Tout le monde, il est beau

„Bonjour, tout le monde!”
Tak nas zwykle wita frontman. Czasami czeka w progu biura ze świeżymi rogalikami. Powiadam, nie znoszę gościa.

Dobiegł końca mój dziesiąty tego roku tydzień w mieście Paryż.
Z tej okazji opuściłam to miasto, żeby udać się na obowiązkowe badania okresowe. Badania trwały pół godziny i prawdopodobnie przeszłabym je nawet, gdybym była naszprycowana heroiną po kokardki. Francuska dieta – i w ogóle dieta człowieka w drodze – nie jest najbardziej zdrowa, więc fakt, że po tym całym tłuszczu i winie mam cholesterol w normie, zszokował mnie niemalże.
– Oczy ma pani nieco podrażnione.
Nie może to być. Przez cały poprzedni dzień gapiłam się w monitor, wsiadłam w samolot, a nawet dwa (dzięki, Lufthanso, że przyciemniliście oświetlenie i mogłam przyciąć komara w drodze do domu), dotarłam do domu o pierwszej w nocy, a o ósmej tkwiłam już w ogonku do rejestracji w przychodni. A w ogóle to ledwo dotarłam, bo samolot był wielce opóźniony i Niemcy mają swoje zasady, toteż gdy wreszcie otwarto bramkę, z głośników dobył się komunikat: „Prosimy wsiadać jak najszybciej, musimy wystartować przed 23, bo później zakaz lotów”. Kapitalnie. Ponieważ wszakże, jak to mówią, co drugi głupi ma szczęście, wystartowaliśmy i dolecieliśmy.
– Pani to chyba rutyniarz – rzecze taksówkarz.
– A skąd pan wie?
– Bo nie zamawia pani taksówki pod przyloty, tylko w konkretne miejsce, żebyśmy mogli się od razu znaleźć.

Tak czy inaczej.
W niedzielny poranek wracam do Paryża na kolejne dwa tygodnie. Lub być może trzy. I…
I…
Nawet się cieszę.
(W dużej mierze dlatego, że w Paryżu jest troszeczkę cieplej jednak).

W Paryżu do pracy chodzę codziennie tą samą drogą, w dół bulwarami, mijając tych samych ludzi i tę samą piekarnię, z której dobywa się zapach absolutnie boski. Już się nie boję przechodzić przez jezdnię na czerwonym. Nie wkurzam się, gdy coś nie działa. W końcu naprawią, kiedyś. Człowiek się starzeje – albo dojrzewa, ładniej mówiąc – i odkrywa, że jest sposób na odnalezienie się w miejscach, które nam nie pasują. Trzeba po prostu odpuścić. Nie walczyć na siłę. Po prostu ręce z kierownicy i zobaczyć, co będzie się działo. Tym samym, wracając w minioną sobotę z wystawy Alfonsa Muchy (wspaniałe, ale tak ciasno, że ktokolwiek przepchnął się wreszcie przez tłum do obrazu, gapił się weń zaborczo przez długie minuty) i pięknego w słońcu Ogrodu Luksemburskiego, wdepnęłam do GAP, a tam akurat na wieszaku wisiały proste białe koszule z napisem „Paris” wyhaftowanym na plecach. Zanim się zorientowałam, stałam z taką w garści w kolejce do kasy.
Zanim jednakże nadarzyła się miniona sobota, nadarzył się piątek, a piątkowy wieczór spędziliśmy w Moulin Rouge. Trochę się opierałam, ale towarzystwo chciało, a że towarzystwo fajne, to poszłam. Zajechaliśmy z fasonem metrem na Montmartre, zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino i weszliśmy do tej legendarnej nory szatana.
Otóż Moulin Rouge to jest jedna z bardziej przykrych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Oj wielkie nieba. Nierówne, słabo nagłośnione, wymęczone, z wyjątkiem pokazów akrobatycznych do zapomnienia po godzinie. I te biedne kucyki, wyciągane w środku nocy, żeby obdreptać scenę dookoła. Żal mi się ich zrobiło. Jeśli macie wydać pieniądze w Paryżu, wydajcie je na jakąś fajną wystawę – tych tam naprawdę nie brak – i dobry obiad, jeszcze wam dużo zostanie, ale nie idźcie do Moulin Rouge. Toulouse-Lautrec byłby wściekły, gdyby zobaczył, jaką manianę tam odwalają w XXI wieku. Bardziej fascynujące jest oglądanie widowni niż tego, co się dzieje na scenie. Jest to nudne i niestaranne.
Przy tym opisywany poprzednio show Gaultiera to zachwycająca potęga, widać w każdej scenie ponad rok ciężkiej pracy. To jest tańczone z medyczną niemal, niewiarygodną perfekcją, a przy tym rzeczywiście opowiada jakąś historię, podczas gdy Moulin Rouge to zasadniczo zbiór dość przypadkowych scen i dużo biustów, i nie widać, by artyści czerpali jakąś szczególną frajdę z bycia na scenie – ot, kołowrót. Poszłam do Folies Bergere znowu, swoją drogą, i oglądałam z wielkim zachwytem. A co drugi widz w obowiązkowej marynarskiej koszulce (ja też!). No i, jak się potem okazało, na tym samym spektaklu była Madonna – co prawdopodobnie wyjaśnia, czemu zaczęło się z półgodzinną niemal obsuwą i ochrona biegała nerwowo.
A że w drodze z teatru do domu zgłodniałam upiornie, to wstąpiłam na mule i wino do ciepłego bistro. Bo w Paryżu można. To bardzo łatwe, wszędzie są takie bistra.

Tak.
W każdym miejscu na świecie można koniec końców znaleźć sobie jakiś mały kawałek domu, przestrzeń, w której człowiek czuje się dobrze. Znaleźć rzeczy, które się lubi. I nawet samotność wtedy nie jest tak dotkliwa. Trzeba tylko naprawdę odpuścić i nie myśleć, że wolałoby się być gdzieś indziej, że się tęskni, że coś tam. To czasami trudne, gdy ma się właściwie tylko siebie. Ale – wykonalne.
A teraz przepraszam, muszę kończyć. Trzeba taksówkę na czwartą dziesięć zamówić.

Reklamy

A party in Vienna

W niedzielę lało.
Przez „lało” rozumiem ścianę wody przez całe popołudnie. A ja musiałam wyjść, bo przecież nie ma to tamto, nieważne, że niedziela, trzeba iść do teatru. Wypiłam herbatę w łóżku, skonstatowałam pod prysznicem, że żebra nadal całe, choć zatrzeszczały minionego wieczoru (powiadam, takie uściski to trzeba umieć, dziękuję ponownie, panie Goodwin, za tak miłe odcięcie mnie od świata na chwilę), zasznurowałam pepegi. I w zacinającym deszczu, walcząc z parasolką powędrowałam z powrotem na południowy brzeg, prosto w ciepłe i suche progi Menier Chocolate Factory.

Olbrzymi sukces Hamiltona (byłam, widziałam, podobało mi się, ale nie poddałam się histerii) zainspirował wielu twórców, ale nie tylko tych, którzy postanowili w taki czy inny sposób złożyć hołd Mirandzie i jego nowatorskiemu podejściu do musicalu. Można było w pewnym sensie oczekiwać, że prędzej czy pózniej powstanie jego parodia – Spamilton.
I jest to parodia udana – może niektóre żarty są nieco naciągane, ale wykonanie jest mistrzowskie. Nie tylko Hamiltonowi i jego twórcom się oberwało, nawiązań do innych hitów jest wiele, pojawia się nawet Liza Minnelli próbująca wyżebrać bilet. Bardzo jest to absurdalne, nieco głupie, niemniej po emocjonalnym tornado, które przeżyłam poprzedniego wieczoru, półtorej godziny śmiechu było mi niezbędne.

Następnego dnia wczesnym popołudniem udałam się do motylarium w muzeum Hornimana (kto nie był – koniecznie, przepiękny widok na Londyn, oszałamiające motyle, a w samym muzeum stoi okropnie wypchany, komiczny mors) i spędziłam tam parę cudownie relaksujących godzin. Pociąg zawiózł mnie z powrotem do centrum, przemaszerowałam na West End i zasiadłam w fotelu w moim jakże ukochanym Noel Coward Theatre – ech, wspomnień czar – by obejrzeć na własne oczy Aidana Turnera w Poruczniku z Inishmore.
Uwielbiam Martina McDonagha, uwielbiam czarny humor w ogóle, a w tej sztuce humor jest tak czarny, że bardziej już się nie da. I nigdy nie sądziłam, że zabicie zwierzątka – a nawet dwóch – przyprawi mnie o liczne wybuchy śmiechu.
No bo istotnie. Ginie kot. Przykra sprawa. Tym bardziej przykra, że właścicielem kota jest Padraic, członek organizacji paramilitarnej i młodzieniec nieco… nerwowy. Sąsiad jego ojca, który podejrzewa siebie o przejechanie kota, oraz sam ojciec są w totalnej panice, bo wiedzą, co będzie, gdy Padraic się dowie, że jego ukochany futrzak zginął tragicznie. Ośmielają się zadzwonić do niego, zajętego akurat torturowaniem pomniejszego dilera narkotyków, i mówią, że Wee Thomas (kot) kiepsko się czuje. Padraic zalewa się łzami, rzuca wszystko, daje torturowanemu pieniądze na autobus do szpitala i rusza do domu, sprawdzić, jak mają się sprawy z Tomaszkiem.
W tym samym czasie rodzina starannie naciera czarną pastą do butów innego znalezionego kota, licząc, że Padraic się nie zorientuje. Nikt by przecież się nie zorientował. Są przy tym zgodni w ocenie, że jeśli sprawa się rypnie, to obaj rozstaną się z tym światem.
W tle mamy jeszcze zakochaną dziewczynę, morderców ścigających głównego bohatera i z każdą minutą jest coraz bardziej krwawo, ale też coraz śmieszniej. Finał przynosi nieoczekiwaną niespodziankę i wielki wybuch śmiechu na widowni.
Świetne.
No i przyznać trzeba, że Aidan Turner radzi sobie w komedii znakomicie, a jego irlandzki – czyli naturalny – akcent jest rozkoszny. Bywa, i to wcale nierzadko, że sławni ludzie na scenie wypadają słabo, ogląda się ich z poczuciem, że ładni są na żywo, ale w sumie to wszystko, co możecie o nich powiedzieć. O nim szczęśliwie mogę powiedzieć więcej.
Oczywiście przy stage door były tłumy absolutne i wielu ludzi w stanie agonalnym. Aidan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zdążyłam jednakże zaobserwować, że jest całkiem wysoki.

Wyśmienicie.
Dzień kolejny.
Znowu pobiegłam na południowy brzeg, zobaczyć Marka Rylance’a w Otellu. To jest bez dwóch zdań wyśmienity aktor, zresztą niegdysiejszy dyrektor artystyczny Shakespeare’s Globe. Miejsce, jak wiadomo od lat, szczerze kocham, czuję się w nim wyjątkowo komfortowo. To jest teatr dla ludzi. Trochę mnie rozczarowało nagłe rozstanie z poprzednią dyrektor artystyczną, Emmą Rice, która wprowadziła w to miejsce bhangrę, punk i intensywność – spektakle są na nowo dość zachowawcze – ale oczywiście, Mark Rylance to Mark Rylance, a i przepiękna Sheila Atim (czy tylko ja mam wrażenie, że ona wygląda jak bogini?…) była znakomita. I świetny, charyzmatyczny Andre Holland w roli tytułowej (czy możemy porozmawiać o tym płaszczu? Czy Shakespeare’s Globe może urządzić wyprzedaż kostiumów?).
Stamtąd już tylko po sąsiedzku do National Theatre – efektywnie planuję moje wycieczki – na Home, I’m Darling. Wiedziałam, że muszę zobaczyć, bo po pierwsze Katherine Parkinson, którą uwielbiam od czasów IT Crowd, a po drugie lata 50.! Sam plakat do spektaklu był zachwycający, a spektakl to czysty miód na oczy fanów designu z epoki. I w dodatku jest uroczy, choć nie tak uroczy, jak mogłoby się wydawać. Bohaterka bowiem jest klasyczną panią domu, kręci się po kuchni w sukienkach z halką, przygotowuje śniadanie dla męża, piecze ciasta, parzy herbatki, wszystko cudownie. Mąż o włos od awansu.
Tylko że.
Tylko że rzecz wcale nie dzieje się w latach 50. Dzieje się obecnie. Bohaterka jest tak zafascynowana tą dekadą, że fascynacja rozwinęła się w obsesję. Obsesję w dodatku kosztowną, co Judy skrzętnie ukrywa przed mężem – na tyle kosztowną, że bank grozi odebraniem domu. Mąż ma cierpliwość świętego, ale i jemu wreszcie żyłka zaczyna pulsować. Matka bezskutecznie tłumaczy dziewczynie, że ta żyje w komiksie, że jej wykreowany świat koktajli i tańców nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi latami 50., powojenną biedą, dyskryminacją, wszechobecną szarością, i że może czas skończyć tę zabawę.
Słodkie to było, zabawne, ale z całkiem… dorosłym przesłaniem. Każdy z nas w coś ucieka przed problemami, czasami tylko ten nasz azyl staje się kolejnym problemem.
Pyszne.

No dobrze.
Dzień ostatni.
Obudziło mnie potworne wycie. Coś wyło tak upiornie, że niemal wwiercało mi się w uszy. Jasna cholera. Alarm pożarowy. Wiecie, ja na ogół śpię w stroju urodzinowym, więc nie jestem gotowa do wyjścia jak stoję i prawie dokonałam spektakularnego samouduszenia, naciągając pośpiesznie koszulkę. Szczęśliwie hotel nie stał w płomieniach (raczej jakiś kmiot zapalił papierosa pod czujnikiem) i wkrótce mogliśmy wejść znów do środka. Nie powiem, lekko mnie to zestresowało, ale nie na tyle, bym porzuciła moje plany.
Dwa przedstawienia, nie inaczej. I to pierwsze znowu mnie rozdarło, może nie tak bardzo, jak sobotnie, ale zdecydowanie poruszyło czułą strunę.
Fun Home. Musical na podstawie graficznej autobiografii Alison Bechdel, opowiada historię dziewczyny z małej mieściny w USA – narratorem jest dorosła Alison, komentująca wydarzenia kolejnymi rysunkami, zza swojego pulpitu kreślarskiego albo siedząc gdzieś w tle z ołówkiem w dłoni. Gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, wychowującym się w całkiem szczęśliwym, choć ekscentrycznym domu. Ojciec kolekcjonuje antyki, uczy angielskiego w lokalnej szkole i… prowadzi dom pogrzebowy. Alison dorasta i z wolna odkrywa, że chyba jest lesbijką. Na początku nie chce się do tego przyznawać. Otwiera ją dopiero pierwsza miłość. Rodzice, cóż, nie reagują dobrze, ale z przyczyny zgoła innej niż zwykłe uprzedzenia. Przyczyną jest pewna tajemnica. Mianowicie ojciec Alison jest gejem. Przez całe życie miał romanse z mężczyznami, często zbyt młodymi.
I to on jest prawdziwie tragiczną postacią w tej opowieści. Udręka podwójnego życia doprowadzi do tragedii.
Znowu spektakl z gatunku przykrych, ale oczyszczających.
Pięknie zagrany, pięknie zaśpiewany.
A ojca świetnie grał Zubin Varla, niepodobny do siebie w charakteryzacji małomiasteczkowego belfra, dając widzom pewne wskazówki co do natury jego bohatera, ale były one bardzo, bardzo subtelne. Aktorom grającym gejów zdarza się popadać w nieznośne zmanierowanie, tu nic z tych rzeczy się nie pojawiło. To był faktycznie obraz człowieka, który spędził całe życie, udając kogoś, kim nigdy nie był.
Zubin, wiecie, ma głos, który was wyrywa z butów. Głos trochę jak papier ścierny, głos przepotężny. To mój ukochany Judasz. On płuc w tym spektaklu używa bardzo oszczędnie jak na swoje możliwości.
Oczywiście po przedstawieniu stałam obok niego przez 10 minut w barze Young Vic i nawet się nie zorientowałam. Dopiero, gdy jakaś dziewczyna podeszła do niego i nieśmiało poprosiła o podpis na programie, a on się odezwał i roześmiał, odwróciłam się w lekkim szoku. Trzeba przyznać, że ma wyjątkowo piękne oczy, śmiech też.
Nadszedł wreszcie czas spektaklu ostatniego. Aristocrats w Donmar Warehouse.
Z Donmar Warehouse mam ten problem, że nigdy nie mogę go znalezć – ilekroć tam idę, to się gubię. Mniejsza. Dotarłam.
Arystokraci to sztuka z gatunku „nic się nie dzieje, a ile się dzieje”. Oto bowiem mamy rodzinę, która zjeżdża się na wesele do popadającej w ruinę posiadłości. Trzy siostry i brat, nieco osobliwy (grany świetnie przez Davida Dawsona, tego samego, co mnie do łez doprowadził wespół ze swoim kolegą Andrew Scottem w The Dazzle lat temu parę – mnie naprawdę ten brytyjski teatr szkodzi na oczy). Do wesela nie dojdzie, ale mniejsza o to. Bohaterowie, wyraznie tyranizowani przez obecnie śmiertelnie chorego ojca, nieszczęścia ukrywają głęboko pod skórą, nadrabiają miną, żartują, kłamią, zapijają nędzę swojej egzystencji alkoholem. Pozornie sielskie życie to taka sama ruina jak ten ich nieszczęsny dom, niby piękny, ale rozpadający się w oczach. Niegdysiejsza potęga nie istnieje. To już tylko sen, podobnie jak snem są rodzinne relacje. O dziwo, nie jest to rzecz ciężka i przytłaczająca – wprost przeciwnie, pełna gorzkiej ironii. No i znaczna część historii rozgrywa się między słowami. Widz wielu rzeczy musi się domyślić.
Nie zmieniło to mojego życia – ale było intrygujące.
– Jak myślisz – pyta zaaferowany facet za mną swojego współoglądacza, gdy wychodzimy – czyje to było dziecko?…

I koniec.
Hotel. Budzik na piątą rano. Pociąg. Lotnisko. Dom.
Do następnego razu.
Cheers.

I came to heal you

Myślałam, że nigdy tu nie dotrę.
Przesiedziałam kilka długich godzin na lotnisku, gapiąc się ze smutną rezygnacją na odlatujące samoloty. Rodzina siedząca obok mnie posłała mi zbiorowe spojrzenie mówiące „patologia”, gdy przyniosłam sobie kieliszek wina z baru przed jedenastą. Nie wasz interes. Poza tym to lotnisko, odrębny świat w świecie.
Wreszcie rozległo się długo oczekiwane „samolot jest gotowy na przyjęcie pasażerów” i autorka pofrunęła do Londynu.
Londyn jak Londyn. Padało, więc owinęłam się moim ponczo, które dziesięć minut później zdejmowałam, ubolewając, że nie zabrałam okularów przeciwsłonecznych.
Dziś też by mi się przydały, choć jest pochmurno. Głównie po to, by zasłaniać moje zapuchnięte powieki.

Jeśli państwo myślą, że wydarzyła się jakaś tragedia, to nic z tych rzeczy. Właściwie to wydarzyło się coś pięknego i raczej oczyszczającego.

Czasami jest tak, że po prostu musicie kupić na coś bilet. Odczuwacie jakiś niezrozumiały przymus. I robicie to, choć potem przychodzi myśl: „Hmm, czemu ja właściwie to sobie robię?”.
Jak wiecie, ja jestem trochę masochistką, jeśli chodzi o moje teatralne wybory (i nie tylko w sumie). Lubię, gdy mnie spektakl trochę przeciora. Lubię czasem łzę uronić albo siedzieć sparaliżowana. Czasem się przestraszyć nawet. Lubię teatr, który mną wstrząsa.
I wczoraj wstrząsnął tak, że płakałam jeszcze w drodze do hotelu.
Nie byłam jedyna, sądząc po zbiorowym pociąganiu nosem i urywanych oddechach na widowni.

A Monster Calls to opowieść ogromnie przykra – o trzynastolatku, którego matka jest w terminalnym stadium raka i który znajduje nieoczekiwane wsparcie na granicy jawy i snu – ale w jakiś paradoksalny sposób ogrzewająca. Książkę wydano u nas pod tytułem Siedem minut po północy. Film też powstał. A w tym roku na motywach powieści napisano sztukę, która trafiła do Old Vic – najpierw w Bristolu, później w Londynie. W roli głównej – nastolatka, który nie może się pogodzić z umieraniem najbliższej mu osoby – obsadzony został Matthew Tennyson. Jadę, pomyślałam natychmiast.
Matthew Tennyson, którego możecie pamiętać z roli Puka w Śnie nocy letniej z Shakespeare’s Globe, pokazywanego u nas w kinach i dostępnego online, to mężczyzna o ślicznej twarzy dziecka, drobniutki, kruchy – ale o zdumiewająco potężnym głosie i ogromnym talencie. Matthew nie wybiera sobie łatwych ról – grał na przykład w Oczyszczonych Sarah Kane. Scena, w której był karmiony siłą, do końca życia mnie nie opuści jako jedno z bardziej traumatycznych teatralnych doświadczeń.
W każdym razie.
Kupiłam bilet na ostatnie przedstawienie i poszłam.

Conor, chłopak nieszczęśliwy, gnębiony w szkole, dręczony koszmarami, żyje nadzieją, że mama wyzdrowieje. Tak jak każdy z nas, patrząc na kogoś, kto gaśnie w oczach. Wiemy, że nie ma szans, ale oszukujemy się, bo wydaje się, że tak łatwiej. A potem przychodzi ta straszna, straszna myśl – niech to się już skończy.

Your mind will believe comforting lies while also knowing the painful truths that make those lies necessary. And your mind will punish you for believing both.

Którejś nocy, o 12:07, Conora odwiedza potwór. Potwór-ożywione drzewo cisu z ogrodu, które chce opowiedzieć mu trzy historie.
– Czwarta będzie twoja. I wtedy powiesz prawdę.
Historie nie przekonują chłopca, są dziwne, niejednoznaczne, pozbawione jasnego morału. Nic w nich nie jest takie, jakie się wydaje. Jak niby mają mu pomóc?…
Conor nie boi się potwora – postaci imponującej, w tym spektaklu półnagiego, muskularnego mężczyzny zaplątanego wśród lin poruszanych przez ensemble, genialnie imitujących koronę drzewa; zresztą w ogóle aktorzy w tym spektaklu spędzają sporo czasu w powietrzu. Potwór nie może go przestraszyć, bo dzieciak zmaga się z innym, znacznie paskudniejszym. Zresztą potwór nie zjawił się po to.
– Wylecz moją mamę.
– To nie ją przychodzę wyleczyć.
(To nie przypadek, że akurat cis autor wybrał; te drzewa żyją nawet tysiąc lat i naprawdę mają właściwości lecznicze – wyciąg z jagód cisu jest składnikiem leków przeciwnowotworowych).

Fascynujące było to monstrum – emanacja surowej siły i zarazem łagodności, przerażająco dudniący głos cichnący powoli, od dzikiego, niepokojącego żywiołu po postać niemal ojcowską w ostatnich scenach. Ktoś, kogo się boicie, a jednocześnie ucieklibyście do niego, żeby was ochronił. „Father Nature”, napisano w którejś recenzji. W innej – „a Grimm weirdo and a wise psychoanalyst”. Gdy położył ręce na ramionach słabiuchnej już matki chłopca, miałam wrażenie, że cały teatr jak zahipnotyzowany patrzy na jego powolutku podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową, i oddycha razem z nim, coraz spokojniej.
Fascynujący był to spektakl, intensywny, olśniewający wizualnie, dynamiczny, ze świetną muzyką na żywo (powinni ją wydać). Scenografia minimalna, ale po co nam scenografia, jeśli mamy ogromną scenę Old Vic, sprawnych fizycznie aktorów, trochę lin, światło i cień?
Fascynująca to opowieść. Niby baśniowa, a jednak najbardziej prawdziwa. Łatwo popaść w rzewność i sentymentalizm, mówiąc o sprawach ostatecznych, ale to przedstawienie trzymało się od tego z daleka, uwalniając bolesne emocje u widza, zamiast je w niego wpychać.
A te emocje to coś, co każdy zna. Albo pozna niedługo, inaczej nie będzie. Tak, będziesz patrzeć na twoich bliskich, gdy będą umierać. I umrą. Taka kolej rzeczy. Nie zatrzymasz ich siłą. Musisz pozwolić im odejść, a jeśli czujesz, że właściwie tego chcesz, to też coś bardzo naturalnego. Nie ma sensu udawać, że nie cierpisz, nie boisz się i cię nie boli, bo cierpisz, boisz się i cię boli. Wszystko, co się w tobie dzieje, jest normalne, jest ludzkie, jest straszne, ale przejdziesz przez to.

You were simply wishing for the end of pain. Your own pain. It is the most human wish of all.

Koszmar, który ci się śni, w którym ktoś, kogo kochasz, wyślizguje ci się z rąk – to jest właśnie twoja prawda. I można poradzić sobie z tym koszmarem tylko w jeden sposób.
– Zostaniesz ze mną? Aż do…
– Zostanę.

And so the story ends with the boy holding tightly on to his mother. And by doing so, he could finally let her go.

Zapłakana widownia zerwała się na równe nogi, a zapłakana autorka poleciała pod stage door, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Nie chodzę często. Nie zbieram trofeów, a poza tym moja nieśmiałość daje dwustuprocentową pewność, że albo palnę coś głupiego, albo w ogóle nic nie powiem, więc po co mi stres. Oczywiście wiem, że brytyjscy aktorzy zapewne widzieli wielu dziwoków i jakaś jąkająca się nerwowo panienka to nihil novi sub sole, business as usual, i wiem też, że są bardzo mili i przystępni, ale…
No właśnie.
Poszłam wczoraj. Pusto. Szkoda, bo twórcy tego spektaklu byli absolutnie warci tego, by im gorąco dziękować (i Boże, jaki ten Matthew jest maleńki, jaki uroczy).
No i wyszedł Stuart Goodwin, rzeczony potwór. Niżej podpisana podeszła do niego ostrożnie, ocierając ciągle mokre policzki i wydarzyło się coś bardzo dziwnego, czego nigdy nie zapomnę.
– Ja tylko… chciałam podziękować, to było absolutnie poruszające.
– Oooch, dziękuję, to bardzo miłe. Dla nas to też była niezła podróż.
– Przepraszam, pewnie mam tusz do rzęs na całej twarzy.
– Not at all – odrzekł uprzejmie „potwór”.
I wtem niżej podpisana usłyszała ze zdumieniem swoje własne słowa:
– To może głupio zabrzmi, ale… czy ja mogę pana przytulić?
– Ależ oczywiście! – i nim się zorientowałam, tonęłam w długim, mocnym, męskim uścisku.
I to dla mnie był naprawdę ostatni akt tego przedstawienia. Opowieść piąta.
– Też chciałabym mieć takiego potwora… – mówię cicho, wypuszczona powoli z objęć, nagle jesteśmy z powrotem w Londynie, trochę mży, samolot huczy, gdzieś wyje karetka, ktoś naciska klakson.
(Ty już lepiej nic już nie mów, dziewczyno).
– Nie wiem, co moja żona na to, ale na pewno coś dałoby się zorganizować.

Popłakałam się znowu, pisząc to wszystko.
Dziś tylko Spamilton – właściwie od teraz tylko rzeczy lekkie. Ale rany julek, czuję się… Czuję się tak bardzo inaczej po tej sztuce. To jest właśnie cała, znana od wieków moc dobrego teatru. Katharsis.

You would have imagined her at one moment a maniac, at another a queen

Alors.
Nadal jestem w Paryżu. Nadal nie pałamy do siebie miłością, ale muszę przyznać, że latem jest bardziej znośny. W weekendy można włóczyć się po nim w sukience i espadrylach, zatrzymując się tu i tam na drogi i rozcieńczony Spritz.

Żeby jednak zachować równowagę emocjonalną, czasem trzeba zwiać.

Gdy dowiedziałam się, że mój leworęczny kolega Andrew Scott wraca na scenę z monodramem Sea Wall, napisanym specjalnie dla niego, gdy nie był jeszcze sławny, uznałam, że muszę tam być, choćby nie wiadomo co. Mniejsza o finanse i logistykę. Toteż w minioną sobotę wstałam o piątej rano i poturlałam się pociągiem na lotnisko.
Najpierw obejrzałam Killer Joe, spektakl głośny, bo występuje w nim niejaki Orlando Bloom. Oraz jego goły tyłek. Było to nadspodziewanie dobre – spektakl mam na myśli, nie tyłek. Fakt, Bloom dla mnie nie był dość psychopatyczny w roli głęboko zaburzonego policjanta-mordercy, terroryzującego dysfunkcyjną rodzinę, która go wynajęła (brzmi jak przednia rozrywka, w sam raz na sobotnie popołudnie, prawda?). Adam Gillen w roli nie do końca sprawnego umysłowo – lub po prostu pod wpływem – dilera narkotyków go przyćmiewa. Przestroga dla czytających, którzy się wybierają – to NIE jest rzecz dla ludzi nerwowych. I raczej brutalna. Ale nadal jest to komedia, choć w istocie czarna.

Następnie podreptałam na drugi brzeg Tamizy.

Andrew Scott jest niedużym człowiekiem. Jest mojego wzrostu, na faceta to niewiele.
Teatr Old Vic jest ogromny.
I ta krucha postać trzymała go w garści. Publiczność bała się oddychać. Nigdy nie słyszałam w teatrze takiej ciszy. Naprawdę nigdy. Scott nie ma najmniejszego problemu z milczeniem przez długie chwile, gdy widownia czeka, by się odezwał, żeby przerwał ten dyskomfort. Granie ciszą jest trudne, wielu aktorów na tym poległo. Andrew w tym monodramie udowadnia, że jest wybitny. Może jego brytyjscy koledzy po fachu grają u Marvela, ale on ich warsztatem bije na głowę. Jego talent jest nie z tego świata. On w tym przedstawieniu ani na sekundę nie podnosi głosu, to raczej luźna konwersacja niż podniosły monolog. Pamiętam The Dazzle, w którym też był doskonały. Smutne spojrzenie jego czarnych oczu wystarczyło, żebym się popłakała. Musiał to widzieć, siedziałam dwa metry od niego. Czy miał dla mnie litość? Oczywiście, że nie.
Gdy publiczność wchodzi, Scott już jest na scenie, kręci się, popija wodę, uśmiecha do widzów. Nagle zaczyna mówić. Światła pozostają zapalone – to trochę niekomfortowe, ale dziwnie intymne zarazem. On mówi do was, nie do wyimaginowanego punktu w ciemności. Opowiada wam historię.
Historię ojca, który latem zabrał rodzinę na wakacje. Normalna rzecz.
Tylko któregoś dnia jego córeczka spada z nadmorskiego klifu i ginie na miejscu.

Scott mówi o tym wszystkim cicho i spokojnie, a jednocześnie spod tego spokoju wybrzmiewa szalona rozpacz człowieka, który kompletnie sobie nie radzi z nagłą i koszmarną stratą. Jak on to robi, nie mam pojęcia.
Po jego ostatnich słowach wreszcie zapadła ciemność.
I wtedy dało się usłyszeć, jak ludzie płaczą. Nie pociągają nosem dyskretnie – płaczą.
A potem zerwali się na równe nogi w wariackiej owacji.
A potem pobiegli pod stage door, podziękować tej irlandzkiej iskrze, że ZNOWU sprawiła im ból. Andrew Scott jest przemiły. I robi świetne selfies. Na żadnym selfie nie wyglądam tak promiennie, jak na tych, które on zrobił. Już mam trzy.

Następnie wróciłam do Paryża.
Weekend spędzam, chodząc po kościołach. Nie jestem wierząca, ale mam taki zwyczaj, że lubię zapalić świeczkę w katedrze – na szczęście, na wszelki wypadek. Wczoraj zatem podmalowałam oko i włożyłam sukienkę, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota w światowej stolicy mody, i poszłam do Notre Dame.
Jest coś niebywale kojącego w gotyckich kościołach. Są imponujące, zbudowane ad maiorem Dei gloriam, oczywiście, ale cisza i chłód tych murów jakoś was otulają. Czasami siadam i siedzę przez kwadrans lub dłużej, po prostu. Smutne jedynie, że co jakiś czas z głośników rozlega się „Shhhh… Prosimy o ciszę”, bo to jednak miejsce skupienia, o czym wielu podekscytowanych turystów zapomina.
Stamtąd poleciałam do Sainte-Chapelle, bo to raptem ulicę dalej.
Ponieważ wstęp tam jest płatny, a najpierw musicie przejść kontrolę bezpieczeństwa, mamy do czynienia z pewnymi kolejkami.
I za mną stała pani. Amerykanka. Nie chcę powielać stereotypów, ale że tak powiem, ja cierpię dolę.
Pani jęła narzekać. „Po co my tu stoimy, już widziałam parę kościołów, wszystkie takie same (błagam… przyp. aut.), dlaczego jest tak gorąco i nie ma klimatyzacji (bo jest lipiec i stoimy na zewnątrz, przyp. aut.), tydzień temu byliśmy w Londynie i to przecież to samo (nie, Londyn nijak nie przypomina Paryża, durna babo, przyp. aut.). Ja nie chcę, wolałabym na drinka”.
Mam nadzieję, że górne piętro kaplicy sprawiło, że pomyślała, iż może jednak warto.

Stamtąd poleciałam do Panteonu, przywitać się z Marią Curie-Skłodowską. Rozczulił mnie świeży bukiecik czerwonych i białych kwiatów położony na jej sarkofagu.
Stamtąd – na mecz do knajpy. To pięknie wyzwalające doświadczenie, walić piwo z plastikowego kubka wśród obcych i wrzeszczeć do ekranu.

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

O partigiano, portami via

Mam wrażenie, że nadciąga moje osobiste załamanie pogody, to jest nastrój zjeżdża mi w dół. Już się nauczyłam to wyłapywać, gdy jeszcze jest to, powiedzmy, mżawka, a nie oberwanie chmury, i reagować. Tak, kochana, nie wszystko jest OK, ale wpływ masz na to żaden, więc nie ma co ani się dołować, ani bać na zapas. Zrób dla siebie coś miłego. ASAP.

Jeśli chodzi o weekend, sprawa była prosta. Na stare lata odkrywam, że dobrze sobie po prostu pomieszkać, posiedzieć we własnym fotelu, wypić herbatę z własnego kubka. Wyjść na miasto. Ostatnimi czasy rzadko to robię, bo weekendy na ogół spędzam poza Krakatau. Niemniej ponieważ zaczęłam mieć poczucie, że moje miasto przestaje być moje (ciekawe dlaczego, nie?), a dom przestaje być domem, postanowiłam zostać i trochę nacieszyć się Krakowem, który – choć wiele ma wad – wiosną jest jednak miastem bardzo przyjemnym i można spędzić cały boży dzień, przenosząc się z jednego kawiarnianego ogródka do drugiego.
Co też uczyniłam.
Dobrą decyzją było jednak zamieszkanie na moim brzegu Wisły. Podgórze przez 12 lat naszego wspólnego życia bardzo się zmieniło. Co prawda zatrważa mnie trochę liczba i tempo wyrastania nowych, podobnych do siebie osiedli, mam wrażenie, że niezupełnie w tę stronę miała iść cała ta rewitalizacja, ale – już nie muszę zasuwać do centrum, żeby dobrze zjeść czy napić się wina, czy też uratować się od nadciągającego kryzysu egzystencjalnego porcją lodów. Bo praktycznie wszystkie najlepsze knajpy otwarte ostatnimi czasy mam tutaj. W tym tę szczególnie ulubioną, Euskadi, w której mają najpyszniejszego kraba pod słońcem, a w sobotę podano mi taki sorbet lawendowy, że prawie się popłakałam nad nim z czystego szczęścia. Ja oczywiście od roku mam totalnego świra na punkcie hiszpańskiej kuchni (a w marcu on się jeszcze bardziej pogłębił, ten świr), ale zaprawdę powiadam, nie zna życia, kto nie jadł w Euskadi.
Skończywszy uprawiać bezczelny hedonizm, wróciłam do domu, by zmienić trampki na szykowne różowe czółenka i udałam się do mojej drugiej ulubionej dzielnicy, Nowej Huty. Napisałam już o niej wiele. I otóż moim zdaniem Nowa Huta wyrasta na alternatywne kulturalne serce Krakowa, pod względem teatralnym dzieje się tam tyle dobrego, że naprawdę trudno o inną myśl.
No i właśnie.
Jak się jest tępą dzidą, to czasem nie doczyta się godziny rozpoczęcia spektaklu wydrukowanej na bilecie, więc pędziłam na Osiedle Szkolne co koń wyskoczy, by przekonać się, że jestem o godzinę za wcześnie. Szczęśliwie w budynku Łaźni znajduje się Kombinator, klub taki, gdzie można wino wypić na leżaku i czas upływa miło na obserwowaniu słońca zachodzącego na nowohuckim niebie. Spędziłam zatem godzinę ponownie na bezczelnym hedonizmie, po czym weszłam na Łaźniową (Łaziebną?) widownię.
Wielkie, wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, co zobaczyłam.

Jak po wielokroć pisałam, ja nie lubię, gdy teatr jest lekki, łatwy i przyjemny. No dobrze, od czasu do czasu tak, ale ogólnie uważam, że jego rolą jest zmuszanie widza do zadawania sobie niewygodnych pytań. Wytrącanie go ze strefy komfortu. Kolejna część tego wpisu poświęcona jest właśnie temu, jak mnie wytrącono. I jestem za to bardzo wdzięczna.

Konformista 2029 to spektakl na motywach powieści Moravii i filmu Bertolucciego, opowiadający historię – gdyby to ująć najprościej, jak to możliwe – człowieka, który chce po prostu być normalny, nie wyróżniać się, nie odstawać, a że akurat ruch faszystowski jest w modzie, no to przyłącza się doń, jak większość, to i ja, co nie. Jest to też spektakl, który uderza wizualnie, całą przestrzeń sceny wykorzystano do maksimum. Jest to spektakl świetnie zagrany. Nie ma w nim słabszej roli, ale prawda taka, że rządzi i na deski widzów powala Szymon Czacki w roli tytułowej. Szymonem Czackim nie sposób nie być zafascynowanym. Czacki jest przystojny. Czacki ma ten swój spokojny baryton, ale to ten rodzaj spokoju, który widzowi w głowie czerwoną lampkę zapala. Czacki gra bez jednej fałszywej nuty. Nie schodzi ze sceny przez ponad dwie godziny, a można się domyślić, że odrobinę wysiłku go ta rola kosztuje. I to jeden z tych aktorów, którzy mogliby obierać ziemniaki w kącie sceny, a wy klaskalibyście z zachwytem. A w tym spektaklu, jako mydłek i – cóż – konformista, człowiek bez właściwości budzi sympatię mimo bardzo wątpliwych wyborów życiowych i posunięć. Mój ulubiony typ bohatera – wiecie, że w sumie nie ma za co go lubić, właściwie należałoby mu napluć w twarz, ale jednak wbrew sobie trzymacie jego stronę.
Razem z nim gra w tym spektaklu Krzysztof Globisz, oczywiście uwielbiany w moim mieście, a odkąd po udarze postanowił wrócić do pracy, uwielbiany jeszcze bardziej. To troszeczkę oczywiście boli, widzieć, jak fenomenalny aktor musi zmagać się z własnym ciałem, które zbuntowało się przeciwko niemu, ale też jest niebywale budujące. Chapeau bas. I miałam nawet przez chwilę wrażenie, że on to swoje niedomaganie wykorzystał, budując rolę. To jest akt wielkiej odwagi.
I do tego jeszcze świetna – jak zawsze – muzyka Dominika Strycharskiego. Zresztą nie tylko muzyka, to coś znacznie więcej. On jest zawsze obecny na scenie. Dźwiękami komentuje to, co się na niej wydarza. Komentuje dosadnie.
To nie jest teatr, który pozwoli wam spokojnie sobie siedzieć i nudzić się przez dwie godziny dwadzieścia, ale przyznam, że dawno nie widziałam publiczności tak zaangażowanej i zafrapowanej, ciekawej, co się wydarzy. Tak bardzo skupionej. I sama chętnie obejrzę to znów, bo wyszłam z poczuciem, że wreszcie dostałam coś naprawdę mocnego, pod każdym względem.

Tyle relacji z Nowej Huty.
(Pojadę obejrzeć to znów).

W poniedziałek znowu polazłam do teatru, bo w obawie przed kolejnymi wyjazdami kupuję tak dużo biletów, jak tylko mogę, zanim znowu dokądś polecę*.
Poszłam na ulicę Krakowską. Tam, mamy w Krakowie ulicę Krakowską. Ponieważ dlaczego nie. Na rogu ulicy Krakowskiej i Skawińskiej, w tej spokojniejszej części Kazimierza, nieopodal Wisły, zainstalował się na nowo Teatr Nowy, teraz Teatr Nowy Proxima.
I w tym teatrze Iwona Kempa wystawiła przedstawienie na motywach powieści Vedrany Rudan, Murzyni we Florencji. Przedstawienie o współczesnej chorwackiej rodzinie. Z rodziną to wiecie – najlepiej na zdjęciu się wychodzi, ale po kolei. Córka (wspaniała Martyna Krzysztofik, której płacz i wściekłość są zaraźliwe) nosi jednak dzieci Serba, z którym zaszła w nieplanowaną i nie do końca chcianą ciążę. Jej matka pracuje we Włoszech, by utrzymać rodzinę – i buzuje w niej złość na nieudane życie; nic nie poszło tak, jak miało pójść. Ojciec, były żołnierz, cierpi na syndrom stresu pourazowego i głównie siedzi w swoim pokoju. Jego monolog, brawurowo podany przez Jacka Romanowskiego jest jednym z najbardziej przejmujących, jakie kiedykolwiek w teatrze słyszałam i jednym z tych, które chciałoby się odsłyszeć – okrucieństwo w tej opowieści jeży włos na grzbiecie. Gdyby to była telewizja, człowiek powiedziałby „nie, ja nie mogę tego słuchać” i zmienił pośpiesznie kanał. W teatrze widz nie ma takiego komfortu i dobrze, że nie ma. Babcia głównie rozważa, jak to niepotrzebnie szanowała swoją cześć za młodu, a puszczające się koleżanki miały przecież dużo wygodniejsze życie, miały na buty i dentystę. Brat wrócił z emigracji w USA, bo tęsknił za chorwackimi zachodami słońca, tak mówi, choć szybko okazuje się, że to nie całkiem tak było. Ogólnie niezbyt wesoło jest.
No i są te dwa bliźniaki w wodach płodowych, Cezar i Juliusz, Juliusz Chrząstowski i Sławomir Maciejewski, komentujące cudownie to, co słyszą, debatujące, co zrobią „jak się urodzimy, jeśli się urodzimy”. Czasami wpadają sobie w objęcia, czasami się kłócą, i cudowny, gorzki humor wprowadzają w tę sztukę.
Zagrane jest to, że palce lizać. Widać i słychać, że aktorzy rzucają się w ten przykry tekst na główkę, odważnie, do bólu, do łez. Widać i słychać też, że to wspólna praca, dobry i zgrany zespół. A w ten akurat poniedziałkowy wieczór obsada nieco się poszerzyła. Podczas przedstawienia na zewnątrz rozpętała się upiorna burza. Szum deszczu i pomruki gromów nieoczekiwanie stały się kolejnym aktorem tego spektaklu i zadziwiająco wymownym, doskonale wpasowującym się w jego brzmienie.

(A Juliusz Chrząstowski przez kilka minut siedział obok mnie i to mi, że użyję tej brzydkiej kalki, zrobiło dzień, bo ja go uwielbiam i kiedyś być może odważę się pójść i mu to powiedzieć).

*Niestety, jak właśnie się okazało, krakowski teatr będzie musiał obejść się beze mnie i ja bez niego przez kolejny miesiąc, jeśli nie więcej. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

Bardzo lubię Nową Hutę.
Gdybym nie mieszkała na moim brzegu Wisły, to wybrałabym Hutę właśnie. Gdy kiedyś będę bogata, kupię sobie mieszkanie na ostatnim piętrze jednego z budynków przy Placu Centralnym i będę stamtąd spoglądała na świat. Oczywiście bogactwo mi nie grozi, bo nie potrafię oszczędzać, nie mam zamożnych krewnych w bardzo podeszłym wieku i nigdy w życiu niczego nie wygrałam (przepraszam, raz mi się poszczęściło z loterią na „Hamleta” z Cumberbatchem, niemniej czy to było aż takie szczęście, to nie wiem, biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach niezwiązanych z tym spektaklem rozmyślałam podczas jego trwania), ale pomarzyć zawsze można.
Oczywiście fakt, że Nową Hutę co dnia blaskiem swym opromienia pan i władca, ma swoje znaczenie, niemniej po prostu lubię tę dzielnicę. Chociaż to w sumie nie tyle dzielnica, co osobne, fascynujące miasto w mieście. Ogromne w dodatku. Zawsze się tam gubię – ale nie jestem w tym osamotniona, bo taksówkarze wożący mnie do rezydencji p&w też nader często się gubią, a ja nie potrafię im pomóc, z uwagi na moją dramatycznie słabą orientację w przestrzeni (ja z tych, co muszą kręcić mapą, by ustalić swoje położenie) i fakt, że na tamtejszych osiedlach numeracja budynków niekoniecznie ma głęboki sens, choć z drugiej strony ta na moim osiedlu też nie ma szczególnego. Tylko że moje osiedle, choć znacznie bliższe centrum Krakatau, nie jest ani w połowie tak zadbane, jak to panoiwładcze, które jest bardzo zielone, a przyblokowe ogródki z ich dekoracjami są pierwsza klasa. Zieloność okolic doceniła również dzika zwierzyna – pod balkonem pana i władcy mieszkają jeże, co prawda nigdy ich nie widziałam, ale kolega widuje regularnie i twierdzi, że mu tam sapią.
Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set) pamiętam też, jak widzów przybywających na koncert do Kombinatu wsadzano w autobus tuż za jego bramą i potem jechaliśmy dłuuuugo, długo… Nie mogłam się nadziwić, że taka ta huta wielka.
Pamiętam liczne wieczory w Łaźni Nowej (tam narodził się mój trwający od lat skryty zakoch w Błażeju Peszku – Wejście smoka to był tak cudownie odjechany spektakl) i obowiązkowy pospektaklowy spacer na Plac Centralny – niby przystanek tramwajowy jest znacznie bliżej, ale lubię się przejść.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Teatrze Ludowym. To było Kochanowo i okolice, spektakl, który może i nie był wybitny, ale był wielce sympatyczny. I z muzą na żywo. Z Kurtyną Siemiradzkiego (bo w Krakowie mamy takie dwie, nie wiem, czy wiecie – jedną można od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Słowackiego, a druga to kapela założona przez aktorów). Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie, a Teatr Ludowy dość kameralny jest, usłyszałam ze sceny, że mam ładną bluzeczkę.
Wczoraj nadszedł czas na wizytę kolejną. Teatr Ludowy wyrasta na bardzo znaczącą scenę – scenę, która ostatnio triumfy święci. Nie dość, że wygrali ostatnią edycję festiwalu Boska Komedia wyśmienitym Sekretnym życiem Friedmanów, to jeszcze teraz wzięli się za Wyspiańskiego i ze starcia z nim wyszli z tarczą. Albowiem Sędziowie to spektakl świetnie zagrany, intymny i mocny zarazem. Zagrany bez zbędnej emfazy, ale wymownie. I scenografia jest znakomita. I nieustający przyćmiony knajpiany gwar w tle. Zwykle boję się nienumerowanych miejsc nieco, ale wczoraj celowo zajęłam takie w pierwszym rzędzie i była to dobra decyzja, prawie jakbym siedziała w karczmie, czy może raczej w jednej ze współczesnych imprezowni, w której Jewdocha podaje do stołu (zresztą podała mi lemoniadę…). Ale reżyserka pokusiła się o jeszcze jeden zabieg – zamieniła miejscami scenę i widownię. Widzowie siedzą na scenie, na widowni rozgrywają się ostatnie, dość przejmujące sceny. Dla fetyszystów jak ja, kochających całe teatralne zaplecze, wytarte deski i kable, to cudowne, ale to też ogromnie znaczące. Bo oto widzowie przestają być widzami. Stają się częścią spektaklu. Stają się poniekąd tymi właśnie, tytułowymi sędziami. I ten krótki, ale niesłychanie intensywny spektakl naprawdę jest jedną z lepszych rzeczy, jakie ostatnio oglądałam. A ja dużo oglądam.
Po przedstawieniu zdarzyło mi się zresztą zamienić parę słów z panią stojącą przy barze w teatralnej klubokawiarni, i ona też użyła tego słowa – intensywny.
Idźcie.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

Białe linie

Niewiele rzeczy tak irytuje, jak sprawdzanie służbowej poczty w weekend. Musiałam, bo jutro wyjeżdżam (tiaaa…), a adres biura na miejscu wyleciał mi z głowy. Coś mnie podkusiło, by mail od nadszyszkownika przeczytać – wysłany, jakże sprytnie, w piątek, gdy byłam już poza biurem, żebym wkurwiła się dopiero w poniedziałek. Nie znoszę takich zagrań, zwłaszcza gdy dotyczą spraw, które jednak porządniej byłoby zakomunikować w oczy. Ale to standard w tym wykonaniu.
Mniejsza o to.
Pan i władca pewnie rzekłby „Oleńko, olej” i to właśnie zamierzam zrobić.

Byłam wczoraj w Teatrze Śląskim, na Sztuce (jakie piękne, świetliste te moje Katowice się zrobiły!). Owszem, widziałam tę sztukę wcześniej, w dalekim kraju i z inną obsadą. Tamta wersja podobała mi się nieco bardziej – chyba dlatego, że była prościej, oszczędniej zagrana; nie jestem fanką nadmiernej afektacji, a na naszych scenach zdarza się czasem obserwować emfazę i wyolbrzymianie gestów, zamiast powściągania ich. I to czasami brzmi nienaturalnie. Co nie zmienia faktu, że jest to znakomicie napisana rzecz, rzecz dla trzech różnych aktorów o różnej ekspresji, rzecz opisująca historię przyjaciół, których wieloletnia relacja zostaje wystawiona na ciężką próbę po tym, jak jeden z nich dokonuje osobliwego zakupu.
Kupuje obraz.
Biały.
Za straszne pieniądze.
Może ze snobizmu, jak podejrzewają kumple, którzy uważają, że oszalał, a dzieło jest niewiele warte. Może dlatego, że naprawdę mu się podoba (choć cóż w tym do podobania się – białe linie na białym tle!). Trudno powiedzieć. W każdym razie coś sprawiło, że postanowił wydać szaloną kwotę. Niby jego sprawa, a jednak ten właśnie obraz sprawia, że wieloletnia przyjazń chwieje się w posadach i przez chwilę nawet wydaje się, że z powodu głupiego płótna na dobre się rozpadnie. Ale nie chodzi tylko o płótno. Nagle bowiem wyłazi cała masa skrywanych pretensji – jeden przyjaciel serdecznie nienawidzi żony drugiego. Drugi uważa, że wielkoświatowe aspiracje pierwszego zniszczyły ich przyjaźń, bo poczuł się odtrącony. Trzeci żeni się z kimś, kogo nie kocha, żeby wreszcie reszta towarzystwa przestała drwić z jego nieudacznictwa.
Yasmina Reza pisze wyśmienite, gorzko ironiczne sztuki o drobiazgach, które urastają do rangi wojen i tragedii tylko z powodu ludzkiego uporu, zjadliwości, egoizmu, chęci zaimponowania – albo niechęci do urażenia kogokolwiek, niechęci do zajęcia stanowiska, żeby wszystkim było miło. I mimo, że to pozornie tylko komedia o gościu, który kupuje bohomaz, żeby cieszyć się jego „wibracjami”, to w gruncie rzeczy seria pytań. Czy mamy prawo oceniać czyjeś wybory – w sprawach banalnych i mniej banalnych? Czy mamy prawo mówić komuś, że to, co bardzo chciał mieć i wreszcie ma, jest nic nie warte? Czy możemy zawsze zachowywać wygodny dystans i unikać konfliktów za wszelką cenę?… Przypomina mi się słowo kiedyś namiętnie używane przez jednego z moich wykładowców, a doskonale pasujące do przesłania tej sztuki – paralaksa. To, co widzisz, wygląda inaczej z innego miejsca. Może zatem warto czasem uznać, że to, co dla mnie jest badziewiem, dla kogoś jest bezcenne. Coś, co ja uważam za zbędne całkowicie, komuś jest potrzebne.

Oczywiście jako znana w pewnych kręgach „kolekcjonerka” „sztuki” chichotałam w tych miejscach, w których nikt inny się nie śmiał. Norma.
(Nawiasem mówiąc, mój ulubiony ahtysta wczoraj wyprowadzał lisa – prawdziwego lisa – z teatru, bo się lisek zaplątał. I widzimy się znów za dwa tygodnie. Ale to tylko taki wtręt. W ogóle się nie cieszę).

Tom się nagadała. Świtem natomiast do Wrocławia. Oddam się za bilet na Makbeta w Capitolu, gdyż brak ich w dniach, gdy tam będę.

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Brak tlenu osłabia przekonania

Często czytam, że artyści nie powinni mieszać się do polityki. Lub też spraw społecznych w ogóle. Nie powinni też o nich mówić, bo przecież nie od tego są. Oni są od siedzenia na chmurce, wyglądania ładnie i wygłaszania tego, co dobrze brzmi albo z czego da się przyciąć chwytliwy tytuł.
Czytam, że teatr powinien być ucieczką od „bieżączki”. Nie powinien komentować rzeczywistości. Ludzie przychodzą, kultury wysokiej (cokolwiek to jest) chcą zażyć. Dość mają szumu informacyjnego, pasków w telewizorze.

Ale widzicie, ja się z tym głęboko nie zgadzam.

Moim zdaniem teatr jak najbardziej powinien robić to wszystko. Nie powinien być miejscem, do którego przychodzi się posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, wśród ładnie pachnących ludzi, i w którym słucha się grzecznych deklamacji z akcentem położonym gdzie należy. On nie po to jest. On jest po to, żeby nas czasami wytrącić z bezpiecznej równowagi. Żebyśmy wracali do domu z pewnym niepokojem pod kopułą, z natłokiem myśli, z refleksją, że to wszystko może jednak nie do końca tak, jak nam się wydawało.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko czystej rozrywce. Ani przeciwko edukowaniu czy tam umacnianiu wartości (czymkolwiek one są, że się powtórzę). Ale musi być w nim miejsce na prowokację, na rozróbę, na zgagę od nadmiaru gorzkich myśli, na niewesołość. Na poświecenie widzowi po oczach, jakby chciało mu się powiedzieć: „nie, stary, ty nie przyszedłeś tu sobie posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, my w tym jesteśmy razem”.

Wróg ludu jest spektaklem bardzo cynicznym. W warstwie tekstu Ibsena i w warstwie adaptacji.
Oto bowiem jest lekarz, który odkrywa, że w uzdrowisku woda zatruta. Pechowo burmistrzem uzdrowiska jest jego brat. Za lekarzem stoi murem jego rodzina (poza bratem, rozkochanym w sławie wielbionego wodzusia) i pewien dziennikarz, za burmistrzem reszta świata, bo wiadomo, władzy się nie podskakuje. I zaczyna się osobliwa gra. Ogłosić prawdę czy pozwolić ludziom żyć w błogiej nieświadomości? Kto o tym zdecyduje? Jakie konsekwencje poniesie?
Wiele w tym przedstawieniu momentów zaskakujących – choćby scenografia, którą możecie podziwiać, moszcząc się wygodnie na widowni, a która… nieważne; choćby dziadzio-metal, ale to trzeba zobaczyć – niemniej najbardziej zaskakuje i porusza monolog doktora, czy właściwie Juliusza Chrząstowskiego, wybitnego aktora sceny narodowej i zarazem aktora kolejnej sceny pod nowym dobrozmiennym szefostwem, mieszkańca Małopolski, który stoi w tych samych korkach co ja i oddycha tym samym PM10 co ja, wyborcy, obywatela Rzeczypospolitej. Gdy zostaje sam z widownią, mówi do niej, prosi o wodę, wspomina ostatnie wydarzenia z kraju i świata, zastanawia się głośno, co jego bohater powiedziałby w XXI-wiecznym Krakowie i co tak naprawdę nas zatruwa, nieuleczalnie – dzieje się coś wyjątkowego. Kiedy ta słynna czwarta ściana pada, widzowie często czują się niekomfortowo. Ja też. Przez większość życia bałam się interakcji, unikałam pierwszych rzędów; gdy znienacka zapalano światła na widowni, myślałam „rany, tylko nie to”. A wczoraj miałam wrażenie, że to sama publiczność, łącznie ze mną, chce tę czwartą ścianę zburzyć. Bo ktoś na scenie, ale taki jak my na widowni, nie tyle mówi do nas, co z nami.
Oczywiście on ciągnie ten spektakl, ale Radosław Krzyżowski jako burmistrz jest palce lizać (Little Drummer Boy w jego wykonaniu to perła, jak i wypowiedziane z cudownym spokojem „kurwa mać”), i Michał Majnicz jako rozdarty dziennikarz, który otwarcie mówi, że nie może pisać tylko o tym, co uważa za słuszne, bo dziennikarze muszą kłamać, by powiedzieć prawdę. Przemycić ją pomiędzy tym, co ludzie chcą przeczytać.

Nie widziałam w Krakowie zbyt wielu owacji na stojąco, bo tu ludzie oszczędni w wyrażaniu emocji. Wczoraj jednakże nie dało się inaczej.

Sunshine Reggae już nigdy nie zabrzmi tak samo, powiadam.

Panie nowy dyrektorze Starego Teatru, nie zazdroszczę wyzwania, ale ten teatr trudno będzie okiełznać. Klata zdążył zbudować wspólnotę. Jeśli będzie trzeba, to i otoczymy kordonem, odmawiając różaniec, choć nie do końca wiem, jak to się robi, bo jedyny różaniec, z jakim miałam do czynienia, znalazłam jakąś dekadę temu na podłodze w Pięknym Psie. Jak na ironię.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy

Nie mam nic lepszego do roboty w tym tygodniu (to znaczy mam, ale mi się nie chce), więc chodzę do teatru. Przedwczoraj byłam i wczoraj też. Aż takie mam pasjonujące życie. Jutro też pójdę, ale powiedzmy, że tę jutrzejszą wizytę da się wytłumaczyć moimi powiązaniami towarzyskimi.

Wtorkowy spektakl podobał mi się bardzo, choć ogromnie trudno go oceniać. Domyślam się, że to nie każdego para kaloszy.

Najbardziej lubię teatr o teatrze. Lubię też taki, który staje frontem do widza i mówi: „no widzisz, to wszystko jest na niby. Nie traktuj tego zbyt serio”.  Szewcy w Starym to jest takie właśnie przedstawienie w przedstawieniu, teatr o teatrze. O rzemiośle. Ten tu szewski warsztat, ze stukającymi miarowo maszynami, to tylko przenośnia. Zatem obok tekstów Witkacego mamy wypowiadane wprost do widowni ubolewania na los, na trzecioplanowe role (za takie nawet Oscarów nie dają), na pensje, na kolegów niekiedy żenujących w tym, co robią na scenie, na reżyserów, których jedyny pomysł na daną postać jest taki, by po prostu przesiedziała na scenie akt pierwszy, drugi i zapewne trzeci także. Ogólnie frustracja leje się ze sceny w uszy rozbawionej widowni wartkim strumieniem.
Ale.
Jak mówi Czeladnik II, czy też świetny w tym spektaklu Szymon Czacki w przerwie od bycia Czeladnikiem – aktor aktorem pozostaje stale, nawet na zmywaku w Anglii. A Radosław Krzyżowski, jeszcze świetniejszy, dodaje, że aktor w człowieku nigdy nie traci wiary, karierę po czterdziestce też da się zrobić (bo Marian Dziędziel…), po fakapie jakoś się człowiek pozbiera. I ten aktor zawsze wyłazi na wierzch. Nawet gdy człowiek idzie do mięsnego schab kupić i gdy otwiera usta do ekspedientki, natychmiast mu się głos obniża (to akurat prawda, zaobserwować miałam okazję po wielokroć).
To jest pierwsza warstwa tego przedstawienia.
Kolejną odkrywamy, gdy na scenie pojawiają się kolejne trzy osoby odwiedzające tę teatralną wersję szewskiego warsztatu. I ich niemiłosiernie znudzony swoją robotą przewodnik, na powitanie klepiący jak automat strofy Wyzwolenia, „wielka scena otworem” et cetera et cetera. Tu znowu publiczność, która zapewne w większości widziała świeże Wyzwolenie w Słowackim, zachichotała. Trzy osoby – aktorzy i goście jednocześnie – zasiadają w rogu sceny. Pytają. Dlaczego ten Sajetan nie jest siwiejącym blondynem, skoro w opisie stoi, że jest. Przewodnik wyjaśnia cynicznie, że krawiec kraje, jak mu materii staje. Po czym spaceruje leniwie za kulisy, żeby włożyć lśniący frak i piękne buty; błyszczy jako księżna, po czym na nowo jest zblazowanym animatorem kultury, po czym znów sobą, aktorem Krzyżowskim, po czym znów księżną. Squrvy tymczasem spogląda z boku. Z wysoka. Z pogardą.
Trójka aktorów operujących szewskimi maszynami – czeladnicy i Sajetan – to profesjonaliści dobrze znani widowni. Księżna i Scurvy również.
Druga trójka jest niepełnosprawna. Ale to nic nie zmienia.
Jest piękna scena w tym spektaklu, w którym jedni pomagają drugim wybijać rytm.
Właściwie to takich scen jest wiele – team spirit aż miło.

Taka to historia. Aktorzy. Całe życie w cudzych butach. Zresztą i one w tym przedstawieniu ważną rolę grają – buty noszone przez aktorów Starego na scenie. Między innymi obłędne kowbojki Krzysztofa Globisza z Wesela hrabiego Orgaza, brawurowej absolutnie rzeczy, którą lat temu parę miałam przyjemność widzieć.
I on sam.
Dobrze widzieć go znowu na scenie, a jeszcze lepiej widzieć go w dobrej formie, z ogniem w oczach. Widownia oczywiście zwariowała. Jego pojawienie się to piękna puenta całego spektaklu. Oto bowiem fantastyczny aktor zmagający się ze skutkami udaru, z afazją wychodzi śmiało na scenę i po prostu robi swoje.
Szczerze polecam. Naprawdę bardzo szczerze polecam. Nieczęsto zdarza się, że przedstawienie podoba mi się bezwzględnie i całkowicie, a to podobało mi się bezwzględnie i całkowicie, i pójdę jeszcze raz.

Wczoraj natomiast pofrunęłam do Nowej Huty, zobaczyć wreszcie Koncert życzeń. Zbierałam się i zbierałam, i zebrać się nie mogłam, aż wreszcie uznałam, że skoro siedzę akurat w Krakowie, a bilety jeszcze są, to nie ma to tamto. Trzeba iść. No i poszłam.
Jak być może wiecie, a być może nie, jest to monodram, ale o tyle niezwykły, że nie pada w nim ani jedno słowo. Ani jedno. A widzowie, zamiast siedzieć wygodnie, stoją wokół maleńkiej sceny, wysokiej raptem na 20 centymetrów. Mogą chodzić wokół, przyglądając się bohaterce krzątającej się po swoim mieszkanku pod różnym kątami. Obserwują jej wieczorny rytuał – jak wraca do domu z pracy, przebiera się, wyjmuje z siatki zakupy, przegląda pocztę (same rachunki i reklamowe gazetki), pierze rajstopy, zmywa makijaż. Robi sobie kolację, starannie, pedantycznie wręcz rozkładając naczynia i sztućce. Włącza radio, gdzie akurat trwa koncert życzeń. Wojciech Mann czyta miłosne historie słuchaczy. Twarz bohaterki na chwilę tężeje.
To jest ten moment, gdy na idealnie gładkiej, lśniącej szybie pojawia się pierwsze drobne pęknięcie.
Pogra jeszcze w Simsy, przygotuje łóżko do spania, nastawi budzik, sprawdzi, czy kurki zakręcone, czy mikrofalówka wyłączona. Położy się, ale zaraz wstanie i podrepcze na bosaka do kuchni, żeby wyjąć coś z szuflady.
W ostatniej scenie bohaterka po prostu schodzi pomiędzy widzów i staje wśród nich, jak kolejny obserwator. I stoją tak sobie wszyscy przez chwilę w przejmującej ciszy, aż wreszcie ktoś pierwszy, wyrwany z odrętwienia, nieśmiało zacznie klaskać.
Gdyby mnie kto spytał – uważam, że to wybitny spektakl. Duże słowo, wiem. Mimo wszystko będę się przy nim upierać. Zważcie, że to historia opowiedziana wyłącznie za pomocą zwykłych, powtarzalnych gestów, jakie każdy z nas każdego dnia wykonuje, brnąc przez to swoje żyćko. Spomiędzy tej rutyny wyłania się subtelnie tragedia. Cichutkie cierpienie. Odmiana raka szerzej znana pod nazwą samotność, zżerająca niepostrzeżenie zwyczajnych ludzi, którzy pozornie nie mają na co narzekać, wszystko przecież pod kontrolą, wszystko uporządkowane. To skromne i niedługie przedstawienie uderza tym mocniej, że widz czuje się dość nieswojo, podglądając czyjąś codzienność – ablucje, jedzenie, przebieranie się w domowe gacie. Wyobraźcie sobie, że z pokoju, w którym teraz siedzicie, nagle znikają ściany, za to otacza was kilkadziesiąt zapatrzonych w was osób. Zresztą mniejsza o gacie i obieranie pomidora. Wyobraźcie sobie, że oni widzą wasze emocje. To wszystko, czego nie musicie ukrywać, gdy jesteście sami. Troszkę przerażające, nie? Dla widza, zapewniam, również. Niekomfortowe. Ale ja lubię taki dyskomfort. Po to właśnie jest teatr – żeby nas czasami delikatnie wypchnąć, czasami brutalnie wykopać z naszej bezpiecznej, wygodnej strefy.
Coś fenomenalnego wydarza się podczas tego spektaklu, w którym aktorka nie ma trzech ścian chroniących ją przed brakiem czwartej, ale jednak ani razu – przynajmniej do ostatnich chwil – nie spogląda na publiczność. Otóż ta publiczność, stojąca najpierw przynajmniej metr od tej maciupkiej sceny, zgodnie z wszelkimi zasadami zachowania dystansu w kulturze europejskiej, stopniowo się do niej zbliża. Nie dlatego, że koniecznie chce zajrzeć bohaterce w talerz. Dlatego, że czuje się z nią coraz bardziej związana. I tworzy się wokół tej kobiety taki krąg niesamowity. Nie można jej uratować, ale chociaż można być bliżej niej.
Przy okazji Drugiej kobiety oglądanej podczas festiwalu Boska Komedia parę zim temu pisałam, że Danucie Stence truciznę bym z ręki zjadła. Egzaltowane to stwierdzenie aż zęby bolą, wiem, ale uwielbiam ją. Słowa nie opiszą mojego uwielbienia dla tego, co ona robi z widownią. Nie każdy aktor porwałby się na coś takiego. Jestem przeszczęśliwa, że to widziałam, choć nadal jest mi smutno.
(Dodajmy, iż zamyślona i przygnębiona autorka prawie przejechała przystanek w drodze do domu – Bogu dziękować, że mi wywalili nieopodal mojej kwatery głównej wielki i świecący kolorowo biurowiec, więc zauważyłam go w ostatniej chwili i wyskoczyłam z autobusu).

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

Ludzie skorzy do słowa, cóż ta ludziom obmowa, cóż im kogo na gębie mleć?

Miałam dziś pisać o czymś innym, ale rzeczywistość ma to do siebie, że lubi od czasu do czasu zwrócić na siebie uwagę.

Doszły was zapewne słuchy, że Teatr Powszechny wystawił sztukę, o której natychmiast zrobiło się głośno. Jak Bozia da, obejrzę za dwa tygodnie, to wam opowiem, czy w istocie takie dobre – i czy w istocie skandaliczne.
Tak czy inaczej, pewien oburzony widz nakręcił fragment, który następnie upublicznił. Pomińmy może fakt, że ani to zachowanie kulturalne, ani legalne, można jednak założyć, że widz ów nigdy nie słyszał o prawach autorskich, a nieśmiertelnej prośby o wyłączenie telefonów komórkowych nie usłyszał. Jeden z posłów, znany z zamiłowania do kąpieli w jacuzzi na wysokościach, obejrzał i złożył zawiadomienie do prokuratury, ponieważ spektakl zawiera scenę seksu oralnego ze stopą. Seks oralny ze stopą. Tak, mnie też coś się nie zgadza, ale mniejsza o to. Zbulwersowani obrońcy moralności w reakcji na oburzające sceny (czy też ich urywki, nie wiem, nie widziałam) postanowili wypowiedzieć się na profilu Teatru.
Zatem oddajmy im może głos. Ich słowa mówią bowiem dużo. Bardzo dużo. Nie wymagają chyba również komentarza, więc po prostu tak je zostawię. Dodać należy, że to wszystko napisane pod własnymi imionami i nazwiskami, z profili ilustrowanych uśmiechniętymi zdjęciami ze ślubów i chrzcin, z dumą i podniesionym czołem. Pisownia oryginalna.
„Pies was jebał”.
„Czy naprawdę nikt nie może się zmobilizować, kupić z obrzydzeniem bilet a potem wejść na scenę i w ramach happeningu artystycznego zbutować któregoś „aktora” albo wytrzeć reżyserowi ryj o podłogę?”.
„Do całej ekipy, zwłaszcza aktorów – jesteście SZMATAMI!!! Jakim trzeba być zwyrolem, żeby w ogóle zgodzić się zagrać w czymś tak OBRZYDLIWYM!!!”
„Pytanie mam: w jakim bajzlu ssały pałki aktorzynki z tego szamba zanim stały się aktorzynkami?”. (Jedenaście lajków pod tym wpisem).
„Jesteście żałosnymi skurwysynami”.
„To nie aktorzy,tylko produkt uboczny,ale takie coś to powinno być utopione zaraz po narodzinach”.
„Porno dla lemingów. Żenada nazywana sztuką. A leming pójdzie popatrzeć na kopulację i powie ze obcuje z kulturą”.
„Dość płacenie Pasożytom Pieniędzy.na ten Teatr który nic nie wkłada naszą Historie tylko ją niszczy.wyrzucić Aktorów tam do Izraela wypierdalać tam jest wasze miejsce”.
„Pasożyty przez nich upadł.Rzym Babilon Bizancjum i inne cywilizacje bo robili sodomie i gomorę”.
„Przyćmić to GÓWNO jest w stanie jedynie spektakl z udziałem belzebubich pomiotów, odgrywających scenę samoutopienia w przysłowiowej piekielnej smole……..”.
” Z takimi ryjami to tylko psychiatryk”.

No? I co wy na to?

Owszem, rozbawiło mnie zauważone tu i tam nerwowe domaganie się, by ujawnić nazwiska twórców. O ile wiem, na ogół są jawne. Na plakatach je drukują i tak dalej. Z tego można się pośmiać. To, co powyżej, niepokoi mnie bardzo. Smuci. Sprawia, że mam ochotę poczłapać do osiedlowej Żabki i kupić whisky, bo zdaje mi się czasami, że w ojczyźnie mej pięknej pozostaje popaść w nałogi, gdyż tylko odmienne stany świadomości pozwolą znieść to narastające szaleństwo. Martwi mnie to przede wszystkim, ogromnie martwi.

Będę dzisiaj w grze cudowną, bo będę w grze kapryśną

Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna;
jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Wiem, że już to z siedemdziesiąt razy napisałam, ale napiszę znów.
Najbardziej w teatrze lubię ten moment po trzecim dzwonku. Kiedy rozmowy cichną, światło przygasa i wszyscy w oczekiwaniu wpatrują się w ciemność.
Tym razem słyszą stukot maszyny do pisania, a na ekranie nad sceną pojawiają się słowa dedykacji (ze Studium o Hamlecie): „Aktorom polskim, osobom działającym na scenie, na drodze przez labirynt zwany teatr, którego przeznaczeniem, jak dawniej, tak i teraz, było i jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej rysy, złości żywy jej obraz, a światu i duchowi wieku, postać ich i piętno”.

Z Dziadów w reżyserii Rychcika wychodziłam, trąc twarzą o glebę, tak mną pozamiatały. Sceny z gospel nie zapomnę długo. Dlatego klepnęłam sobie bilecik na Wyzwolenie, gdy tylko dowiedziałam się, że będzie grane.
Ten dramat, można powiedzieć, wrócił do domu. To właśnie w Teatrze Słowackiego, naszym pięknym i dostojnym, przy Plantach, wystawiono Wyzwolenie po raz pierwszy. Wyspiański starał się zresztą o dyrekturę tego teatru, nie wiem, czy wiecie. I teraz, w 2017 roku, w czasach bardziej burzliwych niż byśmy chcieli, kurtyna Siemiradzkiego ponownie podnosi się, żeby widzom tu i dziś pokazać ten spektakl.
I co widzimy?
Szkolną salę. Nauczyciela przy tablicy, który czyta uczniom Salingera.

Ma to przedstawienie momenty lepsze i gorsze, ale moim wysoce nieprofesjonalnym zdaniem bardzo warto pójść. Przede wszystkim dla Rafała Dziwisza w roli głównej – bo ten głos głęboki i łagodny, bo ten gorzki, zrezygnowany spokój, z którym tę rolę niesie, rolę człowieka, który wie, że przegrał, ale jeszcze się szarpie; dla Marcina Sianki, którego uwielbiam (jeśli nie widzieli go w „W mrocznym, mrocznym domu”, to niech idą i zobaczą). Dla cudownie zapętlonych scen, perfekcyjnie powtarzanych gestów. Dla finału. Finał taki, że rączki same do klaskania się składają. Dlatego przede wszystkim, że ten tekst jest dziś boleśnie aktualny. Można mieć pretensje o to, że znowu unowocześnili – ale śmiem podejrzewać, że Wyspiański nie miałby zbyt wiele przeciwko temu. Teatr musi rozmawiać z publicznością. I jak dla mnie, to ten spektakl Rychcika rozmawia.

Dziesięć pięter i dach

img_20170122_180451_051.jpg

No, zatem do teatru poszłam i jakimś cudem – może dzięki temu, że naprawdę nie chciałam być tym jednym znienawidzonym widzem, który zanosi się kaszlem w kluczowych momentach – wytrzymałam trzy godziny bez jednego chrząknięcia.

Chciałam na to pójść, bo wiecie, Śląsk. A ja jednak, choć od lat mieszkam w innej części kraju i ciągle gdzieś się włóczę, pozostaję hanyską, żywo zainteresowaną opowieściami o tej piątej stronie świata.
To jest spektakl, który opowiada historię znaną każdemu dorosłemu człowiekowi w tym kraju – przypomina wydarzenia w kopalni „Wujek” w grudniu 1981 roku. Zdawać by się mogło, że czekają widza trzy godziny martyrologii. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, głównymi bohaterami tej historii są czterej chłopcy. Synowie górników (oraz jeden syn funkcjonariusza MO). Oni i ich rodziny. Mama fryzjerka. Babcia – klasyczna śląska Oma – i dziadek, górnik z dziada pradziada. Ojcowie wygrywający motyw z „Gwiezdnych wojen” na próbach kopalnianej orkiestry. Mamy grudzień, przychodzą paczki z Enerefu – proszek do prania, czekolada z „okienkiem” (pamiętacie? wiem, że teraz można ją bez trudu u nas kupić, ale to nie ten sam smak), misie Haribo. Któryś z chłopców wymienia zagraniczny zegarek na plakat z Playboya. Górnicy świętują Barbórkę. Żony podczas robienia dauerweli w zakładzie fryzjerskim z przejęciem plotkują o czarnej wołdze. Ot, peerelowska codzienność. I tylko jakiś cień na tym wszystkim się kładzie. Coś nadchodzi. Coś nadchodzi.
Chłopcy oglądają nadciągającą apokalipsę, czołgi ciągnące w kierunku kopalni – gruby, jak to się na Śląsku mówi – z dachu. Do niedawna oglądali potwory w kinie, zakradając się na filmy od 18. roku życia. Teraz zbliża się prawdziwy potwór. Gruba, ta matka karmicielka, wokół której toczy się życie rodzin w spektaklu i która czasem to życie odbiera, stanie się miejscem starcia z monstrum. Tylko bohaterowie stawiający mu czoła to nie Supermani, ale zwykli faceci w drelichach i ich żony, twarde i zdeterminowane.

Może i nie jest to rzecz z gatunku zmieniających życie. Może nie wszystkie rozwiązania muzyczne są zachwycające (bo to musical, tak!), może czasami troszeczkę się to rozmywa, może raz czy dwa miałam wrażenie, że za dużo grzybów w tym barszczu, ale są bez wątpienia elementy, które w człowieku zostają. Finał, kiedy dzieciaki pojawiają się w strojach wyjętych z ukochanych filmów fantastycznych przy dudniącym hip-hopie – fenomenalny. Zaprawdę fenomenalny. Początek drugiego aktu, gdy spod sceny wyłania się oddział ZOMO. Opowieść dziadka o przygniecionym pod ziemią koledze i jego słowach: „powiedz jej, że mnie zabiło od razu”. Święta Barbara – bo są w tym wątki nieco oniryczne, jak często w opowieściach o Śląsku. No i chłopak w kapturze i z mikrofonem, łącznik pomiędzy współczesnością, neonami, biurami i knajpami dzisiejszych Katowic, a ciemnymi czasami, w których toczy się historia na scenie. Znakomity zabieg.
Nie zdziwiła mnie ani troszkę owacja na stojąco. Bo mimo pewnych słabości to będzie przedstawienie bardzo ważne dla wielu widzów. Zobaczą na scenie swoje dzieciństwo albo młodość. Usłyszą opowieści, które znają od zawsze, ale które nie nudzą. Zaśmieją się, jak pani za mną, wzdychając: „tak było!”. To jest taki teatr, który rozmawia z ludźmi, a nie tylko mówi do nich. Słucha ich. Teatr niesłychanie mocno osadzony w lokalnych realiach, czerpiący z wrażeń i wspomnień lokalsów. Taki, że widz po wszystkim chciałby pójść na wódeczkę z twórcami (chyba że „mo ciśnienie”). Można kręcić nosem na takie czy owakie niedociągnięcia, ale w teatrze zawsze najważniejsze są emocje koniec końców. Są spektakle pięknie zrobione, z których wieje chłodem. W tym przypadku jest inaczej. Wychodzi człowiek dziwnie wzmocniony, z poczuciem, że spędził parę godzin WSPÓLNIE z innymi, ale też usłyszawszy stanowcze: pamiętaj. Nie wolno ci zapomnieć. Teraz ty tę historię niesiesz.

If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

You know what it’s like when you’re in a room with the light on and then suddenly the light goes out? I’ll show you. It’s like this.

Wróciłam.
Nie, też się nie cieszę.

Tak naprawdę to ja poleciałam z powodu tych dwóch.
Obu absolutnie ubóstwiam od zarania dziejów. Ian McKellen robi ze mnie rozchichotaną nastolatkę. Uwielbiam te jego oczy chłopca. Oczywiście, że bardzo chciałam go zobaczyć na własne oczy, ale nie sądziłam, że będzie to prawdopodobne.
Cóż. Jak to zwykle w moim przypadku bywa – opatrzność zrobiła swoje. W marcu kupiłam bilet, w piątek bladym świtem (a właściwie jeszcze po ciemku) wsiadłam do samolotu i poleciałam.
Londyn przywitał mnie zdumiewająco piękną pogodą (żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, po południu padało). Obleciałam znajome kąty, wypiłam kawę, zrzuciłam toboły w mojej kwaterce, ubrałam się ładnie i wróciłam na West End.

Dobrze znam to miejsce. Pozostaje jednym z moich ulubionych w Londynie, chociaż to jest tylko króciutka i niezbyt urodziwa alejka łącząca Charing Cross Road z St Martin’s Lane. Przypadkiem (nie sądzę…) właśnie tutaj znajdują się wyjścia z dwóch teatrów. Wiele długich minut tu spędziłam, przestępując nerwowo z nogi na nogę, więc mam sentyment.
Tu muszę coś podkreślić. Jak wszyscy wiedzą, autorka nie ma śmiałości do ludzi. Co prawda zrobiła kolosalne postępy, ale nadal nie jest osobą, która łatwo zagaja i jeszcze sypie żarcikami (ale jak mi się uda żarcik, trzy dni dumna chodzę). Nigdy w życiu nie poprosiłam nikogo o autograf – a mam dużo okazji, jak widać po blogasku – bo one nie są dla mnie szczególnie istotne. Wolę, jeśli oczywiście mam okazję, z kimś porozmawiać. To przyjemniejsze i zostaje na dłużej w człowieku. Tak, zatem jak wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi, ale gdy naprawdę mi zależy, potrafię się przemóc, czego dowodem fakt, że dokładnie rok temu goniłam pewnego młodziana po ulicy – do tej pory wolę nie myśleć, jak to wyglądało dla postronnych – a w piątek po opuszczeniu widowni skręciłam za róg i ustawiłam się w nie tak znowu dużej kolejce.
Może by coś o spektaklu samym, zanim osunę się w mętne odmęty zachwytów.
Pinter to Pinter. Jedni lubią, inni nie. Niby nic się nie dzieje, ludzie dużo mówią, ciągną swoje monologi – a ile się dzieje. I w tym spektaklu jest podobnie. Tylko czterech bohaterów, jeden wieczór i następujący po nim poranek, masa tekstu, ale najwięcej rozgrywa się gdzieś między słowami.
Wiecie, są aktorzy i aktorzy. Są tacy, którzy gwiazdorzą na wielkim ekranie, ale na scenie kompletnie sobie nie radzą. Są tacy, którzy w ogóle się za nią nie biorą. Są też tacy, którzy ją czują doskonale. I ci dwaj wspaniali panowie niewątpliwie należą do ostatniej kategorii. Co za klasa. Scena, w której grany przez Stewarta pisarz z potężnym problemem alkoholowym wyczołguje się, zalany w trupa, ze sceny… Och.
Oklaskawszy dżentelmenów, poszłam cała w emocjach na zaplecze. Zdążył zgromadzić się tam tłumek, ale nie bardzo duży (być może dlatego, że wywieszone na ścianach komunikaty informowały, że żadnych selfies i panowie podpisują wyłącznie materiały związane z przedstawieniem – programy, bileciki, plakaty, ale nic innego, więc łowcy celebryckich trofeów od razu mogli odejść z kwitkiem). Tak sobie poszłam, bez większych nadziei, że może w te chłopięce oczy uda mi się spojrzeć.

I udało się.

W dodatku jakimś cudem, wypchnięta naprzód przez miłego człowieka, którego imienia nie znam, ale daj mu Boże zdrowie, dostałam podpisy. Ale co ważniejsze, te OCZY.
Nieprawdopodobne.
To jest jednak ujmujące, wiecie, że ludzie tak absurdalnie sławni, którzy mogliby po prostu prześliznąć się do limuzyny, trzasnąć drzwiami i tyle ich maluczcy widzieli, wychodzą do nich co wieczór, wymieniają uprzejmości, uśmiechają się, żartują, cierpliwie składają podpisy, upewniają się, że każdy widz został „zaopiekowany”. I dopiero wtedy odchodzą, w swoich obłędnie niebieskich płaszczach (z McKellenem wyraźnie dzielimy miłość do odjechanych okryć wierzchnich).
Wracałam do hotelu cała w skowronkach.
(Jakby tego było mało, za mną siedział Jude Law. TEN Jude Law. I stał też za mną w kolejce do baru. Niżej podpisana, oczekując na swoje białe wino, rozglądała się, zauważyła faceta metr dalej i pomyślała: „Hm, jaki przyst… O W MORDĘ”. Był w towarzystwie olśniewającej blondynki, która nieustannie bawiła się telefonem. Bawiłybyście się telefonem, spędzając wieczór z takim gościem? Ja też nie).

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Oczywiście.
Okutałam się szczelnie i udałam do Royal Court, bo Bateman. Stary znajomy, można by rzec. Spędziliśmy razem kilka wieczorów.
Obawiałam się troszeczkę, bo moim zdaniem on ma problem z charyzmą, to znaczy nieco mu jej brak, i lubi nadrabiać to szarżowaniem. Na szczęście tym razem już tak nie jest. Rozwinął się chłopak.
Co ciekawe, pojawia się tylko na jakiś czas – sztuka (wyśmienita, nawiasem mówiąc, choć mocna) dzieli się na trzy wyraźne części, i nasz drogi Bateman występuje jedynie w części środkowej, jako wzięty do niewoli kapitan – akcja rozgrywa się podczas Wojny Secesyjnej. Główny bohater, czarnoskóry niewolnik dowódcy, puszcza go wolno. Na pewną śmierć, ale wolno.
Oglądałam z zapartym tchem. Świetnie napisane, świetnie zagrane, muzyka na żywo – z boczku sceny siedzi bluesman z gitarą i przygrywa; przygrywa też w antrakcie, więc publiczność miała okazję, ku swojemu zdumieniu, usłyszeć nagle słynny riff z „Kashmir” Led Zeppelin.
Bardzo mi się podobało.
Chciałabym to samo powiedzieć o drugiej oglądanej tego dnia sztuce, ale niestety nie mogę. Mimo całego powabu Dominica Coopera. Mimo przecudnej scenografii (zmieniające się tło to powiększone fragmenty XVII-wiecznych obrazów). Mam wrażenie, że komuś pary zabrakło, albo przestraszył się w połowie drogi – i w efekcie, zamiast historii ociekającej seksem, lubieżnej i zmysłowej, widownia dostała dość ugrzecznioną powiastkę. Szkoda, bo aż się prosiło – bohater był bardzo ciekawą postacią, znakomitym poetą, który oddalił się na łono Abrahama w wieku lat raptem 33, wskutek chorób wenerycznych i alkoholizmu. Nie mówię, że to było złe. Było tylko zbyt gładkie.

(To pierwsze zdjęcie to nie jest to, co być może myślicie. To kciuk. Tegoroczny czwarty filar na Trafalgar Square – co kilkanaście miesięcy staje na nim inna rzeźba, mniej lub bardziej udana, a raz nawet byli to żywi mieszkańcy miasta, codziennie inny).

Wracałam w towarzystwie panienki, która bardzo bała się latać. Autorka to wiadomo. Trzecią osobą w naszym rządku był pan, który bardzo próbował oczarować panienkę (do autorki nawet nie startował, musi wyglądała nieprzysiadalnie – dajcie spokój, wstałam o czwartej trzydzieści, telepałam się na lotnisko dwiema liniami metra i pociągiem, więc zasłoniłam się książką, którą koniec końców i tak porzuciłam na rzecz urywanej drzemki).
– A jak wysoko lecimy? – pyta panienka pana, który wyraźnie chce sprawiać wrażenie globtrotera, tylko że same farmazony sadzi.
– Och – odpowiada on pewnie. – Dziesięć tysięcy kilometrów.
Nie wiedziałam, że Ryanair lata z przystankiem na ISS.
Pan przez cały lot nawijał biednej dziewczynie makaron na uszy. Które wreszcie, gdy silniki zmieniły melodię na tę, która oznacza, że wracamy na ziemię, zaczęły ją boleć.
– Bo ciśnienie spada – rzecze pan tonem człowieka, który wylądowałby na rzece Hudson, gdyby go kapitan Sullenberger w tym nie wyprzedził.
Rośnie, psze pana, ono rośnie!
Dziewczyna wyraźnie cierpi.
– Och, tak to jest, gdy się rzadko lata – rzecze pan tonem człowieka, któremu mam ochotę podłożyć nogę, gdy będzie wysiadał.
– Proszę spróbować ziewnąć – odzywa się wreszcie autorka znad książki.
– Słucham? – dziwi się dziewczyna.
– Ziewnąć. To pomaga.

Pomogło.

Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.