Love comforeth like sunshine

Odpoczywam. W sensie pasożytuję na rodzinie będącej przypadkiem w posiadaniu dmuchanego ogrodowego jacuzzi, które w obecnych warunkach atmosferycznych jest niczym zbawienie (nie żeby te temperatury były dla mnie jakąś nowością po urokach minionej wiosny). Kręgosłup zadowolony, ja stosownie zbrązowiała. Czytam bardzo grubą i bardzo ciekawą książkę, która prawie mi do tego dmuchanego ogrodowego jacuzzi wpadła. Ogromnie polecam lekturę – zanim kto przewróci oczami, że czytanie na leżaku o XIX-wiecznym teatrze to chyba trochę przegięcie, zapewniam, że to naprawdę wciągająca rzecz o tym, jak to wszystko wyglądało od zaplecza. Acz nadal moją ulubioną książką o historii miejsca bardzo nienormalnego pozostaje cudowny Shakespeare & Co. profesora Wellsa, zwłaszcza wątek o tym, jak to drzewiej zamożne panie widzki po spektaklu zamawiały sobie wybranego aktora do alkowy.
Skoro o tym mowa, o teatrze znaczy – słyszeli już zapewne, że bożyszcze kobiet i mężczyzn Hiddleston będzie robił za Hamleta we wrześniu w Londynie. Tylko przez trzy tygodnie i dla bardzo małej widowni, zatem loterię uruchomiono. Nęci mnie to umiarkowanie i nieszczególnie pasuje mi wrzesień (dziwna sprawa, ale mnie nie zapytali), niemniej mimo wszystko zapisałam się, a nuż. Cumberhamleta wszak wygrałam, acz com się namęczyła na tym spektaklu, to moje.

Dzięki możliwościom nasłoneczniania się przynajmniej trochę mniej tęsknię i nie wysyłam co godzina esemesów z pytaniem, czy już wraca. Gwoli ścisłości, i tak nigdy tego nie robię. Faktem jest jednakowoż, że tęsknię. W księżyc patrzę i w ogóle. On tak ładnie pachnie, on tak ładnie zmienia kanały w telewizorze, on tak ładnie dżinsy rozrzuca w miejscach, w których można się w nie po ciemku zaplątać i wywalić na pysk. Mam takie rzuty zakochu od czasu do czasu – jakby na co dzień było mało – i chyba właśnie mam jeden. Czytałam kiedyś pełen długich słów artykuł, z którego wynikało, że to niezbyt zdrowo, ale Bogiem a prawdą w nosie to mam. To przyjemne. No i to działa. Zwłaszcza że lato, a lato pod względem miłosnym od zawsze bardzo dobrze mi się kojarzy. Od lipca, gdy – lat temu ojojoj – siedzieliśmy sobie na podłodze mojego balkonu (dlatego na podłodze, że nie byłoby dobrze, gdyby ktoś nas zobaczył, już dość symbolicznie ubranych podówczas) i oglądaliśmy spadające gwiazdy, sącząc Gruener Veltliner, i kto musiał iść następnego dnia do pracy? Ale otóż ma się rozumieć, że ja. To stały motyw. Pamiętam jak dziś. Akurat dzień wcześniej wróciłam z urlopu wypoczęta, i gamoń i łobuz całą moją wypoczętość skutecznie zlikwidował, do tego stopnia, że gdy dotarłam do biura, usłyszałam od troskliwego kolegi: „Ty na wakacjach byłaś? A jakaś zmęczona wyglądasz”.
Letnie randki w morderczo wczesnych godzinach porannych również są klasyką gatunku i zawsze niecierpliwie ich wyglądam. Nic, zaprawdę powiadam, nic lepszego nie może się zdarzyć, niż gdy łapiecie byle ciuch, żeby tylko wciągnąć na tyłek, włosy mokre, twarz nieskażona makijażem (myśleniem też, bo kto o takiej porze sprawnie funkcjonuje?), a po dotarciu na miejsce już chcecie usiąść spokojnie na kanapie i złożyć głowę na jedynie słusznym ramieniu, gdy ktoś mówi:
– Poczekaj, wstań jeszcze na chwileczkę.
– Ale po co?…
– Chcę popatrzeć, jaka jesteś ładna.

Zawsze miał dobrą gadkę.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

My strongest suit

Bardzo rzadko ostatnimi czasy piszę o prywatnych sprawach, zwłaszcza tych, które mają związek z porywami serca i innych organów (może nawet bardziej tych innych) – ale dziś muszę. Jestem bowiem w nastroju nieco miłosnym, a że to mój blogasek i mogę na nim pisać o czym chcę, dam się wygadać sercu i innym organom (może nawet bardziej tym innym).
Wczorajszy dzień przebiegł zgodnie z oczekiwaniami, to jest rwałam włosy z głowy, wyjaśniając różnym zirytowanym ludziom, że nie ja podjęłam decyzje, o które mają pretensje, i że nie mam mocy, by te decyzje cofnąć. Posłaniec zawsze obrywa, wiadomo. Tu znowu chciałoby się napomknąć o tym, że dobrze jest być uprzejmym, że to popłaca ogromnie, w przeciwieństwie do bycia arogantem, ale niektórzy wyraźnie czują się lepiej, gdy w kogoś wystrzelą z grubej rury, jakby im obraził babcię. Tak czy inaczej, spodziewałam się, że będzie ciężko, więc włożyłam moją „szczęśliwą” sukienkę.
Lubię ją ogromnie. Ładna jest, zwiewna, barwna, nogi odsłania. Ma kieszenie, więc można schować ręce, gdy człowiek się denerwuje i nie wie, co z nimi zrobić. Spędziłyśmy razem wiele miłych chwil. Ta sukienka miałaby parę historii do opowiedzenia.
Tym samym, oczekując fatalnego dnia, a nie rozbieranej randki czy innych tam słodyczy, włożyłam tę kieckę i szłam w niej jak z tarczą.
Nie do końca pomogło, ale jednak czułam się lepiej. Bezpieczniej. Ze wszystkimi wspomnieniami, które ten skrawek szmatki niesie i w nadziei, że skoro tyle razy przyniosła mi szczęście, to może i tym razem przynajmniej troszeczkę mnie ochroni.
Sukienka to nasza zbroja czasem.
A najlepsze było to, że słodycze też dostałam, bo wieczorem moje męki zostały nieoczekiwanie wynagrodzone.
Obejrzawszy sobie z bliska pana i władcę, wpadłam w całkowity, obezwładniający zachwyt, jakbym go widziała po raz pierwszy. Znam go nie od wczoraj i również nie od wczoraj wiem, jak wygląda, ale nadal czasami odbiera mi mowę i robię wielkie oczy, i myślę, że mogłabym spędzić resztę życia, po prostu mu się przyglądając, a jeszcze chętniej – dotykając go. Kolega ma czterdzieści cztery lata. Przypuszczam, że od pewnego czasu trzyma w szafie swój portret. Ewentualnie żywi się krwią. Nigdy nie widziałam piękniejszego męskiego ciała, bardziej harmonijnej, sprężystej sylwetki. Zapewne upał i hormony robią swoje, ale…
Dobrze, już kończę, musiałam tylko podzielić się oszołomieniem.

Ale – skoro już ruszyłam temat pięknych mężczyzn, to o pięknych mężczyznach jeszcze słówko powiem, bo ku mojej ogromnej radości dotarłam do informacji, że bilety na niedzielne przedstawienia czegoś, co ogromnie chciałam zobaczyć, są w tym tygodniu tańsze o połowę. I akurat ta jedna, jedyna pasująca mi niedziela była na liście dostępnych terminów. Tak, wiem, wiadomość nie ekscytuje nikogo poza mną. W każdym razie potwierdza się moja teoria, że życie dąży do równowagi (a może to nie moja teoria, tylko jakiś komunał z hollywoodzkiego filmu?) i prędzej czy później musi wydarzyć się coś dobrego.
Wcale się nie dziwię, że toto zbiera takie entuzjastyczne recenzje. Ekhm.

PS Kto mi tam znowu brnie przez archiwa?… Proszę nie być nieśmiałym.

As far as the altar and no further

Za cztery tygodnie mam niby brać udział w najbardziej dotychczas wyrafinowanej imprezie w moim życiu.
Nie, nie będzie to mój ślub. Wszyscy wiedzą, co myślę o ślubach, zresztą wrócimy do tego za chwilę.
Co prawda moje branie udziału w tejże imprezie w gruncie rzeczy ograniczy się do wciśnięcia się wejściem dla pospólstwa, grzecznego siedzenia na widowni – być może gwizdania na palcach i wymachiwania bielizną przez chwilę – i ewentualnego wysączenia lampki wina, ale i tak wyglądać trzeba. Nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć.
W związku z tym nasza bohaterka przygotowała szatański plan, zakładający tęskne spoglądanie na świeże bułeczki, całkowity zakaz kalorycznych używek, sumienne truchtanie dookoła dzielni, chodzenie spać przed północą, wyrywanie sobie brwi itepe. Jeśli w najbliższych dniach będę zachowywała się jak ktoś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności poza byciem bezinteresownie wrednym, to wiedzcie, że będę w istocie kimś, komu odmówiono wszelkich życiowych przyjemności.
A co do ślubów. Otóż mój znajomy pochwalił się, że za pół roku zmienia stan cywilny. Tu ważna dygresja – mój znajomy nigdy nie przejmował się szczególnie wiernością i mimo pozostawania w narzeczeństwie już od jakiegoś czasu, korzystał skwapliwie z rozmaitych możliwości (co zresztą spowodowało przerwę w narzeczeństwie, z której nie wysnuł absolutnie żadnych wniosków). No, ale teraz twierdzi, że za pół roku koniec na dobre, bo ołtarz to jednak nie w kij dmuchał i gdy już przysięgę złoży, to koniec z grzechem.
Z pewnością.
Nie wierzę – najzwyczajniej w świecie nie wierzę w cudowne przemiany tego rodzaju. Nie lubię też przysięgania na coś, do czego przywiązuje się umiarkowaną wagę i ze świadomością, że przysięgi niekoniecznie się dotrzyma. Jeśli wiem, że coś nie jest moją bajką, nie czuję tego, nie nadaję się do tego, nie rozumiem zasad, podług których to działa albo rozumiem je dobrze, ale ich nie akceptuję, to po co w ogóle mam to robić? Ech.
To nie na mój mały rozumek, powiadam. Może lepiej wrócę do kompilowania obrzydliwie zdrowej diety przy dźwiękach odpowiednio do tej okazji smętnej muzyczki.

I must get my soul back from you

Nad ranem wraca. Staram się o tym nie myśleć za dużo, ale jednak gdzieś pod spodem, pod wszystkimi splątanymi warstwami to tkwi cały czas, 24/7, w wiecznym trybie czuwania – i czeka na właśnie takie okazje. Na czwartą rano, kapanie deszczu, chłód zza niedomkniętego okna. Wtedy cały ten głęboko zakopany ferment wyłazi na wierzch.
Naiwnością było przekonanie, że łatwo będzie to odchorować, przejść do porządku dziennego i udać, że nic nigdy się nie wydarzyło. Bo w gruncie rzeczy gdyby to się nie wydarzyło, nie byłabym tu, gdzie dziś jestem. Gdyby się nie wydarzyło, nie wiedziałabym tego, co wiem. Gdyby się nie wydarzyło, byłabym zupełnie innym człowiekiem i nie ma co ściemniać sobie, że to bez znaczenia.
A poza tym nikt nigdy tak na mnie nie działał. Z nikim innym nie czułam tej dziwnej mieszanki napięcia i rozluźnienia. Na niczyj widok nie czułam natychmiast, jak mi się wszystko w środku rozpływa – trochę z czułości, ale bardziej z oszałamiającego podniecenia, które mi odbierało rozum; z paraliżującego pożądania. Niczyj dotyk nie działał jak impuls elektryczny. Niczyjej skóry nie pamiętam tak dobrze. Żadne inne oczy, żadne inne ręce i tak dalej, wiadomo, nuda, piosenka znana ludzkości od zarania dziejów, choć podobno niektórym udaje się nigdy jej nie usłyszeć.
Być może to tylko projekcje umysłu przywykłego do wiecznego emocjonalnego haju, po czym nagle odciętego od tego swojego opium – ale mam przeczucie, że to wcale nie koniec tej historii. Któregoś dnia nastąpi kolejny zaskakujący bohaterów dramatu zwrot akcji.

Wiem, że już nie zasnę, więc wstaję, kawa, radio, gorąca piana, włosy, rzęsy. Zaraz minie. Zaraz się zapomni, bo trzeba będzie tyle ważnych rzeczy zrobić. I mija.
Tyle rzężenia o moich krętych dróżkach w życiu pozablogowym.
Z innych nowości – znowu toczę wewnętrzną walkę i tłumaczę sobie, że tak naprawdę to ja wcale czegoś nie chcę, zresztą byłoby głupie, nieodpowiedzialne i ogólnie rzecz biorąc, w telegraficznym skrócie: NIE. Autorka jest wielką miłośniczką spontanu, alleluja i do przodu, bo niby czemu odpuszczać wspaniały i pojawiający się znienacka pomysł wyjazdu z dnia na dzień, zarwania nocy przed ważnym spotkaniem lub wydania oszczędności przeznaczonych na zgoła inne cele, żeby pójść na koncert? Tym razem jestem już całkiem bliska wyperswadowania sobie impulsywnego przedsięwzięcia, ale wiem, że lada dzień znajdę sobie następną ciekawą fantazję do zrealizowania ASAP.

PS Pewna firma, której nazwy przez grzeczność nie wymienię, śmieci mi na Twitterze reklamami – cytuję – streetowego looku. Poważnie? Jestem utterylnie zbafflowana i zappallowana, honestnie. Tak, wiem, znowu się czepiam, ale już mnie bolą jelita od tych wynalazków.
Wybrałam przynajmniej zachwycającą metodę łagodzenia moich cierpień na wszystkich płaszczyznach.

PPS Gdyby paniom – i panom również – było dziś smutno, polecam rozważyć nabycie kalendarza. Znalazłam to przypadkiem (oczywiście), szukając czegoś innego (oczywiście). Wiedziałam, że wioślarstwo to efektowny sport, ale nie miałam pojęcia, że aż tak…

Do not swear by the moon for she changes constantly

Nie mam o czym pisać, droga redakcjo, ponieważ w przerwach pomiędzy odliczaniem godzin do urlopu odliczam minuty do urlopu. A jeśli zdarzy się chwila, gdy nie spoglądam na kalendarz ani zegarek, gotuję się na miękko w salach konferencyjnych.
Toteż w oczekiwaniu na wenę i przypływ wolnego czasu pokażę wam obrazek. Owszem, to jest to, co myślicie.
Te różowe wstążeczki – coś pięknego. Takie to jest ładne, że aż szkoda byłoby… no, sami wiecie.

Dwie noce pod ogromnym księżycem sprawiły, że budziłam się niepewna, czy się obudziłam. Sny miałam nieziemskie, zmysłowe i wyraziste. Co jakiś czas wyrywało mnie z nich jasne światło zza okien i siadałam na łóżku ogłupiała, nie wiedząc, gdzie jestem i gdzie podział się ktoś, kto przed chwilą tu ze mną był, no przecież był, jestem pewna. Nie?…

Panem et circenses

Mój grajdołek podziękował za olimpiadę.
I BARDZO DOBRZE.
Byłam przeciwna temu pomysłowi i cieszę się, że nie tylko mnie całe te igrzyska wydawały się kompletnym absurdem i nikomu niepotrzebnym zamieszaniem. Ponoć Podhale jest zdruzgotane i oburzone. Ciekawe. A rozbudowę zakopianki blokują. Nie dostrzegam w tym logiki, a miałam z niej na studiach piątkę (trudno uwierzyć, że niżej podpisana kiedyś taka mądra była, nie? Miałam swoje momenty. Dawno temu).
Wskutek cudownego plenerowego weekendu dziś znowu musiałam przejść na dietę. Przez najbliższy miesiąc zamierzam żyć powietrzem, ewentualnie miłością i jednym lub dwoma liśćmi sałaty dziennie.

Co do życia miłością – uświadomiłam sobie dziś, że w najbliższy piątek pęknie rocznica. W dodatku całkiem gruba. Kto by się spodziewał?
Pamiętam tamten dzień doskonale, jakby dopiero się zdarzył. Pamiętam wszystko – a przynajmniej tak mi się wydaje; może niestrudzona wyobraźnia podpowiedziała mi to, co zapomniałam, dośpiewała mi resztę.
Nadal jest dziwnie, chaotycznie i nie po bożemu, ale najważniejsze, że jest. Mam nadzieję lada wieczór głośno i intensywnie, ahem, obchodzić tę rocznicę.

Stick or twist – the choice is yours

Po przemyśleniu sweterek obleci. Widywałam gorzej ubranych.

Już mi się goją te rany po oparzeniach (mam tylko pobożną nadzieję, że gdy to stworzonko na mnie łypało, nie myślało tego; następnym razem postaram się być niewidoczna na tle ściany… jakim *^%$@ następnym razem?!) i mogę w miarę normalnie funkcjonować.

Tak czy inaczej, przeżywszy kilkadziesiąt godzin jako ogłupiała siedemnastolatka stwierdzam, że nie rozumiem, w jaki sposób ludzie przechodzą przez nastoletniość bez uszczerbku na zdrowiu własnym lub innych. Przecież to jest nie do zniesienia. Nie wiem, jak ja to przetrwałam poprzednim razem – zwłaszcza, że wtedy brałam wszystko bardzo poważnie; poczucie humoru u nastolatek jest towarem deficytowym, więc moje ówczesne życie składało się z ciągu straszliwych tragedii. Łatwo się domyślić, że te same ‚tragedie’ dziś sprawiają mi raczej uciechę.
Licealistką będąc, skwapliwie spisywałam moje niezliczone dramaty w pamiętniku. Nie muszę chyba mówić, jak wyśmienicie się bawię, wracając do tych zapisków po blisko dwóch dekadach. Nie zmieniło się tylko to, że wtedy też potrafiłam całymi dniami/tygodniami/miesiącami przeżywać jakiś słodki drobiażdżek, zupełnie jak teraz. Mimo wszystko uważam, że to zaleta. Nie chciałabym być cynikiem, który na wszystko wzrusza ramionami; wolę moje zawroty głowy, niezależnie od tego, z jakim zażenowaniem spogląda na mnie otoczenie.
Gdy miałam siedemnaście lat – to prawdziwe siedemnaście lat – kochałam się na zabój, okropnie, beznadziejnie w moim koledze z klasy. Sztampa, nie? Oczywiście była to miłość nieszczęśliwa, bo w tym wieku człowiek bardzo chce, żeby wszystko było jak w książkach i filmach, a to, co nie jest ponure i skazane na porażkę, jest obciachowe. Dopiero parę lat później zdajemy sobie sprawę, że nie trzeba celowo komplikować sobie życia, bo ono na 200% będzie regularnie komplikowało się samo. W każdym razie dumnie cierpiałam i wzdychałam – dodajmy, że koleś randkował z panienką chodzącą do klasy niżej, co uważałam za niebywały cios w moją godność.
Wystarczało, że zatrzymał na mnie wzrok, a już nie daj Bóg coś do mnie powiedział i leżałam zabita strzałą miłości jak u Morsztyna. To mi właściwie zostało do tej pory (co ty nie powiesz…), ale wówczas było o tyle gorzej, że moja umiejętność flirtowania plasowała się gdzieś na poziomie jądra Ziemi i nie przychodziło mi do głowy, że mogę na przykład uśmiechnąć się w odpowiedzi, niechby półgębkiem. Za to każdy taki epizod owocował czterema stronami raportu maczkiem we wspomnianym pamiętniku.
Raz mnie do domu odwiózł. Może nie były to najbardziej romantyczne okoliczności przyrody w moim życiu, ale słowa nie opiszą tych emocji. Migotanie komór i tak dalej, wszyscy to znamy (mam nadzieję). A później, pewnego dnia po prostu mi przeszło, znikło. Było i klik – nie ma. Nawet nie wiem, co on teraz robi.

A w sprawie wielebnego Saurona, co to stwierdził, że Kościół zrobił tyle, och tyle dobrego dla kobiet – ciekawam, jak ten pogląd ma się do takiego przejawu czystego dobra, jak Młot na czarownice na przykład.
Bardzo mnie zafrapowała jego wypowiedź o chuci rozpasanych europejskich mężczyzn, którzy muszą mieć seks nieustannie. Czy ktoś wie, gdzie ja ich mogę znaleźć?…

A bit of a smiler

Ostrzegam.
To jest ten moment, gdy należy wykonać z głośnym plaskiem facepalm i pośpiesznie zamknąć okno przeglądarki. Zróbcie to od razu, nim będzie za późno. Bo zaraz tu będzie taka budynioza, że was zemdli i stracicie resztki poważania dla mojej skromnej osoby, jeśli jakiekolwiek jeszcze macie.

Słowo wstępu dla niezorientowanych – otóż w lipcu minionego roku również byłam w Londynie. Tak się złożyło, że poszłam do teatru i nie wyszłam sobą. Z wrażenia aż się zgubiłam w drodze powrotnej do hotelu.
Gdy planowałam tę ostatnią wycieczkę z początkiem grudnia, nie miałam pojęcia, że jedna z atrakcji niespodziewanie okaże się dużo bardziej atrakcyjna ze względu na to, kto śmiało podjął się jej reżyserii. Dowiedziałam się tydzień przed wyjazdem i prawie spadłam z krzesła.
Że niby mam przesiedzieć parę godzin zamknięta w jednym pomieszczeniu z tą istotą? Motyla noga, musiałam zrobić coś bardzo dobrego w poprzednim życiu.
Po bajkowym, śnieżnym piątkowym wieczorze i sobocie spędzonej z obłędnym seryjnym mordercą nadeszła czarownie słoneczna niedziela. Nasza bohaterka przywdziała swój malinowy róż, wytuszowała rzęsy, wetknęła słuchawki w uszy i pomaszerowała w stronę światła, żeby sobie pooglądać. Przedstawienie. W pewnym sensie. A że dotarła na miejsce zbyt wcześnie (bo szła pieszo, zamiast jechać metrem i sądziła, że to dużo dalej), zajrzała jeszcze do Tate Modern i postawiła sobie lampkę wina w wielce przyjemnej knajpeczce w Sackler Studios. Właściwie to była szklanka, bo tam wino w szklankach podają. Dobrze robią.
Już kiedyś pisałam o tych performances with scripts, prawda? Ja wiem, to nie jest dla każdego interesujące, bo ludzie o zdrowych zmysłach nie spędzają niedzielnych popołudni, oglądając napisane 300 lat temu tragedie, na domiar szczęścia zainscenizowane w ciągu 5 godzin. Garstka niezdrowych płaci dychę, żeby sobie posiedzieć w kiepsko ogrzewanym, wątpliwej urody pomieszczeniu, w atmosferze dość familijnej i popatrzeć, jak aktorzy wzbijają się na wyżyny absurdu – to do złudzenia przypomina domową zabawę w teatrzyk – a obserwujący całe zdarzenie reżyser gryzie palce.
Dosłownie. Gdyby panie widziały, jak on sobie bezwiednie wkłada palec wskazujący do buzi i przygryza, o przyjdź Panie Jezu… To dopiero jest fascynujący spektakl, wszystkie te minki, próby naciągnięcia dolnej wargi na nos i szarpanie się za włosy. On jest przekomiczny.

Zwykle unikam miejsc w pierwszym rzędzie – panicznie boję się interakcji, bardzo się wstydzę. Byłam raz na przedstawieniu, świetnym zresztą, podczas którego protagonista wszystkie monologi wygłaszał do mnie; wyszłam zdeprymowana, zestresowana i potwornie zmęczona.
Szkopuł w tym, że tym razem nie miałam wyjścia, co skonstatowałam ze szczerym przerażeniem. Reżyser perfidnie ustawił krzesła dookoła. Przechodnie zerkający przez okna pewnie sądzili, że to jakaś cudaczna forma terapii grupowej. Niemniej tym sposobem bardzo, bardzo nieliczna publiczność widziała nie tylko aktorów, ale i siebie nawzajem.
Tym również sposobem przez blisko trzy godziny mogłam patrzeć na siedzące parę metrów dalej arcyurodziwe bóstwo, które było tak zafrasowane przebiegiem spektaklu pod jego batutą, że międliło zapamiętale swoje niedogolone policzki, wyrywało sobie grzywkę lub zarzucało nią zalotnie, marszczyło się na dwieście sposobów, szczypało w podbródek, czerwieniło jak panienka, chichotało zaraźliwie lub wybuchało wdzięcznym gulgotem, słało nieznośne uśmiechy i strzelało oczami do widowni, która bardzo wówczas cierpiała, bo czuła się, jakby jej przypiekano źrenice rozpalonym żelazem, a jednocześnie niebezpiecznie dryfowała w kierunku fazy plateau.
Koszmar.
Ten szczególny typ koszmaru, z którego bardzo nie chcecie się obudzić.
Tylko ten sweterek musi odejść. Przez grzeczność nie podlinkuję sweterka. Z drugiej strony z tak ujmującą powierzchownością to sobie można nawet w worku pokutnym paradować.

Owszem, byłam niesłychanie zajęta wymianą spojrzeń i zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób po wszystkim znalazłam się z powrotem w Camden, ale wbrew pozorom zarejestrowałam, o czym traktowała sztuka. No, mniej więcej (w dużej mierze dlatego, że przeczytałam ją wcześniej…). Była sobie owdowiała księżna, której wredni bracia nie pozwalali wyjść ponownie za mąż, więc postanowiła zrobić to w sekrecie – a potem wszyscy po kolei się wymordowali. Zapewne nie zdziwi was to, że podczas sceny straszliwej, podwójnej zbrodni i agonii zabijanych zgromadzeni kwiczeli ze śmiechu, łącznie z wykonawcami. I reżyserem, który siedział z twarzą w dłoniach i cały się trząsł, co rusz błyskając przez palce roześmianym czekoladowym okiem. Eee. O czym to ja? No, więc wszyscy się wymordowali, tylko księżna – inaczej niż w oryginale, taki mały twist – przeżyła, by wygłosić do kobiet monolog o tym, jak to nie należy pokładać nadmiernej wiary w facetach.
Święta Dymfno. Nie wiem, czy będę chciała zrobić to sobie jeszcze raz.
Chyba mam chorobę popromienną.

A teraz zapomnijcie o tym, co przeczytaliście. Wpis ulegnie samozniszczeniu za 5 sekund.

Dreams have only one owner a a time

O północy termometr w moim mieszkaniu wskazywał 28 stopni. Ja i moja bezsenność wiłyśmy się beznadziejnie w pościeli jak piskorze, równie zresztą mokre.
Ale potem zasnęłam.
I miałam niesamowity, cudowny sen.
Obudziło mnie mrowienie zdrętwiałych w szerokim uśmiechu mięśni twarzy. Moje ciało ogólnie sprawiało wrażenie dziwnie zadowolonego. Nie jestem pewna, co robiłam, śpiąc… Może lepiej nie będę się nad tym zastanawiać.
Uwielbiam, gdy śnią mi się randki. Czy mogę mieć takie sny co noc, proszę? Albo czy choć ten jeden mógłby się spełnić?
Szkopuł jedynie w tym, że obiecałam sobie być dziś nadzwyczaj produktywna i doprowadzić do końca parę ważnych spraw. Jakoś tego nie widzę, nie z tak figlarnym nastrojem.

Sny, mam wrażenie, utrzymują nas w jako takim zdrowiu psychicznym. Przez te krótkie minuty możemy mieć, kogo chcemy i co chcemy. Zastanawiam się tylko, czemu nigdy w snach nie latam, choć wiadomo, że obsesyjnie kocham powietrze. Cóż. Póki za zamkniętymi powiekami znajduję uroczych kochanków, nie ośmielę się narzekać.
(Nawet kopiec jakoś przestał mi się śnić ostatnimi czasy).

Chłodzę się za pomocą tego słodkiego głosu. Co i państwu serdecznie polecam.

What grows best in the heat: fantasy, unreason, lust

Bardzo żałuję, że Jeffrey Eugenides tak rzadko wydaje książki. Intryga małżeńska jest fantastyczna, a niektóre wątki doskonale zgrane z tym, co obecnie dzieje się w moim życiu.

Troszkę mamy ciepławo, co?
Upał działa na mnie w dość specyficzny sposób.
Gdy jest naprawdę gorąco, temperatura moich myśli również rośnie. Raczej gwałtownie. Mam wówczas wrażenie, że dymię. W głowie mi tylko jedno.
Dwa lata temu urządziliśmy sobie lipcowe śniadanie – w pewnym sensie – z panem i władcą. Żar lał się z nieba już o szóstej rano. Przyjechałam do niego całkowicie sauté, bez bielizny, makijażu, z mokrymi włosami. Otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka, złapał za ramiona i skierował do sypialni. Wpadliśmy wówczas w absolutny szał, narobiliśmy mnóstwo hałasu. Przypuszczam, że było mnie słychać w całym budynku. Ludzie próbowali w spokoju jeść niedzielne śniadania, szykowali się do kościoła, a my im przeszkadzaliśmy. To było szalone, wściekłe i wspaniałe.
Nie mogliśmy później zasnąć, było zbyt gorąco – kiedy wreszcie się udało, obudziło mnie uczucie powolnego gotowania się. Okazało się, że pan i władca w półśnie bardzo starannie przykrył mnie kołdrą. Po nos.
Wspominam to dziś z rozrzewnieniem. Mam pogłębiające się problemy z koncentracją.
Gdy tylko skończy pracę, zadzwonię doń. Jeszcze sześć długich godzin.

Lubię następnego ranka czuć na dłoniach i włosach zapach męskich perfum. Bardzo lubię.

A propos – czytajcie książki, ludzie. Czytanie sprawia wiele radości. Dużej radości

Susie got your number, Susie ain’t your friend

Uwielbiam, gdy ktoś, kto zna mnie od lat, spogląda na mnie i zamiast powitania wali prosto między oczy:
– Coś ty znowu zbroiła?

Niestety.
Gdy kontrolę nad moimi poczynaniami przejmuje panna Hyde, natychmiast to po mnie widać. Ten cholerny szelmowski uśmiech. Nie potrafię zmyć go z twarzy.
Mój przyjaciel twierdzi wszak, że z nim wyglądam najlepiej. Seksownie ponoć nawet.
Tenże przyjaciel 48 godzin temu wprowadził mnie tylnym wejściem na koncert rockowy i krzyknął do frontmana: ‚Hej, musisz ją poznać!’.
A miałam pójść spać – w każdym razie próbować spać – przed północą. Miałam nie wychodzić z domu.
Spokojnie. Zachowywałam się nad wyraz przyzwoicie.

Weekend był, przyznaję, nieznośnie treściwy. Musiałam odreagować bóle dni powszednich i zastanowić się, co chcę robić dalej.
Nadal nie wiem, ale lepiej znosić tę niewiedzę z poczuciem, że za plecami stoją wierni pretorianie.
Bo przyjaźń, psze państwa, jest sprawą wielce trudną, ale najcenniejszą pod słońcem.

In vain have I struggled

Cudowna pogoda, śniadania w kawiarni na Stolarskiej, zakupy na Kleparzu („małosolne chcesz, kochanie, takie bardziej czy mniej złapane?”), wieczorne tsinandali. Rozwiane włosy i gołe łydki. Tak to ja mogę codziennie. Na wszelki wypadek przełączyłam telefon w tryb samolotowy, by zyskać pewność, że absolutnie nikt nie będzie mnie niepokoił. Krewni i znajomi królika wiedzą, jakimi kanałami z królikiem się kontaktować.
Gdy szłam rano do miasta, na szczycie Kopca Krakusa trwała ślubna sesja fotograficzna. Z oddali państwo młodzi wyglądali jak cukrowe figurki na torcie.

Pozwolę sobie jeszcze na chwilkę wrócić do Jane Austen. Obiecuję, że to już ostatni raz.
W wersji telewizyjnej Dumy i uprzedzenia pojawiła się pewna scena, której nie ma w powieści. Dzięki tej scenie niezbyt wcześniej znany aktor stał się bożyszczem kobiet po obu stronach Atlantyku – oraz Bridget Jones.
Jak wspomniałam, sceny nie ma w książce. Nie ma jej również w adaptacjach teatralnych.
Przynajmniej nie było do wczorajszego wieczoru. A że publiczność wytrwale się domagała…

Teraz rozluźnimy sobie trochę mięśnie twarzy. Panowie nie klikają.
Wersja 1995. Nuda, rzekłabym.
Wersja 2013. Komentarz zbędny. Replay.

Jak pisałam w piątek – mnie się uwodzi poczuciem humoru.

To ostatnia porcja budyniu. Wybaczcie mi go. I doceńcie, bo to naprawdę mógł być Bieber…

Always laugh when you can, it is a cheap medicine

Właśnie mija tydzień, odkąd sączyłam na widowni gin w rosnącej nadziei, że pewne boskie stworzenie potknie się i spadnie prosto na mnie. Ależ ten czas zachrzania! Trzeba by chyba znowu dokądś pojechać?

Po tym, co wyprawiałam tu ostatnimi czasy, nie podejrzewam, by ostał mi się choć jeden czytelnik płci męskiej.
Niestety muszę napisać, że przez dwa ostatnie dni znowu zachwycałam się pięknym, roześmianym młodzieńcem. Absolutna rozkosz. Nie dość, że powabny jak cholera, buzia i tors prosto z reklam Armaniego, kolor oczu zniewalająco błękitny – to jeszcze kipi energią i ma takie poczucie humoru, że co rusz zwijałam się ze śmiechu. Mężczyzna, który potrafi przyprawić mnie o dotkliwy ból przepony, ma we mnie gorliwą fankę po wsze czasy.
Zwłaszcza, gdy tak serdecznie śmieje się z samego siebie.
Nigdy bym nie przypuszczała, że mój zakład jeszcze czymś mnie zaskoczy, a tu proszę, takie ciacho.
Jeśli o mnie chodzi, następny piątek również mogę spędzać, gapiąc się na przystojnego faceta. Mogę tak spędzać wszystkie piątki, aż kopnę w kalendarz. Droga opatrzności – rozważ proszę.
Zauważył, że przyglądam mu się z niedyskretną aprobatą, bo w pewnym momencie poczułam i na sobie zaciekawione spojrzenie. Posłaliśmy sobie kilka szerokich uśmiechów.
Dodajmy, że popołudnie minęło mi na tweetowaniu z jednym z moich ulubionych muzyków. Wymienialiśmy poglądy w temacie japońskich toalet… Rzeczywistość łatwo przerasta fikcję.
Owszem, dzieją się sprawy różne, niektóre brzydkie, ale powtarzam, narzekanie na moje życie byłoby wielkim grzechem. Uwielbiam je ostatnimi czasy.
Chyba zaczynam rozumieć, jak to działa.
Życie pokochane odwdzięcza się miłością.

I dlatego mało co tak wkurza mnie w ludzkim zachowaniu, jak kokieteryjne narzekactwo w stylu – mam takie wspaniałe życie, tak mi się wszystko udaje i czemu jestem taki nieszczęśliwy
Bo za dużo myślisz, człowieku.
Gwoli ścisłości – nie mam tu na myśli rzeczywistej depresji, która może zdarzyć się i komuś wiodącemu cudownie udany żywot, ale nieustające pojękiwania z kanapy. Och, ach, gdzież sens mojego życia. Nie wiem, no. Rusz dupę i wyjdź z domu go szukać.
Owszem, też mi nieustannie towarzyszy poczucie wiecznego niedosytu – i czasem wkurwia mnie, frustruje, ale przecież ono właśnie mnie napędza. To moje paliwo.
Wiem, łatwo mi mówić, bo należę do tych bezrozumnych istot, dla których szklanka zawsze w połowie pełna. Odkąd pamiętam, jestem ortodoksyjną optymistką lubiącą sięgać po to, co jej się akurat zamarzyło. Miks Pollyanny i Holly Golightly, tańczący do upadłego na balu nad bale, szybujący beztrosko. Usłyszałam kiedyś, że optymizm jest cechą ludzi głupich. Możliwe, ale wolę być głupia w ten sposób, niż nieustannie grzebać w sobie w poszukiwaniu nowych problemów i powodów do niezadowolenia. Po cóż wpuszczać sobie pod skórę taką truciznę?…

Computer says no

Wystarczy opisać link słowem ‚penis’ – i pada rekord kliknięć. Świntuszki!

Nawiasem mówiąc, wskutek zbudynienia moja playlista na YouTube nosi już wyraźne znamię zaburzeń kompulsywno-obsesyjnych.
Ale jak się oprzeć, jak się oprzeć, panie powiedzą?
She just glides effortlessly through life with such a hearty love for it – hej, to przecież o mnie!
Dość. DOŚĆ.

Z innej natomiast beczki – nadchodzi koniec świata. Szok i niedowierzanie.
Pan i władca sprawił sobie smartfon.
Byłabym mniej zdziwiona, gdyby Korea Północna pogodziła się z Południową.
Muszę tu nakreślić tło. Otóż pan i władca broni się zapamiętale przed nowymi technologiami. Jest raczej zacofany pod tym względem. Sądzę, że niejedna emerytka jest sprawniejsza komputerowo.
Unika zwłaszcza tych technologii, które ułatwiają interakcje z innymi ludźmi, bowiem ludzi to on akurat do szczęścia nie potrzebuje. Facebook – nie chce. Twitter – nie wie, co to jest. Prywatną pocztę sprawdza, gdy mu się przypomni, więc pisanie do niego ma znikomy sens. A jednak on żyje. Jako tako funkcjonuje w społeczeństwie. Ma się dobrze. Nawet ma znajomych.
Dotychczas upierał się, że lansiarskie zabawki do niczego mu niepotrzebne. Telefon ma dzwonić (ale lepiej, żeby nie robił tego zbyt często), wysyłać esemesy i od czasu do czasu zrobić zdjęcie. Na mój zawsze spoglądał podejrzliwie, choć któregoś wieczoru jął się nim bawić i wyraźnie go to wciągnęło. Wiadomo – mężczyźni lubią przedmioty, które mają guziczki, świecą i można je rozłożyć na części.
Tak czy inaczej, kolega wreszcie poległ i został dumnym posiadaczem gadżetu, za pomocą którego mógłby wysłać rakietę w kosmos.
Jak łatwo się domyślić, jest absolutnie zafascynowany. Tylko patrzeć, jak zainstaluje sobie Instagram lub też będzie nawalał w Angry Birds pod biurkiem w pracy.
On tak ma. Gdy już czymś się zainteresuje, dostaje całkowitego pierdolca, tylko o tym mówi i tylko to robi.
Jak ja.

Skoro już o nim napomknęłam.
Coś mi się zdaje, że jednak nie zostanę beztroską poligamistką. Ani też nie wymienię chłopa na młodszy model (chyba, że Oakes zadzwoni… och, nie ma mojego numeru, quel dommage). Wystarczyła jedna krótka rozmowa, żebym sobie uświadomiła, że już od dawna pozamiatane, nie będzie żadnych romansów, żadnych rewolucji, żadnych kolacyjek na boku. Bardzo to wszystko przyjemne i łechce moją próżność, ale wiem, że nic z tego nie będzie. On i długo nikt. Nie jest doskonały, właściwie to niezgorszy gamoń i dziwak, ale dla mnie jest w sam raz. Nikt inny nie budzi we mnie tak silnych emocji.
W dodatku z upływem czasu stajemy się coraz bardziej do siebie podobni (oczywiście nie w znaczeniu, że zarost mi się sypie czy coś).
No i, co istotne, to przepiękny gamoń i dziwak.
Tak, wiem, na pożądaniu nie buduje się związków.
Ale mam ten pogląd tam, gdzie nie sięga wzrok. Jeśli coś działa, nie naprawiać.

The only one who could ever reach me was the son of a preacher man

Trudno mi w to uwierzyć, ale wróciłam z ramionami i łydkami czerwonymi od słońca. Z Wielkiej Brytanii!

Postaram się, żeby ta notka była o teatrze, ale nie wiem, czy mi się uda. Bogiem a prawdą – nie sądzę.

O tym, że jest w Londynie takie miejsce, dowiedziałam się przypadkiem. Nie wymienia się go jednym tchem z tutejszymi atrakcjami, a moim zdaniem należy. Bo jest to teatr wyjątkowej urody, okolony gęstą zielenią, z naturalną, kwitnącą i pachnącą słodko scenografią. Publiczność sączy drinki na widowni (Lavender Fizz! rewelacja, choć w tej sytuacji ów zdradliwy napitek powinien nazywać się raczej Lavender Fitzwilliam…) i trzyma się za ręce w blasku zachodzącego słońca. Czasem gdzieś zaśpiewa ptak. A gdy zapada zmierzch, w porośniętym bluszczem foyer rozbłyskują setki maleńkich lampek, romantyzm do siódmej potęgi. Przedstawienie natomiast kończy się w całkowitych ciemnościach. Oszołomionemu i lekko wstawionemu widzowi trudno później odnaleźć drogę do hotelu, zwłaszcza, że Regent’s Park zajmuje ładnych parę hektarów, 166 dokładnie. Klimat, powiadam, czarowny i niezapomniany.
Powinniśmy mieć taki zakątek w Krakowie. Teatr na wolnym powietrzu to świetna sprawa.

Tylko że to nie była Duma i uprzedzenie.
W każdym razie nie dla mnie. To była Udręka i ekstaza.
Teraz, państwo wybaczą, pokażę miękki brzuszek. Uprzedzałam przecież, że będzie notka a’la Belieber.

Nie jest to teatr, który najbardziej lubię, choć oglądało się to przyjemnie, w cudnych okolicznościach przyrody. Neurotyczny mr Collins w pończoszkach na cieniutkich łydkach – przezabawny. Ot, gustownie i z przymrużeniem oka zaserwowana klasyka. Ale, skoro już o tym mowa, jest w tym spektaklu coś, co sprawiło, że przez blisko trzy godziny ani razu nie zamrugałam.
‚Coś’ to nie do końca stosowne określenie.
Jedno tylko słowo opisuje stan głębokiej hipnozy, w którym się znalazłam.
Oakes.

Chryste Panie, jaki on jest piękny.
On jest doskonały.
A widziałam go z dokładnie takiej odległości, jak na zdjęciu powyżej, więc wiem, co mówię. Olśniewające stworzenie.

Rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się absolutny zachwyt czyjąś urodą – może trzy, cztery razy dotychczas (innymi słowy, raz na dekadę), natomiast jeśli już mi się zdarzy, tracę rozum. Tym razem, gapiąc się na to cudo stojące metr ode mnie, wystylizowane na ożywiony XIX-wieczny portret, poczułam, że zaraz będę potrzebować tlenu. Rozejrzałam się po pobliskich rzędach, zajętych w 80 procentach przez kobiety – każda z nich miała na twarzy taki sam wyraz tępego szczęścia, jakby właśnie zobaczyła zorzę polarną.
Uwielbiam u mężczyzn taki trochę niewinny, trochę szelmowski półuśmiech. To nigdy nie wróży nic dobrego, ale łapię się na to natychmiast. W ogóle lubię ludzi, którzy uśmiechają się w ten sposób, bo sama to robię. Szelmy są fajne.
I te oczy. Niby wolę niebieskie, ale on ma oczy szczeniątka. Spójrzcie tylko.
(Swoją drogą, Matthew Macfadyen też jest niczego, oj niczego sobie, bardzo charyzmatyczny i to jego rrrrr, i też grał Darcy’ego; i boski Rufus Sewell w tle – mogłabym to oglądać wciąż i wciąż, przepiękna zresztą scena).

Niemniej w tych oczach jest coś dziwnego, jakaś taka niepokojąca żarliwość. Niby urocze to szczeniątko, ale coś z nim nie tak. Ten wzrok może wzbudzać stany lękowe. Nic dziwnego, że koleś ląduje głównie w rolach psychopatów, którzy w opiumowo-syfilitycznym szale torturują nastolatków, a następnie prowadzą urzekające konwersacje z własnym penisem. Albo poją ludzi kwasem akumulatorowym. Albo podpalają niedoszłą narzeczoną (bogowie, ten koń, ta pochodnia…). Albo oblizują się niedwuznacznie z własną matką – i żeby tylko to… – by później udusić ją za pomocą szmacianej lalki należącej do swojej trzynastoletniej, regularnie maltretowanej żony. To już nie jest przepiękna scena, ale proszę bardzo.
A najgorsze, że zamiast plwać na ekran, przyłapujecie się na perwersyjnej nadziei, że ten świr w kolejnej scenie znów się pojawi i zrobi komuś coś okropnego.
Intrygującego smaczku jego choremu emploi dodaje fakt, że papa tego młodzieńca jest w istocie pastorem. Co to śpiewanie w kościelnym chórze robi z człowiekiem… Swoją drogą, wyobrażacie sobie dorastanie w takim miejscu?

Tu jest wręcz – rzekłabym – rozczarowująco grzeczny, nikogo nie dręczy, choć i tak to wycofany, nastroszony, przeraźliwie bucowaty Darcy. Ani jednego uśmiechu. Tylko się snuje i łypie wymownie tymi czekoladowymi oczami, i z rzadka palnie coś uroczo kąśliwego. Przy całym swoim powabie to osobnik, którego nie chcielibyście zaprosić na obiad, chyba że lubicie, gdy ktoś patrzy na was jak na coś, co mu się przyczepiło do fraka. W którejś recenzji pojawiło się określenie creepier version of Colin Firth. Cóż, na pewno głos ma lepszy – Firth skrzeczy jak kapłon, no przepraszam bardzo, ale to prawda. Może sobie mieć Oscara, cudne loki i ganiać w mokrych koszulach, ale gdy się odzywa, czar pryska. Ten młody tymczasem ma soczysty, dźwięczny, chrapliwy wokal. Amen.
Poza tym, że to wypisz, wymaluj bóstwo, zdolny też zeń chłopiec. Zdjęcia tego nie oddają, ale potrafi ledwo dostrzegalnym grymasem wyrazić całą gamę paskudnych uczuć. To była najpiękniejsza pogarda, jaką w życiu widziałam.
Yours et cetera, Darcy.
Przedstawienie za kilka dni przejdzie do historii, ale gdy bóstwo weźmie się za coś nowego, natychmiast robię rezerwację, przysięgam.

I uwielbia folk, i chciałby mieć berneńczyka. No, to już jest naprawdę sam budyń, lukier i toffi – facet, który marzy o berneńskim psie pasterskim, nie o szybszym samochodzie, prywatnym odrzutowcu ani graniu w FC Barcelona, nie, panie sobie wyobrażą, on by chciał pieska.
Westchnęła nasza bohaterka, po czym grzecznie wsiadła do samolotu i wróciła do domu. Do Londynu leci jednak ponownie w lutym. Wtedy wszak z powodu innego przystojnego mężczyzny.

Tak sobie kombinuję w szale uniesień, że skoro to aktor (i reżyser) głównie teatralny, to trzeba wymyślić w Krakowie kolejny festiwal, żeby go zaprosić. Albo o. WIEM. Zróbmy go jurorem Boskiej Komedii. Boska Komedia ma przecież międzynarodowe jury. Tak, trochę młody jest, ale kształcony, da radę. Ja go z wielką chęcią oprowadzę po mieście, świetnie oprowadzam po mieście. Bardzo dużo pokazuję, bardzo. Niektórym bardziej.
Może lepiej tu postawię kropkę.

Udajmy teraz, że ja tej notki nigdy nie napisałam, a państwo nigdy jej nie przeczytali.
Och. Dizzy blur of ecstasy.

Idę do kąta, płonąć ze wstydu.
(Ciekawe, czy ktoś z KBF-u czyta mój blog).
((Żartowałam)).
(((Ale jakby co, to był mój pomysł))).

Pull up, pull up

– Masz… dziwne oczy – mówi nagle.
WTF?
– Yyy. Hm. Dzięki. Jestem krótkowidzem, a tu jest ciemno, więc pewnie mam ogromne źrenice.
– Nie, nie. Chodzi o kształt. Masz niezwykłe oczy, nigdy wcześniej takich nie widziałem. Niewiele pamiętam z naszego pierwszego spotkania, ale te oczy zapamiętałem. Piękne. Ty w ogóle jesteś piękną kobietą.

Uśmiecham się, ale w głowie słyszę wyjący alarm, TERRAIN AHEAD, TERRAIN AHEAD.
Tak spokojnie, leniwie szybowało mi się przez życie i nagle wpieprzyłam się w potężny cumulonimbus.

2. Karty pokładowe wydrukowane, co jakiś czas zerkam na nie w ekstazie, choć z niedowierzaniem.
Nawiasem mówiąc, zapewne wkrótce będę drukować kolejne, bo Wizz właśnie ogłosił otwarcie połączenia do Tel Awiwu, w którym jestem beznadziejnie zakochana.

Flirting with disaster

Baba wzięła się za twarz, uprawia kurcgalopek dookoła przedmieścia, z żalem spogląda na węglowodany i smętnie chrupie rzodkiewkę. Wprowadziła system kar i nagród. Dotychczas system lubił być upraszczany do samych nagród. I komu to przeszkadzało…

Radio dziś rano mówiło o technikach podrywania. Słuchając jednym uchem, zamyśliłam się nad kawą (z chudym mlekiem, toż to godności ludzkiej urąga – ale co poradzę, mam takie dziwactwo, że czarną umiem wypić tylko w domu, z własnej maszynki; na mieście, w gościach i w pracy zawsze z wybielaczem). Wielkie nieba. Dotarło do mnie, że nie podrywałam nikogo od, uwaga, uwaga, pięciu lat.
Pięciu lat.
A tamten podryw, sprzed pięciu lat właśnie, był dość niestandardowy. Trudno właściwie powiedzieć, kto kogo uwiódł – tak czy inaczej, sprawy potoczyły się lotem błyskawicy i zanim się zorientowałam, byłam całkowicie obezwładniona. Do tej pory uważam, że siły wyższe maczały w tym palce.
I to był ostatni raz, gdy bawiłam się tymi klockami.
Byłam w tym dobra za młodu. Może tylko trochę zbyt śmiała, bo nigdy nie udało mi się zrozumieć, dlaczego to mężczyzna ma mnie zdobywać, a ja mam pokornie siedzieć, czekać i dostawać rozległego zawału serca przy każdym piśnięciu nadchodzącej wiadomości. Nie nadaję się na księżniczkę w wieży. Co więcej – nie znoszę niejasnych sytuacji, gierek, podchodów, zachodzenia w głowę, czyj teraz ruch. Tym samym wielokrotnie przejmowałam inicjatywę, z powodzeniem nikłym lub ogromnym. Pomimo kilku żałosnych wtop wierzę, że lepiej próbować. Można wygrać.
Owszem, to przyjemne, ale niekiedy myślę, że byłoby o tyle prościej i zdrowiej, gdyby całe polowanie sprowadzało się do czegoś w stylu – ty mi się podobasz, ja ci się podobam, chodźmy do domu.
Mimo wszystko cieszę się, że to już nie moje buty, przynajmniej chwilowo nie. Bez dwóch zdań przybyłoby mi siwych włosów, gdybym miała znów grać w te rozmówki – a często tu bywasz? a czy może masz pieska? co robisz w wolnych chwilach? ach, nie masz wolnych chwil… Za chińskiego boga nie chciałabym ponownie przechodzić przez cały ten rytuał uśmiechów, spojrzeń, wieloznacznych dialogów i zamartwiania się, że mija trzeci dzień, a on nie dzwoni. A może mu się nie spodobała moja sukienka. A może jednak ma inną. A może powiedziałam coś nie tak. A może jednak ma inną. A może jest gejem. A może jest popaprany. A może ma inną.
Pomyśleć, że pakujemy się w to na własne życzenie, w ciemno na ogół, bez planu, bez nadziei czasem nawet. Lecimy jak rasowi kamikaze.

Dziś usłyszałam, gdy wracałam do domu, oglądając się co chwila na pięknie zachodzące słońce. Pasuje do wątku.

Is someone getting the best of you?

Słowa się ze mnie wylewają i znowu – czego od dawna mi brakowało – mam ochotę nieustannie zapisywać to, co widzę i słyszę, notować na serwetkach, biletach, wszystkim. I to głównie mnie zajmuje. To – oraz powolne przygotowywanie gruntu pod zmiany rozmaite. No i piękny, który wysysa ze mnie masę energii, ale do jego – nazwijmy to – wampiryzmu już przywykłam, to dla mnie dość stymulujące, zmusza do wysiłku. Dobrze też robi mi to na głowę, bo nie mam siły ani ochoty na roztrząsania z gatunku ‚czemu żyję, dokąd zmierzam i dlaczego jestem mną, a nie kimś innym’. Wyrosłam już zresztą z uporczywego doszukiwania się czarnych dziur w raczej pastelowej rzeczywistości. Jest dobrze, to jest dobrze. Mogłabym oczywiście przyjąć metodę przez wiele lat ulubioną i popadać w dziesiątki kieszonkowych depresji, ale daję słowo – nie chce mi się.
Nie układa się wcale cudownie, niemniej mam zbyt dużo powodów do radości, by pierdoły rozdmuchiwać do rozmiaru życiowych tragedii.
Szczerze pisząc, te powody nie są jakieś wielkie. Ale też nie potrzebuję fajerwerków, wystarczy mi, że oglądamy film, gnieżdżąc się w jednym fotelu. To nie jest najważniejsze ze wszystkiego, co mam – są inne równie istotne sprawy, inni podobnie bliscy ludzie – ale jest ogromnie cenne i przypuszczam, że gdyby ktoś kazał mi wybierać pomiędzy takimi wieczorami a splendorem, pasmem sukcesów i samospełniających się marzeń, wysłałabym go na drzewo szorstkimi słowy.
Złość szkodzi urodzie, a uciecha blogom, bo wiadomo przecież, że najwięcej do powiedzenia mamy wtedy, gdy nas żyzń parchata boli i uwiera. Toteż chwilowo do powiedzenia mogę mieć mniej i będą mi państwo musieli to wybaczyć.

Gdy po nocy zarwanej w tym nieszczęsnym fotelu jadę do pracy z twarzą nieco zmiętą i walczę z sennością, gapiąc się na kurniawę za oknem, w głowie układa mi się nowy pomysł na podróż. Bardzo dobry i podniecający pomysł, choć jest to miejsce, o którym przewodniki Lonely Planet (swoją drogą niezmiennie uważam, że to wydawnictwo szczytem przereklamowania jest, ale niekonsekwentnie kupuję) nie rozpisują się ekstatycznie. Nikt tam nie jeździ, bo niczego tam nie ma. Takie właśnie okolice lubię najbardziej. Wiatr, przestrzeń, samotność. Oto ja, nieustraszony zdobywca zadupi.

Ach, i zapomniałabym dodać – Rachid Taha nową płytę wydał. To naprawdę bardzo ważna wiadomość.

Breathe out so I can breathe you in

Zastanawiam się czasami, czy któregoś dnia opuści mnie uczucie przyjemnego ściskania w żołądku, czy przestanę chichotać do telefonu jak nastolatka, a potem nerwowo gadać do siebie, tuszując rzęsy, postukiwać obcasem, jadąc taksówką przez ciemne i opustoszałe miasto. Właściwie nie powinnam już osiem razy sprawdzać w lusterku, czy mi się szminka nie rozmazała – i tak za kwadrans śladu po niej nie będzie – nie powinnam warczeć, że w tym sweterku wyglądam grubo ani przejmować się odrastającymi brwiami. Nie powinnam wbiegać po schodach z wrażeniem, że zaraz mi serce wyskoczy. Nie powinnam czuć napięcia jak przed pierwszą randką, gdy człowiek chudnie z emocji, a tuż przed godziną zero zachodzi w głowę, czy przypadkiem nie byłoby zdrowiej odwołać w cholerę i dożyć kresu swych dni jako stara panna, ale za to bez stresów. Nie powinnam, bo zdaniem naukowców to tylko reakcja chemiczna, po paru latach poziom hormonów opada i cześć pieśni. A ja ciągle czuję się, jakbym znała go od dwóch miesięcy, choć te dwa miesiące minęły po wielokroć.
Powinnam za to przewracać oczami, gdy uruchamia nie zawsze pasjonujący strumień świadomości. Powinnam wkurzać się, że czasami chrapie. Czasami nie odpowiada natychmiast na esemesy. Czasami się wymądrza. Czasami zachowuje nieprzewidywalnie. Używa za dużo brzydkich słów i bałagani. Musi mieć ostatnie słowo. Miewa swoje męskie chimery i nagłe przypływy ułańskiej fantazji. Uparty jest nieznośnie. I tak, rozrzuca skarpetki.
A jednak budzę się o piątej rano i przez godzinę gapię się na śpiące obok stworzenie, które niezmiennie – odkąd pierwszy raz je zobaczyłam – wydaje mi się najpiękniejszą i najbardziej fascynującą istotą pod słońcem.

Siła nośna

Mogę udawać intelektualistkę, osobę nadzwyczaj uduchowioną, głęboką i skomplikowaną, ale prawda taka, że baba ze mnie prosta jak konstrukcja cepa.
Niewiele trzeba, żeby mnie postawić na nogi. Wystarczy mówić do mnie miło i łagodnie, później potraktować mnie trochę szorstko, a później znów mówić miło i łagodnie. Banał, dzięki któremu ludzkość jeszcze jakoś trzyma się na świecie. A nawet jest jej coraz więcej.
Jeden wieczór i oto znów jestem sobą.

Mogłabym w nieskończoność słuchać tego słodkiego pomrukiwania w półśnie. Niezmiennie ufam, że któregoś poranka ze spokojem ciśniemy w ścianę oboma budzikami i będziemy wylegiwać się przez cały dzień. Któregoś poranka, ale jeszcze nie tym razem. O szóstej musiałam zwlec się z łóżka i podreptać do dentysty, który tym razem zadziwił mnie tańcowaniem wokół fotela z zapaloną zapałką. Wolę nie wiedzieć, do czego była mu potrzebna. Spodziewam się, że następnym razem będzie mnie okadzał ziołami. Gdyby nie te efekty specjalne, pewnie bym zasnęła i zapisała się w annałach przychodni jako pierwsza pacjentka, która przycięła komara z wiertarką w ustach.
(Wyczytałam po fakcie, że jakąś tam substancję potrzebną w moim leczeniu trzeba podgrzać, ale doprawdy mógł chłop uprzedzić – gdy ktoś zbliża się do was z ogniem, to jednak wzbudza pewne podejrzenia, prawda?).

Człowiek jednak jest trochę głupi w swojej wierze, że będzie szczęśliwy i spełniony KIEDYŚ tam, gdy zdarzy mu się cud, gdy stanie się coś wielkiego, co odmieni całe jego życie. Siedzi skapcaniały, czekając, aż ten cud nadejdzie, aż wreszcie jego dni nabiorą rumieńców i wszystko będzie jak w powieści. Siedzi i nie widzi, że ta powieść właśnie się pisze – codziennymi drobiazgami, które łatwo przeoczyć, do których się przyzwyczaiło, a które sprawiają, że jest po co oddychać. Jednocześnie napędzają i chronią przed bolesnym upadkiem. Trochę jak skrzydła.
Tylko gdybym o tym pamiętała, gdybym tak bardzo nie lubiła siadać i czekać na wielkie rzeczy…

Sleepy head get out of bed

Mężczyźni najbardziej podobają mi się wtedy, gdy odwieszają na kołek zbroję, wyłączają tryb wojownika, luzują krawat, mierzwią włosy, rozsznurowują wypastowane buty, ściszają dudniący głos. Oczywiście lubię oglądać się za wymuskanymi rycerzami, ale Bogiem a prawdą, nie ekscytują mnie tacy szczególnie, a na pewno nie sprawiają, że serce zmienia mi się w ciepłą galaretkę.
Galaretka zjawia się, gdy widzę takiego wieczorem w domowych pieleszach, z włosami wilgotnymi po prysznicu, rozciągniętego leniwie na kanapie. Albo gdy budzę się rano, a obok leży jakaś mumia owinięta szczelnie kołdrą (kradzioną mi bezczelnie przez całą noc, jakby nie wystarczyło spychanie mnie na podłogę). Mumia przeciąga się ze słodkim uśmiechem, jeszcze w półśnie, a później kontrolnie wystawia spod pierzyny różową piętę, wygrzebuje się z pościeli z buzią skrzywioną, bo jakże to, że już trzeba wstać – o, wtedy jestem oczarowana. Uwielbiam patrzeć, jak facet bladym świtem snuje się po domu rozczochrany, jakby piorun w niego strzelił, chrupie swoje muesli zagapiony bezmyślnie w okno, na wszelkie pytania odpowiada pomrukiwaniem i sprawia wrażenie najłagodniejszej istoty pod słońcem. Przynajmniej przez parę chwil, zanim ostre poranne powietrze zdmuchnie z niego resztki snu, zanim pancerz znów się zamknie.

I ani chybi stara się robię, bo te poranki i wieczory sprawiają mi radość większą od wszystkich scen wyjętych z kiczowatych filmów.

Znam ludzi, którzy tracą zainteresowanie życiem damsko-męskim, gdy kończy się etap tokowania, gdy przestaje się udawać znawcę win i miłośniczkę ręcznie szytych pończoch, świetnego kitesurfera i boginię wypieków, a przedrandkowa sesja w łazience z godziny skraca się do kwadransa. No bo wtedy robi się zwyczajnie. A zwyczajnie – to nudno.
Dla mnie ta zwyczajność jest wspaniała, nawet wzruszająca trochę. Jest właśnie tym, czego potrzebowałam. Bo efektownych monodramów widziałam już dość i dość ich zagrałam.

Your body is a wonderland

Kiedyś byłam dzielna, że aż strach. A teraz – parę dni przymusowo nikłego kontaktu robi ze mnie beznadziejną galaretę, gapiącą się smętnie w okno i wzdychającą co trzy minuty. Tęsknię. Ciało mi tęskni. O ile łeb można czymś zająć z lepszym lub gorszym skutkiem, o tyle lędźwie nie dają się zwieść. One chcą i już. Chcą zaraz.
Zda mi się, że cielesne zgranie uzależnia najbardziej ze wszystkiego. Gdy jedne i drugie ramiona, szyje, biodra, uda i stopy dogadują się jakimś przedziwnym językiem, nie całkiem świadomym, dopasowują się, przyklejają do siebie, jakby od zawsze dobrze się znały, jakby miały wspólne połączenia nerwowe – nie chce się robić niczego innego, a już na pewno z nikim innym. Niby to tylko czynność, męcząca i niezbyt estetyczna, niby tylko zaspokajanie naturalnej potrzeby, a jednak nabiera, bardzo państwa przepraszam za egzaltowany słownik, mistycznego wymiaru. To jedyny człowiek, którego nie umiem nie dotykać – natychmiast wyciągają mi się do niego ręce, nie potrafię grzecznie siedzieć obok. Ja, rasowa niedotykalska, kleiłam się od pierwszego ‚cześć’. I gdy trzeba przez jakiś czas osobno pobyć, łatwiej uspokoić myśli niż jakoś uciszyć, zagłuszyć, odsunąć od siebie ten głód, pospolity fizyczny dyskomfort.

Toteż zajmuję sobie wytrwale czas. Jutro na ten przykład idę do teatru na wesołe przedstawienie. Sama w to nie wierzę jako wielka miłośniczka spektakli, po których czuję się, jakby ktoś mną podłogę wytarł – ale gwoli ścisłości, nie jest tak, że ja tylko poważam serbski dramat, Krystiana Lupę, Sarah Kane i sześciogodzinne wiwisekcje; na takim Testosteronie rżałam aż miło, ale rżenie nie dotyczy wersji filmowej, przy której sen mnie morzył. W sobotę planuję wreszcie obejrzeć Za-Mieszkanie. Ugotuję sobie coś dobrego, poukładam bieliznę, dokończę parę niedoczytanych książek, byle do przodu, byle jakoś dociągnąć do godziny zero.

A że życie nie znosi próżni, obudził się wielbiciel.
– Ten dekolt to dla mnie?
Jasne. Dream on, jak śpiewał Aerosmith.
Technika zimnej ryby nie działa, a bardziej obojętna (żeby nie rzec – obcesowa) być już nie mogę. Bliska jestem wejścia na ścieżkę zareklamowania się jako osoba odmiennej orientacji, choć doświadczenia w temacie mam raczej skromne. Obawiam się jednak, że i taki sygnał nie spłoszyłby tego akurat zalotnika. On wszystko bierze za dobrą monetę. Kiedyś wyobraził sobie, że marzę o płomiennym romansie z nim i trwa w tej wierze.

Eye of the beholder

Spóźniam się.
W moim cudacznym przeświadczeniu spóźnienie jest właściwie równoznaczne z byciem o czasie, lubię wszędzie zjawiać się wcześniej, inaczej denerwuję się, że ktoś będzie na mnie czekał. Za trzydzieści sekund dziewiąta wciskam zatem nerwowo guzik windy – człowiek ma taką głupią nadzieję, że ona dzięki temu przyjedzie szybciej – w drodze poprawiam potargane włosy, rozplątuję szalik, biegnę korytarzem w poszukiwaniu właściwych drzwi, naciskam klamkę, uff.
– Dzień dobry – sapię.
– Dzień dobry – słyszę.
I czuję, jak moje kolana zmieniają się w drgającą galaretkę.

Proszę pana, niech pan do mnie takim głosem nie mówi, bardzo proszę, bo zemdleję.

Zauważam wokół siebie mężczyzn obiektywnie przystojnych, ale większość z nich zupełnie na mnie nie działa. Ładni, no. Popatrzeć można. Istnieje natomiast pewien typ, który rzuca mnie na deski, paraliżuje i wpędza w stan wielkiego niepokoju.
Dotychczas spotkałam tylko trzech takich. Trudno o nich powiedzieć, że mają urodę hollywoodzkich amantów – jeśli już, to raczej urodę artystów pijających absynt i szkicujących akty kochanek na serwetkach, z przydługim włosem gustownie rozwianym (zwykle celowo) lub przeciwnie, związanym ciasno i odsłaniającym twarz, a dokładniej piękny rzymski profil. Gdy się uśmiechają i wokół jasnych oczu pojawiają się wachlarzyki drobnych zmarszczek, widać, że bliżej im już do czterdziestki, może nawet mają ją za sobą, ale to jedyne w ich wyglądzie i zachowaniu, po czym można by zgadywać wiek. Wszyscy mają w sobie coś, czego nazwać nie potrafię, a co jest niebywale zmysłowe. Uprzejmi, ale zachowują dystans, nie bratają się zbyt łatwo. I każdy z nich ma oszałamiający, głęboki, lekko schrypnięty baryton, mówią starannie, z namysłem, elegancką polszczyzną, nie terkocząc, nie połykając końcówek, wiedząc znakomicie, gdzie wetknąć staroświeckie określenie, a kiedy zakląć siarczyście.

Wielkie nieba, jak ja się męczyłam.
W pewnej chwili złapałam się na tym, że pod dyktando brudnych myśli odgrywam cały repertuar gestów tyleż znaczących, co oklepanych, z nawijaniem włosów na palec, kiwaniem nóżką, gładzeniem się po dekolcie i całą tą żałosną orkiestrą. Facet musiałby być ślepy i głuchy, żeby tego nie zauważyć. Natychmiast wyprostowałam się na krześle, rączki nobliwie złożyłam na podołku. Gapiłam się nie całkiem dyskretnie na wyrzeźbione muskuły prężące się pod koszulą, starałam się odpowiadać z uśmiechem i swadą, gdy o coś zagadnął, ale gryzłam się w wargę, by tych uśmiechów za dużo nie było.
– Inne spojrzenie jest bardzo cenne. Właściwie powinienem był powiedzieć: kobiece.
Po wszystkim wróciłam do domu i zasypiałam z myślą o tym, co zawsze, ale prawda taka, że bardzo dobrze zrobił mi ten dzień. Flirt jest zdrowy, potrzebny jest, a nawet inspirujący.
Ale o inspiracjach innym razem. Mam bowiem przeraźliwą potrzebę wyjścia z domu i pomaszerowania przed siebie w dzisiejszym wietrze. Mam też parę nowych wniosków, które muszę obrobić w głowie, żeby ruszyć dalej.

You can’t get too much love

Już zasypiam, gdy kręci się po mieszkaniu, gasi światła, płucze kieliszki. A później wsuwa się w pościel i przyciska mnie do siebie tak mocno, że ledwo mogę oddychać.

Nic nie rozumiem, ale też rozumieć nie muszę, bo jest mi dobrze tak, jak jest.
Dość to ironiczne, bo ostatnio zewsząd słyszę o końcu miłości, wielkim zlodowaceniu, utracie zdolności wchodzenia w bliskie relacje, uczuciowych substytutach, słabych mężczyznach, neurotycznych kobietach i tak dalej – a sama akurat dziarsko zmierzam pod prąd, choć może nie wygląda to wszystko podręcznikowo i w tle nie majaczy kreacja a’la beza.
I majaczyć nie będzie.

Życie dąży do równowagi, muszę więc stawiać czoła porankom, wyplątywać się z pościeli, z uścisków, zbiegać po schodach i pędzić do spraw niewesołych. Trochę zbyt często w ciągu dnia czuję, jak kurczy mi się boleśnie żołądek, a twarz kamienieje w sztucznie wyrozumiałym uśmiechu. Zbyt często kusi rozwiązanie problemu z przytłaczającym stresem za pomocą jednego, zwięzłego dokumentu z zamaszystym podpisem. Na to jednak ciągle brakuje mi odwagi. Kiwam tylko głową i przygryzam wargę, żeby nie wybuchnąć, bo jak przystało na zodiakalnego Byka jestem bardzo spokojna, póki nie doprowadzi się mnie do szału. Wtedy leniwe grzebanie kopytkiem ustępuje oszalałej furii.
Nerwowy skurcz mija, gdy przypadkiem w radiu słyszę coś, co sprawia, że zagapiam się w przestrzeń z głupim uśmiechem. Niech mi ktoś powie, że znaki i palce boże nie istnieją. To skąd radio wie, która piosenka błogo mi się kojarzy?…

O, a wysłuchanie tego numeru w drodze do domu to najlepsze, co mi się dziś zdarzyło. Przynajmniej na razie.
Swego czasu przy okazji porządków w domu znalazłam kasetę z Ho. Na wkładce podpisała się cała kapela. Boleję, że nie zachowałam dla potomności.

B-o-o-o-ring

– Przepraszam pana, ale to nie tędy.
– Jak to nie? Tutaj jest numer dwa. Numer trzy powinien być zaraz obok.
– Ale nie jest. Musimy podjechać pod numer sześć i zaraz za nim będzie numer trzy.
– Bardzo proszę. Czterdzieści dwa złote.
– Słucham?…
– Czterdzieści dwa.
Zmięte w ustach przekleństwo, szelest papierka, trzaśnięcie drzwiami, piśnięcie domofonu.
Czego to człowiek nie zrobi dla zarwanej nocy, podkrążonych oczu, obolałych mięśni i nieszczególnie lekkiego kaca (wino po północy w dzień roboczy to zły pomysł).
To wszystko coraz bardziej wymyka się spod kontroli, właściwie mnie już się wymknęło. Gdy obudziłam się rano – zbyt wcześnie rano, w takie dni człowiek nie powinien wstawać z łóżka – dotarło do mnie, że chociaż wiele, wiele razy w życiu traciłam dla kogoś głowę wraz z całą zawartością, to nigdy aż tak. Trochę mnie to przeraża, a trochę zachwyca. Tym samym przyprawia o niezgorszy rozstrój emocjonalny, nie bardzo wiem, czy się śmiać, czy płakać, a ochotę mam na jedno i drugie.
Zabawne, że czasem przypadkowe spotkanie może wywrócić wam życie do góry nogami i sprawić, że nic już nie będzie jak dawniej.

I tak, wiem, nudzę niemożebnie, bo gdyby chociaż był żonaty, gdyby nie chciał na mnie spojrzeć, gdyby nie odbierał telefonów, walczył z nałogiem lub zazdrosną eks, był mitycznym popaprańcem emocjonalnym (no, może troszkę…) albo gdyby uczepił się mnie jak rzep psiego ogona – a tu masz, wszystko się zgadza, wszystko na swoim miejscu, z wyjątkiem mojej bielizny, bo nie udało mi się jej rano znaleźć, a że byłam już tragicznie spóźniona, to poleciałam bez. No i bardzo dobrze.

Take me down to the paradise city

Zazdroszczę, że rano taki świeżutki i energiczny, podczas gdy ja próbuję przerobić dementora wyglądającego z lustra na kobietę. Od pół roku rzadko udaje mi się przespać więcej niż sześć godzin. Powinnam zalec w pościeli z rumiankiem na oczach albo też wyjechać na samotny urlop w miejsce pozbawione jakichkolwiek atrakcji i tam w błogiej nudzie dochodzić do siebie.
Tylko że ja na urlopach i tak wstaję o siódmej, albowiem szkoda mi dnia. Masochistka.

Podobno dokądś wyjeżdżamy, ale nie wiem, dokąd; pan i władca pytany tylko się uśmiecha w swym zalotnym stylu kota z Cheshire, może być to zatem zarówno Trzebinia, jak i Wyspy Salomona.
W każdych innych okolicznościach sytuacja, w której nie miałabym kontroli nad wydarzeniami doprowadzałaby mnie do szału.
Próbowałam sobie przypomnieć ostatnią romantyczną wycieczkę. Epoka kamienia łupanego. Ówczesne słońce mojego życia wynajęło samochodzik i pojechaliśmy do Walii. Walia jest przepiękna, pusta i górzysta, krajobrazy tolkienowskie – i gdyby nie to, wspominałabym ów wyjazd jako beznadziejnie zmarnowany czas.
Zaczęło się od tego, że udaliśmy się do agencji wynajmu samochodów, gdzie miły najpierw objaśnił, iż potrzebuje możliwie najmniejszego pojazdu (bo oszczędny chłopiec z niego był), a potem zdziwił się bardzo, gdy kobieta za ladą zażądała odeń dwóch dowodów tożsamości. Wróciliśmy zatem do kwatery głównej szukać dokumentów, a później nazad, ale zrobiło się za późno, by dokądkolwiek jechać, więc cała impreza została przełożona na kolejny dzień. Świetnie. Kolejnego dnia cali w emocjach wyruszyliśmy na wycieczkę.
I wtedy się okazało, że ktoś, kto miłemu dał prawo jazdy, cierpiał niewątpliwie na pomroczność jasną lub inne zaburzenia percepcji, albowiem miły kompletnie nie umiał prowadzić samochodu. Całą drogę przejechałam, trzymając się niedyskretnie fotela i przymykając oczy na każdym zakręcie. A ja – jak wiele kobiet – lubię dobrych kierowców.
Gdy zobaczyłam Snowdon, oczywiście zapragnęłam zdobyć. Miły pokręcił głową, że nie lubi chodzić po górach, ale może mi pokazać jeszcze parę miasteczek.
Parę miasteczek. Fantastycznie.
W drodze powrotnej dwa razy się zgubiliśmy, a raz na drodze pojawiło się stado nieśpieszących się donikąd owiec.
Dzień później odleciałam do Polski, żeby nigdy więcej nie wrócić.

Mam dziwne, ale dość jasne przeczucie, że teraz będzie inaczej.
Nawet, jeśli się okaże, że to jednak Trzebinia.

Nie będzie mnie głowisia bolała

Miałam cudownych gości i świetnie się z nimi bawiłam, a do tego dostałam popisowe limoncello, po którym już niestety śladu nie ma.
Powtórzę – bardzo, bardzo lubię takie tygodnie.
Dziś tylko trochę łepek mam otępiały. Oj, zapracowało się na to, zapracowało.

Odpisuję dziarsko na wszystkie te wiadomości, co mi lowelas nasłał. Tak, wiem – normalni ludzie przeżywają takie historie we wczesnym liceum i w pierwszym miesiącu amorów.
T9 rządzi się własnymi dziwacznymi prawami, przywykłam już, że zamiast słowa ‚winko’ uparcie proponuje mi ‚zioło’ – ale dziś, gdy chciałam napisać ‚nago’ (owszem, z rzadkimi wyjątkami jesteśmy monotematyczni do bólu), słownik wzbił się na wyżyny i zasugerował, że chciałabym użyć raczej słowa ‚nagumowali’.
Ja w życiu niczego nie nagumowałam i nie wiem, o co chodzi, nagumowali może państwo coś kiedyś? Albo komuś?

Można tu się zastanowić, czy aby autorka nie ma poważniejszych zmartwień albo chociaż jakiejś małej neurozy w zanadrzu.
Otóż nie. Nie stwierdzono. Nawet za dobrze nie pamięta, kiedy ostatnio płakała. Jej świat bardzo zmalał, ciaśniej się w nim zrobiło, wątków jakby mniej, co drodzy czytelnicy z pewnością zauważyli. Sypia spokojniej, choć krótko. Czasami tylko z tyłu głowy pojawia się drobna myśl, że może to wszystko złuda, fantom, widmo, którego niepotrzebnie się uczepiła. Pojawia się, ale natychmiast znika.
Jasne, autorka nie jest znowu tak całkiem pozbawiona zaburzeń. Fiksacji na ten przykład dorobiła się pięknej. Dosłownie – pięknej.

Otwieramy wciąż okna, w każdym oknie samotna

Ze zdumiewającą regularnością zakopuję się w pościeli tuż po dwudziestej pierwszej, obiecując sobie solennie, że tylko przeczytam parę stroniczek i spać – po czym istotnie, zasypiam, tyle że około drugiej i niekoniecznie w tym samym łóżku, w którym uprzednio się kładłam.

Dopiero środa, a ja już jadę na oparach.

Przy okazji przekopywania sieci w poszukiwaniu informacji o Izraelu trafiłam też jakimś cudem na legendarne forum o egipskich lowelasach. O, święta Rito.
Ja to trochę rozumiem. Kobiecie brakuje różowych słówek i figli na plaży o zachodzie słońca. Tęskni za tym, żeby facet sadził jej komplementy. Czasami zwyczajnie potrzebuje pieprzenia, bez różowości i słońca zachodów. I kiedy wreszcie zjawia się taki, co wodzi za nią rozognionymi oczami – czemu by nie skorzystać. Do tego punktu wszystko jest dla mnie jasne. Ciemnieje i rozmywa się, gdy znienacka na scenie pojawia się wielka miłość, gdy dziewczę pokornie wspiera finansowo lubusia i gorąco wierzy, że któregoś dnia on się z nią ożeni – akurat z nią, nie z tym tuzinem chędożonym pomiędzy jednym a drugim żarliwym esemesem. Ale znowu – wiem, jak można potrzebować męskiej uwagi i jak wiele można sobie wmówić, na jak wiele przymknąć oko, żeby tylko ta słodka bańka mydlana trwała nieco dłużej.
Przy tym wszystkim moje miłosne historie to doprawdy nuda. A ile się nasłuchałam, żem naiwna, oględnie mówiąc – niezbyt mądra, daję się wykorzystywać i tańczę, jak mi chłop zagra? Tylko, kurza stopa, bardzo krętymi dróżkami wchodzimy w (ro)związki międzyludzkie i z boku nie zawsze widać lepiej, w co tak naprawdę ten czy ów się wpakował. Bywa, że to, co nam wydaje się kuriozalne i/lub tragiczne, innemu bardzo odpowiada. Bywa też oczywiście, że to naprawdę jest kuriozalne i/lub tragiczne, ale wykładanie tego osobnikowi, który chwilowo ma dość zaburzony ogląd świata, to przecież próżny trud.

Tyle wymądrzania – na więcej dziś nie mam siły, a trzeciej kawy wypić już nie mogę.

Dodam jeszcze tylko, że na festiwalu Unsound będzie pan Kleks i tym samym chyba się szarpnę na bilet, choć termin imprezy niebezpiecznie zazębia sie z moim urlopem. A wiosną urlop znów będzie mi potrzebny, bo potnę się suchą bułką, jeśli tego nie zobaczę.

As plain as the nose on your face

Gdy miałam trzynaście lat, ściany mojego pokoju były dokładnie zalepione plakatami idoli. Wolę się nie przyznawać, kto mi skradł serce za młodu, bo umarliby państwo ze śmiechu. Bardzo lubiłam się podkochiwać i tak mi zostało.
Teraz już plakatów nie mam, ale mam zdjęcia. Nie na ścianach, skitrane w folderku. I jak tamta trzynastolatka wzdycham do nich, przesuwam palcem po ledwo dostrzegalnym cieniu zarostu, po niewinnym uśmiechu, koszuli, do której przytulałam się niedawnego wieczoru, słuchając miarowo bijącego serca.
Kicz, lukier, wata cukrowa, majtkowy róż i żenada.

Różnica między kiedyś a teraz jest taka, że z fotografii uśmiecha się do mnie już nie wypomadowana gwiazda, ale najzupełniej zwyczajny facet, nie z drugiej strony świata, ale zza mostu. Emocje za to zostały takie same. Zwyczajny czy nie – w moich rozmaślonych oczach to i tak dzieło sztuki, cud i obiekt dziewczyńskich snów.

Dobrze chociaż, że nie dorobiłam mu w fotoszopie amorków fruwających wokół głowy.
Nie udało mi się ustalić, dokąd wiosną zwiał mój rozum, ale nie tęsknię za nim, choć przypuszczam, że niebawem ludzi w pobliżu rozbolą zęby od mojego zbudynienia i egzaltacji właściwej raczej licealistce. Co mi tam. Jeśli kto ma ochotę przewrócić oczami, bardzo proszę.

Dzięki temu, że świecę z daleka, inni mężczyźni obdarzają mnie komplementami – nawet ci, którzy dotychczas jakoś nieszczególnie mnie zauważali – i to jest, że tak ostrożnie powiem, przyjemne. Chętnie przyjmę więcej. Obawiam się tylko, że przez to będę jeszcze dłużej zbierać się do wyjścia z domu porankami, kombinując, czy odcień tuszu do rzęs konweniuje z torebką.

(A poza tym – niech już będzie jesień, koncerty i premiery, bo nie mam co robić i jak widać, ogromnie skupiam się na sobie. No, poniekąd na sobie).