Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

Ludzie skorzy do słowa, cóż ta ludziom obmowa, cóż im kogo na gębie mleć?

Miałam dziś pisać o czymś innym, ale rzeczywistość ma to do siebie, że lubi od czasu do czasu zwrócić na siebie uwagę.

Doszły was zapewne słuchy, że Teatr Powszechny wystawił sztukę, o której natychmiast zrobiło się głośno. Jak Bozia da, obejrzę za dwa tygodnie, to wam opowiem, czy w istocie takie dobre – i czy w istocie skandaliczne.
Tak czy inaczej, pewien oburzony widz nakręcił fragment, który następnie upublicznił. Pomińmy może fakt, że ani to zachowanie kulturalne, ani legalne, można jednak założyć, że widz ów nigdy nie słyszał o prawach autorskich, a nieśmiertelnej prośby o wyłączenie telefonów komórkowych nie usłyszał. Jeden z posłów, znany z zamiłowania do kąpieli w jacuzzi na wysokościach, obejrzał i złożył zawiadomienie do prokuratury, ponieważ spektakl zawiera scenę seksu oralnego ze stopą. Seks oralny ze stopą. Tak, mnie też coś się nie zgadza, ale mniejsza o to. Zbulwersowani obrońcy moralności w reakcji na oburzające sceny (czy też ich urywki, nie wiem, nie widziałam) postanowili wypowiedzieć się na profilu Teatru.
Zatem oddajmy im może głos. Ich słowa mówią bowiem dużo. Bardzo dużo. Nie wymagają chyba również komentarza, więc po prostu tak je zostawię. Dodać należy, że to wszystko napisane pod własnymi imionami i nazwiskami, z profili ilustrowanych uśmiechniętymi zdjęciami ze ślubów i chrzcin, z dumą i podniesionym czołem. Pisownia oryginalna.
„Pies was jebał”.
„Czy naprawdę nikt nie może się zmobilizować, kupić z obrzydzeniem bilet a potem wejść na scenę i w ramach happeningu artystycznego zbutować któregoś „aktora” albo wytrzeć reżyserowi ryj o podłogę?”.
„Do całej ekipy, zwłaszcza aktorów – jesteście SZMATAMI!!! Jakim trzeba być zwyrolem, żeby w ogóle zgodzić się zagrać w czymś tak OBRZYDLIWYM!!!”
„Pytanie mam: w jakim bajzlu ssały pałki aktorzynki z tego szamba zanim stały się aktorzynkami?”. (Jedenaście lajków pod tym wpisem).
„Jesteście żałosnymi skurwysynami”.
„To nie aktorzy,tylko produkt uboczny,ale takie coś to powinno być utopione zaraz po narodzinach”.
„Porno dla lemingów. Żenada nazywana sztuką. A leming pójdzie popatrzeć na kopulację i powie ze obcuje z kulturą”.
„Dość płacenie Pasożytom Pieniędzy.na ten Teatr który nic nie wkłada naszą Historie tylko ją niszczy.wyrzucić Aktorów tam do Izraela wypierdalać tam jest wasze miejsce”.
„Pasożyty przez nich upadł.Rzym Babilon Bizancjum i inne cywilizacje bo robili sodomie i gomorę”.
„Przyćmić to GÓWNO jest w stanie jedynie spektakl z udziałem belzebubich pomiotów, odgrywających scenę samoutopienia w przysłowiowej piekielnej smole……..”.
” Z takimi ryjami to tylko psychiatryk”.

No? I co wy na to?

Owszem, rozbawiło mnie zauważone tu i tam nerwowe domaganie się, by ujawnić nazwiska twórców. O ile wiem, na ogół są jawne. Na plakatach je drukują i tak dalej. Z tego można się pośmiać. To, co powyżej, niepokoi mnie bardzo. Smuci. Sprawia, że mam ochotę poczłapać do osiedlowej Żabki i kupić whisky, bo zdaje mi się czasami, że w ojczyźnie mej pięknej pozostaje popaść w nałogi, gdyż tylko odmienne stany świadomości pozwolą znieść to narastające szaleństwo. Martwi mnie to przede wszystkim, ogromnie martwi.

Będę dzisiaj w grze cudowną, bo będę w grze kapryśną

Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna;
jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Wiem, że już to z siedemdziesiąt razy napisałam, ale napiszę znów.
Najbardziej w teatrze lubię ten moment po trzecim dzwonku. Kiedy rozmowy cichną, światło przygasa i wszyscy w oczekiwaniu wpatrują się w ciemność.
Tym razem słyszą stukot maszyny do pisania, a na ekranie nad sceną pojawiają się słowa dedykacji (ze Studium o Hamlecie): „Aktorom polskim, osobom działającym na scenie, na drodze przez labirynt zwany teatr, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno”.

Z Dziadów w reżyserii Rychcika wychodziłam, trąc twarzą o glebę, tak mną pozamiatały. Sceny z gospel nie zapomnę długo. Dlatego klepnęłam sobie bilecik na Wyzwolenie, gdy tylko dowiedziałam się, że będzie grane.
Ten dramat, można powiedzieć, wrócił do domu. To właśnie w Teatrze Słowackiego, naszym pięknym i dostojnym, przy Plantach, wystawiono Wyzwolenie po raz pierwszy. Wyspiański starał się zresztą o dyrekturę tego teatru, nie wiem, czy wiecie. I teraz, w 2017 roku, w czasach bardziej burzliwych niż byśmy chcieli, kurtyna Siemiradzkiego ponownie podnosi się, żeby widzom tu i dziś pokazać ten spektakl.
I co widzimy?
Szkolną salę. Nauczyciela przy tablicy, który czyta uczniom Salingera.

Ma to przedstawienie momenty lepsze i gorsze, ale moim wysoce nieprofesjonalnym zdaniem bardzo warto pójść. Przede wszystkim dla Rafała Dziwisza w roli głównej – bo ten głos głęboki i łagodny, bo ten gorzki, zrezygnowany spokój, z którym tę rolę niesie, rolę człowieka, który wie, że przegrał, ale jeszcze się szarpie; dla Marcina Sianki, którego uwielbiam (jeśli nie widzieli go w „W mrocznym, mrocznym domu”, to niech idą i zobaczą). Dla cudownie zapętlonych scen, perfekcyjnie powtarzanych gestów. Dla finału. Finał taki, że rączki same do klaskania się składają. Dlatego przede wszystkim, że ten tekst jest dziś boleśnie aktualny. Można mieć pretensje o to, że znowu unowocześnili – ale śmiem podejrzewać, że Wyspiański nie miałby zbyt wiele przeciwko temu. Teatr musi rozmawiać z publicznością. I jak dla mnie, to ten spektakl Rychcika rozmawia.

Dziesięć pięter i dach

img_20170122_180451_051.jpg

No, zatem do teatru poszłam i jakimś cudem – może dzięki temu, że naprawdę nie chciałam być tym jednym znienawidzonym widzem, który zanosi się kaszlem w kluczowych momentach – wytrzymałam trzy godziny bez jednego chrząknięcia.

Chciałam na to pójść, bo wiecie, Śląsk. A ja jednak, choć od lat mieszkam w innej części kraju i ciągle gdzieś się włóczę, pozostaję hanyską, żywo zainteresowaną opowieściami o tej piątej stronie świata.
To jest spektakl, który opowiada historię znaną każdemu dorosłemu człowiekowi w tym kraju – przypomina wydarzenia w kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Zdawać by się mogło, że czekają widza trzy godziny martyrologii. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, głównymi bohaterami tej historii są czterej chłopcy. Synowie górników (oraz jeden syn funkcjonariusza MO). Oni i ich rodziny. Mama fryzjerka. Babcia – klasyczna śląska Oma – i dziadek, górnik z dziada pradziada. Ojcowie wygrywający motyw z „Gwiezdnych wojen” na próbach kopalnianej orkiestry. Mamy grudzień, przychodzą paczki z Enerefu – proszek do prania, czekolada z „okienkiem” (pamiętacie? wiem, że teraz można ją bez trudu u nas kupić, ale to nie ten sam smak), misie Haribo. Któryś z chłopców wymienia zagraniczny zegarek na plakat z Playboya. Górnicy świętują Barbórkę. Żony podczas robienia dauerweli w zakładzie fryzjerskim z przejęciem plotkują o czarnej wołdze. Ot, peerelowska codzienność. I tylko jakiś cień na tym wszystkim się kładzie. Coś nadchodzi. Coś nadchodzi.
Chłopcy oglądają nadciągającą apokalipsę, czołgi ciągnące w kierunku kopalni – gruby, jak to się na Śląsku mówi – z dachu. Do niedawna oglądali potwory w kinie, zakradając się na filmy od 18. roku życia. Teraz zbliża się prawdziwy potwór. Gruba, ta matka karmicielka, wokół której toczy się życie rodzin w spektaklu i która czasem to życie odbiera, stanie się miejscem starcia z monstrum. Tylko bohaterowie stawiający mu czoła to nie Supermani, ale zwykli faceci w drelichach i ich żony, twarde i zdeterminowane.

Może i nie jest to rzecz z gatunku zmieniających życie. Może nie wszystkie rozwiązania muzyczne są zachwycające (bo to musical, tak!), może czasami troszeczkę się to rozmywa, może raz czy dwa miałam wrażenie, że za dużo grzybów w tym barszczu, ale są bez wątpienia elementy, które w człowieku zostają. Finał, kiedy dzieciaki pojawiają się w strojach wyjętych z ukochanych filmów fantastycznych przy dudniącym hip-hopie – fenomenalny. Zaprawdę fenomenalny. Początek drugiego aktu, gdy spod sceny wyłania się oddział ZOMO. Opowieść dziadka o przygniecionym pod ziemią koledze i jego słowach: „powiedz jej, że mnie zabiło od razu”. Święta Barbara – bo są w tym wątki nieco oniryczne, jak często w opowieściach o Śląsku. No i chłopak w kapturze i z mikrofonem, łącznik pomiędzy współczesnością, neonami, biurami i knajpami dzisiejszych Katowic, a ciemnymi czasami, w których toczy się historia na scenie. Znakomity zabieg.
Nie zdziwiła mnie ani troszkę owacja na stojąco. Bo mimo pewnych słabości to będzie przedstawienie bardzo ważne dla wielu widzów. Zobaczą na scenie swoje dzieciństwo albo młodość. Usłyszą opowieści, które znają od zawsze, ale które nie nudzą. Zaśmieją się, jak pani za mną, wzdychając: „tak było!”. To jest taki teatr, który rozmawia z ludźmi, a nie tylko mówi do nich. Słucha ich. Teatr niesłychanie mocno osadzony w lokalnych realiach, czerpiący z wrażeń i wspomnień lokalsów. Taki, że widz po wszystkim chciałby pójść na wódeczkę z twórcami (chyba że „mo ciśnienie”). Można kręcić nosem na takie czy owakie niedociągnięcia, ale w teatrze zawsze najważniejsze są emocje koniec końców. Są spektakle pięknie zrobione, z których wieje chłodem. W tym przypadku jest inaczej. Wychodzi człowiek dziwnie wzmocniony, z poczuciem, że spędził parę godzin WSPÓLNIE z innymi, ale też usłyszawszy stanowcze: pamiętaj. Nie wolno ci zapomnieć. Teraz ty tę historię niesiesz.

If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

You know what it’s like when you’re in a room with the light on and then suddenly the light goes out? I’ll show you. It’s like this.

Wróciłam.
Nie, też się nie cieszę.

Tak naprawdę to ja poleciałam z powodu tych dwóch.
Obu absolutnie ubóstwiam od zarania dziejów. Ian McKellen robi ze mnie rozchichotaną nastolatkę. Uwielbiam te jego oczy chłopca. Oczywiście, że bardzo chciałam go zobaczyć na własne oczy, ale nie sądziłam, że będzie to prawdopodobne.
Cóż. Jak to zwykle w moim przypadku bywa – opatrzność zrobiła swoje. W marcu kupiłam bilet, w piątek bladym świtem (a właściwie jeszcze po ciemku) wsiadłam do samolotu i poleciałam.
Londyn przywitał mnie zdumiewająco piękną pogodą (żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, po południu padało). Obleciałam znajome kąty, wypiłam kawę, zrzuciłam toboły w mojej kwaterce, ubrałam się ładnie i wróciłam na West End.

Dobrze znam to miejsce. Pozostaje jednym z moich ulubionych w Londynie, chociaż to jest tylko króciutka i niezbyt urodziwa alejka łącząca Charing Cross Road z St Martin’s Lane. Przypadkiem (nie sądzę…) właśnie tutaj znajdują się wyjścia z dwóch teatrów. Wiele długich minut tu spędziłam, przestępując nerwowo z nogi na nogę, więc mam sentyment.
Tu muszę coś podkreślić. Jak wszyscy wiedzą, autorka nie ma śmiałości do ludzi. Co prawda zrobiła kolosalne postępy, ale nadal nie jest osobą, która łatwo zagaja i jeszcze sypie żarcikami (ale jak mi się uda żarcik, trzy dni dumna chodzę). Nigdy w życiu nie poprosiłam nikogo o autograf – a mam dużo okazji, jak widać po blogasku – bo one nie są dla mnie szczególnie istotne. Wolę, jeśli oczywiście mam okazję, z kimś porozmawiać. To przyjemniejsze i zostaje na dłużej w człowieku. Tak, zatem jak wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi, ale gdy naprawdę mi zależy, potrafię się przemóc, czego dowodem fakt, że dokładnie rok temu goniłam pewnego młodziana po ulicy – do tej pory wolę nie myśleć, jak to wyglądało dla postronnych – a w piątek po opuszczeniu widowni skręciłam za róg i ustawiłam się w nie tak znowu dużej kolejce.
Może by coś o spektaklu samym, zanim osunę się w mętne odmęty zachwytów.
Pinter to Pinter. Jedni lubią, inni nie. Niby nic się nie dzieje, ludzie dużo mówią, ciągną swoje monologi – a ile się dzieje. I w tym spektaklu jest podobnie. Tylko czterech bohaterów, jeden wieczór i następujący po nim poranek, masa tekstu, ale najwięcej rozgrywa się gdzieś między słowami.
Wiecie, są aktorzy i aktorzy. Są tacy, którzy gwiazdorzą na wielkim ekranie, ale na scenie kompletnie sobie nie radzą. Są tacy, którzy w ogóle się za nią nie biorą. Są też tacy, którzy ją czują doskonale. I ci dwaj wspaniali panowie niewątpliwie należą do ostatniej kategorii. Co za klasa. Scena, w której grany przez Stewarta pisarz z potężnym problemem alkoholowym wyczołguje się, zalany w trupa, ze sceny… Och.
Oklaskawszy dżentelmenów, poszłam cała w emocjach na zaplecze. Zdążył zgromadzić się tam tłumek, ale nie bardzo duży (być może dlatego, że wywieszone na ścianach komunikaty informowały, że żadnych selfies i panowie podpisują wyłącznie materiały związane z przedstawieniem – programy, bileciki, plakaty, ale nic innego, więc łowcy celebryckich trofeów od razu mogli odejść z kwitkiem). Tak sobie poszłam, bez większych nadziei, że może w te chłopięce oczy uda mi się spojrzeć.

I udało się.

W dodatku jakimś cudem, wypchnięta naprzód przez miłego człowieka, którego imienia nie znam, ale daj mu Boże zdrowie, dostałam podpisy. Ale co ważniejsze, te OCZY.
Nieprawdopodobne.
To jest jednak ujmujące, wiecie, że ludzie tak absurdalnie sławni, którzy mogliby po prostu prześliznąć się do limuzyny, trzasnąć drzwiami i tyle ich maluczcy widzieli, wychodzą do nich co wieczór, wymieniają uprzejmości, uśmiechają się, żartują, cierpliwie składają podpisy, upewniają się, że każdy widz został „zaopiekowany”. I dopiero wtedy odchodzą, w swoich obłędnie niebieskich płaszczach (z McKellenem wyraźnie dzielimy miłość do odjechanych okryć wierzchnich).
Wracałam do hotelu cała w skowronkach.
(Jakby tego było mało, za mną siedział Jude Law. TEN Jude Law. I stał też za mną w kolejce do baru. Niżej podpisana, oczekując na swoje białe wino, rozglądała się, zauważyła faceta metr dalej i pomyślała: „Hm, jaki przyst… O W MORDĘ”. Był w towarzystwie olśniewającej blondynki, która nieustannie bawiła się telefonem. Bawiłybyście się telefonem, spędzając wieczór z takim gościem? Ja też nie).

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Oczywiście.
Okutałam się szczelnie i udałam do Royal Court, bo Bateman. Stary znajomy, można by rzec. Spędziliśmy razem kilka wieczorów.
Obawiałam się troszeczkę, bo moim zdaniem on ma problem z charyzmą, to znaczy nieco mu jej brak, i lubi nadrabiać to szarżowaniem. Na szczęście tym razem już tak nie jest. Rozwinął się chłopak.
Co ciekawe, pojawia się tylko na jakiś czas – sztuka (wyśmienita, nawiasem mówiąc, choć mocna) dzieli się na trzy wyraźne części, i nasz drogi Bateman występuje jedynie w części środkowej, jako wzięty do niewoli kapitan – akcja rozgrywa się podczas Wojny Secesyjnej. Główny bohater, czarnoskóry niewolnik dowódcy, puszcza go wolno. Na pewną śmierć, ale wolno.
Oglądałam z zapartym tchem. Świetnie napisane, świetnie zagrane, muzyka na żywo – z boczku sceny siedzi bluesman z gitarą i przygrywa; przygrywa też w antrakcie, więc publiczność miała okazję, ku swojemu zdumieniu, usłyszeć nagle słynny riff z „Kashmir” Led Zeppelin.
Bardzo mi się podobało.
Chciałabym to samo powiedzieć o drugiej oglądanej tego dnia sztuce, ale niestety nie mogę. Mimo całego powabu Dominica Coopera. Mimo przecudnej scenografii (zmieniające się tło to powiększone fragmenty XVII-wiecznych obrazów). Mam wrażenie, że komuś pary zabrakło, albo przestraszył się w połowie drogi – i w efekcie, zamiast historii ociekającej seksem, lubieżnej i zmysłowej, widownia dostała dość ugrzecznioną powiastkę. Szkoda, bo aż się prosiło – bohater był bardzo ciekawą postacią, znakomitym poetą, który oddalił się na łono Abrahama w wieku lat raptem 33, wskutek chorób wenerycznych i alkoholizmu. Nie mówię, że to było złe. Było tylko zbyt gładkie.

(To pierwsze zdjęcie to nie jest to, co być może myślicie. To kciuk. Tegoroczny czwarty filar na Trafalgar Square – co kilkanaście miesięcy staje na nim inna rzeźba, mniej lub bardziej udana, a raz nawet byli to żywi mieszkańcy miasta, codziennie inny).

Wracałam w towarzystwie panienki, która bardzo bała się latać. Autorka to wiadomo. Trzecią osobą w naszym rządku był pan, który bardzo próbował oczarować panienkę (do autorki nawet nie startował, musi wyglądała nieprzysiadalnie – dajcie spokój, wstałam o czwartej trzydzieści, telepałam się na lotnisko dwiema liniami metra i pociągiem, więc zasłoniłam się książką, którą koniec końców i tak porzuciłam na rzecz urywanej drzemki).
– A jak wysoko lecimy? – pyta panienka pana, który wyraźnie chce sprawiać wrażenie globtrotera, tylko że same farmazony sadzi.
– Och – odpowiada on pewnie. – Dziesięć tysięcy kilometrów.
Nie wiedziałam, że Ryanair lata z przystankiem na ISS.
Pan przez cały lot nawijał biednej dziewczynie makaron na uszy. Które wreszcie, gdy silniki zmieniły melodię na tę, która oznacza, że wracamy na ziemię, zaczęły ją boleć.
– Bo ciśnienie spada – rzecze pan tonem człowieka, który wylądowałby na rzece Hudson, gdyby go kapitan Sullenberger w tym nie wyprzedził.
Rośnie, psze pana, ono rośnie!
Dziewczyna wyraźnie cierpi.
– Och, tak to jest, gdy się rzadko lata – rzecze pan tonem człowieka, któremu mam ochotę podłożyć nogę, gdy będzie wysiadał.
– Proszę spróbować ziewnąć – odzywa się wreszcie autorka znad książki.
– Słucham? – dziwi się dziewczyna.
– Ziewnąć. To pomaga.

Pomogło.

Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

To see yourself as the world sees you may be very brave, but it can also be very foolish

Trochę czasu minie, zanim znowu odwiedzę to miejsce. Tym samym ostatni na chwilę wpis o nim, a raczej o tym, co widziałam. Gdy znowu poczuję ten charakterystyczny, słodkawy zapach powietrza (jeśli to powietrze – raczej jego brak!) w metrze, z pewnością dowiecie się pierwsi.

wp-1465317373169.jpeg

A zatem Rory Kinnear – ten właśnie aktor, za którym nie przepadam, choć nigdy nic mi nie zrobił, po prostu nie na moich falach nadaje – gra w bardzo świetnej Operze za trzy grosze, wykorzystującej całą maszynerię National Theatre (ten słynny drum revolve!), będącej spektaklem niesłychanie widowiskowym i też pysznie zagranym. I ja, wiecie, troszeczkę posypałam głowę popiołem i wycofałam niechęć do niego, oglądając go w tym przedstawieniu, bo jest naprawdę arcyzdolnym aktorem. Ale jednak przyćmiły mi go dwie niesamowite kobiety.

Po pierwsze – Helen McCrory.
Kocham się w niej beznadziejnie, odkąd dwa lata temu zobaczyłam Medeę, w której powaliła mnie na łopatki. Tego roku Helen raz jeszcze sprzymierzyła się z reżyserką tamtej Medei, by opowiedzieć ludziom bardzo smutną historię. Smutną i przejmującą. O kobiecie, która cierpi na najgorszą z możliwych chorób.
Na samotność.
Odrzucona przez mężczyzn, których kochała, żebrząc bezskutecznie o ich miłość – nawet nie o miłość, o uwagę – próbuje popełnić samobójstwo. Na jej szczęście lub nieszczęście w tej samej kamienicy mieszka lekarz, ściągnięty na pomoc. Pierwsza próba niezbyt się udaje. Do drugiej – próbuje otruć się gazem – przygotowuje się znacznie lepiej. Zamyka okna. Kładzie koc pod drzwiami, żeby ograniczyć dopływ powietrza. Mości sobie miejsce na kanapie. Obserwujecie cały ten przerażający, wykonywany jak porządki domowe rytuał i macie ochotę wbiec na scenę i powiedzieć, żeby tego nie robiła – ale z drugiej strony to, dlaczego chce to zrobić, jest boleśnie zrozumiałe…
I powiadam, rozwaliły mnie ostatnie sceny. Otóż bohaterka, znowu powstrzymana przed zrobieniem sobie krzywdy, boso i w szlafroczku smaży sobie jajko. Jedno, samotne. Gdy jest gotowe, wciska się z tym jajkiem na talerzyku pomiędzy kuchenne meble, siada na małym krzesełku i je skulona.
Autorka westchnęła tak, że aż ją zabolało w trzewiach.
Bo ta prosta, cicha scena była chyba najsmutniejszą, jaką w życiu widziała.

Jakby tego było mało, niżej podpisana raptem dzień później poszła na drugą sztukę, której fabuła również kręci się wokół losu kobiety nieopisanie nieszczęśliwej. Nie ma to, jak wprawiać się w dobry nastrój na urlopie. Tak dobry, że tylko żyły sobie czymś tępym otwierać.

O tym przedstawieniu ludzie pieją od miesięcy. Jeden z moich dwóch ulubionych recenzentów teatralnych (bez nazwisk…) szalał z zachwytu. Ponieważ nasz drogi recenzent ma doskonały nos, jeśli idzie o kulturę – i doskonały nos w ogóle, ale zostawmy ten wątek, nim będzie za późno – autorka skwapliwie nabyła bilecik.

To jest bardzo przykry i niewygodny temat; temat, o którym się nie mówi za dużo. Mężczyznę z pociągu do kieliszka jakoś łatwiej rozgrzeszyć niż kobietę. Alkoholizm czy w ogóle wszelkie uzależnienia u kobiet to takie trochę tabu. Inna sprawa, że to kobiece picie czy dawanie sobie w żyłę (lub obie czynności naraz) nie jest takie znowu łatwo zauważalne, w każdym razie dla tych, którzy zauważyć nie chcą. Kobieta z nałogiem jednym czy dwunastoma nie musi być bezzębną, zapuchniętą osiedlową wariatką. Może być człowiekiem znakomicie – na pierwszy i drugi rzut oka – funkcjonującym w społeczeństwie. Dobrze ubranym, pachnącym niszowymi perfumami, dowcipnym i wygadanym. Maskuje się lepiej niż marine na misji. Przynajmniej dopóki nie zostanie sama. Bo to jest właśnie ten moment, jak mówią anglojęzyczni, gdy all hell breaks loose.
I tu mamy kobietę, młodą, odnoszącą sukcesy aktorkę, której coś po drodze idzie bardzo nie tak i trafia na odwyk. Stawia opór oczywiście. Ale jak to. Ja nie mam żadnego problemu. Dajcie mi wszyscy spokój. Masz problem, skoro tu jesteś, odpowiada terapeutka.
To jej zajmie czas. Dużo czasu, żeby się przyznać. Żeby to powiedzieć głośno.
To oszałamiający wizualnie spektakl – zwłaszcza jeśli, jak ja, przypadkiem upolujecie miejsce na scenie i siedzicie w środku akcji tak naprawdę. Co ważniejsze, to doskonale napisana sztuka. Sztuka napisana dość okrutnie, jakby miała widza zaboleć. I boli. Przyznaję, że w finałowych scenach ślozy mi ciekły ciurkiem po twarzy, i już nawet nie próbowałam udawać, że coś mi do oka wpadło.
Rozumiem też, dlaczego Denise Gough była wychwalana pod niebiosa za tę rolę, zdobyła nagrodę Oliviera i w ogóle. Spójrzcie tylko na nią. To jest drobna kobietka z siłą czołgu i niemożebną charyzmą. Hollywood jej pewnie nie zechce, bo nie ma posągowej urody i nie błyska piersiami ochoczo, natomiast jest wyśmienitą, fenomenalną i bardzo szczerą aktorką. Poza tym dlaczego ona miałaby zechcieć Hollywood?…
To jest naprawdę tour de force, powalająca rola. Jak ona daje radę powtarzać to osiem razy w tygodniu, pozostaje dla mnie zagadką, skoro dla mnie, pojedynczej widzki, było to przeżycie bardzo ciężkie. Zabawne momentami, bo ten spektakl jest chwilami groteskowo zabawny, ale głównie jednak mroczny. A nawet przerażający.
Uroczo to wyglądało, gdy Denise wyszła po spektaklu. Jakby taki snopek szedł – była tak obciążona bukietami kwiatów, że nie było jej zza nich widać.

Przysięgam. Następnym razem pójdę tylko na pogodne musicale. Nie zrobię sobie tego znowu. Oczywiście zapewne bardzo kłamię, bo prawda jest taka, że potrzebuję od czasu do czasu zostać przeciągnięta za włosy po podłodze. Potrzebuję poczuć, że życie nie jest taką uroczą opowiastką, jak lubi mi się wydawać. Teatr to bezpieczna metoda przekonywania się o tym – bezpieczna, a zarazem bardzo dotkliwa. On mnie rozluźnia, jak pisałam parę dni temu, ale też pozwala stanąć oko w oko z własnymi koszmarami, powiedzieć „o rany, przecież to jest właśnie to, co ja czuję; jak to dobrze, że takich jest więcej”.

W drodze do domu za to leciałam z panią, która miała wyraźny problem z przestrzenią osobistą ludzi siedzących nieopodal, wetknęła nogi pod mój fotel i oparła torebkę na moim podłokietniku, i powiadam, mój mały wewnętrzny psychopata ocknął się i chciał krwi. Czemu ludzie to robią?…

Though she be but little, she is fierce!

W foyer Shakespeare’s Globe stoi maszyna do pisania.
Maszyna pisze.
Dokładniej, pisze dzieła wszystkie Szekspira. Za każdym razem, gdy ktoś na Twitterze napisze słowo znajdujące się w dramacie Willa, maszyna to słowo znajduje. Ot, taki sprytny gadżet.

Podejrzewam, że znalazłby się ktoś oburzony taką koncepcją. Bard i nowe technologie, świat się kończy.
A jednak.

Piątek był w Londynie okropnie chłodny. Przyjechawszy niemal prosto z kraju, w którym temperatury osiągają wartości absurdalne, bardzo się zasmuciłam, gdy o poranku telefon poinformował mnie, że na zewnątrz jest raptem 10 stopni. A ja miałam przed sobą ładnych parę godzin w plenerze.
Jezuniu, jak ja zmarzłam. Dopóki oglądałam przedstawienie, nawet jakoś bardzo tego nie czułam, ale gdy się skończyło, dotarło do mnie, że jestem sztywna z zimna. Warto jednakowoż było narażać się na zapalenie płuc czy coś, bo spektakl jest po prostu czarujący. Prawdziwy sen nocy letniej. Gdybym miała opisać go jednym słowem, słowo to brzmiałoby „sexy”. To przedstawienie jest barwne, głośne, uroczo kiczowate, przeładowane, niegrzeczne i zmysłowe, i przypomina raczej burleskę niż Szekspira. Co mnie absolutnie zachwyciło. Ale nie każdy zareagował tak samo. Po premierze obóz zwolenników Tradycji przez duże T okopał się na swoich pozycjach i jął protestować – a zważcie, że Wielka Brytania jest jednak dużo bardziej wyluzowana, jeśli idzie o podejście do klasyki – no bo jak to? Czerwony neon z napisem ROCK THE GROUND w świątyni sztuki? Kula dyskotekowa?! Bhangra?!?! Helena jest mężczyzną?!?!?! Gender, ruja, porubstwo i upadek.
Dla niektórych.
Dla innych sama radość.
Obóz tradycyjnych był zgorszony nawet tym, że aktorzy mają mikroporty. No dobrze, ja też tego nie lubię. Co nie zmienia faktu, że ma to nawet sens, gdy gra się pod gołym niebem, gołym i bardzo ruchliwym, bo czasami przelatujący samolot całkowicie zagłusza człowieka. Powiedziałabym zatem, że plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi w tym przypadku.

Po kolei.

Puk w tym spektaklu jest śliczny i nieznośnie figlarny – nie ma cienia litości dla publiki. Strzela do niej z pistoletu na wodę, tarmosi za włosy, szczypie w policzki, rzucił(a) też w kogoś nadgryzionym bananem. Tytania jest nieprawdopodobnie sensualna (zrobiło się pewne zamieszanie pod sceną, gdy poprosiła widownię o pomoc w zdjęciu pończoch). Dwie pary kochanków są bardzo zabawne – jeden jest troszeczkę słabym ogniwem, ale za to przystojnym – natomiast jest też, ma się rozumieć, Oberon. I Oberon, psze państwa, jest powodem, dla którego autorka niemal zemdlała. Gdy przeczytała, kto go gra.
Bo gra go niejaki Zubin Varla.
To nazwisko już się tu pojawiało po wielokroć. Otóż Zubin Varla jest aktorem, którego głos autorkę zafascynował ładnych kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze w liceum. Nieprawdopodobny głos, niemożliwy. Tak potężny, że aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z nie tak znowu dużego człowieka. Zubin onegdaj grał Judasza – naprzeciwko lubianego przez niektóre czytelniczki Steve’a Balsamo – w Jesus Christ Superstar na West Endzie. To jest trudna rola, i wokalnie, i emocjonalnie, bo Judasz, postać kojarzona przecież z czystym złem i zdradą, jest narratorem tej rock-opery i nie sposób nie poczuć doń sympatii. Zubin uprzednio specjalizował się raczej w dramacie, ale wygrał casting i śpiewał tego Judasza z chorym zaangażowaniem. Wydawało mi się, że to musiało go kosztować parę lat życia. Aż w piątek usłyszałam ten szorstki, surowy, nieziemski wokal na żywo. On się z niego wydobywa niemal od niechcenia. Bo tak, on śpiewa w tym spektaklu, ale nawet gdy mówi, ten dźwięk jest… och. Powiadam, gdyby Globe miał sufit, to tynk spadałby widowni na głowy.

Jak wszyscy wiemy, w Śnie nocy letniej najważniejsi są Rude Mechanicals. Trupa aktorów-amatorów złożona z samych nieudaczników, którym trafia się jedyna w swoim rodzaju okazja wystawienia swojego wątpliwego dzieła przed parą królewską. W tym spektaklu są przebrani za obsługę Globe – w koszulkach i fartuchach. Przed spektaklem kręcą się wśród widowni, sprzedają jej wino i orzeszki, upewniają się, że każdy wie, którędy do wyjścia ewakuacyjnego (prosząc przy tym, by najpierw wypuścić aktorów, bo oni nie zachowują się jak normalni ludzie…). Ale tuż przed ich kluczowym występem jeden z nich zaintonował Space Oddity i zerwała się kosmiczna owacja, ludzie klaskali, tupali i gwizdali z całych sił. Co jeszcze dziwniejsze, nad widownią akurat wtedy latał jakiś samotny gołąb. David może wysłał się z powrotem na Ziemię na chwilę?… To był niesłychanie przejmujący moment.

I jig. Jig był fenomenalny. To chwila, na którą każdy w tym teatrze czeka, bo oto widzicie aktorów tańczących i wygłupiających się, i wy też możecie zatańczyć z nimi; i na krótki czas zaciera się granica między sceną a widownią, świat na zewnątrz przestaje istnieć, jest tylko ten okrągły, drewniany budynek i wy w nim.

Pomaszerowałam stamtąd do nieodległego National Theatre, zobaczyć, jak Helen McCrory próbuje popełnić samobójstwo – po wielokroć – a następnego dnia znów wróciłam do tego betonowego monstrum, zobaczyć świetną Operę za trzy grosze (to jednak troszeńkę dyskomfort, gdy aktor, którego nie lubicie – nic wam nie zrobił, po prostu wam nie pasuje – gra tak wyśmienicie, że jakby chcecie się w nim zakochać), ale o tym wszystkim będzie osobno… Lub też nie, bo kogo to interesuje.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

Waiting for the weather to break

Wróciłam. Nie na długo, bo w sobotę znowu w świat, ale tym razem w innym kierunku i z innych powodów, i już mnie profilaktycznie budzi nerwowy ból brzucha. O tym w każdym razie później.
W sobotę o czwartej rano minęłam na chodniku przed domem grupkę wytwornie ubranych, ale już niekoniecznie wytwornie pachnących młodych dżentelmenów wracających z knajpy. Też tak kiedyś robiłam, ale ostatnimi czasy weekendowe noce spędzam nieco inaczej. Wsiadłam do taksówki, odbyłam uroczą pogawędkę z kierowcą rozkochanym w podróżach na Bliski i Daleki Wschód (przez dziesięć minut z zapałem opowiadał mi o Angkor Wat – lubię takich oszołomów), wypiłam kawę, wsiadłam do samolotu, parę godzin później zeń wysiadłam. Trochę nie do końca pewna tego, co robię. Można było spędzić urodziny po bożemu. Z przyjaciółmi, z panem i władcą, z mamą na telefonie, z jakąś może małą imprezką. A ja co? Postanawiam spędzić je samotnie i półtora tysiąca kilometrów od domu. Chociaż Londyn, po dwudziestu pięciu wizytach tamże, przestał być miejscem obcym. Lubię go i on mnie chyba troszkę też. Są przecież ludzie, którzy stamtąd uciekają. Znajoma po krótkim urlopie w stolicy Albionu zadzwoniła do mnie z komentarzem, że to jest straszne miejsca i ona absolutnie nie rozumie, skąd te moje zachwyty. Sama nie rozumiem. Podejrzewam, że to w dużej mierze spowodowane jest wrażeniem, które tam mi się zdarza – że wszystko mogę. Co tylko zechcę. No i oczywiście całą masą wspomnień i skojarzeń.
Miałam mieszane uczucia co do tego pomysłu, owszem, ale niepotrzebnie.
Doleciałam, jak widać.
wp-1462910364900.jpeg.
Zajechałam z fasonem metrem do centrum, nasadziłam na nos okulary przeciwsłoneczne i jak to panisko ruszyłam przez Piccadilly. Jak to zwykle się zdarza, pod księgarnią Waterstones poczułam przemożną chęć wypicia herbaty, zatem wlazłam do księgarni, zeszłam do kawiarni w suterenie i złożyłam stosowne zamówienie. Żeby mi się nie nudziło, zatroszczyłam się uprzednio o towarzystwo dwóch książeczek – pierwszej (bo bardzo lubię de Bottona, również za to, że dzielimy zafascynowanie awiacją) i drugiej (nie, nie jestem miłośniczką horrorów o morskich potworach i narastającej psychozie, natomiast z pewnej uroczej – słowo klucz… – przyczyny dość mnie zainteresowała powstająca właśnie adaptacja filmowa, i właściwie to chciałam przeczytać tę książkę tylko po to, by wiedzieć, jak się skończy i czy westchnę „jak zwykle” – otóż od razu przeczytałam kilkanaście ostatnich stron i westchnęłam „jak zwykle”). Następnie pomaszerowałam w kierunku mostu Waterloo i dalej, do Old Vic.
Mogę dygresję?
Podczas każdej kolejnej wizyty mój zachwyt barmanami w pijalni Old Vic rośnie. Tacy piękni mężczyźni. Nie zdziwiłabym się szczególnie, gdyby to byli studenci szkół teatralnych, jest to wszak zjawisko dość powszechne, że marzący o scenie często za młodu zarabiają, pracując w teatrach, ale jako bileterzy, szatniarze, maszyniści, kelnerzy. W każdym razie ci w Old Vic są wyjątkowo malowniczy i wiem, że to okropne, co napisałam, lubieżny stary damski satyr, ale tak jest.
Tyle wątku pobocznego, teraz do rzeczy.
Plan na urodzinowy wieczór miałam od dawna. Planu na popołudnie nie miałam (w Londynie w soboty spektakle są grane dwukrotnie, co oznacza, że gdy dobrze zaplanujecie, spokojnie obejrzycie sobie dwa różne przedstawienia jednego dnia). Wahałam się pomiędzy innym spektaklem a The Caretaker Pintera w Old Vic właśnie. W podjęciu decyzji pomógł mi jakże kochany Bertie Carvel, który na Twitterze wyrażał zachwyty nad tym drugim, więc wybór natychmiast stał się oczywisty.
Pinter to wiadomo, on umiał pisać. U niego widać, że największe tragedie – i komedie – zdarzają się w pospolitych światach szarych przedmieść. W tej sztuce pojawiają się tylko trzy osoby – włóczęga, facet, który go przygarnął i jego brat. Ich wzajemne relacje z czasem się komplikują. Włóczęgę, tytułowego dozorcę, gra Timothy Spall, aktor bez dwóch zdań wybitny. Człowiek, który do roli Williama Turnera przygotowywał się, ćwicząc przez dwa lata malowanie jednego obrazu. Nauczył się tak, że to jego namalowana przezeń kopia wystąpiła w końcu w filmie. Jest niesamowity. Mówi zawodzącym głosem, z nieznośną manierą; wygląda jak ktoś, kogo byście w życiu do domu nie wpuścili. Ale, chociaż bez wątpienia angażuje się ogromnie i chociaż jego nazwisko na plakacie największe, tym razem to nie on jest motorem.
Trzy lata temu oglądałam w Londynie Mojo – sztukę samą w sobie średnio udaną, w której jednakowoż grali razem Brendan Coyle, Colin Morgan i Ben Whishaw. Ten ostatni oczywiście kradł przedstawienie, ale w tym spektaklu występował ktoś jeszcze. Znacznie mniej znany aktor pod tytułem Daniel Mays. I wtedy napisałam, że to nazwisko do zapamiętania. Miałam rację.
Mays, kawał chłopa z żarliwym spojrzeniem, kuśtyka niezdarnie po scenie, mówi nieco powolnie i pod koniec drugiego aktu serwuje widzom przejmujący, niesłychanie długi monolog. Jego bohater, jak się okazuje, był leczony elektrowstrząsami. Ta paskudna terapia uszkodziła go na dobre.
Gdy Spall wyszedł się kłaniać, publika z całych sił biła brawo. Gdy Mays wyszedł, publika wstała.
Cóż dodać.

Jest jeszcze trzeci bohater. Wspomniany wcześniej brat. George MacKay, lat raptem dwadzieścia cztery, z ulizanym włosem i dopasowaną skórzaną kurteczką, i doskonale psycholskim obliczem. Cudowny. Jego bohater to antypatyczna paskuda, ale oczy trudno oderwać.

Nawiasem mówiąc, drobna porada turystyczna, gdybyście wybierali się do Old Vic – czy jakiegokolwiek innego teatru gdziekolwiek. Miejsca w lożach są zwykle tańsze, bo niby ograniczony widok. Loże w końcu wynaleziono po to, by siedzący w nich byli podziwiani, a nie po to, by z uwagą śledzili przedstawienie. No tak, siedzicie nieco boczkiem. Ale jesteście bardzo blisko sceny i macie taki jakby swój prywatny pokoik, dzielony z trzema osobami czy nawet jedną, a czasem sami w nim jesteście. Fajne doświadczenie, polecam.

A potem Royal Court i X.
Gdybyście się zastanawiali, czy można zrobić horror na scenie – otóż można. Czy można wystawić science-fiction? Można tym bardziej. Momenty całkowitej ciemności bardzo w teatrze lubię, ale w tym akurat osobliwym przypadku czułam się nieswojo. Jest to przerażające. Niby nic się nie dzieje, właściwie większość pierwszego aktu nieliczni bohaterowie spędzają na rozmowach i wylewaniu frustracji. I chyba właśnie to pozorne nic-się-nie-dzianie jest najbardziej straszne, bo powolutku, powolutku wciąga widza w szaleństwo.
Otóż jest baza na Plutonie. Baza straciła kontakt z Ziemią trzy tygodnie wcześniej. Baza ma dość zapasów, by trwać w zimnym kosmosie przez lata, ale mimo wszystko nieco niepokojący jest fakt, że Ziemia przestała się odzywać, choć wszystkie wysłane przez bazę komunikaty zostały odebrane… W tej ciasnej przestrzeni zamknięci są naukowcy i astronauci. Jedna za drugą, z początku ledwo dostrzegalnie, rzeczy zaczynają się dziać. Główna bohaterka kłóci się ze współpracownikiem, że nie umył szyby, a prosiła (z tyłu sceny znajduje się potężne okno, przez które widać tylko lodowatą ciemność kosmosu, od czasu do czasu jednak pojawiają się w nim jakieś światełka, nawet zdawałoby się, że się zbliżają). Ktoś słyszy łomoty dobiegające z góry, gdzie tylko maszyneria i nikogo z pewnością tam nie ma. Ktoś widuje małą dziewczynkę, ale przecież skąd dziewczynka na pokładzie? Ktoś przyleciał na pomoc, ale czemu tylko jedna z osób w bazie z nim rozmawiała i gdzie się podział? A jakby tych zagadek było mało, zegar co jakiś czas sam się cofa o kilka minut…
I tak od rozmów znudzonych i sfrustrowanych ludzi uwięzionych daleko od domu z wolna przechodzimy w sam środek obłędu.
Jeden z bohaterów pamięta jeszcze śpiew ptaków na Ziemi – która, jak da się wywnioskować z konwersacji, została całkowicie wyjałowiona z wszelkiej przyrody. Nosi przy sobie taki gwizdek do imitowania ich głosów; miałam taki w dzieciństwie. Któregoś dnia, a może nocy, słyszy w pustym kambuzie prawdziwy ptasi śpiew i wtem ptak wlatuje na scenę. W życiu nie myślałam, że papierowego ptaszka można się tak przestraszyć. Że nie wspomnę o końcowych momentach pierwszego aktu, gdy znienacka otwarły się drzwiczki szafki w kantynie i w tychże drzwiczkach pojawiły się ludzkie nogi – ktoś obok mnie nie wytrzymał i wrzasnął.
Ale nie to było najgorsze.
Główna bohaterka lubi sobie nagrywać absolutną ciszę na zewnątrz i potem jej słucha. Bo to cisza tak głęboka, że aż dźwięczy (ciekawostka – NASA istotnie szkoli astronautów w specjalnych komorach, żeby przywykli do ciszy, ale jest na świecie miejsce, w którym poziom hałasu wynosi MINUS dziewięć decybeli i ponoć nikt nie wytrzymał tam dłużej niż trzy kwadranse, zwłaszcza że do tego jest ciemno; najzupełniej zdrowi na umyśle ludzie mieli halucynacje albo, nim do nich doszło, błagali, żeby ich wypuścić, bo tak fatalnie się czuli). No więc słucha ona sobie tej ciszy. Nakłada słuchawki. Cisza istotnie.
I wtem w tych słuchawkach dziecięcy śmiech.
Paplanina małej dziewczynki.
Światła gasną.
Włosy widzów siwieją.

A czy to wszystko wydarza się naprawdę, to inna sprawa.

Główną rolę w tym przedstawieniu gra Jessica Raine, znana z serialu o położnych – i jest arcyświetna, ale skrobie jej marchewkę szczupłe chłopię pod tytułem James Harkness, o którym od pierwszego wypowiedzianego przezeń słowa wiadomo, że Szkot. Z Glasgow. Syn alkoholika; ostro łajdaczył się za młodu, ledwo przeżył ciężkie pobicie, po czym ukończył prestiżową szkołę aktorską – dzięki finansowemu wsparciu anonimowego darczyńcy – i znakomicie sobie radzi, ostatnio z powodzeniem paradując po deskach jednego z najważniejszych teatrów w Europie (bo Royal Court jest miejscem, w którym od lat mają miejsce premiery nowych sztuk wybitnych współczesnych dramaturgów). W wywiadach mówi, że aktorstwo wyciągnęło go z równi pochyłej, którą już się staczał, mając raptem kilkanaście lat przecież. Ja mu wierzę. Gdy kręciłam się pod teatrem po spektaklu, wyszedł jakiś taki elegancko w białą koszulę i doskonale skrojone spodnie odziany koleżka z przydługim włosem, zatrzymał się nieopodal i zapalił papierosa. Jak zwykle – nie miałam odwagi podejść. Obawiam się, że zrobię to następnym razem.

Dość nawet mi się ta wycieczka udała.

Dorastanie tylko wkurwia

Moja koleżanka miała dziś stresujące spotkanie i wyobraźcie sobie, że do uspokajania wybrała sobie mnie. Doprawdy, właściwa osoba na właściwym miejscu. Próbowałam zatem powiedzieć jej, że na pewno pójdzie jej lepiej niż mnie na ogół, bo ja to na przykład kompletnie tracę zdolność mówienia, a ona na to:
– Przecież ty jesteś taka wygadana!
He?
W porównaniu z nieboszczykami, owszem. Ogólnie jednak znana jestem z tego, że nie mówię za dużo – co, nawiasem mówiąc, niektórzy ludzie postrzegają jako zniewagę, a to naprawdę nie tak, że nie chcę z nimi gadać, po prostu nie mam i nigdy nie miałam potrzeby zagłuszania ciszy za wszelką cenę. Uświadomiłam sobie jednakowoż, że koleżanka zna mnie głównie z rozmaitych wydarzeń towarzyskich, podczas których bywa nieco inaczej, bo a) nawet mój oporny język rozwiązuje się po alkoholu, b) kiedy zwęszę okazję do opowiadania o czymś, co naprawdę mnie fascynuje, biada rozmówcy, bo może usłyszeć bardzo długi wykład, wygłaszany z entuzjazmem lekko nawet może niepokojącym. Ale – konia z rzędem temu, kto nie może godzinami rozprawiać, gdy tylko wyczuje, że oto może wsiąść na swojego konika. Na służbowych spotkaniach, ma się rozumieć, raczej nie mogę rozmawiać o teatrze ani o dziwnych przygodach w podróży, ani o ulubionych miejscach w górach.

Skoro już zeszłam na moje skrzywienia.
Zgadnijcie, gdzie dziś byłam.
Tak, tak.

Polowałam na to przedstawienie od dawna, bo grane jest bardzo rzadko.
Wreszcie się udało. I Bogiem a prawdą, chętnie zobaczyłabym je ponownie, nawet jutro, mimo że czuję się po nim paskudnie brudna.
Jest to otóż historia dwóch braci. Pozornie historia jakich wiele, niemal serialowy stereotyp – jeden ogarnięty, porywczy, ale mimo wszystko uporządkowany; drugi to duże dziecko z przerośniętym ego i skłonnością do nadużywania życiowych przyjemności, które wiecznie pakuje się w tarapaty i zawsze jakoś się z nich wydostaje, często dzięki pomocy pierwszego. Kochają się, no bo ta sama krew, ale równie żywo się nienawidzą. Ale, jak napisałam, to tylko pozornie tak wygląda. Bo oto poznajemy obu braci, gdy pierwszy odwiedza drugiego w szpitalu psychiatrycznym, gdzie ten trafił i dokąd go wezwał, by nieudolnie poprosić go o pomoc. Musi zmierzyć się z demonami przeszłości i prosi brata, by ów potwierdził lekarzom, iż obaj byli w dzieciństwie molestowani.
I tu zaczyna się spiralny, gwałtowny zjazd w dół.
Jeśli myślicie, że to dołujący spektakl o pedofilii, to nie do końca. Owszem – młodzieńcze doświadczenia rzucają cień na dorosłe życie obu bohaterów. Ale na życie każdego z nich w inny sposób.
To bardzo ponura historia o tym, jak ludzie wykorzystują się nawzajem, jak z pełną tego świadomością krzywdzą innych, jak sobie samym zadają ból, bo nigdy nie zaznali miłości i nie potrafią inaczej. O tym, do czego skrzywdzona, poharatana dusza potrafi się posunąć, żeby tę swoją ciągle rozjątrzoną ranę zagoić. O tym, że czasami ludzie nam najbliżsi skrywają w sobie potworny mrok, a my nie chcemy go zauważyć.
Przedstawienie zaczyna się i kończy w ciemności tak absolutnej, że zagadką pozostaje dla mnie, jakim cudem aktorzy docierają na scenę i z niej schodzą. Ani najmniejszego światełka. Nic nie widać. Smoła. I nie było zbyt łatwo, sceny jako takiej w tym spektaklu nie ma, oni grają na drewnianych podestach okalających pień drzewa. Widownia siedzi na ławkach wyściełanych sztuczną trawą – ot, niby taki miły szpitalny park…
Scenografia i światło to w ogóle czwarty i piąty aktor tego spektaklu. Był moment, gdy nastrój zmienił się na tyle gwałtownie, że podskoczyłam przestraszona. Nie będę wchodzić w szczegóły, żeby nie psuć zabawy – jeśli można to tak nazwać… – krakusom, którzy się na to wybierają (a powinni).

Jak stali bywalcy mojego zakątka internetów wiedzą, chodzę na wszystko, w czym gra Grzegorz Mielczarek.
Nigdy go nie poznałam – na jego szczęście, jak sądzę – ale darzę go uwielbieniem i uważam, że to doskonały aktor, oszałamiające sceniczne zwierzę. Potrafi być tak obleśny, że wialibyście byle dalej. Tak przerażający, że osiwielibyście zamknięci z nim w jednym pomieszczeniu. Tak poruszający, że chcielibyście go przytulić. I to wszystko w ciągu raptem stu minut. Między nim i jego scenicznym bratem, którego gra Marcin Sianko (fenomenalny) iskrzy bardzo.
Wśród tych wszystkich dynamicznych wymian brzydkich słów, rzucania szkłem, dawania sobie po twarzach, szarpania, rzucania sobą nawzajem o podłogę, przechodzenia od sztywnego opanowania do niemal psychopatycznej furii, wśród tego wszystkiego brzmi prosta, znana prawda. Każdy z nas potrzebuje tego samego – uwagi i troski drugiego człowieka. Nie każdy z nas to dostaje. Czasami w desperackiej pogoni za tym można bardzo pobłądzić.

PS Towarzystwo w rzędzie za moimi plecami, komentujące teatralnym szeptem każdą scenę, a zwłaszcza te, w których szpilka mogłaby upaść i wywołać zamieszanie – oby was jutro czkawka męczyła.

Najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążać za tym, co się zmienia

Za drugim razem się udało.
Poszłam i zobaczyłam.

Najpierw luźne rozważania, bo pora późna.
Jak to jest, powiedzcie mi, u nas z tym wręczaniem kwiatków podczas owacji? Każdy może wystartować, czy też te badylki należy uprzednio zdeponować u osoby stosownie uprawnionej? Zanim ktoś się zaniepokoi – NIE mam tego w planach, po prostu jestem ciekawa.

Ale, ale.
W kraju – i mieście tym bardziej – mocno konserwatywnym, w apogeum antyuchodźczej histerii wystawić spektakl o ludziach podróżujących (jeśli w ogóle można to tak nazwać) na przeżartych rdzą, przeładowanych kutrach do brzegów Europy i znajdujących na tych brzegach… cóż, niezbyt wiele? Śmiałe posunięcie.
Jest w tym przedstawieniu jedna z najbardziej efektownych scen, jakie widziałam w życiu. Mianowicie scena przypływania tratwy z bohaterami tej opowieści. Oni wyglądają jak kosmici, cudaczne, nieforemne figury w kamizelkach ratunkowych pobłyskujących światełkami. A że sama scena – w sensie desek – jest pokryta wodą, a reflektory skierowane na wodę dość niesamowity efekt, macie wrażenie, że cały teatr istotnie płynie. Piękne.
Jest to przedstawienie momentami bardzo nieprzyjemne, niekomfortowe, trochę paskudne może nawet – no, ani Jelinek nigdy nie pisała o przepełnionych miłością dla świata bon vivantach relaksujących się nad kir royal w Nicei, ani też to, co się dzieje obecnie na świecie, nie jest zbyt urocze. Możemy udawać, że tego nie ma. Ale to jest. W tej chwili. I wczoraj. I jutro. I za tydzień. I w końcu ta fala do nas dotrze naprawdę.

Bez dwóch zdań jest to rzecz, która nie do każdego trafi. Znalazłam gdzieś w internecie recenzję miażdżącą, znalazłam pełną zachwytów. Tak to chyba będzie, bo i temat kontrowersyjny, i adaptacja dość szczególna. Jest to przy tym rzecz fantastycznie obsadzona. Jaśmina Polak. Ja nawet nie wiem, co o niej napisać, bo jedyne, co przychodzi mi do głowy, to masa egzaltowanych dużych słów. Wszystkie kciuki w górę. Bielenia, oczywiście (jak ta drobna istotka to robi, że pojawia się na scenie i zmiata z niej wszystkich*; i gdzie on mieści ten potężny głos?). On jest nieprawdopodobny. Potrafi być słodko niewinny, dziecko prawie, potrafi być odpychający; potrafi uśmiechać się w sposób, który jeży wam sierść na grzbiecie – wiecie, to taki osobliwy rodzaj uśmiechu, niby do was, a tak naprawdę do siebie, do myśli o tym, co on z wami zrobi. Chłopak robi niesamowitą robotę w tym przedstawieniu (i nie mam tu na myśli zwisania z elementów scenografii). Gdy wciela się w napalonego maczo o egzotycznej urodzie – on, filigranowy blondasek – budzącego u Europejki jednocześnie odrazę i pożądanie, jest wulgarny, jest zabawny. Tylko że po chwili staje się w tym przejmujący. Krzysztof Zawadzki – jeden z moich lokalnych idoli, który nie boi się ostrych wyzwań, przy tym przypadkiem jest rosły i przystojny, i w dodatku pięknie śpiewa, i gitarę obsługuje! [Przyp. aut. – mogę się przyznać, najwyżej to później ze wstydem usunę – kiedyś po którymś spektaklu Boskiej Komedii stałam tuż za nim w kolejce do szatni, i chciałam się odezwać, ale się okropnie wstydziłam; to było jeszcze przed tym, jak zaczęłam gonić ludzi po ulicy.] Szymon Czacki, niebywale charyzmatyczny. W ciemno klepię bilecik, gdy widzę jego nazwisko w obsadzie. Abstrahując na chwilę od walorów artystycznych – bardzo było mi go było w tym spektaklu szkoda, bo ciągle mokry, zimno mu musiało być… Jan Peszek – to wiadomo. Krzysztof Globisz, dla którego rola w tym spektaklu była pierwszą po tym, jak się pochorował. Można sobie wyobrazić, jak zareagowała publiczność. W Krakowie owacje na stojąco nie są zbyt popularne. Tu widzowie są raczej powściągliwi i śpieszą się na tramwaj. Wczoraj wszyscy natychmiast się zerwali i klaskali długo, bardzo długo. To był piękny moment – w tym właśnie teatr przeważa nad kinem, że czasami wytwarza się po obu stronach kurtyny poczucie jakiejś takiej sympatycznej wspólnoty.
Oto człowiek po udarze pojawia się przed widzami – zupełnie inny niż wtedy, gdy go ostatni raz widzieli; nie mówi zbyt wyraźnie, ale ma ten swój filuterny błysk w oku, ten swój uśmiech. To śmiałe, pokazać się publice w swojej słabości… ale to zarazem dowodzi wielkiej, imponującej siły.
Miałam wrażenie, że gdyby ludzie mogli, to by pobiegli na scenę go uściskać.
Nawiasem mówiąc, Globisza po scenie wozi student krakowskiej PWST, Patryk Kulik, i są uroczy we wspólnych scenach, i talent nam wyraźnie w tym mieście rośnie.

Jeśli nawet nie jesteście fanami teatru, który opowiada wam historie w raczej nietradycyjny sposób, za pomocą urywanych monologów, powtórzeń, zapętleń, z aktorami zwracającymi się prosto do was (na widowni przez większość przedstawienia są zapalone światła, jakby twórcy chcieli, żeby bohaterowie widzom dawali do zrozumienia „wy możecie udawać, że nas nie widzicie, ale my was tak”), warto kupić bilet dla ludzi na scenie, którzy przez ponad trzy godziny jadą na bardzo wysokich obrotach.
Warto to zobaczyć z jeszcze jednego powodu. Wiem, że nie każdy to lubi. Ja na przykład owszem. Lubię mianowicie takie książki, filmy i przedstawienia, w ogóle twórczość jakąkolwiek, która sprawia, że się śmieję, po czym sprawia, że ten śmiech mi więźnie w gardle. Mało tego – trochę mi nawet wstyd, że się roześmiałam. Ten spektakl właśnie to robi. Wyrzuca was ze strefy komfortu.
Swoją drogą, gdybyście się wybierali – miejcie na uwadze, że antrakt niby jest, a go nie ma, i być może warto zostać wówczas na widowni?… Tak tylko mówię…

Z innej beczki, jutro znowu mam spotkanie na szczycie i będę przemawiać. Szef do mnie zadzwonił dzisiejszego popołudnia.
– Spokojnie. Ustawiłem cię jako pierwszą, więc będziesz miała szybko z głowy. Nic się nie denerwuj, ja też tam będę, w razie czego ci pomogę.
A więc mojego arcystresiora aż tak widać. To wspaniale.

*Jak na ironię, czytałam dziś jedną z pierwszych recenzji Doktora Faustusa z Kitem Haringtonem w roli tytułowej, wystawianego obecnie na West Endzie. Recenzję napisał bloger, bo tylko oni mogą, gdyż przed oficjalną premierą prasa ma embargo. I cóż on napisał.
„Czy gdyby nie był taki przystojny i umięśniony, to w ogóle zauważylibyście go na scenie?”.
Gdybym robiła w tej branży i przeczytała coś takiego o sobie, upiłabym się z rozpaczy.

Building castles in the air

Mam wielką prośbę.
Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł wylatywania na wycieczkę pierwszym porannym samolotem po całym tygodniu pracy i wracania ostatnim wieczornym przed całym tygodniem pracy, wybijcie mi to z głowy. Na krakowski dworzec dotarłam kwadrans przed drugą w nocy, a o szóstej zadzwonił budzik. Wyglądam dziś (i czuję się) już nawet nie jak moje zdjęcie w paszporcie, raczej jak portret trumienny. Tym milej ze strony pana i władcy, że wspaniałomyślnie posłodził mi, że kraj od razu wyładniał po moim powrocie. Ten to jednak wie, co babie powiedzieć.

Sama natomiast wycieczka całkiem udana, dziękuję – mimo drobnych perturbacji. Mianowicie gdy w przerwie pomiędzy jednym a drugim sobotnim spektaklem poszłam zameldować się w hotelu, pani w recepcji z podejrzanie przepraszającym uśmiechem rzekła, że cały dzień próbowali się ze mną skontaktować. Oho. Niedobrze.
Okazało się, że w hotelu jest awaria i muszą przenieść część gości w inne miejsca. Autorka trochę się spięła, albowiem za godzinę musiała stawić się w National Theatre i odbyć jeszcze z tej okazji podróż metrem, ale pani w recepcji wyjaśniła, że ten drugi hotel, do którego trafię w zamian, jest zaraz przy sąsiedniej ulicy i nie muszę iść, bo taksówka już czeka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że moja nowa tymczasowa kwatera ma nieporównanie wyższy standard – otwierają przed wami drzwi, windziarz, deszczownica i plazma zajmująca pół ściany, te sprawy – a w dodatku w pokoju zastałam butelkę wina i kosz owoców w ramach przeprosin za niedogodność. Pomyślałam, że z takimi niedogodnościami to ja ewentualnie mogę żyć. Niemniej zamiast pławić się w luksusie, wybiegłam na Oczyszczonych.

Powiem tak.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle penisów w tak krótkim czasie. O ile się nie mylę, żadnemu z aktorów nie udało się zagrać całego przedstawienia w ubraniu.
Czego tam nie było. Wstrzykiwanie narkotyku w gałkę oczną. Elektrowstrząsy. Odcinanie kończyn. Wtykanie metalowego pręta w… no, wszyscy wiemy, w co. Striptiz. Masturbacja. Raczej nieprzyjemnie, za to bardzo dosadnie zobrazowany seks. Upokarzanie. Wycinanie języka. Zmuszanie do jedzenia. Ogólnie rzecz biorąc, niemal dwugodzinny festiwal tortur zadawanych na różne sposoby. Widz zostaje całkowicie wytrącony ze swojej strefy komfortu i przez cały wieczór jest niemal jak Alex z Mechanicznej pomarańczy, zmuszany do patrzenia na okropieństwa. Czy to są rzeczy gorsze niż oglądamy w telewizji/sieci? Gdyby się zastanowić, to nie. Czy dziwię się ludziom, którzy mdleli albo wychodzili w trakcie? Też nie, mimo wszystko. O ile jestem dość odporna na krwawe obrazki i naprawdę trudno mnie zgorszyć, to jednak sama miałam pewien kłopot ze zniesieniem jednej sceny – tej z karmieniem siłą właśnie. To był moment, gdy myślałam: „rany boskie, niech oni już przestaną, przecież on zaraz zwymiotuje”.
Mocne. Nie odważę się mówić, czy dobre, czy niedobre, bo trudno to w ogóle w takich kategoriach oceniać. Zresztą spektakl miał pełną gamę recenzji, od jednej gwiazdki po pięć. Z jakiejś przyczyny bardzo chciałam to obejrzeć – vide wpis poniżej, ja lubię czasem trochę mroku, jest potrzebny – i cieszę się, że udało mi się zdobyć na to bilet. To był trudny wieczór, ale bez dwóch zdań interesujący.
Znałam dwójkę aktorów grających brata i siostrę (sceny, w których oni grają razem, są świetne), ale nie wiedziałam, że pewna znakomita niespodzianka obsadowa mnie czeka. Czytam sobie bowiem przed spektaklem listę płac i widzę nazwisko takie, Matthew Tennyson. Tennyson? Skądś znam. Czytam zatem, w czym osobnik dotychczas wystąpił, a tam stoi, że Sen nocy letniej w Globe. No przecież! Puk!!
(Zbieżność nazwisk ze słynnym poetą nieprzypadkowa, nawiasem mówiąc).

Jakby tego było mało, parę godzin wcześniej widziałam Ibsena. Też nieszczególnie w dobry nastrój wprawiające przedstawienie, ale zupełnie, dramatycznie wręcz inne. Przeszło już do historii, więc nie zepsuję nikomu przygody, jeśli napiszę o zakończeniu, które mnie powaliło. I naprawdę, naprawdę opadła mi szczęka. Dosłownie twarz rozdziawiłam.
Gdyż mianowicie scenografia w ostatniej scenie cała się zawala. TRRRACH. To ostatnia rzecz, jakiej widz się spodziewa – przed sekundami dosłownie przeżywszy tragiczną śmierć głównego bohatera.
I muszę trochę posypać głowę popiołem. Otóż, widzicie, ja nigdy nie byłam fanką Ralpha Fiennesa. Podchodziłam doń z nastawieniem „szanuję, doceniam, ale nie moja bajka”. Gdy obejrzałam wiosną Człowieka i nadczłowieka, moja rezerwa nieco osłabła. Potem obejrzałam parę wywiadów z nim i odkryłam, że to erudyta z dużym dystansem do siebie, rzadkie zjawisko w szołbiznesie, ale zawsze obiecujące. Potem przeczytałam rozmowę o tym, jak grał Koriolana (i jak wywiadującego przyjął we własnym mieszkaniu, robiąc przy tym tosty). A przedwczoraj obejrzałam ten spektakl i od kilkudziesięciu godzin Fiennes ma we mnie oddaną wielbicielkę. To jest tak, że są aktorzy zachwycający w filmach, którzy na scenie sobie nie radzą zupełnie. Są też tacy, którzy wchodzą i jeszcze zanim się odezwą, kradną waszą uwagę całkowicie. Mają taką charyzmę, że nawet gdy stoją w cieniu, chcecie patrzeć tylko na nich – właściwie nie tyle chcecie, co musicie, to się odbywa poza waszą kontrolą. Fiennes to jest ten właśnie przypadek, który potrafi przetrzymać was w nieznośnej ciszy, rozbawić kąśliwą uwagą wypowiedzianą bez cienia uśmiechu i złamać wam serce. Bez szarży, bez prób oczarowania publiczności, bez odstawiania maniany, bo sławny i ludziom i tak się spodoba. Klasa.

Obudziłam się w niedzielę umiarkowanie rano – te wszystkie poduszki były takie cudowne – spakowałam manatki i udałam się ponownie na południowy brzeg. Jakoś tak się zdarzyło tym razem, że wszystkie przedstawienia oglądałam poza West Endem, zatem w sumie nie wiem, czemu tam nie zamieszkałam; nie musiałabym metrem się tłuc.
Do Shakespeare’s Globe się udałam. Wiadomo wszak, że bez Globe wizyta się nie liczy.
Niestety przyszłam na tyle wcześnie, że musiałam coś ze sobą zrobić na miejscu. Globe ma sklep. Nienawidzę tego miejsca.

wp-1458589422896.jpeg

Poszłam na Zimową opowieść do Sam Wanamaker Playhouse – czyli tej ich wewnętrznej, zadaszonej sali teatralnej, która jest miejscem bardzo kameralnym i uderzająco pięknym. Już po wielokroć tu piałam nad jej urokami, więc tym razem pominę, ale niezmiennie polecam wizytę. Mam oczywiście wiele uroczych wspomnień stamtąd, wszak to tam siedziałam przebrana za pirata, ale pomijając sentymenty, to miejsce kojarzy mi się z bombonierką. Albo z pozytywką. Albo z domkiem dla lalek. Jest śliczne, maleńkie, przytulne i pachnące. Tak, pachnące. Teraz już trochę „wywietrzało”, ale gdy byłam tam niedługo po otwarciu, pachniało świeżym drewnem. Poza tym, choć jest tam sztuczne oświetlenie, przedstawienia gra się przy świecach osadzonych w zwisających z tego ich obłędnego sufitu kandelabrach. Teatr używa świec z pszczelego wosku, nie jakichś tam taśmowej produkcji, więc to przy okazji zdrowe.
Szczerze? Ta wersja Zimowej opowieści podobała mi się bardziej niż ta Branagha. Była oczywiście nieporównanie skromniejsza, dużo prostsza, ale przez to uroczo intymna. Plus oczywiście muzyka na żywo, jak zawsze w tym teatrze. Któż nie lubi posłuchać harfy czy innej tam wiolonczeli. Plus John Light (ależ on jest przystojny, przepraszam, musiałam to napisać). Plus interakcja z widownią, też obowiązkowa – szczęśliwie tym razem siedziałam z daleka od bezpośredniego pobliża sceny. A przede wszystkim wyśmienite wykorzystanie niezwykłych atutów tego miejsca i jeden z najbardziej magicznych momentów, jakie przeżyłam. Otóż Zimowa opowieść zawiera takie słynne didaskalia: exit, pursued by a bear. Od wielu lat mądre głowy próbują ustalić, jak niby William S. w swoich czasach wyczarował niedźwiedzia na scenie – możliwe nawet, że był to niedźwiedź prawdziwy, bowiem wówczas South Bank było nie tylko siedzibą teatrów, ale też aren niedźwiedzich zapasów… W każdym razie w Sam Wanamaker Playhouse ta kluczowa scena, która kończy pierwszą część opowieści i zaczyna drugą, rozgrywa się w całkowitych ciemnościach. Zupełnych. Płomyki świec zostają zdmuchnięte, kandelabry odjeżdżają w górę, aktorzy znikają. Nic, absolutnie nic nie widać. Zostaje z wami tylko zapach rozgrzanego wosku. I to jest chwila, gdy wasza wyobraźnia szaleje. Coś pięknego, niesamowitego.
Często bywam pod wrażeniem zastosowania techniki w teatrze, ale tak naprawdę to rozwalają mnie właśnie takie momenty – czarowanie widza bardzo prostymi, przaśnymi niemal środkami.

Wyszłam, popędziłam na dworzec Blackfriars (zawsze będzie mi się kojarzył z Nigdziebądź Gaimana – gdy raz się tę książkę przeczyta, usłyszy słuchowisko albo obejrzy serial, podróże metrem pod Londynem będą inne – Czarni Mnisi, Siedem Sióstr, Słoń i Zamek…), wsiadłam do pociągu, wsiadłam do samolotu, dotarłam do domu. Nadal czuję się wątła, marna, zwiędła i mam worki pod oczami. Ale och, czyż nie było warto.

Pursued by a bear

Skoro jest czwartek i wracam późno do domu, to najpewniej teatr w kinie był grany. Ale o tym za chwilę.
Cieszę się, że mam do czego uciekać od rzeczywistości, bo w ostatnich dniach przestałam ją rozumieć – czy to jest tak, że komunizm obalili komuniści i teraz on musi zostać obalony naprawdę, czy ja nie nadążam?… W każdym razie na szczęście mogę pisać o innych sprawach.
Oglądali pierwszy odcinek The Night Manager na BBC? Z Hiddlestonem w roli głównej, nie wiem, czy znacie. Ja nie jestem jakąś jego wielką fanką i jest to wyznanie całkowicie szczere, nie to, że ściemniam, a w rzeczywistości po nocach fantazjuję i dotarłam do ostatniej strony wyników wyszukiwania zdjęć w Google – niemniej muszę przyznać, że ma w sobie jakiś urok. I uśmiech. Wielu miłych recepcjonistów w życiu spotkałam (spotkałam też skrajnie niemiłych, pozdrawiam pana, który za każdym razem witał mnie wzrokiem mówiącym mi, że na noc będzie jednak lepiej zamknąć się od środka, bo jak ja do domu wrócę z odciętymi kończynami), ale jakby taki w moim hotelu urzędował, cóż, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że schodziłabym dość często po nitkę, nożyczki, taksówkę, mapę, z ważkim pytaniem o sens życia, coś tam by się znalazło. W każdym razie, abstrahując od bożyszcza kobiet, to naprawdę bardzo dobry szpiegowski serial. Na motywach bardzo dobrej szpiegowskiej powieści. Z efektowną bondowską czołówką i Matterhornem w tle. I z drugim być może wam znanym w roli absolutnie paskudnego typa z krwią na rękach. Powieść napisał Le Carré, który przypadkiem sam pracował w MI6, zanim go wydał kolega po fachu, Kim Philby, niesławny angielski podwójny agent na usługach Kremla.
Świetna, świetna rzecz.
Nawiasem mówiąc, zawsze chciałam zostać szpiegiem. Powiadam, rodzice zostawili zbyt wiele książek w zasięgu moich rąk, gdy byłam dzieckiem.
Niestety dotąd nie wiem, dokąd się zgłosić, bo w tych czasach to chyba raczej do człowieka się zgłaszają (a ja nigdy nie odbieram połączeń z zastrzeżonych numerów, może błąd). Domyślam się oczywiście, że teraz to wygląda ździebko inaczej niż w filmach z lat 60., i zapewne szpiegowanie nie polega na bywaniu, paradowaniu w smokingach i sączeniu koktajli.

A dziś poszłam, ma się rozumieć, na Zimową opowieść. Jeszcze rano miałam nieszczególną na to ochotę, ale przeważyły dwa argumenty. Po pierwsze – miałam to obejrzeć na żywo i miałam na to bilet nawet, ale potem nagle zmieniłam pracę, głupio było brać urlop po raptem miesiącu, więc z bólem serca bilecik oddałam koleżance. Argumentem drugim był Bateman. Do Batemana mam, jak wiadomo, wielki sentyment, wszak przeżyliśmy razem kilka pięknych wieczorów, i może wreszcie kiedyś pójdę się z nim przywitać, bo choć miałam okazję, nigdy z niej nie skorzystałam, a chłopak naprawdę się rozwija. Pod każdym względem, że tak powiem. Kiedy mu tyle mięśni przyrosło?
Plus, ma się rozumieć, Dame Judi Dench. O niej aż głupio cokolwiek pisać. Właściwie napiszę jedno. Swego czasu czytałam wywiad z nią, wspomnienia o jej roli Julii prawie 60 lat temu. Pojawił się w tym wywiadzie wątek krytyczki, która zawsze nazywała Dame Judi po nazwisku i zrzędziła nad każdą jej rolą. Komentarz aktorki brzmiał: Well, she can go fuck herself. Podejrzewam, że gdyby Judi Dench to do was powiedziała, zapewne uznalibyście to za najlepszy komplement w życiu, tak bardzo jest fantastyczna.
To jest dopieszczony wizualnie i muzycznie, bardzo dobry spektakl – wybitny nie, dość zachowawczy, staroświecki może nawet, ale bardzo dobry. To nie rzecz zrobiona po to, żeby widzem wstrząsnąć, ale rzecz, po której wyraźnie widać, że jej twórcy darzą teatr wielką miłością i że zęby zjedli na tym niewdzięcznym rzemiośle. I mają taki warsztat, że z zachwytem słuchalibyście ustawy o kwocie wolnej od podatku w ich wykonaniu.
Przy czym, muszę przyznać, nie przepadam za manierą aktorską Branagha. Zobaczywszy go dziś, doznałam wrażenia, że w Harlequinade, grając gwiazdę trupy rozmiłowaną w przesadzonych środkach, sparodiował sam siebie. Nie zrozumcie mnie źle – nie podważam jego profesjonalizmu, po prostu nie przekonuje mnie tego rodzaju aktorstwo. Wolę powściągliwość. Z drugiej strony doceniam fakt, że zgromadził wokół siebie ludzi, o których musiał wiedzieć, że są chorobliwie utalentowani i mogą go zepchnąć do narożnika na scenie, i że przedstawienia w tym jego sezonie nie są, że to tak nazwę, Kennethocentryczne. Bo taki Hadley Fraser przecież. Dużo mniej znane nazwisko, a fenomenalny, ogromnie ceniony i wszechstronny aktor. Bo taki John Dagleish, dryblas onegdaj nagrodzony Olivierem, który bezczelnie sobie przywłaszcza cały drugi akt (facet niemożebnie kradnie uwagę). Bo uderzająco piękna i ekspresyjna Miranda Raison.
To wszystko razem – tekst, ekipa i jej doświadczenie – musiało sprawić, że się uda. No i się udało. To nie jest przedstawienie, którego się do końca życia nie zapomni, ale bez dwóch zdań przedstawienie, którego każda scena mówi: „spójrzcie, tak to się robi”.

I jeszcze jedna sprawa.
Ta cała Zimowa opowieść, to ona nie do końca jest Szekspira.
W jego czasach powszechne było czerpanie z tekstów napisanych przez innych i William tylko twórczo przerobił Pandosto, arcypopularną w jego czasach historyjkę, napisaną przez niejakiego Roberta Greene’a u schyłku XVI wieku (to właśnie tę nowelę wzięto na warsztat podczas ostatniego czytanka – i teraz sobie wyobraźcie, jak to musiało wyglądać rozpisane na tylko pięć osób, które miały tylko pięć godzin na przygotowania). Dobrze ją przerobił, to i owszem. Acz, jak w oryginale, do Czech nadal da się dopłynąć statkiem.
A na dowód, że William istotnie śmiało wykorzystywał istniejące już teksty, proszę bardzo, znalezione w bardzo ciekawej książce. Christopher Marlowe: Holla, ye pampered jades of Asia/ What can ye draw but twenty miles a day. Szekspir później: And hollow pampered jades of Asia/ Which cannot go but thirty miles a day. Coś jakby podobne, prawda?

Ale gdy znowu usiądzie obok mnie ktoś rozmiłowany w swoim telefonie, to niech wie, że jest upiornym bucem. Chyba że jest kardiochirurgiem spodziewającym się rychłego wezwania do przeszczepu serca, wówczas przebaczam potrzebę regularnego błyskania ekranem. Wszystkie inne takie przypadki proszę o pozostanie w domu, taniej wam wyjdzie i nie wkurzycie ludzi.

Deus ex machina

Miałam dziś wychodzić na miasto, ale po tym, jak wpadłam do domu, żeby się przebrać – pomyślałam, że może jednak przyjemniej będzie zostać. Cieplej, to z pewnością. I zostałam. Czyżbym zaczynała się starzeć?…

Skoro tak, to mogę zakończyć temat wycieczki.
Bo jeszcze obok tych spektakli koleżanka wcisnęła muzea. Tych to tam akurat pod dostatkiem. I jeśli nie pociąga was przyglądanie się w ciszy barokowemu malarstwu, to nic, bo możecie na przykład obejrzeć sobie chomika w formalinie. Przy czym ten chomik będzie stosunkowo najmniejszym hardkorem.

Hunterian to jest muzeum, które mieści się na piętrze Royal College of Surgeons. Wchodzi się oczywiście za darmo, jak do wielu, tylko trzeba poprosić pana w recepcji o przepustkę. Jak łatwo się domyślić, jest to muzeum poświęcone rozwojowi chirurgii i badaniom nad anatomią (jak człowiek sobie obejrzy makabryczne narzędzia chirurgiczne z XVIII wieku, to się cieszy, że nie musiał korzystać z usług ówczesnych łapiduchów – biedny Samuel Foote! – a gdy się dowie, że byli tacy, co usiłowali znieczulać za pomocą hipnozy, to się cieszy jeszcze bardziej). Przede wszystkim jednak w muzeum zgromadzono bardzo, ale to bardzo liczne słoje. W słojach owych spokojnie unoszą się eksponaty, zwierzęce i ludzkie, w częściach i w całości. Tak, ludzkie płody też, więc jeśli ktoś jest wrażliwy, to może się zastanowić nad wizytą – chociaż nie jest to przerażający widok. Ale nie tylko. Można zobaczyć wnętrze jajka z pisklęciem jeszcze wewnątrz. Macicę ciężarnej samicy kreta. Nozdrza wielbłąda. Szkielet człowieka, który miał 231 centymetrów wzrostu i inne frapujące deformacje. Rozmaite organy, od układu gębowego po kolei w dół – panie na przykład mogą sobie zobaczyć od wewnątrz tę część ciała, której zwykle nie widują z takiej perspektywy, och, i jest cała półeczka z penisami w różnych kształtach i rozmiarach, w tym i tkniętymi chorobami wenerycznymi.
Dziwne jest to miejsce, ale fascynujące i można spędzić tam dużo więcej czasu, niż się zamierzało.

Preparaty anatomiczne ogląda się ciekawie, ale nie samymi nimi człowiek żyje, nieprawdaż. Toteż wybrałam się jeszcze w inne miejsce.
Do Royal Academy of Arts. Na wystawę pod wiele obiecującym tytułem Painting the Modern Garden.
Wyszłam po trzech godzinach i tylko dlatego, że musiałam. I chętnie poszłabym jeszcze raz. A najchętniej włamałabym się nocą i przynajmniej parę obrazów zwinęła. To tylko obrazy ogrodów; od Moneta po Paula Klee. W ostatniej sali ludzie stoją przez długie kwadranse, gapiąc się na tryptyk, który, powiadam, mowę człowiekowi odbiera. Każdy z tych trzech obrazów przebywa w innym muzeum w USA i oto wszystkie przyleciały do Europy, żeby po raz pierwszy od wielu lat (jeśli nie w ogóle) zostać wystawione razem. I choćby dla tego niebiańskiego cuda warto pójść. Acz oczywiście jest tam ponad sto innych prac, a każdą tak samo chciałoby się mieć w domu nad kominkiem. Nie. Nie nad kominkiem. W osobnym, pustym pokoju, wyposażonym jedynie w fotel, żebyście mogli siedzieć i przyglądać się godzinami. Widzicie na przykład podobieństwa w kształcie parasolki i korony drzewa? To prawie jakby jedna kobieta przyglądała się drugiej… Albo ten tajemniczy ogród.

Cóż. Jak wspomniałam, musiałam wreszcie wyjść, bo tego samego popołudnia miałam zaplanowane jeszcze zwiedzanie kulis National Theatre.
Nikt się zapewne nie zdziwi, jeśli napiszę, że całym sercem polecam.
National Theatre z zewnątrz to nie jest jakaś uderzająco urodziwa budowla – to jest betonowy, kanciasty, asymetryczny kolos. Wieczorami wygląda o tyle ładniej, że jest zawsze jakoś wdzięcznie podświetlony.

wp-1455230669575.jpeg

Ale on nie został zaprojektowany tak, żeby był fotogeniczny, tylko żeby był funkcjonalny. Dla pracowników i dla widzów. W żadnej z sal tego teatru nie ma miejsc z ograniczoną widocznością. Nie ma w nim też loż, wszak to teatr narodowy, w którym nie ma lepiej i gorzej traktowanych widzów, i nikt nie będzie w loży błyszczał. Nawet królowa.
Szczerze przyznam, że choć NT ma miękkie dywany, Wi-Fi, świetną księgarnię i bardzo sympatyczne bary, a co najważniejsze – ciągle przyzwoite ceny biletów, jak na to miasto w każdym razie, no i jeszcze robi te swoje transmisje, to ja za nim nie przepadam. Z prostej przyczyny – jeszcze ani razu mi się nie zdarzyło, żebym się w nim nie zgubiła. On jest naprawdę ogromny. Do rzeczy.

O umówionej godzinie należy stawić się w umówionym miejscu, przychodzi po was przewodnik i zabiera was na zaplecze. Najpierw – na widownię w trakcie przygotowań do spektaklu, takich czysto technicznych, no wiecie, czy reflektory świecą, czy rampa jeździ, czy scenografia też, czy potężny Drum Revolve działa (obrotowa scena, która nie jest taką po prostu obrotową sceną. Ona istotnie ma kształt bębna i sięga paru pięter w głąb. Z jednej strony scenografia zjeżdża, z drugiej wynurza się spod desek. Wot, technika), czy dźwięk dobry. Wygląda to wszystko jak kompletny chaos i trudno uwierzyć, że za dwie i pół godziny przedstawienie ruszy i będzie doskonale. Oni tam wszyscy dobrze wiedzą, co robią, nawet jeśli dla was to wygląda, jakby dwulatek dorwał się do konsolety i postanowił ponaciskać wszystkie guziki naraz.
Stamtąd wędrujecie na to prawdziwe zaplecze. Korytarze z garderobami na początek. Z zewnątrz tego nie widać, ale National Theatre ma dziedziniec. Garderoby są ulokowane wokół tego dziedzińca, dzięki czemu ich lokatorzy mogą się widzieć nawzajem przez okna, a nawet – jeśli troszkę podniosą głos – ze sobą rozmawiać. Wykształciła się wokół tego osobliwa tradycja, mianowicie w wieczór premiery wszyscy stają w oknach i walą w nie otwartymi dłońmi z całych sił, żeby wesprzeć na duchu tych, którzy dziś zagrają w oficjalnie pierwszym przedstawieniu. Tutaj macie piękny felieton o tym zjawiskulike a thunderous heartbeat of theatre itself. Przewodniczka powiedziała, że to słychać na widowni. Mam zatem nowy cel życiowy, mianowicie chcę pójść na premierę do National Theatre.

Potem drepczecie sobie przez biura projektowe i stolarnie, przez monstrualne magazyny. Możecie się pobawić lalkami wykorzystywanymi w spektaklach i odciętymi głowami z przyszytymi prawdziwymi włosami. Czy możecie wejść na scenę? Niestety. Kiedyś podobno było można, ale teraz już ze względów bezpieczeństwa nie. Ma to ponoć związek z tym, że nad scenami NT są przestrzenie, w które wciąga się scenografię (to jest teatr repertuarowy – znaczy, gra kilka przedstawień jednocześnie na zmianę; normalnie w Brytfannie gra się tylko jedno osiem razy w tygodniu przez kilka tygodni/miesięcy, dobranoc, i robi się następne). Dlatego właśnie National Theatre wygląda tak dziwnie z zewnątrz – te wystające ponad bryłę budynku kominy to tak naprawdę magazyny. Żeby zrobić miejsce jednemu spektaklowi, meble czy inne tam klamoty wykorzystywane w drugim podwiesza się w niebiesiech nad sceną. Ten mechanizm mógłby utrzymać wypełniony piętrowy autobus, a scenografia jest ze sklejki i pianki głównie, więc jakby nie ten ciężar, ale jednak widzom nie wolno na scenie przebywać, bo jeszcze coś by na nich spadło. W każdym razie następnym razem, gdy będziecie oglądali NT Live, miejcie na uwadze, że kilkanaście metrów nad waszym Cumberbatchem prawdopodobnie dyndają sofy, kredensy i klatki schodowe.
Fascynujące.
Tym to wszystko mocniej rezonowało, że tuż przed wyjazdem obejrzałam fenomenalną Kwestię techniki w Starym Teatrze – graną przez maszynistów. Wyśmienity spektakl, który zaczyna się świetną sceną tańczących ścian, poruszanych przez niewidzialne dłonie. Bardzo zabawny, bardzo szczery i bardzo interesujący, bo w ciągu tej raptem godziny macie szansę dowiedzieć się bardzo dużo o tym, jak to wszystko wygląda z drugiej strony. Można się zastanawiać, kto jest prawdziwym artystą w tej branży i czy to nie przypadkiem ten człowiek, który w tle zasuwa spocony, a jego wysiłek jest dla waszego oka calkowicie niewidoczny.

„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Fakt, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta oraz jedno niemowlę – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was i poklepać w kolano – okaże się, że ten wasz stres jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje. I to jest naprawdę bardzo fajne. A poza tym jeśli macie doła, to też uczestnictwo w tym wydarzeniu wyjdzie wam na zdrowie, bo intensywny masaż przepony w cenie.

A potem znowu stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Tak się składa, że wyjście dla personelu przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i zarazem w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam). Innymi słowy, wykonawców można po wszystkim złapać w kolejce po piwo i powiedzieć, że są świetni. Ponieważ to jest właśnie oczywista rzecz, którą mówi się nieznajomym, nieprawdaż.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.

Everything that is, is fine

Wczoraj wieczorem, gdy zanurzałam się w urywany sen, wiedząc, że muszę o trzeciej z minutami zwlec się z łóżka, żeby zdążyć na samolot – myślałam, że może jednak odpuszczę. Wyśpię się chociaż. Raz w tygodniu. Powstrzymała mnie myśl, że hotel pewnie już mi zablokował sumę za nocleg i ściągnie ją bezlitośnie, i że  jeśli teraz nie zobaczę tych przedstawień, to nie zobaczę ich już nigdy.
I oto w sobotnie popołudnie pojawiłam się na Charing Cross Road 111, w przeraźliwie zimnej i nieco zrujnowanej kamienicy, niegdyś zajmowanej przez słynną szkołę artystyczną St Martins (Alexander McQueen i tacy tam do niej  uczęszczali).

Widzicie, to jest dość niesamowite w tym  mieście – możecie spędzić parę godzin w zimnych, odrapanych murach, mając na wyciągnięcie ręki bardzo sławnych aktorów, którzy mogliby przechadzać się po czerwonych dywanach, ale z jakiejś przyczyny wolą marznąć razem z jakąś setką widzów w tym osobliwym miejscu.
Ja już kiedyś napisałam, że Andrew Scott to jest zwierzę sceniczne. Jego palącego wzroku się nie zapomina. Jest kompletnie nieprzewidywalny. I jeśli macie go w pamięci jako Moriarty’ego – słusznie skądinąd – albo jako cierpiącego ojca z Sea Wall , to w tym spektaklu zobaczycie go jako pianistę z wyraźnym spektrum autyzmu, jako kogoś tyle genialnego, co bezradnego życiowo, kim przez całe życie opiekuje się brat (wspaniały David Dawson). Brat, który zawsze chciał być sobą, ale siłą rzeczy pozostał tylko  opiekunem tej chimerycznej istoty, potrafiącej spędzić cały dzień, obserwując liść. Nim nigdy nikt się nie zaopiekował. I  to jego historia jest najbardziej wstrząsająca.
O ile Andrew po swojemu szarżuje, o tyle David gra bardzo wycofanie i delikatnie. Moim zdaniem chłopak idzie po wielką sławę. A jeśli nie po sławę, bo tę zyskują nie zawsze najlepsi, to przynajmniej po uznanie, bo bez wątpienia to jeden z najlepszych aktorów pokolenia w anglojęzycznym świecie.
Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło naprawdę. W 1947 roku w Nowym Jorku odnaleziono ciała dwóch zdziwaczałych braci Collyer, pośród ogromu rzeczy, które uzbierali.
Sztuka sama w sobie nie jest wybitna, ale jest wybitnie zagrana.
Ci dwaj naprawdę sprawiają wrażenie, jakby byli braćmi.
I to wszystko zdarza się w tej ciasnej, lodowatej przestrzeni, na którymś piętrze na Charing Cross Road. Za oknem czarne taksówki, autobusy, karetki i neony West Endu. A jakby tego nie było. Ten spektakl, zagrany na dużej scenie, straciłby na intensywności, a w tak kameralnym miejscu, z aktorami poruszającymi się centymetry od was, czując ich ruch, oddech i zapach, jesteście w środku tej tragicznej opowieści o miłości niespełnionej na każdym możliwym poziomie. Widzicie te ciemne, niemal czarne, prawie jak otchłań oczy Andrew i przejmująco smutne, spokojne spojrzenie Davida.
I gdy kłaniają się wam po wszystkim, a przypadkiem siedzicie w pierwszym rzędzie, możecie złapać ich uśmiech i spojrzenie mówiące: o rany, nie płacz, to tylko przedstawienie.

Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć

Ale w sumie to ja rozumiem tego naszego prezydenta. Też mam ludzi, dla których zrobię dużo, nawet z narażeniem wizerunku, i być może nawet z naruszeniem prawa, gdyby odpowiednio poprosili.
Tylko że ci moi to są chociaż przystojniejsi.
I nie chcą rządzić światem. A szkoda.

Mniejsza.

Boska Komedia się zaczęła i dziś byłam. Widownię opromieniał blask różnych sławnych ludzi (niektórych widuję co roku, podobnie jak niektórych widzów – nawiasem mówiąc, co trzeba zrobić, żeby móc zajmować siedzenia z napisem „industry”? to znaczy, ja wiem, że moja relacja z „industry” jest nieszczególnie profesjonalna, ale do jury mnie z pewnością nie zaproszą, więc może chociaż to?…). Spektakl świetny. O tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy żarliwa wiara przeradza się w fanatyzm. Oto mamy nastolatkę wychowywaną samotnie przez ojca, która znienacka ucieka z zajęć na basenie. Ku zaskoczeniu rodzica wyjaśnia, że wspólne pływanie obraża jej uczucia religijne. I nie, to nie jest żart. Dziewczyna nie rozstaje się z Biblią, a jej pobożność się nasila. Jest to przy tym pobożność dość osobliwie rozumiana, bo prowadzone szeptem rozmowy z Najwyższym i chęć czynienia cudów nie przeszkadzają bohaterce traktować tego, co zapisane, całkowicie dosłownie. To nie jest chrześcijaństwo rozumiane jako kochaj bliźniego i nadstawiaj drugi policzek, o nie. To jest „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. To jest karzący miecz. To jest wojna. Dziewczę jest gotowe umrzeć dla Pana Boga. Nawet ksiądz, z początku zachwycony jej religijnym oddaniem, powoli uświadamia sobie, że coś tu jest nie tak. Bo ona owszem, kocha Chrystusa (gdy dowiaduje się, że jej wychowawczyni ma żydowsko brzmiące nazwisko, syczy, że oni zamordowali pana Jezusa) i chciałaby być jak on, ale jest całkowicie głucha na jego nauki. Im bardziej postępuje jej obsesja, tym bardziej agresywna się staje. I jak łatwo się domyślić, jej wstręt do ludzkiej seksualności to czysty mechanizm wyparcia.
Oczywiście przedstawienie dorobiło się protestu w wykonaniu przedstawiciela zgadnijcie której partii, bo ponoć manipuluje tekstem Biblii. Cóż, każdy, kto czytał, raczej zauważył, że Stary Testament i Księga Apokalipsy zawierają od groma makabrycznie krwawych wątków. Pewnie, że Biblia zawiera też bardzo piękne teksty, ale ten spektakl opowiada o osobie, która bardzo źle rozumie chrześcijaństwo i odrzuca wszystkie te jego aspekty, które są związane z byciem blisko innych ludzi, na przykład. Z troską o pokój. Z szacunkiem dla drugiego człowieka, nawet jeśli jest bardzo inny od nas. To przedstawienie nie obraża religii jako takiej, absolutnie. Ono wytyka zaślepienie, świadome odrzucanie kodeksu moralnego, takiego pospolitego, ludzkiego, w imię bliżej niezdefiniowanego lepszego dobra, a wreszcie zło czynione w imię dobra i tę właśnie chęć pójścia na wojnę z całym światem, by zaprowadzić jedynie słuszny, czyli nasz porządek.
I jak dobrze to jest obsadzona rzecz. Głowacki. Kosiński. Tyndyk. Ogrodnik – uch, jak ja go uwielbiam i jak się zdziwiłam, gdy pojawił się jako ogolony na rekruta buńczuczny smyk w luźnych portkach i z plecakiem; nawiasem mówiąc, w najbardziej przejmującej scenie – gdy jego bohater, ogólnie rzecz biorąc, obchodzi się z protagonistką dość brutalnie, najprościej można to opisać jako „to ja ci pokażę, ty głupia zdewociała suko”, zjeżył mi włosy wszędzie. Roma Gąsiorowska, której nie poznałam. Aleksandra Konieczna w roli wychowawczyni-ateistki, która dużo, może zbyt dużo poświęca, by zrozumieć, co siedzi w głowie tej dziewczyny – bardzo kciuki w górę (ba, wiadomo, z takim imieniem!). Wreszcie, ma się rozumieć, Justyna Wasilewska. Ona wygląda jak maleńka niepozorna dziewuszka w tym spektaklu, prawie dziecko, zgarbione, chuderlawe, z plecaczkiem (a ja ją pamiętam z łódzkiego Otella, na którego specjalnie tłukłam się TLK przez pół Polski onegdaj), ale nie dajcie się zmylić. Ma siłę rozpędzonego pociągu i kolosalną charyzmę.
Jednym ten spektakl będzie się bardzo podobał, innym bardzo nie.

Tyle na dziś. Wracam do nerwowego sprzątania, bo jutro w moje progi zajeżdża osobista madre i jak zobaczy te wszystkie sterty ubrań…

It’s a funny world ours, isn’t it?…

Specjalnie sobie kupiłam bilet na wczesny poranek, żeby dotrzeć do domu o normalnej godzinie i mieć jeszcze porządną niedzielę.
A dotarłam trzy minuty po dwudziestej.
Otóż idę ci ja sobie wczoraj świtem na dworzec Liverpool, idę, bo oczywiście metro w niedziele rusza, jak się wszyscy wyśpią, docieram na ten dworzec półprzytomna, bo szósta rano, a ja bez kawuni, i cóż widzę. Otóż widzę pozamykane perony. Nie będzie pociągu na lotnisko, będzie autobus. Tylko widzicie, autobus jedzie dwa razy dłużej, a moje lotnisko jest oddalone o 60 kilometrów od Londynu i nie ma szans, żebym zdążyła. I co teraz, i co teraz.
Autorka podumała, podumała i stwierdziła, że może bezpieczniej będzie po prostu kupić bilet na późniejszy samolot – będzie bolało, ale trudno, rozsądniejsze to niż tłuczenie się przez półtorej godziny, by zobaczyć napis gate closed (pewnie mogłabym się jakoś tam dopominać o zwrot ze względu na przyczyny niezależne ode mnie, ale szkoda marnować czasu i nerwy mimo wszystko). Ryanair oferował bilety na popołudnie, owszem, ale pieniądze tak kosmiczne, że taksówką bym taniej dojechała, więc sprawdziłam British Airways, nauczona doświadczeniem, że normalne linie wbrew pozorom często – zwłaszcza przy kupowaniu z małym wyprzedzeniem – oferują bilety albo nieznacznie droższe, albo nawet tańsze. I tym sposobem BA dowiozło mnie do domu z pełną kulturą, cynamonową bułeczką (i ona była dobra, ta bułeczka, bo samolotowym jedzeniem często można kogoś zabić, gdyby się go uderzyło nim w skroń – lub też w ogóle nie wiecie, co jecie, to znaczy jest to nieśmiertelne chicken or fish, ale trudno dociec, gdzie leży różnica) i winem w cenie biletu, za który, gdyby kto był ciekaw, zapłaciłam coś około 400 złotych.
Swoją drogą – ta sama zasada dotyczy hoteli. Ja nie potrzebuję dużo, byle była ciepła woda pod prysznicem i świeża pościel, ale od pewnego czasu, jeśli jadę na krótko i poza sezonem, robię tak, że dla spokojności robię rezerwację, którą można odwołać bezpłatnie, po czym na jakieś 2-3 dni przed wyjazdem odpalam wyszukiwarkę jeszcze raz. Zwykle poza sezonem okazuje się, że porządne hotele mają pojedyncze pokoje do zapełnienia na noc lub dwie i bardzo obniżają ceny. Przez „bardzo” mam na myśli „BARDZO”. Tym samym, jeśli myślicie, że nie stać was na nocleg w Hiltonie w Londynie, to musicie tylko sprawdzić w odpowiednim czasie i ze zdumieniem odkryć, że jednak was stać.
Dowiedziawszy się, że ten pociąg nie pojedzie, autorka wróciła do hotelu, polazła do recepcji i powiedziała, że już się właściwie wymeldowała, ale sytuacja taka i taka, więc chętnie skorzysta ze śniadania, jeśli może.
– Ależ oczywiście – powiedziała recepcja. – Jaki był numer pani pokoju?
– 320. Już płacę…
– Nie nie, w tej sytuacji to na nasz koszt.
Poza śniadaniem był jeden ogromny plus tego całego nieszczęścia. Marsz przez niedzielny Londyn o siódmej rano. Wymarłe miasto, jak plan filmu o apokalipsie, całe dla was.

Do rzeczy.
Zapomnijcie o Koriolanach i innych Hamletach.
Farinelli i król jest tym przedstawieniem, które powinno być transmitowane wszędzie i regularnie; powinno być jak lektura obowiązkowa. Tak. Powinno pokazywać się je dzieciom – no, może nie dzieciom, ale młodzieży, żeby jej pokazać, co jest naprawdę dobre na świecie i co jest tak po prostu czysto piękne.
Ten spektakl, historię o wieloletniej, dość osobliwej przyjaźni najsłynniejszego kastrata z królem Hiszpanii, wystawiano w Sam Wanamaker Playhouse, zadaszonej scenie Shakespeare’s Globe. Nazwisko na chwilkę zachowajcie w pamięci, bo ono się pojawi tu raz jeszcze za chwilę. Wystawiano toto ubiegłego roku, ale SWP jest maleńki, więc zdobycie biletów graniczyło z cudem i musiałam obejść się smakiem. Jakoś tak się stało, że postanowiono spektakl przenieść na West End i bardzo zdeterminowana aktorka swój wyśniony bilecik w końcu zdobyła. Co urocze, na scenie teatru Duke of York’s wybudowano kopię wnętrza Sam Wanamaker Playhouse – to tylko dowodzi, jaki on jest kameralny – co prawda bez słynnego sufitu, ale i tak ładnie. I spektakl, podobnie jak tam, grany jest przy blasku świec jedynie.
– Piękna scenografia – powiedziała pani obok mnie. Przypadkiem usłyszał to bileter, uśmiechnął się, nachylił nad nią i wyjaśnił, że tak naprawdę to nie jest scenografia, że taka śliczna drewniana scena naprawdę w Londynie stoi, jakieś pół godziny spacerem stąd, a tu tylko ją odtworzono.
Dla dwóch tak wyrazistych ról trzeba było wybrać dwóch doskonałych wykonawców i to udało się bez wątpienia.
Mark Rylance, grający króla, jest dla wyspiarzy świętością. Według niektórych jest najlepszym aktorem, jaki obecnie stąpa po tej ziemi. Łatwo to zrozumieć, gdy ogląda się go na żywo. To jest zwierzę bardzo łatwo nawiązujące kontakt z publicznością i grające z nią, a nie do niej. Jest uwielbiany. Nie plącze się po telenowelach, nie gra w kasowych filmach, zajmuje się głównie teatrem – zresztą nawet mu dyrektorował – i w wyspiarskim świecie teatralnym ludzie się do niego modlą.
Ale jest też Iestyn Davies, czyli Farinelli.
Prawdziwy kontratenor. Genialny głos. Farinellego we własnej osobie gra aktor, całkiem zresztą dla oka miły; Iestyn – ubrany dokładnie tak samo – pojawia się tylko w scenach śpiewanych.
Może jestem sentymentalna i egzaltowana, ale gdy jego głos po raz pierwszy rozległ się w teatrze, trochę mi z oka pociekło. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby mnie tak poruszył sam dźwięk czyjegoś głosu. Nie tylko chyba mnie, bo dawno nie słyszałam na widowni tak absolutnej ciszy. Nikt nawet nie ośmielił się kaszlnąć, gdy Iestyn śpiewał. A w finałowej scenie, bliżej podpisana ryczała rzewnymi łzami. Już nawet nie próbowała tych śloz ocierać, bo natychmiast wypływały nowe. Muszę dodawać, że była histeryczna owacja na stojąco?…
Polecałabym wam to bardzo, gdyby nie ten smutny fakt, że widziałam przedostatnie przedstawienie (to ma nawet fachową nazwę – muck up matinée – i to spektakl, podczas którego aktorzy wyjątkowo mają pełne prawo robić sobie nawzajem psikusy rozmaite). Tego samego wieczora Lascia ch’io pianga (tłumacząc na nasze: pozwól, że zapłaczę nad moim okrutnym losem)- oczywiście głos filmowego Farinellego jest sztucznym, cyfrowym tworem, ale teraz sobie wyobraźcie, jakie to jest uczucie, kiedy słyszycie to, śpiewane na żywo przez kogoś żywego, stojącego kilkanaście metrów od nas, kto naprawdę tak niebywały aparat gębowy posiada – zabrzmiało ze sceny ostatni raz. I koniec. Przedstawienie przeszło do historii. Tym samym mogę stwierdzić, że miałam wielkie szczęście uczestniczyć w czymś absolutnie wyjątkowym.

Wypłakawszy sobie oczy, utuliłam swój żal w księgarni, ale nie będziemy o tym mówić – inna rzecz, że to, jak udało mi się upchnąć pięć książek, cztery opakowania herbaty i kubek z Alicją z Whittarda (tylko mój jest kolorowy; Alicja ma różową sukienkę) oraz balerinki w bagażu podręcznym, dowodzi jaskrawo, że mylił się ten wannabe specjalista od fizyki, który twierdził, że nie da się włożyć rzeczy większej do mniejszej. Następnie pobiegłam do Garrick Theatre, zobaczyć dwie jednoaktówki pod batutą i z udziałem takiego ryżego gościa, Kenneth Branagh się nazywa, może znacie. Pierwszą, monodram Zoë Wanamaker (to przypadkiem córka człowieka, dzięki którego graniczącym z obsesją marzeniu i wysiłkom odbudowano Globe – notabene, on uciekł z Hollywood do Europy, bo trafił na słynną czarną listę McCarthy’ego; Sam Wanamaker nie dożył otwarcia Shakespeare’s Globe. Jego córka dokończyła dzieła i zajęła się również zbieraniem funduszy na wybudowanie Sam Wanamaker Playhouse właśnie) i drugą, historyjkę o tym, jak w trudnych okołowojennych czasach objazdowy teatr wystawiał Romea i Julię w miastach i miasteczkach kraju. Znowu teatr o teatrze. Mój ulubiony.
Oba spektakle, wystawiane razem, nie są wybitne, doskonałe i zmieniające życie, ale są bardzo dobrze zagrane i bardzo dobry wieczór zapewniają. Zoë, zajmująca pierwszą godzinę, jest zabawna i wzruszająca jednocześnie jako wdowa rozmawiająca ze zmarłym mężem, posądzająca go o to, że umarł jej specjalnie. W drugiej godzinie Branagh grający gwiazdę w tymże objazdowym teatrzyku – takiego wiecie, stereotypowego aktora, niespecjalnie lotnego, bardzo zakochanego w siebie i, Bogiem a prawdą, nie za dobrego, przy tym grającego Romea od, bagatelka, piętnastu lat… – jest świetny. Bateman jako nieco nerwowy menago, taki człowiek od wszystkiego, od noszenia dekoracji po organizowanie castingów, też. Wyrobił się chłopak trochę i bardziej go widać na scenie. Poza tym zupełnie nie wiem, jak to możliwe, że obserwując go wcześniej kilkukrotnie na deskach, nie zauważyłam, że on ma tak czarujący uśmiech (bo mu poświęcałaś 0,00004% uwagi, to jak miałaś zauważyć). Przy tym i tak przedstawienie kradnie Hadley Fraser w roli, no cóż, gościa noszącego halabardę. To bardzo klasyczna rzecz, ale bardzo przyjemna – i kolejne tego roku przedstawienie, które dowodzi, że teatr, ten dziwaczny świat, może być lekiem na całe zło, może też być miejscem (czy raczej stylem życia), którego nie sposób opuścić, gdy już raz się wejdzie, a całe nasze życie jest taką właśnie arlekinadą, nieustającą grą pozorów i melancholijnym uśmiechem.
Co do Batemana jeszcze, anegdotka mała.
Otóż w sobotnie wczesne popołudnie szłam sobie nieśpiesznie na Farinellego, na St Martin’s Lane, jeden z ważniejszych punktów West Endu, naćkany teatrami. Tu muszę dodać, że West End tak naprawdę jest raczej nieduży i teatry stoją bardzo blisko siebie, niekiedy dosłownie drzwi w drzwi. Idę sobie idę, skręcam z sentymentu w zaułek na zapleczu Noël Coward Theatre, w którym parę kwadransów życia spędziłam, chodząc nerwowo w tę i z powrotem jak jakiś przyuczający się do zawodu strażnik ochrony – och, wspomnień czar, kiedy to minęło… – w którym to zaułku o tej porze tylko wiatr hula, jeszcze nikt nie czeka podekscytowany, aż idol wyskoczy rozdawać podpisy czy co tam. W rogu zaułka jest kawiarnia, przed nią ogródek. W ogródku siedzi tylko jeden facet i gawędzi wesoło z kelnerem. I któż to jest? Ależ tak, Bateman we własnej osobie.

W mojej tragedii brak dla ciebie roli

Poszłam sobie przed teatrem coś zjeść. Wchodzę, moszczę się, zamawiam. Po chwili kelnerka wraca z łamiącą wiadomością, że mojej przystawki nie będzie, bo akurat przed chwilą została zamówiona ostatnia sztuka. Zaraz potem widzę tę ostatnią sztukę przynoszoną starszemu panu przy stoliku obok, siedzącemu do mnie tyłem. Obrzucam go ponurym spojrzeniem.
Tak czy inaczej, zjadłam to, co mi zostało, pan też zjadł, uprzejmie poprosił o rachunek, wstał, odwrócił się i wtedy właśnie odkryłam, że moją ostatnią przystawkę podwędził mi Jan Kanty Pawluśkiewicz we własnej osobie.

Teraz do rzeczy, czyli do Hamleta.
Otóż jeśli spodziewacie się człowieka w rajstopach mówiącego do czaszki, to go w tym przedstawieniu nie znajdziecie. Ba, słynnego monologu też nie znajdziecie. Ani niemal żadnej z cytowanych do znudzenia kwestii. Hamleta jako takiego za to owszem, i to nawet trzech. Historię zagubionego człowieka, który poszukuje zemsty – ale czy mu ta zemsta ulgę przyniesie… – a przede wszystkim sensu w tym wszystkim, również. Historię państwa, w którym dzieje się źle (jakże a propos). Ale nie oczekujcie Szekspira wyłożonego po bożemu, bo srogo się zawiedziecie. Co więcej, nie oczekujcie tradycyjnego przedstawienia.
Bo znaczna jego część rozgrywa się poza sceną.
Nie to, że na widowni, choć też.
Otóż w foyer.
Albo w ogóle na zewnątrz teatru (jeśli zdarzy wam się przechodzić przez krakowski Plac Szczepański w czasie, gdy w Starym akurat grają Hamleta, macie raczej dużą szansę wystąpić w spektaklu, nie wiedząc o tym). Za aktorami podążają kamery, publiczność widzi wszystko na ekranie umieszczonym na scenie. Ekran jest obrotowy; po drugiej stronie znajduje się ogromne lustro (czasami aktorów na scenie będziecie widzieć tylko w nim). Gdy lustro się porusza, po teatrze przepływają smugi światła, momentami oślepiające publiczność. Wizualnie to przedstawienie jest powalające.
I to znowu trochę teatr w teatrze, bo nikt nie ukrywa umowności. Ofelia, idąc się topić, zabiera ze sobą buteleczkę sztucznej krwi. Ekipa techniczna swobodnie chodzi po scenie. Towarzyszami Hamleta są Konrad Swinarski, podpowiadający mu, jak tę rolę należy zagrać, i oczywiście Modrzejewska, której wielki portret wisi w foyer Starego. To ona powie, że Hamletów jest trzech. I jest. Pięćdziesięcioletni, trzydziestolatek i smarkacz. Pięknie się uzupełniają.
Jak wszyscy wiedzą, serce moje należy do Bieleni, który z tą swoją anielską, śliczną jak u renesansowej rzeźby twarzyczką i drobniutką posturą sprawia wrażenie niewiniątka, ale jak łypnie tym psycholskim spojrzeniem, jak ryknie z głębi trzewi (nota bene, ma piękny głos i, jak się okazuje, dobrze śpiewa)… Chłopak jest nieprzyzwoicie utalentowany i ma charyzmę, która pozostałych lekko spycha ze sceny. Tak sobie od niechcenia, bezczelnie kradnie uwagę samą obecnością. A on ma dopiero 23 lata. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Niemniej ma tu mocną konkurencję w osobie Krzysztofa Zarzeckiego, który – sądząc po reakcjach nastolatek na widowni – popularny jest na mieście… To też taki aktor, który mógłby sobie żyć jak pączek w maśle, grając amantów, bo jest wysoki i przystojny (naprawdę przystojny), a wybiera inne, niewdzięczne i wymagające role, dość śmiało. I bardzo dobrze.
Oni obaj osobno i we wspólnych scenach to dynamit.

No, a z innych wiadomości.
Gdyby ktoś chciał doznać mojej pamiętnej traumy, to owszem, parkowa Duma i uprzedzenie wraca przyszłego lata, ale oryginalna obsada, czyli ten tam, jak mu tam było, jednak już na pewno nie wróci. Co nie znaczy, że nie warto się wybrać.

We will never be respectable. We’re actors.

No dobrze. Nie samym Bertiem człowiek żyje (chociaż w zasadzie to jakby trochę tak przez ostatnie kilkadziesiąt godzin).

Muszę powiedzieć, że Londyn tym razem wcale mnie dobrze nie powitał. Po pierwsze lało i wiało – nie pojmuję, dlaczego w tym kraju te dwa zjawiska pogodowe po prostu muszą występować w duecie, inaczej nie potrafią, w związku z czym natychmiast zepsuła mi się parasolka. Po drugie czułam się jakoś tak nieswojo, a wprowadzone naprędce kontrole torebek w Royal Academy wcale mi nastroju nie poprawiły, wprost przeciwnie, poczułam się jeszcze gorzej.
Taki jakiś smutny był ten Londyn. I gdy mijałam tę rzeźbę, musiałam zrobić jej zdjęcie, bo idealnie odzwierciedlała mój stan ducha.

wpid-wp-1447794405438.jpeg

Ożywiłam się nieco, gdy znalazłam się w suchym i ciepłym Theatre Royal Haymarket – teatrze stojącym od XVIII wieku, w którym nie można płacić kartą w barze, bo mają zbyt słaby zasięg sieci, a od czasu do czasu spod podłogi wydobywa się dziwny łoskot. To nie duchy, to przejeżdżające pod wami metro.
Sztuka, wystawiana uprzednio w niezbyt dużym teatrze w Hampstead, miała świetne recenzje i bardzo ubolewałam, że nie udało mi się kupić na nią biletu. Jakże zatem się ucieszyłam, gdy wyczytałam, że postanowiono przenieść ją na West End. Do teatru, który na nią czekał. Do teatru, którym 250 lat temu kierował Samuel Foote we własnej osobie. Ciekawa postać. Bo widzicie, Samuel Foote stracił nogę wskutek wypadku konnego. Wielu ludzi by się załamało, ale Foote był komikiem i uznał, że to dość ironiczne, gdy komuś o takim nazwisku amputują nogę (w XVIII wieku to musiało być raczej przykre doświadczenie…), więc postanowił zrobić z tego swój atut.
Mało tego, Foote po wypadku przeprowadził się do teatru. On w nim nie tylko pracował, ale też mieszkał.
To jest teatr o teatrze. Taki metateatr (kochana, daruj sobie mądre słowa, i tak wszyscy wiedzą, że w twojej przestrzeni między uszami za dużo nie ma). Momentami przypominało mi to Zakochanego Szekspira – te same rozwiązania, aranżowanie sceny w taki sposób, że widz ma wrażenie, iż podgląda przedstawienie zza kulis. Zresztą dokładnie ta sama piosenka błazna z Wieczoru Trzech Króli pojawia się w obu spektaklach – present mirth is present laughter, what’s to come is still unsure, youth’s a stuff will not endure

Simon Russell Beale jest cudowny w tej roli – jego Samuel wzbudza wielką sympatię, rzuca od niechcenia kąśliwe uwagi, przygląda się światu z sympatią, ale i bezlitosnym sarkazmem i nie uznaje świętości. Ale wzbudza też… nie tyle litość, nie lubię bardzo tego słowa, co współczucie i troskę. Bo to się tylko tak wydaje, że on nie cierpi. Cierpi, i to bardzo. Nie tylko ze względu na fizyczną ułomność i jej konsekwencje, w tym nieustający ból, ale też dlatego, że jego sława i zamiłowanie do kontrowersyjnych dowcipów obracają się przeciwko niemu. W czasach, gdy teatry nie mogły działać ot, tak sobie i wystawiać, co by tam chciały, Foote uciekał się do przeróżnych sprytnych i irytujących władze forteli, by móc robić swoje wbrew widzimisię decydentów. Ale w końcu obraził czyjeś uczucia (widzicie, to całkiem aktualna historia…) i zrobiono to, co robi się od wieków, żeby kogoś się pozbyć, czyli dobrano mu się do życia prywatnego. Oskarżono o homoseksualizm – wystarczy powiedzieć, że w Anglii tamtych czasów to oznaczało stryczek.
Przyznaję, trochę zbyt skrótowo przejeżdżają po biografii tego pana i jeśli wcześniej troszkę się o nim nie poczyta, to można momentami mieć drobny kłopot z nadążeniem. Inna rzecz, że nie wszystkie wątki są prawdziwe. Ale – to dobra, z wdziękiem zagrana sztuka – nie ma złej roli; wygląda, jakby całe towarzystwo czerpało pewną frajdę z grania ze sobą. Konkurentem i przyjacielem Foote’a zarazem jest David Garrick, inna bardzo znacząca postać w historii europejskiego teatru, taki trochę mydłek i Gigi Amoroso bolejący, że wygląda na swój wiek (34 lata!), ale też człowiek owładnięty tą samą obsesją, niby śliski, a jednak wyciągający rękę do kolegi po fachu w potrzebie. Garricka gra Joseph Millson, Makbet z Shakespeare’s Globe i nieprzyjemna osoba z The Last Kingdom. Foote szydzi z Garricka niemożliwie, nazywa go słodko i z wyraźną satysfakcją „Davey”, idzie z nim trochę na wojnę w pewnym momencie, ale gdzieś w skrytości ducha zdaje sobie sprawę, że to jeden z najbliższych mu ludzi.

To spektakl bardzo zabawny i bardzo wzruszający. Spektakl o tym dziwacznym miejscu, w którym niby wszystko jest udawane, na niby, a całkiem prawdziwie nas dotyka, i które w niedobrych czasach pozwala ciągle się śmiać, choć niekiedy trudno; które potrafi nas doskonale oczyścić z całego brudu tego świata – przynajmniej na kilka godzin. O tym, że humor jest jednak mocnym orężem. Treść wyjątkowo zagrała z okolicznościami.
Piękne, piękne popołudnie spędziłam.

Wyszłam uśmiana, owszem, ale i dziwnie poruszona.
A gdy dotarłam do hotelu, zobaczyłam w telefonie coś takiego.
Józio.
Też miło.