziury w brzuchu. Tyle, że chwilowo nawet na karnet na wyrwirączkę mnie nie stać, acz chodzi mi po głowie inne rozwiązanie.
W ubiegłym tygodniu w Pieninach, lecząc niezbyt dotkliwego kaca obfitym śniadaniem, planowaliśmy zakup dupozlotów i udanie się z nimi na jakąś oddaloną, niezbyt stromą górkę, żeby tam w świeżym śniegu poszaleć. Nie doszło do tego, albowiem żaden sklep w okolicy nie oferował podobnych dóbr, poza tym skusiło nas grzane piwo i tym samym nastąpił koniec wycieczki. Szkoda. Za młodu na Dębowcu osiągałam na tym wynalazku niezłe prędkości, choć niejeden raz wpadło się w krzaczory.
Dość wspomnień. Do roboty się bierz, panna.

A przygrywa mi dziś Chickenfoot – bardzo, uważam, smaczne. Proste, rytmiczne i mięsiste. Skromny taki zespół, na wokalu Van Halen, na bębnach RHCP, a w tle na gitarce przygrywa niejaki Joe Satriani.
W drugiej słuchawce natomiast nowa ulubiona piosenka świąteczna – brawo, Jasiek. Taką góralszczyznę to ja mogę łyżkami, wiaderkami. Nawet bezbożnik przy tym kawałku cieszy się z narodzenia…

Snowed in

Witaj, styczniowa jutrzenko, blada jesteś i trochę chyba kiepsko na ludzi wpływasz. Spod sufitu ściągają mnie za nogę w swoje błocko, strzępią języki, obrabiają tyłek, który takich akurat pieszczot nie znosi, krzyczą i piszczą o byle co, o coś, czego za rok nie będą pamiętać, o drobiazg, dla zasady, bo lubią krzyczeć i piszczeć.

Nie jestem osobą szczególnie miłującą towarzystwo ludzkie, ale są dni, gdy wyobrażam sobie, jak pięknie żyłoby mi się w mongolskim stepie.
Szczęśliwie wszystko to wchłaniam znacznie słabiej niż kiedyś. Zamykam za sobą drzwi z myślą, że mam teraz ważniejsze sprawy na głowie i w sercu, i niczyje fochy nie doprowadzą mnie do wycia w poduszkę.

Ale za to podrzucono mi urokliwe dźwięki z mojego grajdołka, a w odtwarzaczu Kate Bush, do której wreszcie dojrzałam. Nie mogłam wcześniej ścierpieć.

I jeszcze coś pysznego dzięki cotygodniowej uprzejmości redaktora, którego wielbię tak, jak tylko wielbić można kogoś, kogo w życiu się na oczy nie widziało. Stali czytelnicy wiedzą, że „When The Levee Breaks” to jeden z moich ulubionych kawałków, a to wykonanie sprawiło, że gapiłam się osłupiała w głośniki.

Z pozoru całkiem zwykły stan

Wstałam o szóstej. Dłużej nie dał mi spać nerw związany z testosteronem.
Sądziłam, że już to przerabialiśmy, z piętnaście razy nawet, ale podobnie, jak nie przesadza się starych drzew, to i nie wychowuje się starych chłopów.
To dziś nie powinno być ważne, naprawdę.

Lubicie Laylę? Ten numer o kobiecie innego rockmana, zajeżdżony na śmierć przez stacje radiowe?
No, ja też nie.
To posłuchajcie.
Oniemiałam z zachwytu.
Moi sąsiedzi słuchają w kółko. Na zmianę z Kremlowskimi Kurantami i nową płytą CKOD, która wszędzie przez wszystkich została… no, wiadomo, ale mnie się podoba. Sąsiadom chyba również.

Skoro już w temacie lubienia jestem, to znów mnie mój gatunek zadziwił.
W czasie okołozaduszkowym wszędzie dużo wspominania. Smutki małe i duże. Fundacja, której działaniami szczerze się interesuję, napisała na swojej facebookowej tablicy, że coraz więcej światełek trzeba zapalać każdego roku.
I zadziwiło mnie to, że znalazł się ktoś, kto postanowił kliknąć ‚lubię to’.
Do kurwy nędzy, cóż w tym do lubienia?
Ten przycisk trochę zwalnia od zastanawiania się, co ma się do powiedzenia i czy cokolwiek. Lubisz i cześć pieśni. Najważniejsze, że zaznaczasz obecność. Jeden mądry człowiek stwierdził kiedyś, że wszystko powinno się robić tak prosto, jak to tylko możliwe, ale nie prościej. To jest właśnie to niebezpieczne ‚prościej’.

Wypije i pójdzie w mrok

Oj.
Lowelas zażądał zdjęcia.
Może chce się przekonać, czy w ogóle ma po co wracać z tej Warszawy…
Fotografowanie siebie samego to dość zabawna czynność. Próbowaliście kiedyś robić zdjęcie własnym dolnym plecom? Lumbago można dostać.

A codzienność kąsa.
Ubóstwiam ludzi, którzy wrzeszczą na mnie w sprawie kompletnie absurdalnej, upierają się przy swojej wersji głusi na zimne fakty, a na koniec ciskają ostentacyjnie słuchawką.
Mam nadzieję, że czują się lepiej. Tacy ważni, męscy i w ogóle.
Staram się zachowywać spokój, odpowiadać chłodno i grzecznie, ale w głowie zwykle wtedy wybrzmiewa mi wers z „Odcisków” Świetlickiego – gotuj się, kurwo, gotuj
Zawsze mnie zastanawiało, skąd u niektórych przekonanie, że jeśli będą darli japę, tocząc przy tym suto pianę, to łatwiej osiągną cel. Ja tam nie lubię, gdy mi ktoś w odwecie za moje wrzaski pluje do zupy lub w samolocie przydziela miejsce obok toalety.

Mniejsza o jazgotliwych gamoni. Piątek jest. Na Kazimierz po południu się wybieram. I – co szczególnie ważne – zakupy przyszły. Lao Che, Maja Sikorowska z Kroke, Zgórmysyny (pyszna nazwa), Joanna Pilarska i RHCP, rzecz jasna.
Lubię rozpakowywać pachnące tłocznią płyty, kłaść je sobie na stoliku i gapić się w nie z zachwytem. Najlepiej obok położyć jeszcze parę świeżych książek, pogłaskać z lubością okładki.
Podobnie mam z butami – wkładam je od razu i biegam dookoła mieszkania cała zadowolona. Jak na ironię, dla wielu par to pierwsza i ostatnia przygoda, bo później trafiają do szafy, czekając na swój wielki dzień.

Do końca miesiąca precle i woda z kranu.

The lights are on but you’re not home

Nie do końca zgadzam się z wydźwiękiem wysokoobcasowego tekstu o dyskryminowaniu samotnych w pracy, ale gdy weszłam na forum kobiece i przeczytałam opinie, załamałam się. Skrótowo – o co te singielki się plują, przecież im łatwiej robić zastępstwa i nadgodziny, niech urodzą dziecko, to się dowiedzą, co to prawdziwe życie i prawdziwe obowiązki, a tymczasem niech się przymkną.
Od pewnego już czasu uważam, że największym wrogiem kobiety jest inna kobieta.

Weekend przecudowny, sam miód, gdyby nie komary. Front Porch Blues ogromnie mi się podobało – lubię tę leniwą atmosferę, bawiące się dzieciaki, ludzi siedzących na trawie i sączących zimne piwo, zasłuchanych. Pachnie skoszoną trawą, gdzieś tam beczą owce (tak, proszę państwa, w samym środku miejskiej dżungli!). Muzycy grają na łąkach lub gankach skansenowych chałup, a nóżki same chodzą.
Absolutnie oczarowało mnie to. Taki ograny numer, a jak świeżo zabrzmiał, i jak refleksyjnie… Natychmiast zachciało mi się nauczyć grać na gitarze – ostatnie próby skończyły się tym, że gitara wylądowała w piwnicy, ale może teraz byłoby lepiej?

Monkey Business fajni jak zawsze. A z rozkosznego koncertu Los Agentos wygoniły mnie te nieszczęsne moskity, szkoda, bo oni naprawdę przyjemnie grają.
Przepadam za tą imprezą. Jeśli o mnie chodzi, mogłabym spędzać wszystkie letnie weekendy, leżąc w słońcu, słuchając ulubionej muzyki i dyskretnie zezując na atrakcyjnych mężczyzn spod ciemnych okularów. Co prawda wszyscy jak jeden mąż w koszulkach Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd lub innych niedogolonych gwiazd mezozoiku, aaale.

Niedzieliłam się bez telefonu, a gdy wróciłam wieczorem do domu, aparat już pobłyskiwał światełkiem. Kontrola dociekała, co słychać u tych i owych części mojego ciała. Bardziej owych.
Tym samym wśliznęłam się w nowy tydzień lekko zbudyniała.
Poniedziałkowy ranek doprawdy nie jest taki straszny, jeśli człowiek podejdzie doń z odpowiednim nastawieniem. Oby tego nastawienia wystarczyło do piątku. Dziś około południa miałam już pierwszy kryzys i potrzebę natychmiastowej przeprowadzki w okolice Wołosatego.
Chociaż podobno coraz tam tłoczniej.

Any dream will do

Dziś w Polsce koncertuje Kurt Elling, najcudniejszy męski głos na tym łez padole. Tylko pechowo na miejsce koncertu wybrał sobie Gorzów Wielkopolski. Może to i lepiej, bo gdyby miał dziś śpiewać gdzieś na południu, a ja dowiedziałabym się za późno, to bym się przecież załamała.

Za to kupiłam sobie płyty z muzyką z festiwalu Misteria Paschalia. Owszem, naprawdę zamierzam tego słuchać. Bo z niepojętych przyczyn muzyka sakralna jest moim swoistym fetyszem (a na przykład chóry prawosławne ubóstwiam i stoją u mnie na półce obok Kings Of Leon). Lubię. Tak samo lubię chodzić do kościołów, choć raczej się nie modlę.

A, skoro już o głosach mowa – „Good night Dżerzi” jako lektura podobało mi się, jakby to ostrożnie ująć… tak sobie. Za to czytane przez Fronczewskiego w Trójce jest znakomite.

Śnił mi się ancymon mój drogi. Odbierał jakąś nagrodę kulturalną (?!), z wielką pompą i namaszczeniem mu to wręczali, a było to tym zabawniejsze, że przyodziany był w ramoneskę i przeraźliwie dziurawe dżinsy. Powiedzmy, że to jeszcze w miarę bliskie prawdzie.
A rankiem okazało się, że sen był w pewnym sensie proroczy. Z wrażenia upuściłam puderniczkę, szczęśliwie lusterko się nie stłukło.
Może powinnam zrobić na tym jakiś biznesik, skoro taka ze mnie sprawna wróżka. Przydałby się, bowiem słodkie myśli o wymarzonych studiach podyplomowych (oczywiście niezwiązanych z tym, czym się na co dzień zajmuję) pierzchają, gdy tylko spoglądam na wyciąg z konta. Ale naprawdę nie chcę się tym przejmować. Nie teraz. Po prostu trzeba będzie to i owo zmienić.
W ubiegłym roku też miewałam prorocze sny – trudno nie mieć, jeśli człowiek czegoś się spodziewa i wie, że to nastąpi, choćby spychał to w najciemniejszy kąt podświadomości – tyle że nie takie ładne. Tamte koszmary już chyba na dobre za mną; bardzo stwardniałam przez ostatnie miesiące i dokładnie się poukładałam, choć w sposób, którym nie wszystkim się podoba. Cóż – nie musi.
Tymczasem, państwo pozwolą, udam się na emigrację wewnętrzną pod kołdrę, albowiem w obecnym zajobie tuż po dobranocce jestem nieprzytomna, mam zwidy, słyszę głosy i padam nosem w kolację.

Lovely, don’t you ever change

Słucham trójkowej Listy, jak to zwykle przy okazji domowych piątków. Trochę sprzątam, trochę piję wino. Do wina kupiłam Juliet, nagą i proszę nie pytać, jak to się ma do bicia się w piersi, że już żadnej więcej makulatury w tym miesiącu.
Obejrzałam sobie przy okazji te nowe przewodniki Wyborczej, „In” – ale po pierwsze są kosmicznie nieporęczne, a po drugie 16 z 20 tych miast już i tak odwiedziłam. Pozostałą czwórkę zamierzam obleźć ulubioną metodą – czyli mapa plus nos.
Kurza stopa, kiedy ja tyle świata zjechałam?…

Trudny dzień, trudne sklejanie tego, co ktoś inny nieostrożnie rozwalił, opatrywanie ran wojennych i bolesne rozmowy – na szczęście widzę światło w tym tunelu. Na co dzień nie jest łatwo żyć z naturą rozjemcy i sercem na dłoni, ale w skrajnych sytuacjach to popłaca. Ile mnie kosztuje naprawianie po kimś świata i uspokajanie czyichś rozdygotanych nerwów – to inna sprawa.

Każdego ranka słucham radia. Jestem potwornie uzależniona od wiadomości i przez lata wytworzyłam sobie taki odruch poranny – zwlekam się z łóżka i w drodze do łazienki celuję pilotem w odbiornik. Później zarzucam słuchawki na łepek i idę z radiem do roboty. I tak powoli (no, biorąc poprawkę na tempo mojego marszu – niezbyt powoli) wprowadzam się w nowy dzień.
Czasami wkurzają mnie gadające głowy, działacze związkowi, politycy lansujący się w czasie najwyższej słuchalności.
Czasami usłyszę piosenkę, która mi się podoba. Czasami taką, że szybko przesuwam palcem po skali, żeby zmienić stację na lżej strawną. Czasami taką, która mnie zachwyca od pierwszego taktu, trafia w miękki brzuszek, dopieszcza moje słabości i sprawia, że cała ta wielkomiejska mamałyga, szarość i jazgot przygasają, zwalniają. Jakby ktoś tam u góry wcisnął ‚pause’. A mnie w środku robi się jakoś cieplej.
Zwykle w radiu o tej porze nie słyszy się takiej muzyki.
Tak mi dziś zrobiono dobrze tą jedną piosenką, że dotarłam do biura rozanielona, ślepa całkowicie na tłok, zimno i wątpliwe przedmiejskie uroki, i przy obowiązkowym wiaderku kawy z mlekiem wystosowałam mail dziękczynny do szanownego redaktora.
Niedługo później nadeszła odpowiedź od wspomnianego, że wie, bo ma jednakowe odczucia wobec tego kawałka.
Aż pisnęłam.

No i świetnie, pana redaktora zdrowie.
Taki niby drobiazg, a uśmiech dookoła głowy.

(A potem sobie skojarzyłam, że motyw z tej właśnie uroczej piosenki wiele lat później wykorzystano w innej, jednej z moich ulubionych).
((Gdyby wszyscy ludzie słuchali Franka, świat byłby jak miękka kołdra, nie jak pole minowe)).

Ja tu tkwię aż po szyję

Najpierw pokazałam doktorowi czerwony biustonosz.
– Będziemy musieli zapisać pani coś mocniejszego – powiedział. – Czy jest pani uczulona na antybiotyki?
Zacukałam się.
– Szczerze mówiąc, nie wiem. Nigdy nie brałam.
Lekarza aż zatchnęło.
– Nigdy pani nie brała antybiotyków? Jak się pani taka uchowała przez trzydzieści lat?
To bardzo proste. Po pierwsze – przez całe dotychczasowe życie byłam zdrowa jak koń i chorowałam od wielkiego dzwonu. Po drugie – nienawidzę piguł, nie znoszę się leczyć. Nawet z witaminami w tabletkach mam kłopot. Jak byłam mała, wywalałam lekarstwo na anginę za kaloryfer (ale był wstyd, jak po latach przy okazji remontu rodzice znaleźli…). Kiedy miałam nogę w gipsie, ortopeda przepisał mi tramadol – nie wiem po co, bo wcale nie skarżyłam się na ból. Wzięłam jeden, reszta obrosła kurzem.
Później dowiedziałam się, że dzieciaki w jakiś kuchenny sposób produkują sobie z tego narkotyki. Wspaniale.
Za to zastrzyki – proszę bardzo. Walcie. Mogę brać co godzina i ani mrugnę. Przy okazji tego gipsu musiałam brać lek na rozrzedzenie krwi. Wyczytałam w ulotce, że jednym z rzadkich skutków ubocznych bywa, drodzy panowie, długotrwała erekcja. Nie omieszkałam wtedy wspomnieć o tym panu i władcy.
– Naprawdę? – zainteresował się. – A jak się nazywa to lekarstwo?
– Ale to jest w zastrzykach…
– O – oklapł. – To nie.
No cóż, to jeden z tych mężczyzn, którzy podczas kataru oznajmiają wszem wobec żałosnym tonem, że są CHORZY. Być może niebawem umrą. Nieważne, że do wątłych suchotników to im raczej daleko. Nieważne, że nawet gorączki nie mają. Oni już czują oddech kostuchy na karku.
I tak nie był najgorszy pod tym względem. Mam kolegę, który na widok krwi odstawia regularne histerie.
Te zastrzyki mogą zatem powodować dowolnie uporczywe wzwody, bo i tak nie ma obawy, że mężczyzna z własnej woli wbije sobie igłę w brzuch.
A my to wiadomo. Nie dość, że przyjmiemy choróbsko na klatę, to jeszcze przy okazji – skoro już mamy wolne – umyjemy okna, pierogów nalepimy, pomalujemy przedpokój. Krwawienie z tętnicy zatkamy chusteczką, dokończymy zbawianie świata i dopiero wtedy ewentualnie wyciągniemy nogi.

Jeśli już jestem w temacie zdrowotnym – dziś przeczytałam (oczywista na forum, przecież wiadomo, że jestem miłośniczką), że jak się trzyma olej w buzi, to on pomaga wypłukiwać toksyny. Podobno najlepiej rzepakowy.
Jakoś mi się przypomniała matka Oskarka z „Blaszanego bębenka”, nie wiedzieć czemu…

Sentymenty mnie dziś podgryzają. Dlatego słucham Republiki, Iry i Bielizny. Fajnie czasem otworzyć przyrdzewiałą szufladę. Tę ostatnią piosenkę pamiętam z JW23. Nocami się tkwiło przy radiu. To se ne vrati.
A może jednak? Reaktywują Odjazdy. To był mój pierwszy koncert rockowy z prawdziwego zdarzenia, tłumy ludzi w Spodku, prowadzący rzucający prezerwatywy ze sceny i my, dwie oszołomione nastolatki udające wyluzowane. Teraz przychodzi mi to łatwiej (luz, nie udawanie). No i mogę już legalnie pić piwo od rana do wieczora…

I’ll take the force of the blow

Odpoczęliście sobie? Ja nie. Ale teraz organizuję sobie jednoosobowe piżamowe party z radiem i kieliszkiem wina. Nikogo nie ma w domu. Abonentka oddzwoni jutro.
Dziwny miałam dzień; boli mnie trochę głowa.
Trzeba mieć niemałe zasoby zapomnianej cechy pt. odwaga cywilna, żeby kogoś przeprosić, przyznać się, że się pomyliło, oceniło zbyt surowo, niesprawiedliwie, że postąpiło się nie fair. Przeżyłam dziś ogromne zaskoczenie – pozytywne – bo nie spodziewałam się z tej akurat strony żadnych przyjemnych słów, nie wspominając już o ‚przepraszam’. Takim prawdziwym, wyartykułowanym dobitnie, szczerze i prosto w oczy, a nie – jak częściej bywa w podobnych okolicznościach – klepaniu po plecach, ‚stara, nie gniewasz się, co?’.
I jeszcze się dowiedziałam, że ładnie wyglądam.

W Trójce bardzo pieją nad nowym Massive Attack. Przyznam bez bicia, mam z nimi tak zwany love-hate relationship, bowiem o ile Protection jest dla mnie hitem wszech czasów, najładniejszą piosenką na świecie, którą zawsze noszę przy sobie, żeby móc w razie potrzeby sobie odtworzyć (macie takie?) i ciągle tak samo porusza mnie ładunek intymności w niej zawartej – o tyle dwie ostatnie płyty to nuda, panie.
Słuchałam zatem dziś Paradise Circus i spłynęło na mnie znajome wrażenie, że ja już to gdzieś słyszałam. Te klaski słyszałam. A gdy mam takie wrażenie, moja upierdliwa pamięć natychmiast rozpoczyna skanowanie. Rozpoczęła i znalazła. Proszę bardzo.
Bo ja zawsze lubiłam ten kawałek, w ogóle lubię tę kapelę i polecam uwadze. Co ciekawe, frontwoman jest bardzo ortodoksyjną muzułmanką.

Zamiłowanie do muzyki jest naprawdę rozkoszne. Do momentu, gdy nadchodzi chwila ścierania kurzu z płyt albo układania ich po remoncie. Kiedy ja tyle kilogramów tego plastiku uzbierałam?…
No, gdyby nie te kilogramy, parę moich randek byłoby mniej udanych, parę smutnych wieczorów jeszcze bardziej smutnych, parę podróży nie tak miło wspominanych. Z pracą magisterską tak dobrze by mi nie poszło. Bo pisząc ją, z głupia frant wystosowałam mail do Jamie’ego Catto, (ówczesnego) członka być może państwu znanej grupy Faithless, który był wtedy zaangażowany w świetny projekt podróżniczo-muzyczny, One Giant Leap, pięknie pokazujący wagę naszych korzeni, tych z krwi i z kultury.
Proszę sobie wyobrazić, że odpisał mi następnego dnia. Siedziałam w kafejce internetowej i gapiłam się z rozdziawioną buzią w monitor. Nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Piszczeć wniebogłosy czy jak.

You are not what you seem

Przypadkiem usłyszane w radiu Like A Prayer sprawiło, że natychmiast wykopałam płytę, zgrałam do mojej empetrójki (już i bez tego pełnej rozmaitych wynalazków) i łaziłam z tym pół dnia. Lubię na nowo zachorować na piosenkę, którą znam od zawsze i słyszałam masę razy. Czasami taki odgrzebany staroć znakomicie pasuje do okoliczności – a poza tym to po prostu fajny kawałek.
Pamiętam, jaki to był straszny skandal. Zresztą ba. Marek Niedźwiecki miał jakoś z początkiem lat 90. program w telewizji, nocą – nie pomnę niestety, jak to się nazywało – raz przyszła do niego Kora i zamówiła sobie emisję Justify My Love. W tajemnicy przed rodzicami obejrzałam z wypiekami na twarzy i stwierdziłam, że zupełnie nie rozumiem, o co tyle hałasu, bo tak naprawdę nic wielkiego tam się nie działo. Wizualnie jest to jednak, trzeba przyznać, bardzo smaczne.
Dzisiaj wszyscy mamy w komputerach i/lub telefonach własne pornosy, więc tym bardziej by nas nie ruszyło.

W sprawie, która wszystkich nudzi już okrutnie, włączając niżej podpisaną – taki trochę mętlik nadal.
O dziewiątej – olać chuja. O dziewiątej cztery – ciekawe, co u niego słychać, fajnie byłoby pogadać. O dziewiątej siedem – ależ bym go przywiązała do łóżka. O dziewiątej dwanaście – a tam, olać chuja. I tak w kółko. Nie codziennie, na szczęście. Wpływ na tę galopadę miewają jednak nawet takie drobiazgi jak to, czy jadę do pracy taksówką.

A pierwsze od miesięcy wysokie obcasy prawie mnie dziś zamordowały. Bardzo rzadko noszę taki obuw, choć paradoksalnie mam tego pełną szafę. Jakoś nie mogę się oprzeć, gdy widzę je w sklepie; opory pojawiają się dopiero, gdy zamierzam jednak wsunąć je na stopy i wyjść z domu. Od wielkiego dzwonu przemawia przeze mnie próżność i zakładam. Efekt jest, jaki jest – wiadomo, stałam w kolejce po nogi, gdy rozdawano zdrowy rozsądek. Co zabawne, szczególnie ciepłe spojrzenia zbieram wówczas od facetów, którzy są ode mnie niżsi. Jestem jednak przekonana, że mężczyznom szpilory i pończochy podobają się dlatego, że większość z nich nigdy w życiu nie miała tego na sobie…
Ostatnie metry pokonałam kroczkiem gejszy i z donośnym jękiem ulgi zrzuciłam te cholerne buty natychmiast po przekroczeniu progu. Jutro idę w bamboszkach.

I’d sit alone and watch your light

Ranysiu, gdyby tak stale trwała kampania wyborcza, moje miasto byłoby krainą mlekiem i miodem płynącą. Codziennie otwierają się pachnące jeszcze ciepłym asfaltem ulice, trasy tramwajowe i muzea. Swoją drogą – pomysł z wystawą Dwurnika na Wawelu śmiały, ale pójść trzeba będzie musowo.
Inna rzecz, że przez wszechobecne remonty, budowy, zwężenia i potężne korki każdemu sfrustrowanemu krakusowi należy się dodatkowy tydzień urlopu pod gruszą.

W dzisiejszej LP3 redaktor Baron prosił o nadsyłanie dowcipów o mężczyznach.
Mało brakowało, a napisałabym ‚proszę pana, osobiście uważam, że największym dowcipem w temacie mężczyzn jest to, że…’.
Ale nie, ja przecież nie mam zapędów antymaskulinistycznych. Tylko tak czasem przemawiają przeze mnie dwaj zgryźliwi starcy z loży Muppetów.

Listy trójkowej słuchali moi rodzice zawsze, ja też – dopóki z nimi mieszkałam. Później przestałam (kto by w piątek wieczorem siedział w domu przy radiu…), a teraz na nowo zaczęłam.
Szczerze mnie ta dzisiejsza ubawiła i mniejsza, że dowcipy słyszałam wcześniej. Masowanie przepony było mi bardzo potrzebne.
Na moje wielkie szczęście jest ktoś, kto codziennie próbuje mnie rozbawiać. Wie, jak bardzo ciężki mam czas. Widzi, że do wysokich obcasów, obcisłych sweterków i effet faux cils noszę czasami czerwone powieki. Zamiast głaskać i klepać po plecach, żartuje, lekko dogryza, zjadliwie komentuje rzeczywistość, a kiedy parskam śmiechem, spogląda na mnie z zadowoleniem.
Po południu odebrałam przesyłkę, w której było sześć świeżutkich płyt. Najbardziej lubię je rozpakowywać. To miły moment. Taka prywatna Gwiazdka w listopadzie (a właściwie co miesiąc – ostatnio obliczyłam, ile krążków przybywa mi rocznie; czas zacząć oszczędzać na dom). Najmilej jest, zanim włożę je do odtwarzacza – gdy idę do domu z paczką pod pachą, rozmyślając, jak przyjemnie będzie wziąć kąpiel, zapalić parę świec, postawić sobie drinka i opaść na fotel. I słuchać. Nic więcej. Niech się, kurwa, nawet i koniec świata dzieje za oknami. Na parę wieczornych godzin odwieszam na półkę nerwowe ściskanie w żołądku.

Na trójkowej liście pojawił się i nowy Dżem.
Ech, no.
Czasami do porannej kawy czytam sobie fora bluesowe – dużo tam tradycjonalistów (ja to się wolę nie odzywać z moim holistycznym podejściem do muzyki; poza tym gdybym umiała grać na gitarze, nagrałabym covery Modern Talking), którzy ostro protestują przeciwko nazywaniu bluesem tego, co teraz Dżem gra. Popelina i tak dalej.
Po przesłuchaniu tego kawałka mam smutno podobne wrażenie. Ale co tam. Obok tego wrażenia nadal mam i wielką słabość, z której nie będę się tłumaczyć.
Tymczasem – z podobnej, ale innej beczki – polecam państwu Blues dziewięciu. Nie polecam wszystkim, bo niektórych znudzi lub też będą patrzeć na głośniki z niemym pytaniem ‚ale o co chodzi’. Polecam jednak tym, którzy się nieszczęśliwie kochają w Beskidzie Niskim, Gorcach i Bieszczadach, w tamtejszych knajpach troszkę speluniastych, brnięciu błotnistymi szlakami rozdeptanymi przez końskie kopyta, chrapliwych od bimbru głosach drwali, bezliku gwiazd nocą i malarskiej mgle o poranku. Trochę to blues, trochę country, trochę poezja śpiewana, chyba taka muzyka z czystej potrzeby serca po prostu. Mówię wam, kupcie sobie i chodźcie z tą płytą po bezdrożach. Albo słuchajcie jej w okropny, zakurzony miejski wieczór, pijąc żołądkową gorzką w zaciszu własnej chałupy i udając, że wcale was tu nie ma, bo jesteście tam.