Egyptian cotton

Szlag.
Gdy ktoś wam powie, że raptem w piątek był w Madrycie, a w poniedziałek leci do Paryża, to można sobie pomyśleć, że żyje jak król. To właśnie mnie czeka za dwa tygodnie.
Owszem, podróże są przyjemne. Owszem, rezydowanie w śródmieściu, w pokoju z ogromnym łóżkiem, szklaną łazienką, szlafroczkiem z egipskiej bawełny i spokojnie, niewzruszenie szumiącą klimatyzacją ze świadomością, że firma płaci za to bez mrugnięcia okiem, też jest przyjemne. Przebywacie nieustannie z lokalsami, pracując wśród nich, chodząc na obiady tam, gdzie oni, pijąc piątkowe drinki w knajpach w ich dzielnicy. A punkty na waszych kartach lojalnościowych nabijają się same, od czasu do czasu otrzymujecie tylko mail o treści „gratulujemy osiągnięcia poziomu silver

Ale.
Mamy czerwiec. Od marca jestem w drodze przez cały czas. Tęsknię jak diabli. Jestem piekielnie zmęczona (dlatego, przyleciawszy w piątek wieczorem do Polski, w sobotę nie robiłam nic – zupełnie nic, niente, nada, do piętnastej leżałam w łóżku niczym trup w sonecie Morsztyna, pranie zamierzam zrobić jutro, weekend poświęciłam na ładowanie baterii).
Nie jestem zadowolona z tego, że wpakowano mi w grafik kolejny wyjazd po Madrycie. Zwłaszcza że chodzi o Paryż, którego całym sercem nie znoszę. O długie cztery tygodnie w Paryżu. Madryt jest cudownym miastem, Paryż… jest, jaki jest.
Kto wie, może się w sobie zakochamy po kolejnej próbie charakterów.

Tak czy inaczej, w niedzielę znienacka wyciągnięto mnie na miasto, na festiwal piwa, i wielce było to fajne. Nie tylko z powodu piwa – całe życie nie cierpiałam IPA, bo mi wionęło selerem, a wypiłam dwa (i parę innych przetestowałam, cud, że w poniedziałek nie pękła mi głowa) – ale dzięki paniom, które mnie wyrwały z zaklętego kręgu prania i prasowania, i pogadałyśmy sobie. Tak wiecie jak. Jak gadają kobiety. Kobiety, które znają Józefa. Miałyśmy wyjść na dwie, może trzy godziny. Wróciłam do domu po siedmiu.
Chryste, jak mi tego było trzeba.
Zaczyna się od gadania o butach (buty przyleciały z Madrydzia, więc oczywiście, że są nieco odjechane; abibasy z połyskującej różowej koronki to ostatnia rzecz, jaką nabyłabym w Krakatau, ale tam to zupełnie normalny ciuch – pierwszym zresztą przyodziewkiem, jaki w Madrycie kupiłam tym razem, była marynarka w kwiatki, ponieważ oczywiście) i wakacjach, kończy się na tym, że spowiadacie się ze swoich bardzo intymnych spraw.
Trzeba czasem z siebie rzeczy wywalić, to najdoskonalsza terapia. I nagle okazuje się, że nie jesteście sami w swoich lękach, samotności, w zadawaniu sobie pytania, czy to tak ma być i po co to wszystko.
Na szczęście pozostaję sobą, chyba. Jak dowodzi poniższy dialog.
– Zaraz, to ty masz kogoś?
– A i owszem.
– Przepraszam, że się dziwię, ale ty tyle mówisz o różnych mężczyznach i tak się przy tym zapalasz… on nie ma nic przeciwko? I jak ci to wszystko razem gra?
A dlaczego miałoby nie grać? Gra. I on nie ma nic przeciwko, rzekłabym, że odwrotnie nawet. Miłość miłością, fascynacje fascynacjami – niegroźne, potrzebne, dobre, zwłaszcza dla kogoś, kto żyje jak ja. To dwie oddzielne szuflady. Moje zachwyty nigdy nie będą konkurencją dla pana i władcy. Jako wielka hedonistka lubię sobie umilać życie, ale też mam bardzo sztywno poustawiane priorytety. Mam oczy, to i widzę atrakcyjnych ludzi wokół. Co nie znaczy, że robię cokolwiek poza tym właśnie zauważaniem ich. Dla mnie to jest to samo, co zachwycanie się pachnącą lipą, kolorem nieba, dobrym posiłkiem. Absolutnie nic nie musi za tym iść. Natomiast ja wielce potrzebuję drobnych przyjemności, więc tak, będę się oglądała za hiszpańską policją konną i uśmiechała się do niej. Cokolwiek przyprawia mnie o uśmiech, jest na wagę złota, więc teges, wicie rozumicie.

Reklamy

Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

Bardzo lubię Nową Hutę.
Gdybym nie mieszkała na moim brzegu Wisły, to wybrałabym Hutę właśnie. Gdy kiedyś będę bogata, kupię sobie mieszkanie na ostatnim piętrze jednego z budynków przy Placu Centralnym i będę stamtąd spoglądała na świat. Oczywiście bogactwo mi nie grozi, bo nie potrafię oszczędzać, nie mam zamożnych krewnych w bardzo podeszłym wieku i nigdy w życiu niczego nie wygrałam (przepraszam, raz mi się poszczęściło z loterią na „Hamleta” z Cumberbatchem, niemniej czy to było aż takie szczęście, to nie wiem, biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach niezwiązanych z tym spektaklem rozmyślałam podczas jego trwania), ale pomarzyć zawsze można.
Oczywiście fakt, że Nową Hutę co dnia blaskiem swym opromienia pan i władca, ma swoje znaczenie, niemniej po prostu lubię tę dzielnicę. Chociaż to w sumie nie tyle dzielnica, co osobne, fascynujące miasto w mieście. Ogromne w dodatku. Zawsze się tam gubię – ale nie jestem w tym osamotniona, bo taksówkarze wożący mnie do rezydencji p&w też nader często się gubią, a ja nie potrafię im pomóc, z uwagi na moją dramatycznie słabą orientację w przestrzeni (ja z tych, co muszą kręcić mapą, by ustalić swoje położenie) i fakt, że na tamtejszych osiedlach numeracja budynków niekoniecznie ma głęboki sens, choć z drugiej strony ta na moim osiedlu też nie ma szczególnego. Tylko że moje osiedle, choć znacznie bliższe centrum Krakatau, nie jest ani w połowie tak zadbane, jak to panoiwładcze, które jest bardzo zielone, a przyblokowe ogródki z ich dekoracjami są pierwsza klasa. Zieloność okolic doceniła również dzika zwierzyna – pod balkonem pana i władcy mieszkają jeże, co prawda nigdy ich nie widziałam, ale kolega widuje regularnie i twierdzi, że mu tam sapią.
Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set) pamiętam też, jak widzów przybywających na koncert do Kombinatu wsadzano w autobus tuż za jego bramą i potem jechaliśmy dłuuuugo, długo… Nie mogłam się nadziwić, że taka ta huta wielka.
Pamiętam liczne wieczory w Łaźni Nowej (tam narodził się mój trwający od lat skryty zakoch w Błażeju Peszku – Wejście smoka to był tak cudownie odjechany spektakl) i obowiązkowy pospektaklowy spacer na Plac Centralny – niby przystanek tramwajowy jest znacznie bliżej, ale lubię się przejść.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Teatrze Ludowym. To było Kochanowo i okolice, spektakl, który może i nie był wybitny, ale był wielce sympatyczny. I z muzą na żywo. Z Kurtyną Siemiradzkiego (bo w Krakowie mamy takie dwie, nie wiem, czy wiecie – jedną można od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Słowackiego, a druga to kapela założona przez aktorów). Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie, a Teatr Ludowy dość kameralny jest, usłyszałam ze sceny, że mam ładną bluzeczkę.
Wczoraj nadszedł czas na wizytę kolejną. Teatr Ludowy wyrasta na bardzo znaczącą scenę – scenę, która ostatnio triumfy święci. Nie dość, że wygrali ostatnią edycję festiwalu Boska Komedia wyśmienitym Sekretnym życiem Friedmanów, to jeszcze teraz wzięli się za Wyspiańskiego i ze starcia z nim wyszli z tarczą. Albowiem Sędziowie to spektakl świetnie zagrany, intymny i mocny zarazem. Zagrany bez zbędnej emfazy, ale wymownie. I scenografia jest znakomita. I nieustający przyćmiony knajpiany gwar w tle. Zwykle boję się nienumerowanych miejsc nieco, ale wczoraj celowo zajęłam takie w pierwszym rzędzie i była to dobra decyzja, prawie jakbym siedziała w karczmie, czy może raczej w jednej ze współczesnych imprezowni, w której Jewdocha podaje do stołu (zresztą podała mi lemoniadę…). Ale reżyserka pokusiła się o jeszcze jeden zabieg – zamieniła miejscami scenę i widownię. Widzowie siedzą na scenie, na widowni rozgrywają się ostatnie, dość przejmujące sceny. Dla fetyszystów jak ja, kochających całe teatralne zaplecze, wytarte deski i kable, to cudowne, ale to też ogromnie znaczące. Bo oto widzowie przestają być widzami. Stają się częścią spektaklu. Stają się poniekąd tymi właśnie, tytułowymi sędziami. I ten krótki, ale niesłychanie intensywny spektakl naprawdę jest jedną z lepszych rzeczy, jakie ostatnio oglądałam. A ja dużo oglądam.
Po przedstawieniu zdarzyło mi się zresztą zamienić parę słów z panią stojącą przy barze w teatralnej klubokawiarni, i ona też użyła tego słowa – intensywny.
Idźcie.

Brak tlenu osłabia przekonania

Często czytam, że artyści nie powinni mieszać się do polityki. Lub też spraw społecznych w ogóle. Nie powinni też o nich mówić, bo przecież nie od tego są. Oni są od siedzenia na chmurce, wyglądania ładnie i wygłaszania tego, co dobrze brzmi albo z czego da się przyciąć chwytliwy tytuł.
Czytam, że teatr powinien być ucieczką od „bieżączki”. Nie powinien komentować rzeczywistości. Ludzie przychodzą, kultury wysokiej (cokolwiek to jest) chcą zażyć. Dość mają szumu informacyjnego, pasków w telewizorze.

Ale widzicie, ja się z tym głęboko nie zgadzam.

Moim zdaniem teatr jak najbardziej powinien robić to wszystko. Nie powinien być miejscem, do którego przychodzi się posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, wśród ładnie pachnących ludzi, i w którym słucha się grzecznych deklamacji z akcentem położonym gdzie należy. On nie po to jest. On jest po to, żeby nas czasami wytrącić z bezpiecznej równowagi. Żebyśmy wracali do domu z pewnym niepokojem pod kopułą, z natłokiem myśli, z refleksją, że to wszystko może jednak nie do końca tak, jak nam się wydawało.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko czystej rozrywce. Ani przeciwko edukowaniu czy tam umacnianiu wartości (czymkolwiek one są, że się powtórzę). Ale musi być w nim miejsce na prowokację, na rozróbę, na zgagę od nadmiaru gorzkich myśli, na niewesołość. Na poświecenie widzowi po oczach, jakby chciało mu się powiedzieć: „nie, stary, ty nie przyszedłeś tu sobie posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, my w tym jesteśmy razem”.

Wróg ludu jest spektaklem bardzo cynicznym. W warstwie tekstu Ibsena i w warstwie adaptacji.
Oto bowiem jest lekarz, który odkrywa, że w uzdrowisku woda zatruta. Pechowo burmistrzem uzdrowiska jest jego brat. Za lekarzem stoi murem jego rodzina (poza bratem, rozkochanym w sławie wielbionego wodzusia) i pewien dziennikarz, za burmistrzem reszta świata, bo wiadomo, władzy się nie podskakuje. I zaczyna się osobliwa gra. Ogłosić prawdę czy pozwolić ludziom żyć w błogiej nieświadomości? Kto o tym zdecyduje? Jakie konsekwencje poniesie?
Wiele w tym przedstawieniu momentów zaskakujących – choćby scenografia, którą możecie podziwiać, moszcząc się wygodnie na widowni, a która… nieważne; choćby dziadzio-metal, ale to trzeba zobaczyć – niemniej najbardziej zaskakuje i porusza monolog doktora, czy właściwie Juliusza Chrząstowskiego, wybitnego aktora sceny narodowej i zarazem aktora kolejnej sceny pod nowym dobrozmiennym szefostwem, mieszkańca Małopolski, który stoi w tych samych korkach co ja i oddycha tym samym PM10 co ja, wyborcy, obywatela Rzeczypospolitej. Gdy zostaje sam z widownią, mówi do niej, prosi o wodę, wspomina ostatnie wydarzenia z kraju i świata, zastanawia się głośno, co jego bohater powiedziałby w XXI-wiecznym Krakowie i co tak naprawdę nas zatruwa, nieuleczalnie – dzieje się coś wyjątkowego. Kiedy ta słynna czwarta ściana pada, widzowie często czują się niekomfortowo. Ja też. Przez większość życia bałam się interakcji, unikałam pierwszych rzędów; gdy znienacka zapalano światła na widowni, myślałam „rany, tylko nie to”. A wczoraj miałam wrażenie, że to sama publiczność, łącznie ze mną, chce tę czwartą ścianę zburzyć. Bo ktoś na scenie, ale taki jak my na widowni, nie tyle mówi do nas, co z nami.
Oczywiście on ciągnie ten spektakl, ale Radosław Krzyżowski jako burmistrz jest palce lizać (Little Drummer Boy w jego wykonaniu to perła, jak i wypowiedziane z cudownym spokojem „kurwa mać”), i Michał Majnicz jako rozdarty dziennikarz, który otwarcie mówi, że nie może pisać tylko o tym, co uważa za słuszne, bo dziennikarze muszą kłamać, by powiedzieć prawdę. Przemycić ją pomiędzy tym, co ludzie chcą przeczytać.

Nie widziałam w Krakowie zbyt wielu owacji na stojąco, bo tu ludzie oszczędni w wyrażaniu emocji. Wczoraj jednakże nie dało się inaczej.

Sunshine Reggae już nigdy nie zabrzmi tak samo, powiadam.

Panie nowy dyrektorze Starego Teatru, nie zazdroszczę wyzwania, ale ten teatr trudno będzie okiełznać. Klata zdążył zbudować wspólnotę. Jeśli będzie trzeba, to i otoczymy kordonem, odmawiając różaniec, choć nie do końca wiem, jak to się robi, bo jedyny różaniec, z jakim miałam do czynienia, znalazłam jakąś dekadę temu na podłodze w Pięknym Psie. Jak na ironię.

Będę dzisiaj w grze cudowną, bo będę w grze kapryśną

Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna;
jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Wiem, że już to z siedemdziesiąt razy napisałam, ale napiszę znów.
Najbardziej w teatrze lubię ten moment po trzecim dzwonku. Kiedy rozmowy cichną, światło przygasa i wszyscy w oczekiwaniu wpatrują się w ciemność.
Tym razem słyszą stukot maszyny do pisania, a na ekranie nad sceną pojawiają się słowa dedykacji (ze Studium o Hamlecie): „Aktorom polskim, osobom działającym na scenie, na drodze przez labirynt zwany teatr, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno”.

Z Dziadów w reżyserii Rychcika wychodziłam, trąc twarzą o glebę, tak mną pozamiatały. Sceny z gospel nie zapomnę długo. Dlatego klepnęłam sobie bilecik na Wyzwolenie, gdy tylko dowiedziałam się, że będzie grane.
Ten dramat, można powiedzieć, wrócił do domu. To właśnie w Teatrze Słowackiego, naszym pięknym i dostojnym, przy Plantach, wystawiono Wyzwolenie po raz pierwszy. Wyspiański starał się zresztą o dyrekturę tego teatru, nie wiem, czy wiecie. I teraz, w 2017 roku, w czasach bardziej burzliwych niż byśmy chcieli, kurtyna Siemiradzkiego ponownie podnosi się, żeby widzom tu i dziś pokazać ten spektakl.
I co widzimy?
Szkolną salę. Nauczyciela przy tablicy, który czyta uczniom Salingera.

Ma to przedstawienie momenty lepsze i gorsze, ale moim wysoce nieprofesjonalnym zdaniem bardzo warto pójść. Przede wszystkim dla Rafała Dziwisza w roli głównej – bo ten głos głęboki i łagodny, bo ten gorzki, zrezygnowany spokój, z którym tę rolę niesie, rolę człowieka, który wie, że przegrał, ale jeszcze się szarpie; dla Marcina Sianki, którego uwielbiam (jeśli nie widzieli go w „W mrocznym, mrocznym domu”, to niech idą i zobaczą). Dla cudownie zapętlonych scen, perfekcyjnie powtarzanych gestów. Dla finału. Finał taki, że rączki same do klaskania się składają. Dlatego przede wszystkim, że ten tekst jest dziś boleśnie aktualny. Można mieć pretensje o to, że znowu unowocześnili – ale śmiem podejrzewać, że Wyspiański nie miałby zbyt wiele przeciwko temu. Teatr musi rozmawiać z publicznością. I jak dla mnie, to ten spektakl Rychcika rozmawia.

Just because you’re sober, don’t think you’re a good driver, Cookie

Kolega mnie dziś odwiózł do domu.
Samo w sobie nie jest to może wydarzeniem zasługującym na opisanie, choć prawdą jest, że zawsze miło, gdy ktoś z własnej woli proponuje wam podwózkę (zwłaszcza że sama przecież nie poproszę… ostatni raz prosiłam kogoś o przysługę w 1793 roku). Zresztą dżentelmen mieszka dosłownie ulicę dalej, a poza tym należy do gatunku ludzi obezwładniająco miłych. Bardzo lubię. Taka łagodna, ciepła, mówiąca cichym głosem duszyczka. Ani razu nie słyszałam, żeby ten głos podniósł lub w widoczny sposób się zirytował. Zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty. Ktoś mógłby pewnie stwierdzić, że nudny, ale powiem wam szczerze, że im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie tego rodzaju towarzystwo. Dobrze na mnie wpływa. Ludzie nadmiernie emocjonalni często mnie męczą. A on jest taki spokojny. I pozytywny, w niewymuszony sposób.
No i jedziemy sobie wesoło. Światła się zmieniają. Mój spokojny, łagodny, mówiący cichym głosem kolega jak nie pociśnie.
– To nie było jeszcze czerwone, prawda? – mruga. – To było ciemnopomarańczowe…
Wot, kolejny zamaskowany raróg najwyraźniej.
Coś mi mówi, że jeszcze go zobaczę tańczącego na stole. Albo wypadnie mu z torby para kajdanek.

Poza tym sytuacja na kontynencie nadal niejasna. Żeby nieco postawić się do pionu, w sobotę polazłam na Kleparz po moje ukochane holenderskie sery (lawendowy wart każdego piniondza), ociekającą miodem bakławę i paczuszkę libańskiej kawy z kardamonem – jak ja czasem lubię ten mój grajdołek. Resztę weekendu spędziłam w w babskim towarzystwie, to jest ze Stryjeńską (znakomity reportaż, taki jak lubię, którego autorka usuwa się dalszy plan, oddając pole bohaterce; jej obecność jest niewyczuwalna, to jakby obraz z włączonej i pozostawionej samotnie na statywie kamery, bez najmniejszych prób reżyserii – chapeau bas, przepadam za takim pisaniem, zresztą obie poprzednie książki połknęłam) i Jeanette Winterson (a zdążyłam zapomnieć, jak bardzo ją cenię). Kręci mi się w głowie plan okołosylwestrowy, właściwie wszystko już poukładane, hotel zarezerwowany, tylko bilet trzeba kupić – lepiej zawczasu, bo ceny już teraz jakieś nieciekawe. Chciałabym powiedzieć, że trochę mi głupio z tym, iż zamiast coś planować z lokalnymi znajomymi, których i tak prawie nie widuję, zamierzam najpóźniej 28 grudnia zawinąć tyłek w troki i wrócić po Nowym Roku, ale.
Ale.
Taki mój wybór. Wezmę na klatę konsekwencje. Skoro słyszę, jak mnie woła i nie muszę się opierać, to przecież nie będę.

Wann der Däiwel d’Kou huet, da kann en d’Kallef och huelen

No i po zawodach. Samolot odleciał.

Ludzie z grubsza dzielą się na dwie kategorie – na tych, którzy znają Józefa i na tych, którzy nie. Na ogół łatwo rozpoznaję tych pierwszych, bo niekiedy wystarczy rozmawiać z kimś przez kilka minut, żeby wiedzieć, że to swój. Czasami ci ludzie są z zupełnie innego świata niż ja, a jednak opatrzność jakoś nas ze sobą styka. No i właśnie jeden z takich delikwentów, Józefa znający niewątpliwie, postanowił, że w weekend odwiedzi nową słowiańską koleżankę w jej grajdołku. Jak pomyślał, tak zrobił. Słowiańska koleżanka natomiast była na tyle beztroska, że wpuściła nieszczególnie dobrze znanego jej człowieka do domu, licząc, że nie okaże się seryjnym mordercą. Albo to pierwszy raz…
Ziomal przyleciał rano, więc otrzymał instrukcje, jak samodzielnie dostać się do mojej kwatery głównej.
– Jeśli zamierzasz się położyć, zamknij proszę drzwi od wewnątrz – piszę.
– Dlaczego? Czy twoja dzielnica jest niebezpieczna?
– … Nie, po prostu u nas zamyka się drzwi na klucz.
– Naprawdę?
– U was nie?
– A po co?
(Chłopak mieszka w kraiku, w którym przestępczość praktycznie nie istnieje, a na domiar szczęścia jego miejscowość liczy coś około 7000 mieszkańców i państwo uwierzą lub nie, ale jest w pierwszej dziesiątce największych tamże. W kolejny szok wprawił mojego drogiego gościa fakt, że mógł w niedzielę pójść na shopping, bo jak to tak).
No dobrze.
Wracam po robocie do domu. Otwieram drzwi. Wita mnie całkowita cisza. Zasnął? Uciekł? Przecież dziesięć minut temu do mnie pisał… Rozglądam się zaniepokojona i już chcę go wołać, gdy wtem zauważam na komódce zapisaną kartkę, a obok niej dziwny przedmiot.

Hm.

Fast forward o parę godzin.
Dotarliśmy na festiwal.
– Patrz – ciągnę ziomala za rękaw i wskazuję na ogromny, wschodzący księżyc.
– Pełnia – uśmiecha się. – Znaczy, że będziemy dziś szaleć.
Wiecie, ja jestem dość wyluzowana. Mam swoje za uszami. Mało co mnie gorszy, mało co mnie dziwi. Przy ziomalu wychodzę na skromną pensjonarkę. W oczekiwaniu na Massive Attack raczyliśmy się Jägermeisterem („nigdy tego nie piłaś? poważnie? to usiądź tutaj, zaraz wracam”). Sporą miałam uciechę, gdy kolega opowiadał o tym, jak był na imprezie dla fetyszystów w Niemczech – ponieważ dlaczego nie, każde nowe doświadczenie nas wzbogaca w taki czy owaki sposób – a siedzący nieopodal facet najpierw przesiadł się bliżej nas, a potem tak wyciągał uszy w naszą stronę, że prawie się wywalił z krzesłem. Lëtzebuergesch niewzruszony ciągnął opowieść, jakby relacjonował wizytę u cioci na imieninach. I tak przez cały czas. Swoboda obyczajowa level extreme. Dla przykładu, następnego dnia przy obiedzie łobuz zabawiał mnie historią o tym, jak zażywał viagrę (bo viagra, nie wiem czy wiecie, ma taki skutek uboczny, że niweluje objawy choroby wysokościowej), nie bacząc na sąsiednie stoliki.

Koncert był fenomenalny, choć dla mnie stanowczo zbyt krótki. Bujaliśmy się z wielkim zapałem.
W drodze powrotnej raróg zagapił się na komunikat po niemiecku na ekranie kasownika w autobusie i oznajmił, że w tekście jest błąd, właściwie dwa, a właściwie trzy. Znakomicie, MPK.
Spodziewałam się, że gdy wysiądziemy, Lëtzebuergesch – nienawykły do nocnego życia, bo oni go tam za bardzo nie mają – ziewnie i będzie chciał do domu, ale nie, poinformował, że całkiem chętnie poszedłby na one quick drink.
Wszyscy wiemy, co w rzeczywistości oznacza one quick drink. Oznacza powrót do domu około piątej rano i nierówną walkę z kluczami dziwnie niepasującymi do zamków. Nie ma co nawet próbować zaklinać rzeczywistości. Ale dobrze, gość w dom, Bóg w dom (Lucyfer raczej w tym przypadku). Przyleciał z zagranicy, niech ma. Noc była młoda, więc zabrałam dżentelmena na Kazimierz. Do jedynej knajpy, do której mogłam go zabrać.
Do Singera.
Usiadł, dostał swój napitek. Patrzy na ludzi tańczących na stole do Gogol Bordello i mówi:
– Podoba mi się to miejsce. Jest takie normalne.
Każdy, kto był w Singerze w piątkową noc, wie, że aby nazwać to miejsce normalnym, trzeba mieć osobliwe pojęcie normalności. To, co tam się dzieje… no cóż, rzeczy, które wydarzają w Singerze, tam pozostają. Niemniej ziomalowi ogromnie się podobało, do tego stopnia, że zażądał powrotu kolejnego wieczoru.

Fast forward o parę godzin. Po śniadaniu w nieocenionym Kolanku (dla mnie złożonym głównie z kawy – starzeje się człowiek) pokazuję gamoniowi miasto. Zwiedzamy z przystankami na lody i ślimaczki nad Wisłą. Sybaryci, ich mać.
– A to jest nasza słynna kładka. Zakochani przypinają tu kłódki.
– Ile jest twoich?
– Co druga.
– Tak myślałem. Zatrzymujesz kluczyki, mam nadzieję?
– Wybieram kłódki z kodem.
– Mądrze.
Nader obfita kolacja w Karakterze (polecam całym sercem, jeśli PT czytelnicy wybierają się do Krakowa – GENIALNE jedzenie, rewelacyjne wina, bardzo przyjemna obsługa) sprawiła, że uczestnicy wycieczki opadli z sił i owszem, powrócili do Singera, ale w milczeniu wysączyli po jednym koktajlu i jak emeryci wrócili do domu spać.

Fast forward o parę godzin. Dla odmiany śniadamy w Alchemii od Kuchni, Lëtzebuergesch przeciąga mnie przez pchli targ na Placu Nowym (zafascynowały go rozmaite stare militarne klamoty, ale szczerze się zdruzgotał, gdy zauważył gdzieś znaczek ze swastyką – pierwszy raz zobaczyłam, jak ta wyposażona w nieustający półuśmiech buzia ściągnęła się nerwowo i zapytała, czy u nas to legalne) i dziwi się, że nigdy nie robiłam tam zakupów. Subtelnie domaga się okrążenia krakowskich sklepów z przyodziewkiem. Tu muszę dodać, że koleżka jest raczej modniś. Ma stajla w sensie. Nie wygląda jak wasz typowy belfer, którym jest. No chyba że klasyczny outfit typowego belfra w jego ojczyźnie to wytarte dżinsy tak obcisłe, że wyglądają jak zszyte na człowieku i z nogawkami wpuszczonymi w sztyblety, sweterek ze szwami na wierzchu, skórzana kurtka (zabrał ze sobą do Polski dwie, bo jedna nie pasowałaby do wszystkich spakowanych ubrań – trzecią nabył na miejscu; bez komentarza), bransoletki i nieodłączna beanie, z której drwiłam, bo kto nosi wełniane mycki w sierpniu. Szyderstwa się skończyły, gdy wczorajszego popołudnia gwałtownie wyłączono pogodę, z nieba lunęło, autorka trzęsła się jak galaretka w swojej kusej sukienusi, a ziomal ze spokojem nasadził czapeczkę i łypnął na autorkę ze złośliwą satysfakcją. Żeby oddać sprawiedliwość, podzielił się kurtką.
Jako że lało, niedzielny wieczór spędziliśmy prawie zupełnie kulturalnie na mojej kanapie. O ile w ogóle możliwe jest kulturalne spędzanie wieczoru na mojej kanapie. Oglądaliśmy Johna Olivera, puszczaliśmy sobie ulubione kawałki, żarliśmy lody prosto z kubełka i popijali białe wino, rozmawialiśmy o górach – bo on wspinający się i był bardzo zawiedziony, że dopiero w niedzielę powiedziałam mu o podkrakowskich skałkach. Jedni drugich uczyli wiązać węzły (co koniec końców doprowadziło do całkowitego unieruchomienia autorki, albowiem od klasycznych ósemek szybko przeszło do krępacji innego rodzaju). A przy okazji z koleżki wyszedł stolarz.
– To gniazdko nie wygląda dobrze. Ale to da się poprawić.
– Mogłam zostawić ci skrzynkę z narzędziami na wierzchu w piątek – śmieję się, bo to już kolejny tego typu komentarz, to krzywo, tamto się chwieje, a jeszcze tamto można by przemieścić.
– Mogłaś – odpowiada najzupełniej serio. – Ja tak mam, że gdy gdzieś wchodzę, to od razu zauważam rzeczy, które bym naprawił. Albo przerobił. Swoją drogą, pokazywałem ci już zdjęcia mojego stołu?

Fast forward o parę godzin. Budzik dzwoni o piątej. Tym razem z gościa wyłazi zdyscyplinowany górołaz – w niespełna pół godziny od otwarcia oczu stoi w drzwiach wykąpany, spakowany, gotów do drogi i postukuje niecierpliwie sztybletem.
– Moglibyśmy spokojnie jechać później – jęczę półprzytomna. – Dałbyś pospać. Masz samolot za prawie cztery godziny.
– Wiem. Ale wolę być wcześniej. Chcę jeszcze do duty free.
– Jesteś bezdusznym, zimnym…
– Wiem.
Odstawiam gościa na dworzec, wsadzam do pociągu na lotnisko.
– Może bym na wiosnę wrócił – mówi. – A jak przyjedziesz znów do Luksemburga, to daj mi znać, zabiorę cię na moją wieś.
Ależ proszę.
Strzelamy sobie misia, jadę do biura, ratuję się kawą w znacznych ilościach, po czym dostaję zdjęcie ze strefy wolnocłowej. Dzięki wizytom na Kazimierzu Lëtzebuergesch upodobał sobie smakowe wódeczki pewnej firmy. Nie potrafił wybrać, więc kupił po jednej z każdego rodzaju. Jak on to wtargał na pokład, nie mam pojęcia. W każdym razie jest już w domu.

I tak to się, widzicie, składa. Przypadek, najważniejsze w życiu to przypadek.

At least I galloped. When did you?…

Rzadko eksterminuję komentarze, bo choć blogi z definicji niejako są towarzystwami wzajemnej adoracji, to jednak różnorodność jest ciekawa. Niemniej mówienie mi, co tu mogę robić, a czego nie, to już trochę przesada.

Poza tym u mnie po staremu, czyli nic zgodnie z planem. Udałam się w sobotę do miasta, w założeniu po warzywa na obiad i ewentualnie kwiaty na balkon (to drugie ma jednak umiarkowany sens, biorąc pod uwagę, że kwiatki należy podlewać, a do wykonania tej czynności potrzebny jest właściciel, najlepiej obecny na miejscu). Prosta sprawa, dojść do Kleparza, zrobić zakupy, wrócić.
W ogóle tam nie dotarłam.
Bo akurat znajomy poszukiwał towarzystwa na obiad, więc ochoczo zaoferowałam mu własne. Zjedliśmy chińskie pierożki (muszę wam powiedzieć, że ja ogromnie lubię jeść pałeczkami, naprawdę lubię – nie potrafię tego wyjaśnić i nie jestem mistrzem, raz nawet zdarzyło mi się cisnąć niechcący kąskiem tempury we współjedzącego, wskutek czego natychmiast doniesiono mi widelec i dokończyłam szybko posiłek, płonąc ze wstydu; tak czy inaczej, sprawia mi to dużą przyjemność), po czym autorka uznała, że skoro mamy taki piękny wiosenny dzień, to należy rozpocząć sezon na jedzenie lodów. Wszyscy wiedzą, że lodami można mnie przekupić, ugłaskać, pocieszyć, rozkochać i tak dalej. Przepadam. Kiepsko się orientuję w krakowskiej topografii, ale najbliższy punkt z lodami zawsze wskażę. Spożywszy zatem skromne trzy gałki, ruszyłam dalej przez miasto, uświadamiając sobie przy tym, że robi się cokolwiek późno i lepiej przebierać nogami, bo jeszcze chwila i zastanę opustoszałe lady na Kleparzu. Byłam już na ostatniej prostej, gdy wtem.
Na wystawie mijanego sklepu zauważyłam buty.
Akurat takie, jakich wyglądałam od pewnego czasu.
Oczywiście, że pół minuty później już je przymierzałam, a przymierzając, dostrzegłam na wieszaku nieopodal bardzo szykowne porteczki.

W skrócie – zamiast z pomidorami, wróciłam do domu z parą butów, spodniami ORAZ spódnicą. Pogratulować. Nałożyłam sobie embargo na wychodzenie dalej niż do osiedlowej Żabki i za karę przez całą niedzielę robiłam porządek w książkach.
Znalazłam wiele, które mnie zdziwiły – w sensie, zdziwiły mnie obecnością na moich półkach, bo nie przypominam sobie nawet, żebym je kupowała, nie mówiąc o przeczytaniu. Poza tym czego tam nie ma. Przewodnik po Nepalu (nie byłam). Nauka paralotniarstwa w weekend (no can do – niemniej taki podręcznik istotnie wydano, jest zdumiewająco cienki). Kamasutra dla kobiet (przydatność zbliżona do poprzedniej, nomen omen, pozycji, ale ładne wydanie za to). Przy okazji, wśród całej tej masy dziwnych znalezisk wykopałam też program Equusa z TYM Danielem Radcliffe’em. To było drugie w moim życiu przedstawienie oglądane w Londynie, w 2007 roku. Gdybym wtedy wiedziała, jak sprawy dalej się potoczą… No cóż.

wp-1459698046331.jpeg

Znalazłam też zdjęcie mojej wielkiej fascynacji sprzed 10 lat. „Miłość” to byłoby za dużo powiedziane, zwłaszcza że któregoś dnia afekt wyparował, jakby nigdy go nie było. Nie mamy ze sobą kontaktu i nie boleję szczególnie, choć facet był niesłychanie przystojny, pod wieloma względami cudowny i znał Józefa (to mnie w nim zachwycało i nadal zachwyca w mężczyznach – natychmiastowe porozumienie, łapanie w lot hermetycznych żartów, gry słowne, zamiłowanie do subtelnego wkręcania innych). Nasze drogi rozeszły się dość łagodnie. Podejrzewam – i mam nadzieję – że dobrze mu się ułożyło.
A wreszcie znalazłam kolejny tom mojego pamiętnika, pisany w moich wczesnych latach dwudziestych.
Chciałam powiedzieć, że różni się stylem od poprzednich memuarów, ale niestety. „Ja go tak kocham, a on mnie tak nie kocha” (z perspektywy czasu widać oczywiście, że trza było chłopu wymierzyć kopa w kierunku drzwi, zamiast się łasić, z czego skwapliwie korzystał – wstyd, wstyd, na jakie głodne kawałki daje się człowiek nabierać, gdy ma dwadzieścia lat i jest zakochany). Rozważania dowodzące, że miało się wówczas zbyt dużo czasu na myślenie. Poświęciłam półtorej strony maczkiem pierwszemu w życiu shotowi tequili (byłam zachwycona – później tequilę piłam jeszcze tylko raz i był to raz ostatni, ponieważ następnego dnia miałam ochotę odciąć sobie głowę nożem kuchennym, tak fenomenalnie się czułam). Na skromnych czterech stronach, maczkiem toże, opisałam moje – trwające dwadzieścia minut najwyżej – spotkanie z pewnym dość popularnym wówczas dziennikarzem; uwielbiałam, jak pisał, bo rzeczywiście było to znakomite, natomiast przy bliższym poznaniu facet tracił niemożebnie. Nazywając rzeczy po imieniu, był dość raczej arogancki. Dość raczej bardzo. Był człowiekiem z gatunku „czy pani wie, kto ja jestem”. Jedną wszak dobrą rzecz z tego spotkania wyniosłam. Powiedział bowiem rzecz oczywistą, ale prawdziwą, gdy mu w swoim podekscytowaniu wyznałam, że chciałabym robić to, co on. Powiedział mi, uwaga, „to rób”.
Tak, to prawda objawiona, oczywista oczywistość et cetera et cetera, i nie zajmuję się dziś tym, co on, ale zasadę „to rób” stosuję z powodzeniem od lat. Chcesz czegoś, to zwyczajnie to się za to zabierz.

Dopiero teraz człowiek sobie uświadamia, jak fantastyczne to były czasy. Można było mieć wszystko w głębokim poważaniu, żyć sobie z dnia na dzień. Mieszkało się na Starym Mieście, na niewygodnym, zimnym poddaszu – ale latem, w samej bieliźnie, można było wyjść przez okno na dach, usiąść i patrzeć na miasto. Miało się irytujących współlokatorów – ale jeden z nich raz zaniósł mnie na barana z Rynku do domu i w moje urodziny wysunął zza pleców potężny bukiet bzu. Bywało się co rusz w knajpach, z których wiele już nie istnieje – ale nadal rozpoznajemy się z innymi bywalcami i uśmiechamy do siebie, mijając się czasem na ulicy. Budzik rano nie dzwonił, nie było maili do odpowiedzenia natychmiast, zmartwień o zepsutą pralkę i że coś pobolewa w biodrze.  Ta nasza młodość, chciałoby się rzec (jak na ironię, któregoś dnia wiózł mnie do domu taksówkarz, który dobrze znał Tadeusza Śliwiaka, autora tego tekstu – takie to miasto).
I wtedy jeszcze miałam czytelny charakter pisma.

W mojej tragedii brak dla ciebie roli

Poszłam sobie przed teatrem coś zjeść. Wchodzę, moszczę się, zamawiam. Po chwili kelnerka wraca z łamiącą wiadomością, że mojej przystawki nie będzie, bo akurat przed chwilą została zamówiona ostatnia sztuka. Zaraz potem widzę tę ostatnią sztukę przynoszoną starszemu panu przy stoliku obok, siedzącemu do mnie tyłem. Obrzucam go ponurym spojrzeniem.
Tak czy inaczej, zjadłam to, co mi zostało, pan też zjadł, uprzejmie poprosił o rachunek, wstał, odwrócił się i wtedy właśnie odkryłam, że moją ostatnią przystawkę podwędził mi Jan Kanty Pawluśkiewicz we własnej osobie.

Teraz do rzeczy, czyli do Hamleta.
Otóż jeśli spodziewacie się człowieka w rajstopach mówiącego do czaszki, to go w tym przedstawieniu nie znajdziecie. Ba, słynnego monologu też nie znajdziecie. Ani niemal żadnej z cytowanych do znudzenia kwestii. Hamleta jako takiego za to owszem, i to nawet trzech. Historię zagubionego człowieka, który poszukuje zemsty – ale czy mu ta zemsta ulgę przyniesie… – a przede wszystkim sensu w tym wszystkim, również. Historię państwa, w którym dzieje się źle (jakże a propos). Ale nie oczekujcie Szekspira wyłożonego po bożemu, bo srogo się zawiedziecie. Co więcej, nie oczekujcie tradycyjnego przedstawienia.
Bo znaczna jego część rozgrywa się poza sceną.
Nie to, że na widowni, choć też.
Otóż w foyer.
Albo w ogóle na zewnątrz teatru (jeśli zdarzy wam się przechodzić przez krakowski Plac Szczepański w czasie, gdy w Starym akurat grają Hamleta, macie raczej dużą szansę wystąpić w spektaklu, nie wiedząc o tym). Za aktorami podążają kamery, publiczność widzi wszystko na ekranie umieszczonym na scenie. Ekran jest obrotowy; po drugiej stronie znajduje się ogromne lustro (czasami aktorów na scenie będziecie widzieć tylko w nim). Gdy lustro się porusza, po teatrze przepływają smugi światła, momentami oślepiające publiczność. Wizualnie to przedstawienie jest powalające.
I to znowu trochę teatr w teatrze, bo nikt nie ukrywa umowności. Ofelia, idąc się topić, zabiera ze sobą buteleczkę sztucznej krwi. Ekipa techniczna swobodnie chodzi po scenie. Towarzyszami Hamleta są Konrad Swinarski, podpowiadający mu, jak tę rolę należy zagrać, i oczywiście Modrzejewska, której wielki portret wisi w foyer Starego. To ona powie, że Hamletów jest trzech. I jest. Pięćdziesięcioletni, trzydziestolatek i smarkacz. Pięknie się uzupełniają.
Jak wszyscy wiedzą, serce moje należy do Bieleni, który z tą swoją anielską, śliczną jak u renesansowej rzeźby twarzyczką i drobniutką posturą sprawia wrażenie niewiniątka, ale jak łypnie tym psycholskim spojrzeniem, jak ryknie z głębi trzewi (nota bene, ma piękny głos i, jak się okazuje, dobrze śpiewa)… Chłopak jest nieprzyzwoicie utalentowany i ma charyzmę, która pozostałych lekko spycha ze sceny. Tak sobie od niechcenia, bezczelnie kradnie uwagę samą obecnością. A on ma dopiero 23 lata. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Niemniej ma tu mocną konkurencję w osobie Krzysztofa Zarzeckiego, który – sądząc po reakcjach nastolatek na widowni – popularny jest na mieście… To też taki aktor, który mógłby sobie żyć jak pączek w maśle, grając amantów, bo jest wysoki i przystojny (naprawdę przystojny), a wybiera inne, niewdzięczne i wymagające role, dość śmiało. I bardzo dobrze.
Oni obaj osobno i we wspólnych scenach to dynamit.

No, a z innych wiadomości.
Gdyby ktoś chciał doznać mojej pamiętnej traumy, to owszem, parkowa Duma i uprzedzenie wraca przyszłego lata, ale oryginalna obsada, czyli ten tam, jak mu tam było, jednak już na pewno nie wróci. Co nie znaczy, że nie warto się wybrać.

Have you got your breath back yet?…

No więc obejrzałam to dzieło, które wyczaiłam (niechcący – będę się trzymać tej wersji) w internecie. Nie było takie złe, jak się obawiałam, chociaż scenariusz to by się chyba zmieścił na knajpianej serwetce. Naiwne, owszem, przesłodzone, owszem, ale wiecie, czasami trzeba – jak wtedy, gdy oficjalnie się odchudzacie, ale któregoś dnia kupujecie sobie ptysia; nigdy byście się nie przyznali nawet przyjaciółce, niemniej sami przed sobą się usprawiedliwiacie z łatwością i bez najmniejszego wyrzutu sumienia, bo dla spokoju ducha potrzebujecie takiego grzeszku. Wstydliwe przyjemności może nie wpływają trwale na dobrostan, ale pozwalają położyć się spać z uśmiechem. A to ważne. Nawiasem mówiąc, w życiu nie zaufałabym osobie, która takowym nigdy się nie oddaje.

Kontynuując wątek mniej lub bardziej fortunnych obiektów westchnień, otóż podobno w królewskim mieście stołecznym przebywa akurat Rupert Grint wraz z jakimś koleżką z „Gry o tron”, którego nazwisko oraz twarz kompletnie nic mi nie mówią. Byli widziani tu i tam. Widocznie podczas minionego weekendu odwiedzali inne lokale niż ja, bo żadnego nie spotkałam. No, nie wpisali mi się do kalendarzyka, więc trudno.
Ja tymczasem najechałam Ursa Maior, w którym niezmiennie leją wyśmienite bieszczadzkie piwa, a w toalecie trzeba tańczyć, no, naprawdę trzeba…


Przypomina mi się miejsce z powieści Douglasa Adamsa, Ursa Minor Beta, gdzie zawsze panuje leniwe niedzielne popołudnie.
Cieszę się, że Plac Wolnica wreszcie jest miejscem, w którym można, a wręcz należy spędzać wieczory w kawiarnianych ogródkach (zwłaszcza że blisko do domu mam stamtąd). Cieszę się również z naszych foodtruckowych zakątków, choć znowu nażarłam się do nieprzytomności, kończąc posiłek metodą „za mamusię, za tatusia” i turlałam się do chałupy siłą rozpędu, obiecując sobie, że przez całą niedzielę tylko kawa i suchary.
Przyjemnie było. Ale i tak gdzieś z tyłu głowy została mi myśl, że niekoniecznie lubię spędzać czas z narcyzami, którzy zamiast rozmów uprawiają irytujący monolog, ja mnie moje, nie zapytawszy ani razu przez cały wieczór, co u mnie słychać (choć może to i lepiej). Nie wiem, skąd założenie, że interesuje mnie twoje życie uczuciowe, drogi rozmówco.

Absynt

Miałam dziś kolejną rozmowę z tym koleżeństwem, co się zainteresowało moim CV. Ciekawa to rozmowa była, zwłaszcza pytanie: „co musielibyśmy ci zaproponować, żebyś była zadowolona”, bo, Bogiem a prawdą, po raz pierwszy coś takiego usłyszałam i zaskoczona nawet nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Zwykle to ja musiałam udowadniać, jaka jestem obłędna i jak szybko umiem klaskać uszami. Jak mi poszło i co będzie dalej, pojęcia nie mam, ale ponieważ emocje jeszcze mi stygną, napiszę o czymś innym.

Otworzyli nam w miasteczku nowy teatr jakoś wiosną. Taki niby bardziej rozrywkowy. Jak wiadomo, ja to najbardziej lubię wychodzić z przedstawień zapłakana i rwąc włosy nad kondycją ludzką, więc śpieszyć się tam nie będę, choć oczywiście nie wykluczam, że coś mnie skusi.
W teatrze rewia miała być pokazywana – taka prawdziwa, szałowa, wiecie, schody, pióra, nogi, cekiny i wow – przez dziesięć lipcowych dni. Skończyło się na trzech, po czym rewia nieoczekiwanie się zwinęła. Wydarzenie rzekomo ma powrócić jesienią, ale sądząc po raczej jednoznacznie miażdżących recenzjach i komentarzach, śmiem powątpiewać. Zresztą – pięcioosobowa rewia?… U mnie to słowo budzi raczej takie skojarzenia (kiedyś to robili filmy, ech?).
Okej, fajnie mieć i u nas to, co mają w Paryżach i Londynach, ale równie fajnie porządnie to zrobić, jeśli już mieć to musimy. Zwłaszcza że publiczność głupia nie jest, w świecie coraz częściej bywa i nie da sobie wcisnąć byle czego.

A tymczasem, a propos krytyków, mój ulubieniec – ten, który onegdaj ubolewał nad fatalnym pomysłem emitowania retransmisji spektakli w miejscach tak żałośnie plebejskich, jak kina – napisał nowy felieton o Krakowie.
Jest to w pewnym sensie zbiór prawd powszechnie uznanych, bo każdy, kto spędza dłuższą chwilę w moim grajdołku, zauważa, że panuje tu dość duszny klimacik. Ale jest to też zbiór prawd nieco wydumanych.

Mieszkam tu szesnasty rok. Nadal sobie nie przyswoiłam, że borówka to tutaj nie jest ten czerwony gorzki owocek, tylko ten fioletowy słodki, ale odstawmy kwestie słownikowe na bok. Każdy, kto co jakiś czas zagląda na mój blogasek, wie, że z tym miastem łączy mnie swoisty love/hate relationship – czasami mam ochotę wynieść się stąd natychmiast, męczy mnie tutejsza konserwa, dziwaczne uczucie mieszkania w maleńkim miasteczku, w którym każdy z każdym, wkurzają mnie korki, powietrze, zamykane księgarnie, rynek pracy zdominowany przez centra usług, pstrokaty turystyczny jarmark w Rynku (dla nietutejszych wyjaśnienie: gdy mieszkaniec Krakatau mówi „w Rynku”, i przymknijmy oko na językową pokraczność tej formułki, ma na myśli z grubsza wszystko w obrębie jakiegoś kwadransa pieszo od Rynku faktycznego, dlatego gdy się z jakimś umawiacie pod Adasiem i on – mieszkaniec Krakatau, nie Adam Mickiewicz – w umówionej godzinie spotkania wysyła wam SMS, że już „w Rynku” jest, to może znaczyć, iż jeszcze trochę sobie na niego poczekacie… tak, o sobie również mówię). I jak wielu tutejszych, na Starym Mieście bywam na ogół wtedy, gdy mam gości. Wszyscy wiedzą, że tam się nie imprezuje i z nielicznymi wyjątkami również nie jada (a już na pewno nie w Charlotte, na Zeusa). Wzgórze wawelskie mnie nie osacza, nawet lubię sobie na nie popatrzeć w drodze do pracy. Hejnał mi niczego nie świdruje, bo częściej słyszę go w radiu niż na żywo. Krakowskie życie, takie prawdziwe, coraz bardziej rozpełza się poza obręb Plant, ale jeśli tylko ten kawałek miasta weźmie się pod lupę, to istotnie o entuzjazm trudno. Tylko że Kraków ma dzielnic osiemnaście – ten felieton opisuje część jednej z nich. Innymi słowy, nie jest to felieton o Krakowie.

Jak napisałam – czasami chcę uciekać stąd pierwszym pociągiem. Czasami jednak mój grajdołek mnie zachwyca i o tym pisałam wielokrotnie.
Bo jest ładny, po prostu. Nadal zdarza się, że pocztówkowy widok przyprawia mnie o opad szczęki.
Bo trzeba się postarać, żeby się w tym mieście nudzić. A gdy tubylec – jak ja – nie może wyjechać na urlop, to mimo wszystko da radę spędzać tu popołudnia, czując się niemal jak na wakacjach. Leżaki – są. Koktajle – są. Romantyczne zachody słońca nad rzeką – też. Co nie zmienia faktu, że klimat ciągłego karnawału dotyczy jedynie wybranych okolic w Krakatau, a z pewnością nie dosięga mieszkańców, którzy każdego dnia o ósmej rano suną zatłoczonym zbiorkomem do szklanych biurowców, by tam odrobić szychtę. Bo tak, tacy też tu są, choć z pewnością woleliby sączyć absynt* po kawiarniach. Zresztą ten lubiący powracać obrazek krakusów zajmujących się od rana do wieczora – a potem znów do rana – pisaniem poezji na barowych serwetkach to miraż. Owszem, lubimy się snuć od stolika do stolika, lubimy tracić czas na przyglądanie się światu z kawiarnianego ogródka zastawiającego chodnik, bo to przyjemne, ale w pracy nam to jakoś bardzo nie przeszkadza. Ba, Kraków w swojej manianie to cienki bolek, gdyby go zestawić z takim Tel Awiwem na przykład; przez pierwsze dni tam zachodziłam w głowę, kto w ogóle w Tel Awiwie pracuje, skoro najwyraźniej wszyscy siedzą albo w knajpach, albo na plaży. A jednak.
Jeszcze co do tej linii muru getta, też bym coś dorzuciła od siebie, ale już nie chcę się czepiać. Mam tylko nadzieję, że autor jest świadom faktu, że getto w Krakowie też było, a fragmenty jego muru nadal stoją. Przechodzę obok nich, wracając z Kazimierza do domu.

Nawiasem mówiąc, powracając do kwestii słownikowych i już niezbyt poważnie, czekałam niecierpliwie, aż ktoś w komentarzu do tego felietonu wytknie użycie słowa „bajgle” i doczekałam się, ma się rozumieć. Nazewnictwo tego smakołyku (jeśli o mnie chodzi, preferowane mocno wypieczone z solą) to od lat i pewnie po wsze czasy zabawny punkt zapalny na linii stolica stara-stolica nowa. W grajdołku poproszenie o bajgla wiąże się z ryzykiem otrzymania owszem, zamawianego obwarzanka, ale razem ze znaczącym spojrzeniem. Obowiązująca tutaj nomenklatura zakłada użycie słowa „precel”, choć wszyscy wiemy, że preclem to nie jest. Bardzo to wszystko skomplikowane, ale w pewnym sensie urocze, takie lokalne smaczki.

*Osobiście wolałabym nie. Absynt piłam raz w życiu. Następnego dnia torturował mnie kac o nieopisanych rozmiarach i nigdy więcej świństwa nie tknę.

How can you not want to believe in magic?…

Skoro nie może być wpisu o mieście, którego nie ma (i o warsztatach robienia trąbek z ogórków – nie mogę przeboleć, naprawdę, być może zdobyłabym pierwszą w życiu przydatną umiejętność), to będzie taki o mieście, w którym jestem. Dziś co prawda nie zamierzam ruszać się z domu, ale wczoraj ruszyłam się, i to bardzo – dlatego między innymi dziś nie zamierzam, obawiam się bowiem, że nieco mi przeszkadza huk obracającej się Ziemi, jeśli wiecie, co mam na myśli.
Bo wczoraj było między innymi tak.
wpid-20150606_2124452.jpg.jpeg

(Zdjęcie wykonane celem zirytowania pana i władcy, który musiał spędzić sobotnie popołudnie w pracy, nieszczęście).
A miał być tylko obiad w mieście. W Hospudce, na Mostowej. Dla towarzystwa spoza Krakatau wyjaśnienie – Mostowa to taka ulica, na którą przez wiele lat zapuszczali się tylko ci, którzy naprawdę musieli. Później wybudowano kładkę na Podgórze (czy tylko mnie to zdjęcie wydaje się nieco lubieżne? Dobrze, to macie drugie). Nie trzeba było długo czekać – po obu stronach rozkwitło życie knajpiane. Ja tam się cieszę, wydatnie mi się skróciła droga do tzw. miasta; wreszcie mogę chodzić na kawę pieszo. Poza tym bardzo lubię tę trasę i uważam, że nocny spacer rozświetloną kładką to czysta rozkosz. Za dnia nieco gorzej, bo przeważnie ślubne sesje zdjęciowe wymuszają zatrzymywanie się co chwila.
Mostowa jest nieco hipsterska, ale to taka ulica – niezbyt długa – na której można spędzić cały dzień, przesiadając się do kolejnych knajpeczek i obserwując przechodzący obok was świat. Hospudka fajna, bo mają čepované pivo jak należy, z cudną pianą, aż szkoda ją psuć piciem. Jedzenie też mają, też czeskie i całkiem w porządku, pod warunkiem, że człowiek nie przyjmuje do wiadomości, ile kalorii pochłania. Nie jestem wielką fanką kuchni naszych braci z południa, ale sympatyczne to bardzo miejsce i głodni nie wyjdziecie.
Gdy człowiek pożre takie coś i popije kuflem, dokąd może się udać? Ależ rzecz jasna. Na lody. Te z gorgonzoli. I z granatów. Nad imbirowymi już onegdaj się rozpływałam, więc nie będę się powtarzać, niemniej koniecznie zalecam pójście. Nawiasem mówiąc, obok znajduje się całkiem sympatyczny pub, w którym można się wygodnie rozsiąść i trawić. Gdy zignoruje się powietrze, rozgrzany asfalt i weekendowy tłok, Kraków latem przypomina leniwy kurort. A jeśli akurat nie można wyjechać, to potrafi dostarczyć całkiem atrakcyjnych wrażeń.
Kładką powróciło się na Kazimierz i przechodziło się obok Ursa Maior (pyszne bieszczadzkie piwa – z których akurat moje najmniej mi smakowało, no taki los; świetne wnętrze, zwłaszcza dla miłośników surowego drewna), więc się wstąpiło.
No, a później okazało się, że akurat Noc Synagog (zaklinam was, nie czytajcie komentarzy pod tekstem – niektórzy ludzie są bardzo chorzy), więc szkoda wracać do domu, skoro można po zmierzchu odwiedzić niesamowite miejsca. Szkopuł w tym, że człowiek jakby zgłodniał, przecież nie jadł od godziny. Człowiek podreptał zatem na skwer Judah i po raz pierwszy w życiu pochłonął maczankę po krakowsku. To znaczy, nie do końca pochłonął. Z żalem stwierdza, że nie zmieścił całej. A pyszna była, delikatne, marynowane w winie mięsko z rabarbarem i grillowaną cukinią. Piszę to jako człowiek, który za mięsem ogólnie nie przepada i świetnie obywa się bez niego – fenomenalne jedzenie. Mój obwód w talii niebawem doścignie równik.
Koncert Djamchid Sisters w synagodze Tempel (to była stajnia podczas II wojny światowej…) bardzo piękny, poruszający i klimatyczny. Byłby. Gdyby nie publiczność. Drogie panie siedzące za mną – mam szczerą nadzieję, że pizza, o której z takim zapałem na głos rozprawiałyście, gdy koncert już się zaczął i tak jechałyście przez kolejne dwadzieścia minut, przyprawiła was o dotkliwą zgagę. Potem sobie niestety poszłyście, ale po was przybyli dwaj elegancko wyczesani młodzieńcy ze smartfonami. Otóż nie chodzi się na koncerty, żeby plotkować, ani żeby sprawdzać, co na wallu wam napisano. Gdyby wymazać te indywidua spośród publiczności – cudowne, mistyczne doświadczenie. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie idźcie. Sama wizyta w synagodze jest wyjątkowym przeżyciem.

Dziś tym samym ze spokojem pielęgnuję moje nabyte wczoraj kilogramy, słucham izraelskich sióstr na Jutubie i oglądam Jonathana Strange’a i pana Norrella – cudowny serial. Wessałam trzy odcinki do śniadania; czekam na czwarty (ubolewam, że moda na fraki i postawione kołnierze odeszła – w tym nie sposób wyglądać źle). Miłośnicy Anglozy i wątków nie z tego świata zaserwowanych w lekko mroczny sposób będą zachwyceni. A Bertie Carvel ma tak czarownie wibrujący głos, że daj mu Boże zdrowie. Mój fetyszyzm rozkwita w pełni.

Taaakie tam…

Miałam wczoraj bardzo dobry dzień. Owszem – wiem, że to nie jest żaden szczególny news, ale przy całym tsunami zmartwień, jakie mnie ostatnio zalewało, warto odnotować zmianę pogody. Chociaż gdyby się zastanowić, to może nie do końca jest z czego się cieszyć, bo w sumie to od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Włożyłam moje nowe, piękne, papierowe kolczyki, załadowałam na playlistę pogodną piosneczkę z ościennego kraju i wyruszyłam do miasta, kupić sobie na Kleparzu kwiaty na balkon (jest to, obawiam się, nieco bezsensowne posunięcie, bo przecież i tak ciągle nie ma mnie w domu, więc zapewne biedactwa zdechną). Po drodze odkryłam, że na Starowiślnej otwarła się księgarnia podróżnicza i w tej księgarni mają przewodniki Cicerone, bardzo przydatne dla tych, którzy na wakacjach lubią dużo chodzić po różnych pagórkach i chaszczach. Panowie księgarze przemili, pomocni i dają karty zniżkowe – ostrzegam. Zgłodniał człowiek od tego dobrostanu, więc poszedł na ulubionego dorsza na skwer Judah, a chociaż najedzony był okropnie, w drodze powrotnej wlazł do Si Gela na lody. Jest prawdą powszechnie uznaną, że autorka uwielbia lody, mogłaby żywić się tylko nimi, można ją nimi przekupić i nie ma takiej porcji, której nie byłaby w stanie pochłonąć. Gdybyście nie wiedzieli, to w grajdołku można zjeść lody o smaku gorgonzoli, zdumiewająco delikatne, ale osobiście gorąco polecam lawendowe. Imbirowe też. Marchewkowych nie próbowałam, gdyż nawet w takiej postaci marchewki nie zniesę. Tak czy inaczej, obawiam się, że zwężony podczas ostatniego choróbska obwód w talii długo taki piękny nie pozostanie.
Chyba że nie będę miała co do gara włożyć, a istnieje takie ryzyko, gdyż – jak wspomniałam – od rana do wieczora wydawałam pieniądze.
Ostatnia bowiem wiadomość jest taka, że świat jest pięknym miejscem pełnym dobrych ludzi. Innymi słowy, MAM OBRAZEK.
To znaczy, technicznie jeszcze go nie mam, ale już jest mój. Niewiarygodne i jestem niebywale wdzięczna za zaangażowanie. Dawno nic nie sprawiło mi takiej uciechy, jak informacja o misji zakończonej powodzeniem. Gdy odłożyłam słuchawkę, nastąpiło coś, co dość dobrze ilustruje ta scena.
Nawiasem mówiąc, to moja pierwsza inwestycja w sztukę. Autor przynajmniej będzie miał z czego rachunki zapłacić.
(Ja nie).
I to wszystko przez to, że raz poszłam do teatru. Mówię wam, lepiej nie chodźcie, bo sami widzicie, jak to się kończy czasami.

We are pleased to attach your E-ticket

Zawsze twierdziłam, że teatr dostarcza ekscytujących wrażeń. Bardzo różnych.
Jak się okazuje, niektórych podnieca w stopniu nie do opanowania.
Ja tam nie wiem. Mnie akurat momenty raczej nie w głowie podczas przedstawienia (co nie znaczy, że czasami ich sobie nie wyobrażam…), ale ludzie to mają pomysły.

Święta zaczęły się wizytą na Kleparzu – dawno przeze mnie nieodwiedzanym. Miałam tylko wpaść po bundz. Wychodziłam z masą węgierskich przysmaków, z pecorino pepato i świeżym tiramisu od Włocha, z figowo-cebulową konfiturą i kubkiem świeżo zaparzonego americano; trudno mi było to wszystko unieść (bo przecież, obok zakupów, nigdy nie opuszczam Krakowa bez zapasu książek w torbie), ale tak to ja mogę codziennie, panie dziejku. Kleparz ze swoimi nieprzebranymi skarbami i ludźmi, którzy mówią do mnie „kochanie”, kiedy wybieram pomidory, to jedno z moich ulubionych miejsc w grajdołku – jedno z nielicznych, za którymi będę szczerze tęsknić, gdy któregoś dnia wyjadę.
Dotarłam na wieś z tym wszystkim, rozdzieliłam dobra, zaserwowałam sobie domowy ajerkoniak na odpędzenie smutków i rozgrzanie się po marszu w zacinającym śniegu, usiadłam z książką na kanapie… i tak siedzę. I już mam powyżej uszu. Zmieniam tylko książki.
Gdy jestem znudzona, wpadam na złe pomysły.
Na przykład sprawdzam, czy linie lotnicze nie mają jakichś fajnych promocji. Tak tylko sprawdzę, nie będę kupować.
Tak tylko sprawdzę.
Tak.

Kiepska to terapia, ucieczka nigdy nikogo z niczego nie wyleczyła, ale jednak jakoś to pomaga; to taki klin – na głód bycia w drodze, na myśl o dotyku czyjejś ciepłej dłoni, na wszystko, co odeszło w ostatnich miesiącach.

Read me a story, tuck me in tight

„Został już niecały tydzień do wyjazdu do miasta Londyn”, powiadomił mnie dziś rano newsletter. Tak, dziękuję serdecznie. Jakbym mogła zapomnieć.
Nadal nie mam żadnego pomysłu na niedzielną sukienkę, ale koniec końców doszłam do wniosku, że to właściwie bez znaczenia, bo i tak nikt na mnie nie zwróci uwagi. Nadal nie do końca wiem, jak to się stało, że wybieram się na taką imprezę, ale widocznie każdy Kopciuch musi doczekać się swojego balu i to jest mój. Poza niedzielną sukienką większych problemów nie mam.
Tymczasem moje ulubione miejsce w mieście Londyn poinformowało mnie dziś, że otwiera sprzedaż biletów na nowy sezon (formalnie od jutra, ale ci, co miejsce śledzą w mediach społecznościowych, dostali dodatkowe 24 godziny), z której to szansy skwapliwie skorzystałam, bo jakże mogłabym nie, skoro w jednym z przedstawień będzie się prężył ten sam uroczy młodzian, co w październiku czaił się u moich stóp, więc go lubimy bardzo. Ponadto miejsce powiadomiło, że jutro ogłasza nowy program czytanek – z niezrozumiałych dla mnie przyczyn (właściwie bardzo zrozumiałych, ale umówmy się, takich rzeczy nie robi się ludziom o słabym sercu) postanowiło zilustrować ten wpis zdjęciem, które wywołało u autorki nieco krępujący odruch warunkowy. A jakby tego było mało, miejsce zapowiedziało, że będą też wydarzenia z udziałem najcudniejszego głosu w naszej części wszechświata – raptem w miniony weekend zwierzałam się tutaj, jak mi się marzy podobna atrakcja – więc teraz pozostaje po prostu odłożyć remont na kolejny rok; ściany mogą poczekać, wrażenia niekoniecznie. Inni mogą zabijać się o bilety na tych wszystkich Fiennesów i Spaceyów, ja tam wolę moich skromnych ulubieńców i podążam za nimi wiernie.
Przeczytałam właśnie to, co napisałam powyżej i uświadomiłam sobie, że już nikt się nie nabierze na moje usilne próby snobowania się na miłośniczkę kultury wysokiej. Wysokiej i owszem, kultury – hmmm…
Spróbuję obronić mój wizerunek i dodam, że wczoraj po drodze do fryzjera wstąpiłam do księgarni i ku mojej niezmierzonej radości znalazłam przepiękne Szaleństwo katalogowania Eco, które zawsze chciałam mieć, za raptem 49 złotych, a kosztowało do niedawna 130. To bardziej książka do oglądania i nabożnego gładzenia kartek niż czytania – chociaż tekstu w niej nie brakuje – więc od wczoraj gładzę nabożnie. Nabyłam też Czarnego Anioła, zbliżam się już do końca i ponownie żałuję, że taki Kraków to już pieśń przeszłości, a ten nowy coraz mniej mi się podoba. Jakoś mi bliższe te ciemne piwniczne izby, a nawet wódeczka w czyjejś kuchni od miejsc, w których skinny flat white zakąsza się bezglutenowym burgerem przy dźwiękach muzyki od razu wypadającej drugim uchem. I już nie każdy tutaj, cytując Maleńczuka, mniej lub bardziej jest artysta. Trochę szkoda.

Oh, come forth into the storm

Ja nie jestem jakoś bardzo światowa ani bardzo wyrafinowana. Nie przeszkadza mi krzywo położona serwetka w knajpie, nie czepiam się kiczowatego wystroju, nie muszę mieć oliwy truflowej do skropienia sobie sałatki (choć bardzo lubię oliwę truflową i w moim idealnym świecie czekałaby na mnie na stoliku w każdej restauracji), nie oczekuję karty win wymieniającej omszałe butelki zakorkowane sto lat temu – bo i tak mnie nie stać – ale to nie znaczy, że zawsze wszystko mi się podoba.
Nie podoba mi się na przykład, gdy czekam na jedzenie tak długo, że zapominam, co właściwie zamówiłam. Tak długo, że odtwarzam z pamięci „Przeminęło z wiatrem” i jestem już przy drugim tomie.
Chciałabym napisać, że było warto. Otóż nie było.
Czasami lepiej zostać w domu i zrobić sobie frytki.
Strzeżcie się lokali, które wyglądają, jakby architekt poświęcił im czas i wysiłek porównywalny z tym Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, które szczycą się utytułowanymi kucharzami, i których kierownictwo wyraźnie liczy, że gość – jeśli tego słowa można w ogóle użyć w tym kontekście – będzie arcyzachwycony samym przebywaniem w tak podniosłej atmosferze, mniejsza o nakarmienie go.
Dla równowagi – na Floriańskiej, czyli na ulicy, którą tutejsi raczej wymazują z kulinarnej mapy miasta, ukrywa się od niedawna bardzo przyzwoity Balkan Express Grill, który daje naprawdę dobrze jeść, dobrze i tak dużo, że kończyłam moją pljeskavicę metodą „za mamusię, za tatusia”. I cóż z tego, że w papierku.

Jeśli chodzi o inne mniej lub bardziej ciekawe wydarzenia, to nie było ich zbyt wiele, bo w okropnym niedoczasie żyję ostatnio i nie mam okazji do przygód. Może to i lepiej. Kupiłam sobie jedynie perfumy, zupełnie inne niż chciałam – to akurat jest normalne – ale tak mnie uwiodły, że nie mogłam wyjść ze sklepu bez nich. Ogromnie lubię zapach ambry, mogłabym się w niej tarzać i to właściwie zrobiłam tuż po powrocie do domu (tj. rozpakowałam flakonik i wypsikałam się niemiłosiernie, pohukując z zachwytu). A potem znalazłam opinię innej zadowolonej w internecie i pozwolę sobie zacytować, bo mnie ujęło:
Despite being a sexy, musky scent, it still smells clean to me. It makes me want to snuggle up with someone and if I had Benedict Cumberbatch here with me, I’d be nuzzling him big time. Or he would be nuzzling me because I’d be smelling so fabulous.
Benedykta może sobie koleżanka zachować, osobiście wolałabym się pościskać z paroma innymi, ale sens pozostaje. W punkt. Ten zapach jest tak przyjemnie zmysłowy, tak ciepły i cielesny, że istotnie tylko z kimś pod kołdrę wleźć.
Co dziś wieczorem bardzo mądrze będzie zrobić, nawiasem mówiąc, bo nadciąga orkan Aleksandra. Nie ufałabym tak nazwanemu zjawisku atmosferycznemu, ani trochę bym nie ufała.

PS Aleksandra doleciała do Krakowa, sądząc po czystym powietrzu, szumie ciepłych podmuchów i gnących się drzewach. Jeśli o mnie chodzi, może zostać.

Czego potrzebujesz, duszeczko, żeby się dostać do nieba?

Dzień na służbowym wygnaniu. W ostatniej minucie ostatniego spotkania autorka łapie laptop, zarzuca szalik i pędzi co koń wyskoczy na dworzec, żeby zdążyć na 18:30 do Krakowa, bo Boska Komedia. Autorka mogłaby co prawda prosto z delegacji udać się do ICE, ale postanawia zadać sobie dodatkowe utrudnienie, gdzie taka zdrożona, upocona, z tobołami będzie leciała obcować z kulturą; otóż wpadnie jeszcze do domu, ździebko się odświeży, toboły rzuci i wyjdzie li z gustowną torebusią.
Plan był idealny, tylko miał jedną wadę.
Zakładał, że żaden z moich środków transportu się nie spóźni.
Jako często podróżująca powinnam była to przewidzieć, ale czasem mam napad optymizmu.
Na szczęście moje napady optymizmu w pewnym sensie usprawiedliwia wieloletnie doświadczenie – ergo, dziesięć minut po przybyciu do domu wybiegałam z niego gotowa na doznania, zdążywszy wziąć ultraszybki prysznic, na nowo upudrować nos, wyszczotkować włosy i zmienić ubranie. I nie spóźniłam się na przedstawienie.

Boska Komedia to w moim grudniowym kalendarzu punkt stały i niezmienny. Co roku idę na tyle spektakli, na ile tylko mogę (nota bene strasznie bym chciała, żeby można było kupować karnety na całość). Z każdym początkiem zimy w tłumie czekającym, aż otworzą się drzwi na widownię, zauważam te same twarze. Oglądam wspaniałe rzeczy. Nie zawsze do końca mi te rzeczy pasują, czasami gryzę palce w przejęciu, czasami wstrzymuję oddech, czasami coś zupełnie nie gra w mojej tonacji i zastanawiam się, ile do następnego tramwaju – ale zachwyca czy nie, oglądam do końca. Nigdy z żadnego spektaklu nie wyszłam.
Nie lubię tylko nienumerowanych miejsc, bo zwłaszcza w obiektach tak dużych jak ICE numerowanie ich ogromnie uprościłoby sprawę i pozwoliło uniknąć sytuacji jak w tanich liniach lotniczych, gdy każdy bieży jak oszalały do wejścia na parterze, depcząc cudze wypastowane stopy i waląc po żebrach.

Czytałam „Dziady”, każdy czytał, każdy wali cytatami niechcący, czterdzieści i cztery, nazywam się milion, ciemno wszędzie, niewinni czarodzieje i tak dalej et cetera – ale wczorajszego wieczoru olśniło mnie, może naiwnie, jak bardzo uniwersalny jest ten tekst. Na dobrą sprawę można go przyłożyć do każdej opowieści, niezależnie od szerokości geograficznej, na której żyją ciemiężcy i ciemiężeni (a teraz spróbujcie takiej szerokości nie znaleźć). Do każdej historii z trupami w szafie i oczami zaciskanymi w ciemności, żeby tylko duchy z kątów nie wylazły.
Te akurat „Dziady” zostały włożone w foremkę amerykańskiej popkultury. Macie swingujące trio w długich rękawiczkach, cheerleaderkę i chłopaków grających w kosza – jak się okaże za chwilę, chłopaki wolą inną, znacznie bardziej brutalną grę. Macie przemówienie Martina Luthera Kinga i gospel w przepięknej scenie. Macie telewizję, popcorn i automat z coca-colą. Macie upiorne dzieciątka z „Lśnienia” recytujące, że do mamy lecą, do mamy… Macie Marilyn, jej falującą sukienkę i jej tęsknoty za JFK. Macie rodzinny obiad u Senatora, z udziałem tęgiej niewolnicy – pani Rollison – i Ku-Klux Klanu. Macie wreszcie Guślarza, który wygląda jak Joker i moim zdaniem kradnie to przedstawienie. Jest fenomenalny. To nie Gustaw/Konrad gra tu główną rolę (choć zblazowany, zarośnięty luzak Gustaw jest świetny), ale właśnie Guślarz, z pięknym głosem, z namalowanym krzywo uśmiechem, szepczący skrzekliwie do ucha nieszczęsnym bohaterom, krążący w tle jak upiór.
Wtem zapada ciemność i słychać tylko dudniący głos Holoubka w słynnym monologu z Lawy. Każde słowo dociera, nie sposób uronić. W pewnym sensie nie macie wyjścia – musicie tego wysłuchać.
W kolejce do szatni nasłuchałam się rozmaitych opinii – że zbyt groteskowe, że krew sika, że po co w ogóle to w jakąś Amerykę wsadzać, gdy to takie polskie…
No, otóż to nie takie polskie, jakbyśmy chcieli myśleć. Nie tylko u nas rodzili się męczennicy. I nie aż tak znowu groteskowe, choć groteskę i przesadę w teatrze akurat lubię bardzo. Chyba po to teatr jest, żeby przesadzać? Kto by chciał oglądać na scenie swoje zwykłe 24/7?…

Now he rocks me gently

– Może ja najpierw wyjaśnię, po co tutaj jestem…
– Nie trzeba, wiem. Już mi o tobie mówili.
– O. Mam nadzieję, że nic złego.
– Powiedzieli, że jesteś bardzo miła.
Tyle dobrego. Jestem bardzo miła. Jeśli chodzi o złe – coś, co miało być prostą robótką, parę godzin i pozamiatane, okazało się upiornym bagnem bez dna i nie robótką, ale orką. Tygodnie, jeśli nie miesiące zajmie mi ogarnięcie tego szamba. Będę ryła w nie powiem czym jak świnia brodata. Jest sobotnie popołudnie, a ja z przerażeniem myślę o poniedziałku.

Jest sobotnie popołudnie po piątkowym wieczorze, który miał być spokojny, a nie był. Śmiałam się do bólu brzucha (i gardła, ale to odkryłam dopiero dziś), dowiedziałam się, że ładnie wyglądam z długimi włosami i zapomniałam, jak cudownie smakuje niezdrowe jedzenie o czwartej nad ranem. A że knajpy zamknęli, gdy było jeszcze TYLE do omówienia, towarzystwo wylądowało u mnie w domu i kolega gej spał na mojej kanapie, by opuścić ją rano po starannym wyściskaniu mnie (najwyraźniej uruchamiam tryb Bridget Jones, do kompletu brakuje skrupulatnego notowania wagi, wielkich majtasów i skomplikowanego życia erotycznego… chwileczkę…).
Nota bene – nie podoba mi się zupełnie kierunek, w którym zmierza Plac Nowy. Neon kręgielni, krążące fury, nastolatki chwiejące się na niebotycznych obcasach. Zmarszczyłam się w wielkim smutku, gdy zaśpiewano mi 23 złote za drinka. Hola, to nie Covent Garden. I to nie był courvoisier.
Na szczęście ciągle są miejsca, które opierają się upływowi czasu i zawsze jest w nich tak samo, nawet ludzie przy barze ci sami.
I my. Też się opieramy.

Medea was in love, and nothing could cause her rest

Przez ostatnie dni Krakowa nie było. Co roku o tej porze przerabiamy to samo; miasto nam znika. Mieszkańcy popadają w niewdzięczną melancholię i snują się po ulicach, tęskniąc za widokiem własnego cienia – za widokiem czegokolwiek właściwie. Jesienią mój grajdołek, zanurzony w gęstej mgle, staje się miejscem bardzo fotogenicznym i jeszcze bardziej depresyjnym (szczególnie dla tych, co nie mogą udać się na urlop, bo nasze lotnisko, jeden z czołowych małopolskich powodów do dumy, w takiej pomroce nie działa).

Wydarzenia ostatnich dni zaowocowały jedną tylko refleksją. Bardzo otóż cieszę się z tego, że odkąd pamiętam, nie znoszę i unikam przynależności. Zawsze byłam bardzo „osobna”. To z pewnością nie czyni ze mnie łatwej w obejściu, ale chroni mnie przed sytuacjami, w których muszę deklarować lojalność, przed kwasami w towarzystwach wzajemnej adoracji itepe. W życiu swoim całym tylko raz należałam do stowarzyszenia – jeszcze na studiach. Wytrzymałam trzy miesiące. Klasycznie rozumianą paczkę przyjaciół miałam tylko w liceum, później odkryłam, że lepiej mniej, ale lepiej. Im jestem starsza, tym bardziej mi się pogłębia to przekonanie. Moja uporczywie podkreślana niepodległość nie jest cechą wspaniałą i godną naśladowania, nie mam co do tego złudzeń, ale nie zamierzam nad tym pracować. Językiem biznesowym mówiąc – to moje akceptowalne ryzyko. A gdy obserwuję, jak dorośli ludzie powtarzają czyjeś mętne bzdury i przyklaskują sobie nawzajem bez cienia pomyślunku, żeby tylko nie wypaść z łask towarzystwa, to mi trochę słabo się robi.

Jeżeli nie macie dziś wieczorem nic do roboty, a macie w pobliżu Multikino, przypominam o Medei. Bo autorce się podobało. Wiecie, że ja podejrzanie lubię mroczne historie, mrocznych bohaterów, wątki ciemne, dołujące i niejasne moralnie, i trudno byłoby znaleźć historię lepiej pasującą do moich upodobań. Przy czym to jedna z tych rzeczy, które pozbawiają was dobrego humoru w taki sposób, że chcielibyście, by ktoś was codziennie dobrego humoru tak pozbawiał. No i ścieżka dźwiękowa. Mam wielką słabość do Goldfrapp, więc moja opinia siłą rzeczy jest wykrzywiona, ale gdy muzyka przyprawia mnie o dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, to znaczy, że jest dobrze. O ile nie odstraszy was przeraźliwy krzyk w pewnym momencie, tutaj więcej. A tu, wśród tych niepokojących dźwięków, zaraz wydarzy się wiadome zło.

I zaraz ogłaszają tegoroczny program Boskiej Komedii. Końce roku to taki smutny czas. Kojarzą mi się wyłącznie z wbijaniem zębów w ścianę po tym, jak kupiło się za dużo biletów na wszystko, co chciałoby się obejrzeć.

Stories only happen to those who are able to tell them

Walcząc z deszczem i wiatrem od gór, w których niestety spadł już śnieg, pognałam dzisiejszego wieczoru na randkę z Paulem Austerem.
Wspaniały człowiek.
Olśniewająca erudycja i ironia. Na dobry wieczór powiedział, że pisać, jeśli już się chce, trzeba o tym, co nie daje nam spokoju, czymś, czego nie możemy wyrzucić z głowy, czymś, co nas męczy – inne tematy niekoniecznie są warte wysiłku; być może trzeba będzie odłożyć je na lata. Recytował Chaucera w Middle English (brzmiąc jak rasowy germański oprawca) i zachichotał, że prowadzący spotkanie aż się przestraszył. Opowiadał o tym, jak reżyserował film i bał się przerwać improwizującym aktorom; jak ktoś wydzwaniał do niego w wierze, że dodzwonił się do Agencji Pinkertona (i Auster bardzo bolał, że nigdy nie powiedział: „Tak, a w jakiej sprawie?”). Mówił, że najbardziej wolni jesteśmy wtedy, gdy jesteśmy sami w zamkniętym pokoju – wolni, ale nigdy samotni, bo w gruncie rzeczy składamy się z innych ludzi, których spotkaliśmy po drodze i którzy coś w nas zaszczepili. Mówił o przypadkach, najbardziej niesamowitych przypadkach, które wyśmialibyśmy w powieściach i filmach, ale w rzeczywistości jednak się zdarzają. O tak, zdarzają się.
Wychodziłam zakochana.
Lubię ludzi, których chciałabym słuchać przez całą noc. Lubię pisarzy, którzy przedkładają treść nad formę. Nie ubierają prostych rzeczy w gęste falbanki spiętrzonych zdań, żeby udowodnić czytelnikom, jakie to mają giętkie pióro. Lubię tych, którzy trzymają się sedna. Auster właśnie taki jest.
(Dodam też, że nasze nowe ICE jest naprawdę piękne, ogromne i imponujące. Jest tam też przeraźliwie zimno, ale to cudo działa od raptem paru dni, więc może jeszcze nagrzać nie zdążyli. Mimo zsiniałego nosa jestem pod wielkim wrażeniem. Zabawne, jak wielu opinii naczytałam się o tym, że tak nowoczesna architektura nie pasuje do Krakowa – cóż, Kraków to nie muzeum, ale miasto jak każde inne na tym łez padole, i jak każde inne potrzebuje zastrzyków świeżości).

Humor zepsuł mi się bardzo, gdy w drodze do domu przeczytałam w tramwaju felieton Macieja Nowaka o transmisjach.
Powiem krótko.
Albo nie. Powiem długo.
Gdyby zsumować wszystkie moje wyjazdy do UK w ciągu ostatniego roku, spowodowane względami osobistymi i nie tylko, wyszedłby ponad miesiąc spędzony w Londynie i okolicach. W tym czasie, korzystając z okazji, obejrzałam na miejscu 28 przedstawień. Mam to wielkie szczęście, że mogę. Przyszły rok zapowiada się podobnie. Wychodzi na to, że moje ciężko zarobione pieniądze trafiają w ręce krwiopijców o imperialistycznych zapędach. Nie zmienia to faktu, że regularnie uczestniczę w wydarzeniach kulturalnych w moim grajdołku, jak wskazuje pierwsza część powyższej notki (choć też można by się uczepić, Auster wszak jest nowojorczykiem). Nie uważam brytyjskiego teatru za lepszy od polskiego – tego rodzaju porównania moim zdaniem są pozbawione sensu – acz jest bez dwóch zdań inny. Długo by mówić o różnicach, ale podejrzewam, że to niekoniecznie kogokolwiek interesuje, więc ten fragment pominę, bo i tak czytelnicy mogą już mieć serdecznie dość, że ja znowu o tym samym.
Nigdy nie byłam na koncercie muzyki, dajmy na to, grindcore, w związku z czym nie pisuję o muzyce grindcore. Z samochodów rozróżniam ładne i brzydkie, więc nie podnoszę kwestii motoryzacyjnych. Jak się jednak okazuje, można publikować felietony w dużym dzienniku, nie mając pojęcia o zjawisku, które obiera się za temat swoich ubolewań.
Obawiam się, że w przeciwieństwie do autora mam pewne rozeznanie w temacie – nie tak duże, jak chciałabym, bo żaden ze mnie edukowany specjalista, po prostu bardzo zapalony widz – toteż pozwolę sobie wtrącić mój grosik.

Jeśli o mnie chodzi, nie zamierzam stawiać tym wstrętnym imperialistom najmniejszego oporu. Mogą sobie dokonywać dywersji, perfidnie sącząc w uszy nadwiślańskiej widowni wersy tego swojego barda, wymawiane z tym swoim akcentem. Proszę bardzo.

Pisałam wielokrotnie, że nie przepadam za oglądaniem teatru w kinie ani w telewizji, bo to nie jest i nigdy nie będzie to samo. Nie i już. Nie ta sama ekscytacja. Nie usłyszę, że aktor gra chory i zanosi się koszmarnym kaszlem, gdy tylko wpada za kulisy, jak to się ostatnio zdarzyło. Nie zobaczę, jak się gotuje albo zapomina tekstu i szyje naprędce, albo opluwa ludzi w pierwszym rzędzie podczas swojego żarliwego monologu. Nie będę mogła przez cały wieczór gapić się nabożnie na jedną osobę z obsady, bo kamera wybierze za mnie, na co patrzę. Brakuje mi nawet tego charakterystycznego zapachu. Ale – chodzę na NT Live. Czasami bywam zachwycona i mam ochotę klaskać na końcu, czasami szlag mnie trafia, gdy dookoła siedzą fanki, które przyszły pooglądać gołą klatę Hiddlestona i na każde jego słowo reagują piskliwym chichotem. Z drugiej strony nie mogę patrzeć na nie krzywo; moja przygoda z miejscem, jak je nazywa mój ulubiony dramaturg, bardzo nienormalnym, zaczęła się tylko dlatego, że w liceum zapisałam się na warsztaty teatralne, bo skrycie się kochałam (jak to ja) w facecie, który je prowadził. Ktoś może pójść na filmową buzię, powód dobry jak każdy inny, a wrócić do domu oczarowany przedstawieniem samym w sobie i znienacka odkryć w sobie miłośnika XIX-wiecznej dramaturgii skandynawskiej.
Teatry za kanałem La Manche, tak samo jak nasze, czasami proponują widzom niesamowity chłam. Ale te transmitowane spektakle to naprawdę dobre rzeczy, nie wersje light z celebrytą w głównej roli, tylko bardzo mocne, rzetelnie zrealizowane, wciągające produkcje. To po pierwsze. Po drugie, to często są widowiska zmajstrowane z wielkim technologicznym rozmachem i warto coś takiego choć raz zobaczyć, niechby po to, żeby następnie przez cały wieczór zadawać sobie pytanie: „JAK oni to zrobili?…”. Po trzecie – to tak naprawdę powinien być pierwszy punkt – transmisje są wyciągnięciem ręki do widza; trafiają do ludzi, którzy dotychczas do teatru nie chodzili, nie lubili, a nagle odkrywają, że to wcale nie taka straszna nuda. Uczą się. Dobrze jest się uczyć. Po czwarte, można urlopu nie dostać, żeby obejrzeć na miejscu (być może pan autor nie jest świadom faktu, że życie brytyjskiego spektaklu potrafi trwać dwa tygodnie, a potem demontują scenografię i cześć pieśni, innej okazji nie będzie). Można nie mieć forsy na podróż do Anglii. Można polec w walce z przeciążonymi serwerami i tysiącami chętnych, bowiem kupowanie biletów na bardzo popularne przedstawienia to bywa regularny Mortal Kombat; ludzie ustawiają się w kolejce do kasy w środku nocy czasami. Koniec końców wreszcie, tyle się mówi o kulturze nieznającej granic, a tu się okazuje, że niektórzy tych granic broniliby zapamiętale. Po co?… Nasze teatry wbrew pozorom nie świecą pustkami. Idąc dalej tym torem i broniąc rzekomo demolowanego lokalnego rynku, możemy w ogóle ograniczyć repertuar do Słowackiego i Gombrowicza, jakby nie byli wystarczająco wyeksploatowani.
Podejrzewam, że dyrekcja National Theatre przejmie się strasznie oskarżeniami o neokolonializm i jutro jak jeden mąż pójdzie skakać z pobliskiego mostu z kamieniami u szyi. Ciekawam, czy autor felietonu, domagając się gościnnych występów, zarejestrował w ogóle fakt, że Shakespeare’s Globe był u nas nie dalej jak miesiąc temu.

A w ogóle to mierzi mnie strasznie retoryka z gatunku: „bywam w teatrze i jestem przez to niebywale wyrafinowany, bo to taka wysoka kultura”. Otóż nieprawda.

We’ll run where lights won’t chase us

– Masz jakieś plany obiadowe na dziś? Otwarło się nowe miejsce…
SZLAAAAG.
I to byłoby wszystko, jeśli chodzi o moją dietę.
Do soboty żyję o wodzie.
Tak czy inaczej, autobus zdecydowanie wart odwiedzin, zupa rybna wyśmienita – tak wyśmienita, że powinni podawać ją w znacznie większych kubełkach, być może nawet wiaderkach – dorsz mięciuchny i do tego leją kwas chlebowy z beczki.

Studenty wróciły, miasto w związku z tym wściekle zatłoczone, a ja mam tradycyjny październikowy rzut socjopatii.
Obiecałam sobie, że nie będę wypowiadać się w sprawie diskopolowego klubu otwierającego się tam, gdzie niegdyś był Lizard King. Może i to nie było moje ulubione miejsce, ale zdarzały się dobre koncerty. A teraz taka żałość. Coraz rzadziej bywam, jak to się tutaj mówi, w Rynku i wyraźnie niewiele tracę, bo coraz większy tam lunapark.
Tym bardziej nie będę wypowiadać się w sprawie cenionego przeze mnie wielce pisarza, bo nie lubię pudelkozy i wywalania publicznie prywatnego błocka, nawet gdy zostało się do tego sprowokowanym.
Czas pakować się na urlop. Jak zwykle będę ćwiczyć bilokację lub też pędzić z wywieszonym językiem z miejsca w miejsce, bo napchałam sobie atrakcji co niemiara. A i tak najbardziej chciałabym poleżeć w parku, choć nie podejrzewam, by październikowa pogoda temu sprzyjała. Lista wydarzeń, w których zamierzam wziąć udział, świadczy o chyba o mojej słabo tajonej schizofrenii, ale co mi tam. Najpierw pójdę na stację metra – ale nie po to, żeby dokądś pojechać, bynajmniej. Później do księgarni, na moje nieszczęście specjalizującej się w literaturze podróżniczej. Zaplanowałam sobie też dość dziwne muzeum, wystawę o czarownicach, ociupinę sztuki współczesnej, dwie wizyty u Wiktorii i Alberta, wiadome przebieranki, bardzo niezwykły teatr (jeden z raptem pięciu podczas tej wycieczki), barowy wieczór z takim jednym dżentelmenem – różnie może się potoczyć – i coś jeszcze, ale chwilowo zapomniałam. Spodziewajcie się wielu przydługich wpisów, w których będę ekscytować się do nieprzytomności raczej nudnymi sprawami. Oraz najpewniej jednego złożonego z naprzemiennych kwiknięć i powzdychiwań. Tak tak, jeżeli z niepokojem – lub z ulgą – zauważyliście, że dawno tu czegoś nie było, pragnę uspokoić – lub ostrzec – że niebawem będzie, to znaczy nasza bohaterka okropnie się nacierpi. Dla stałych czytelników ta podpowiedź powinna być oczywista (można już trenować zamaszysty facepalm), dla niestałych wyjaśniający wszystko obrazek. Moim zdaniem słodsze to jest niż mała panda na koniku bujanym – dla porównania rzeczona panda.

No to cześć. Idę sprawdzić, jak bardzo rozciągliwy jest mój bagaż podręczny.

Brave Captaine, through death we’ll follow thee

Och, kurza melodia.
Piątego października w Londynie wystąpi Shah Rukh Khan. W towarzystwie innych bollywoodzkich superhipergwiazd. Wyobrażam sobie, jaka to będzie porywająca impreza, ale niestety nie mogę wziąć w niej udziału. Piątego października idę bowiem na piratów. Przebrnęłam z mozołem przez to dzieło, pokręcone do ósmej potęgi i jestem pewna, że to będzie raczej długie popołudnie. Coraz silniejsze mam też przeczucie, że będę gorzko żałować wybrania miejsca w pierwszym rzędzie. A w ogóle to co ja na siebie włożę…

Nieważne. Z rzeczy ważnych – ogłoszono konkurs na mural na Rondzie Mogilskim. Zwycięzca przygarnie pięć kafli. Konkurs już, ku mojemu ubolewaniu, rozstrzygnięto, a szkoda, bo chciałam zaproponować znakomity projekt, mianowicie mój akt. Wygraną nawet mogłabym przeznaczyć na dobroczynność.
Mmhm. Już widzę, co by się działo, gdyby gdziekolwiek w tym mieście zawisła goła baba. Świynte oburzenie zatrzęsłoby ziemią.

PS. Zapomniałam dodać. Jeśli jesteście w Krakowie, idźcie koniecznie na wystawę o czeskim symbolizmie w MCK. Ostatni tydzień. Bardzo warto, szczególnie gdy lubi się baśnie, mroczne historie, powiastki o piekle i niebie, o śmierci i seksie, strzygi, gobliny, duszki, błędne ogniki…

Coincidence is God’s way of remaining anonymous

Dziś jest poniedziałek. Jeszcze ciągle nie wrzucili do sieci tego, na co czekam (z egzaltowanym piskiem na końcu języka), więc mogę sobie troszkę popisać. Albowiem bardzo uroczy weekend mam za sobą.

Cały problem z moim grajdołkiem polega na tym, że zdarza mi się wyskoczyć rano tylko na szybką kawę i wrócić do chałupy po zmroku. Wczorajszego ranka miałam nadzieję, że zrobię całą masę pożytecznych rzeczy, okna umyję, artykuł wyślę, pranie ogarnę, przeczytam parę stron mądrej książki – ale zadzwonił znajomy z pytaniem, czy przypadkiem nie miałabym ochoty na śniadanie. I tu przechodzimy do mojego drugiego problemu, mianowicie jako niepoprawna hedonistka zawsze mam ochotę na jedzenie (no, prawie; pominę milczeniem fazy ostrego zakochania, bo wówczas posiłki są mi całkowicie zbędne). Tym samym, przymknąwszy oko na fakt, że właśnie przełknęłam bułeczkę oraz serniczek, natychmiast uznałam śniadanie za wyśmienity pomysł i udaliśmy się do Kolanka, gdzie do południa można jeść, aż żołądek pęknie.

Później okazało się, że po mieście włóczy się jeszcze kilka znanych mi osób i postanowiliśmy połączyć siły, w związku z czym śniadanie gładko przeszło w obiad, a obiad w pogaduszki nad piwem. Sporo było masowania przepony i nieco prztykania się o palące kwestie polityczne – znowu wyszło, że jestem nieuleczalną idealistką.
I wtem nastąpił zwrot akcji jak z bardzo słabej telenoweli (typowe w moim życiu – mnie lubią się przydarzać rzeczy, nazwijmy to, umiarkowanie prawdopodobne). Podczas całkowicie przypadkowej konwersacji na całkowicie przypadkowy temat okazało się bowiem, że ja i osoba, którą znam od piętnastu lat i która jest jedną z najbliższych mi w tym mieście, otóż że ja i ta osoba najpewniej jesteśmy spokrewnione. I to wcale nie jakaś siódma woda po kisielu. Wiedziałam niby, że mamy w Małopolsce rodzinę, z którą kontakt urwał się wiele lat temu w dość dramatycznych okolicznościach, w czasie wojny – ale nigdy bym nie przypuszczała, że ta rodzina jest tak blisko mnie.
Ja cię kręcę, doprawdy. Ten rok jest jedną wielką niespodzianką, wybuchającą co chwila fajerwerkami i confetti.

You’re my heart, you’re my soul

Nie wiem, czy oglądacie „Teorię wielkiego podrywu”, ale był tam taki odcinek, w którym do Penny przyjechał kolega z Wielkiej Brytanii i Leonard szalał z zazdrości.
Bo ludzie z Wielkiej Brytanii mają akcent.
I potrafią tym akcentem zrobić wam bardzo złe rzeczy.
Właściwie to mają różne akcenty, ale ten, który mam na myśli, to tak zwana received pronunciation, czyli w pewnym uproszczeniu to, co słyszycie w BBC; taka ładna, krągła, pozbawiona głoski r wymowa, która sprawia, że myślicie o mówiącym jak o bardzo wykształconej i wyrafinowanej osobie. Osobiście mam koszmarną słabość – zwłaszcza że moje uszy mają bezpośrednie połączenie nerwowe z jajnikami, jak sądzę.
Już się cieszę na myśl, że za trzy tygodnie będę znów taplała się w tym akcencie po same uszy.
W jakże przystojnym wydaniu na domiar złego.
To kolejne ciężkie działo wytoczone przeciwko moim deprechom.
Innym działem był mój kumpel, który zmusił mnie wczoraj do włożenia czegoś na siebie (czy wy też przy tych temperaturach paradujecie po chałupie w stroju urodzinowym?) i wyjścia z domu.
– Chodź, zjemy coś. Będzie ci lepiej.
Zjedliśmy (idźcie, ładny widoczek na rzekę, dobre jedzenie i duży Bernard za skromne 8 peelenów), pogadaliśmy, wyściskaliśmy się i dopchali wspaniałymi miętowymi lodami po drugiej stronie kładki – tej samej, o której krzyczano, że zabije Kazimierz i Podgórze, a która sprawiła, że część miasta, gdzie strach było zapuścić się po zmierzchu, odżyła i zakwitła.

Są takie popołudnia, gdy naprawdę lubię moje miasto. Niełatwo się w nim mieszka, ale miło przez chwilę być w nim turystką.
wpid-dsc_0004.jpg

I’m that mountain peak up high

Trzeba być mną, żeby w piątkowy wieczór zająć knajpiany stolik obok grupy psychiatrów (chyba…) w delegacji. W ciągu niespełna godziny dowiedziałam się sporo o profilaktyce zachowań autodestrukcyjnych. Oraz o najczęstszych rodzajach samobójstw u kobiet i mężczyzn. Oraz trochę o typowych ofiarach seryjnych morderców. Niestety akurat zaczynał się mecz, więc panowie odeszli do knajpy z telebimem, zanim zdążyłam odkryć, czy mam szansę na zostanie typową ofiarą.
Lub seryjnym mordercą.

Moje drogie przyjacielstwo zabrało do miasta psa, bo pies młody, energiczny i w domu go nie sposób zostawić na długo. Toteż, upewniwszy się dwanaście razy, czy nie mam nic przeciwko siedzeniu w barowym ogródku z istotą plującą i gubiącą sierść, przybyli z istotą plującą i gubiącą sierść.
Muszę tu coś wyjaśnić.
Ja kocham psy. Wychowywałam się z nimi; rodzice zawsze mieli zwierzę. Kocham też ludzi, którzy kochają psy, każdy psiarz ma u mnie na starcie ogromny kredyt zaufania; bo mam taką teorię, że są to ludzie dobrzy – i ta teoria się sprawdza. (Gwoli ścisłości, nie mam nic przeciw kotom, też je miętoszę, gdy mi pozwolą, ale psi światopogląd jest mi bliższy). Od razu na widok tych szczenięcych jeszcze łap padłam na kolana, wyciągnęłam dłoń do obniuchania, pozwoliłam się wycałować mokrej mordzie. Natychmiast zakochałam się w tym pięknookim młodzieńcu, zwłaszcza że oczy naprawdę ma bursztynowe i spojrzenie z gatunku „przecież mi się nie oprzesz, nie oprzesz mi się, mówię ci, że nie”.
– No – powiedział mąż mojej przyjaciółki. – To chyba znaleźliśmy opiekunkę dla psa, gdybyśmy chcieli wybrać się na wakacje. Uważaj, bo ci obślini całą sukienkę!
Się wypierze przecież. Poza tym psia ślina ma właściwości antyseptyczne, więc jeśli nawet nie pomoże, to z pewnością nie zaszkodzi.
Wracając, spotkaliśmy jeszcze jedną taką maniaczkę, która na widok młodzieńca kwiknęła, spytała uprzejmie, czy może pogłaskać, przykucnęła i jęła tarmosić.
I jeszcze pan z mojego ulubionego ostatnimi czasy kazimierzowskiego przybytku rozpusty znienacka przyniósł młodzieńcowi michę wody, by dzieciak miał czym się zająć, gdy dorośli sączyli czeskie piwa. Jest nadzieja dla tego świata, powiadam.

Zostałam przez towarzystwo obdarzona komplementami, że taka promienna, uśmiechnięta i opalona – i moja deprecha poczuła się nieswojo, nie na miejscu, nieproszona, niemile widziana. Na domiar szczęścia w domu (do którego dotarłam po mrożącej krew w żyłach podróży z taksówkarzem przez całą drogę oglądającym mecz na tablecie; ja rozumiem, że drogi po północy są raczej puste, ale miej pan litość) odkryłam wiadomość składającą się z linka i dopisku „spodoba ci się ;)))” – kliknęłam i przez chwilę nie wiedziałam, czy zasłonić oczy, czy je wytrzeszczyć. Ech, niektórzy ludzie to wiedzą, jak rozjaśnić mi wieczór w odrobinę perwersyjny sposób.

Żywię się co dzień przejmującym szlochem

Zrobiłam dziś parę rzeczy kompletnie bez znaczenia dla ludzkości – i odebrałam nowe, kocie oprawki pingli z dużym znaczeniem dla mnie (wątpię, by ktokolwiek inny dowiedział się o ich istnieniu, bo nie noszę okularów poza własną kuchnią i sypialnią, na ogół wychodzę do narodu w soczewkach; ale do czytania się przydają) – po czym poszłam przez mokry, zimny Kraków na Edwarda II.

Jan Peszek to Jan Peszek, niebywała klasa. Nie ma o czym mówić w ogóle.
Ale – zgodnie z moimi przewidywaniami jego syn Błażej znowu wszystkim ukradł przedstawienie. Żywię pobożną nadzieję, że nie szuka siebie w internetach i nigdy nie znajdzie mojego blogaska, bo mam wielką ochotę wyznawać mu miłość przez parę tysięcy znaków (a wiecie, że potrafię to robić…). Jako królowa Izabela – bo tak się składa, że gra jedyną kobiecą rolę w tej sztuce, to w końcu epoka elżbietańska, kto wtedy wyobrażał sobie dziewczyny na scenie?… – jest absolutnie cudowny, komiczny, groteskowy i nieco przerażający momentami. To karykatura, ale taka, z którą wolelibyście nie mieć do czynienia. Najpierw przezabawna, później koszmarna.
Królowa Izabela była żoną Edwarda II, odtrąconą przez niego dla młodego, ślicznego kochanka. Muszę tu dodać, że młodzian obsadzony w podwójnej roli kochanka i syna Edwarda, student PWST pod wartym zapamiętania nazwiskiem Bartosz Bielenia jest naprawdę śliczny i w dodatku ma w sobie coś niepokojącego, coś, co każe wam myśleć, że pod tym urokiem kryje się jakaś ciemność – a to najlepsze z możliwych połączenie na scenie.
Izabela miała problem z przełknięciem odtrącenia, więc jęła spiskować z osobistym kochankiem, niejakim Mortimerem, żeby usunąć zarówno męża, jak i mężowski obiekt westchnień. Udało im się. W czasach Plantagenetów własnej rodzinie należało ufać najmniej, bo wyrzynali się na potęgę i każdy każdemu dyszał w kark.
Nie jestem obiektywna, bo w tym ascetycznym, surowym przedstawieniu grają moi ulubieni krakowscy aktorzy, ale ośmielę się stwierdzić, że to jedno z lepszych nie tylko w Starym, ale i w mieście ostatnimi czasy. Zresztą chłopak, który siedział obok mnie, widział je po raz drugi (a premiera była w minioną sobotę!) i ma już bilet na raz trzeci.

Gdyby ten Marlowe dożył przynajmniej pięćdziesiątki, nikt by nie pamiętał o Williamie S. No, ale dał się Christopher zacukać i zostało po nim tylko parę lekko kontrowersyjnych sztuk.

(Przyrzekam uroczyście, że kolejny wpis będzie o seksie i/lub narkotykach, już nie będę was tą teatrozą męczyć).

Nights over Krakow

Wiecie, co najbardziej lubię w krakowskich piątkowo-sobotnich wieczorach?
To, że w tramwaju sunącym w kierunku Rynku pachnie tak ładnie, że aż nie chce się z niego wysiadać.
Inna sprawa, że jestem za stara na wychodzenie do miasta w piątkowo-sobotnie wieczory i w następujące po nich poranki wyglądam jak bardzo zasmucony mops. A czuję się jak moja gąbka do zmywania naczyń.

Mamy świetną azjatycką knajpę w Krakowie – Mr Lee’s. Nie wygląda zbyt specjalnie, ale oni tam naprawdę podają jedzenie jak 8000 kilometrów stąd, w bardzo przyzwoitej cenie. Pierożki cudowne.
Wysuwając pałeczki z papierowego opakowania pomyślałam, że czas zacząć oszczędzać na bilet. Czas wracać.

PS. Wspominałam, że kocham Hugo-Badera? Kocham. Posłuchajcie go. Oni wybrali takie życie. Każdy wybiera własne, to prawda. Spłakałam się, gdy mówił o Kowalskim, że został sam…

Powaga, wzniosłość, żałoba i ja

Bardzo mi się podoba marzec. Jeszcze go nie odczułam na własnej skórze, ale przez okno niezłe sprawia wrażenie. Pomijając może ten drobny fakt, że mój ulubiony marcowy kot niebawem będzie miał urodziny – i to takie, że ludzie tyle nie żyją. Nadal bezczelnie nie wygląda na swoje lata; może tylko ujmujących kurzych łapek jakby troszkę mu przybyło. Ale to przynajmniej zmarszczki od śmiechu.
W marcu będzie droga kuzyneczka i powrócona z daleka przyjaciółka, nowe perspektywy w pracy, Koriolan w kinie i mój bilet za jeden uśmiech, który wykorzystam raczej niemądrze. Bo plan jest taki. W piątek po robocie popędzę obejrzeć premierę Klątwy w Łaźni, wrócę do domu, wytrząsnę z torby niepotrzebne rzeczy i wrzucę potrzebne, o czwartej rano ustawię się w kolejce do kontroli granicznej, podróż – daj Boże – prześpię, na miejscu obskoczę trzy teatry; z ostatniego przedstawienia pognam nazad na lotnisko, by w środku nocy wrócić do ojczyzny i parę godzin później zjawić się nieskazitelna na bardzo ważnym (czy potrzebnym, to inna sprawa) spotkaniu. Jak nie dam rady, jak dam.
Trudno się dziwić, że moje śmigła kręcą się bardzo szybko i budzę się przed świtem.

Przeczytałam wczoraj tekst o tym, czy depresja jest potrzebna – gdybyście nie wiedzieli, jest – i na chwilę wszystko mi oklapło. Przywykłam już do tego, że mój chorobliwy optymizm jest, no właśnie, chorobliwy, a zadowolenie z tego, że słoneczko świeci i ptaszki kwilą bywa postrzegane jak swoisty rodzaj upośledzenia. Odbyłam dziesiątki dyskusji o tym, komu lepiej, kto mądrzejszy. Na ogół kapitulowałam, zagadana przez tych, co twierdzili, że życie jest ogólnie smutne, i tak wszyscy umrzemy, nasze miłości i tak od nas odejdą, po nic nam nasze przeczytane książki i obejrzane filmy, czym tu się podniecać i po co się starać, skoro wszystko w proch, pani kochana.
Trudno im odmówić racji – no bo owszem, życie jest smutne i wszystko w proch. Doskonale o tym wiem. Są w mojej głowie takie ciemne kąty, do których wolę nie zaglądać. I właśnie dlatego, że je mam – mam też świadomość, że jeszcze wiele ich przybędzie – cieszą mnie te ptaszki, te słoneczka, to, że przygrywa mi BBC Radio 6 (w którym, co właśnie odkryłam, ma swój program Huey z Fun Lovin’ Criminals – a jakiś dziwnie znajomy wydawał mi się ten piękny głos; swoją drogą polubiłam go jeszcze bardziej za to, co powiedział raz w wywiadzie: My safe and happy place is inside my own skin), że zaraz wyjdę do miasta i zjem obiad w dobrym towarzystwie. O prochu pomyślę innym razem. Nie dziś. Jeśli to wszystko i tak nie ma sensu, to niech chociaż nie ma go przyjemnie.

Wieczorem
Miasto odhaczone, obiad ledwo zmogłam, a wraz z rachunkiem dostałam lizaka, proszę bardzo.
DSC_0002_8
Kolorem tego roku ani chybi będzie różowy…
Miałam nieszczęśliwie dużo czasu do umówionego spiskowania przy winku, więc zalazłam do księgarni jednej, księgarni drugiej i weszłam w posiadanie Rough Guide po Londynie za 15 zyli (nie żeby był mi jakoś bardzo potrzebny, ale z drugiej strony czemu by nie mieć) oraz tomiszcza o dynastii Plantagenetów – jeśli nie dam rady przez nie przebrnąć, będzie mogło posłużyć jako narzędzie likwidacji ewentualnego włamywacza.
Lubię tę porę roku. Wreszcie odzyskujemy zmierzchy.
DSC_0005_6DSC_0009_5

Krak Uff

Szanowna osobo, która dotarła tu w poszukiwaniu niezobowiązujących randek w moim mieście – to miasto nazywa się KRAKÓW. KRAKÓW. KRAKÓW. PRZEZ Ó. Jeśli nie zapamiętasz, jak pisze się tę nazwę, nikt tu nie pójdzie z tobą do łóżka.
Załamuje mnie to.
Rozumiem, że można robić błędy w słowach niepopularnych, sama niekiedy mam wątpliwości, ale kurza melodia, KRAKUW? Czy z polską edukacją naprawdę jest tak źle?

Jeśli już o Krakuwiu mowa, to po raz wtóry ogromnie się cieszę, że tu właśnie spędzam lato. W Cavie, żując ślimaczki, zapijając winem, patrząc na niebo i migoczącą w dole rzekę.
Ślimaczki pyszne, jako i grzanie się w zachodzącym słońcu z kieliszkiem musującego.
A później pieszo wracam do domu. Gdy bardzo się rozleniwię, płacę 9 złotych za taksówkę.
Wszystkim przyjezdnym polecam zapuścić się w rejony niepopularne, na drugi brzeg, mój brzeg, który staje się miejscem, gdzie warto i wypada. Dodam, że gdy osiem lat temu kupowałam tu mieszkanie, znajomi odsądzali mnie od czci i wiary, bo było ciemno, pusto, podejrzanie i ohydnie.
Co nie zmienia faktu, że po raz pierwszy rozważam poszukiwania pracy poza moim grajdołkiem. A nawet na kontynencie. A nawet na wyspach obok. Myślę o zmianie klimatu na jakiś czas – nie na zawsze, raczej na rok-dwa. Nie mam pojęcia, jak się za to zabrać, ale chcę.

A wiedzą państwo, właściwie to znalazłam dziś wymarzoną pracę dla siebie.
Wyczytałam, że teatr we Wrocławiu ogłosił casting do roli w „Mistrzu i Małgorzacie”. Poszukiwani muskularni mężczyźni powyżej 190 cm wzrostu.
Otóż ja chcę przeprowadzać ten casting. Nie chcę wynagrodzenia, wystarczy zwrot kosztów podróży. Po namyśle stwierdzam, że chętnie sama zapłacę za bilet.

(9).

All my sisters with me

Wspaniały, spontaniczny przyjaciółkowy weekend. Naśmiałyśmy się do bólu brzuchów, rozgrzebały parę przykrych tematów. Z nimi można grzebać bardzo, bardzo głęboko, bo ma się tę cudowną świadomość, że cokolwiek się wydarzy, staną po mojej stronie. Opierdolą mnie bezlitośnie, jeśli będzie trzeba (przepraszam za wulgaryzm, ale to właściwe słowo), niemniej i tak staną po mojej stronie. Wieloletnia kobieca przyjaźń jest ponoć zjawiskiem rzadkim, a niektórzy zazdrośnicy twierdzą, że nieprawdziwym. Nic bardziej mylnego. To najmocniejszy z wszystkich moich związków. Oddałabym tym damom ostatnią koszulę, a gdyby którąś z nich ktoś skrzywdził, miałby bardzo przykre życie.
Rozkoszny, acz lekko nietrzeźwy spacer z Placu Wolnica do domu. Błyski fleszy na kładce, światła Podgórza przede mną, ciepły zmierzch, śmiechy i brzęk kieliszków, Wisła migocząca w dole. Przyglądam się temu jak turystka, myśląc, że mieszkam w pięknym, pięknym mieście. Wsuwam ręce w kieszenie, podgłaśniam muzykę w słuchawkach i nieśpiesznie, ale dumnie kroczę do moich 37 metrów kwadratowych.
Niedawno śmiano się z fatalnej – bo była fatalna – kampanii wizerunkowej Krakowa, w której sięgnięto po oklepane nowojorskie hasło: ‘to stan umysłu’.
Ale to prawda.
Kraków jest stanem umysłu.
Jest też miastem, w którym lepiej spędzać weekend niż żyć. Ale jakoś się dogadaliśmy.

Następnego ranka wstałam i zobaczyłam w lustrze Ahmeda Terrorystę.
Bo, państwo wiedzą, ciągle mam pewne kłopoty z jedzeniem. Niestety.
Trzeba mi jutro pójść na hamburgera. Albo na stek. Albo o, polecieć do Amsterdamu na frytki z majonezem. I tego surowego śledzia z cebulką… oj, ależ bym chciała. Kocham holenderskie śledzie z budki.
Do Amsterdamu nie polecę, ale w Londynie, który już za trzy tygodnie (choć wolę myśleć, że za dwa i pół) frytek mnóstwo przecież. Ciągle cieszę się jak dzieciuch na tę nieplanowaną wycieczkę. Wyciąg z konta przezornie wyrzuciłam przed otwarciem. Wiem – jest puste.
Zgrzeszyłabym ohydnie, narzekając na moje życie. Staram się codziennie o tym pamiętać.

Mam tak samo, jak ty

W Krakowie jest taka ulica, Poniedziałkowy Dół. Już kiedyś pisałam, że chciałabym tam zamieszkać.
Dziś czuję, jakbym mieszkała.
Wiecie, że sobie wróżę z radia, prawda? I dziś zapowiadało się świetnie. Włączyłam po omacku jeszcze, a tu jeden z moich ulubionych kawałków. I następny, i następny. O rety, pomyślałam, ależ to będzie wspaniały dzień.
Był. Był naprawdę uroczy.
Do chwili, gdy dotarłam do biura.
No, jak to w życiu, jak to w życiu.

Po weekendzie mam przemożną ochotę palnąć sobie długie kazanie, albowiem takie lenistwo powinno być karane grzywną. Tyle miałam planów. No dobrze, zmieniłam pościel, zrobiłam jedno pranie i obejrzałam jeden film w telewizorze. Notabene, uwielbiam oglądać Kraków w filmach. Jest taki czyściutki, odprasowany, dostojny. Wszyscy zamieszkują gustowne apartamenty w obrębie Plant, biegają w szpilkach po kocich łbach (autor tego pomysłu powinien sam kiedyś spróbować przejść się Sienną w tychże, to wrócimy do tematu), cały dzień boży pijają kawę na dachu Hotelu Starego oraz spacerują naprzemiennie Mostem Piłsudskiego i dookoła Rynku. Bardzo chciałabym obejrzeć kiedyś film, którego bohater mieszkałby – dajmy na to – w Bieńczycach, robił zakupy w pobliskim DH Wanda i dojeżdżał tramwajem do pracy w korpo. Bo gdy przyglądam się temu filmowemu Krakowowi, to myślę – ale ładne miasto, koniecznie muszę kiedyś tam pojechać.
A to, co ja ostatnio w tym Krakowie robię, przyprawia mnie o silne wrażenie, że kolejne połączenia nerwowe umierają mi w zapomnieniu, nieużywane. Odmóżdżam się, głupieję, a opary absurdu gęstnieją bezlitośnie. Czekam, aż zza rogu wyskoczy Michael Palin z norweską papugą.

Niemniej. Skoro wywróżyłam sobie z tego kłamliwego radia dobry dzień, to dzień musiał być dobry. Zakończyłam go zatem zakupem Nowej Warszawy (Stanisławę Celińską pod niebiosa wynosimy, ubóstwiam ją) i odebraniem paczki książek, ja już nie wiem, gdzie to wszystko będę trzymać. Moje mieszkanie składa się ze stert. Książki po prawej, płyty po lewej. I ze stojaków z winem. I z butów.
Gdy krążyłam po Empiku jak zgłodniały wilk, nastąpiło tak zwane WTEM. Wtem bowiem poczułam, że ktoś intensywnie mi się przygląda. Mężczyzna jakiś. Nie w moim typie, acz nie, żeby nie teges.
I wiecie, to też mnie wkurza.
Wkurza mnie to, bo powinnam pomyśleć – o, fajnie, gapił się na mnie, pewnie mu się podobam.
A myślałam – kurza noga, czy my się znamy? Nie, chyba się nie znamy. To pewnie mi się tusz głupio rozmazał. Wyglądam jak ostatni wycirus w tych trampkach. Włosy mi się posklejały. Nos mi się na pewno świeci. Gapi się, bo pewnie dawno nie widział nikogo z tak błyszczącym w oddali nosem.
Mam ciągły niedobór wiary w siebie, duży niedobór. Chciałabym czasem mieć nadmiar.