Singapore Sling

W grudniu 2011 kupiłam bilet do Japonii. Zawsze o niej marzyłam, zawsze o niej mnóstwo czytałam i obiecywałam sobie, że któregoś dnia wezmę i pojadę. Któregoś dnia błąd taryfowy pewnej linii lotniczej sprawił, że bilet znalazł się w moim finansowym zasięgu. Modliłam się nad nim w niezdecydowaniu przez cały dzień, a wieczorem kupiłam.
I wtedy ogarnęła mnie panika. Czy ciebie pogrzało już całkiem, dziewczyno? Do Japonii? Sama? Do tej Japonii w Azji? W każdym razie kasa z konta poszła, bilet został wystawiony, urlop wyszarpałam, nie ma zmiłuj. No i poleciałam. Cały dowcip z atrakcyjną ceną mojego biletu polegał na tym, że wylatywałam z jednej europejskiej stolicy, a wracałam do innej. I pamiętam jak dziś moment, gdy dojeżdżałam do lotniska w Rzymie – chyba posiniałam wtedy z przerażenia, zrozumiawszy, że teraz to już naprawdę nie ma odwrotu. Okropnie się bałam.
Ale – poleciałam, świetnie się bawiłam, wróciłam cała i zdrowa. Od tamtej pory podobne czynności podejmuję regularnie. Bo to łatwe. Dla mnie łatwe, bo najlepiej podróżuje mi się w pojedynkę – może się zdawać, że to bardziej ryzykowne, w końcu jest tylko jedna osoba, która może w drodze zadbać o wasz tyłek i jesteście to wy sami, ale paradoksalnie to prostsze; nie trzeba z nikim niczego dogadywać, na nikogo czekać, nie martwić się o to, co będzie, gdy się pokłócicie. Nie zrozumcie mnie źle – potrafię wojażować w towarzystwie i nie duszę ludzi poduszką, gdy zasypiają, ale przynajmniej raz w roku muszę dokądś wystrzelić sama. Zresztą… człowiek w drodze nigdy nie jest sam. Czasami przegada się całą drogę ze współpasażerem, czasami ktoś was wepchnie do właściwego autobusu, narysuje drogę do najlepszej knajpy w okolicy albo nawet do niej zaprowadzi. Jest to zawsze pewien akt wiary, ale zwykle wychodzi na dobre. Co ważne, znakomicie też robi na pewność siebie.
Tak sobie niekiedy myślę, że dobrze byłoby ruszyć zadek w przeciwnym kierunku, bachatę na plaży potańczyć czy też amazońskie pijawki od chudych łydek odrywać, ale na razie ciągle mam potrzebę wracania do Azji. Bo mi tam wszystko odpowiada. Wilgotność powietrza, jedzenie (i powietrze pachnące jedzeniem, o tak, to kocham najbardziej), życzliwi lokalsi, miasta najeżone kosmiczną technologią i wysepki, gdzie podczas marszu można spotkać najwyżej ważkę. Od ostatniej wizyty minęły dwa lata, a że germański przewoźnik kusił promocją, to jakoś tak się stało, że poleciałam do tego Singapuru.
A mogłam nie.
Przyjeżdżam sobie cała zadowolona, w moim efektownym turystycznym rynsztunku (dres i abibasy) na lotnisko, idę do stanowiska odprawy, podaję panu paszport, pan przeciąga go przez tę swoją maszynkę, gdy wtem… BIIIP. Jeszcze raz. BIIIP.
– Coś nie tak? – pytam kurtuazyjnie.
– Nie nie, tylko… Hm. Spróbujmy jeszcze raz.
BIIIP.
– Chwileczkę, zadzwonię po kolegę.
Kolega przybywa z odsieczą, nie śpiesząc się zupełnie, ponieważ dlaczego miałby. Kombinują, kombinują, wpisują moje dane ręcznie, różne takie…
BIIIP.
– Takiego błędu jeszcze nie widziałem – mówi wreszcie kolega. Bardzo to pocieszające.
– Ale… mogę polecieć?
– Musi pani poprosić w Monachium o wydanie karty pokładowej na kolejny odcinek. Nie ma pani zakazu wjazdu do Singapuru czy coś?…
Prędzej wystawi mi go Wielka Brytania za gonienie aktorów po ulicach.
No dobrze. Poleciałam do Monachium, w którym powtórzyła się ta sama historia, ale kartę pokładową wreszcie dostałam i odleciałam w kierunku wschodzącego słońca.

– Je pani wieprzowinę? – zagaduje taksówkarz wiozący mnie przez szerokie i zalane deszczem ulice kilkanaście godzin później. – Bo obok pani hotelu podają świetną zupę ze świńskich wnętrzności.
(Nie spróbowałam jej koniec końców – aj, ten zapach – ale może następnym razem się przemogę).
W pokoju hotelowym – na Instagramie średnią karierę by zrobił, ale był bardzo funkcjonalny, a przede wszystkim miał wygodne łóżko, gorącą wodę pod prysznicem i szalejącą klimatyzację – padam i zasypiam, by budzić się po wielokroć w ciągu nocy z poczuciem całkowitego wyspania. To jest ten drobny minus okrągłej Ziemi – wasz mózg ogarnia, że zniknęło wam parę godzin z doby (lub przybyło), ale organizm reaguje z pewnym opóźnieniem. Jesteście pełni energii o trzeciej w nocy, ale padacie na mordę w południe. Na szczęście to dość szybko mija.
Następnego ranka spakowałam plecaczek, wypiłam morderczo słodkie kopi i ruszyłam w miasto.
Przez siedem kolejnych dni pysznie się w tym mieście bawiłam. Słowo „pysznie” jakoś mi się napatoczyło pod palce, ale ono dobrze opisuje Singapur. Dla każdego, kto lubi jeść, to miejsce jest Arkadią. Jedzenie jest wszędzie. Wszystkie kuchnie Dalekiego i Bliskiego Wschodu, kuchnie Europy i obu Ameryk, wszystko. WSZYSTKO. Każda jadalna rzecz na tym globie. Za grosze. Słynne hawker centres bywają otwarte 24 godziny na dobę i to jest bijące serce tej części świata. Wybieracie stoisko, wybieracie numerek potrawy, której zdjęcie do was najbardziej przemówiło (albo po prostu mówicie, że chcecie to samo, co ktoś przed wami), w oczekiwaniu na wydanie zgarniacie plastikową łyżkę i pałeczki, zanosicie do stolika, zimne piwo samo zjawia się po chwili. I jest pięknie.

Najgorsze teksty podróżnicze zaczynają się formułką „miasto/kraj kontrastów”. To gdy autor nie wie, co napisać. Polska – kraj kontrastów. Londyn – miasto kontrastów. Nowa Huta – dzielnica kontrastów. Idealne na każdą okazję. Ale Singapur to naprawdę JEST miasto kontrastów. To miejsce, w którym idziecie sobie przez Southern Ridges i słyszycie wrzaski małp, a w dole, całkiem bliziutko błyszczą szklane wieże i portowe żurawie. To miejsce, w którym możecie minąć trzy świątynie trzech różnych wyznań stojące niemalże płot w płot – mój hotel też sąsiadował z jedną – a słońcem na wyspie Sentosa (bez wątpienia jedno z najdziwniejszych miejsc, w jakich byłam) będą się cieszyć tak samo muzułmanki i tybetańscy mnisi. Miejsce, w którym muzeum sztuki i techniki jest oddalone o kwadrans spacerem od siedliska wydr. Miejsce, w którym jedna knajpa podaje rzeczoną zupę ze świńskich wnętrzności, a druga po sąsiedzku informuje w szyldzie, że wszystko halal. Trzecia to hipsterska kawiarnia z truflowym tiramisu. W hawker centre bankier z Londynu siorbie kluchy równie zapamiętale, co lokalny dziadzio w klapkach. I wszystko się zgadza, wszystko do siebie pasuje, wszyscy są na miejscu.
(Wczoraj, gdy zatrzymałam się na kolację przed wyjazdem, dwóch takich właśnie dziadziów pilnowało mojej walizki, gdy stałam w kolejce po laksę, żeby zjeść coś gorącego. Nie poprosiłam ich. Zgłosili się na ochotnika).

Pogoda była… no, jaka była. Nie wszystkie plany udało się zrealizować (chciałam popłynąć do Indonezji), w niektóre poranki budziły mnie upiorne grzmoty i moja poczciwa, stara, zakopiańska kurtka przeciwdeszczowa chwilami nie dawała rady, ale gdy tylko pojawiała się odrobina słońca, niżej podpisana pędziła co metro wyskoczy na plażę. A poza tym gubiła się chętnie i z premedytacją w mieście, w którym zgubić się naprawdę trudno – Singapur jest w gruncie rzeczy nieduży, mądrze rozplanowany, ma znakomity transport publiczny, a w najgorszym wypadku zawsze ktoś pomoże, bo tubylcy są bardzo mili. I jest niebywale bezpieczny, z czym oczywiście pewien związek ma bardzo surowe prawo. Gdy człowiek jedzie metrem, może kontemplować plakaty informujące grzecznie, że molestowanie jest przestępstwem, za które grozi aresztowanie, dwa lata więzienia i chłosta.

Dwadzieścia cztery godziny temu docieram na lotnisko. Oddaję walizkę.
– Dobry wieczór. Leci pani do Krakowa?
– Tak jest.
– Mhm. Do Krakowa zatem?
– Tak.
– Przepraszam, że dwa razy pytam, ale jak się pomylę…
– Nie ma problemu.
Wsiadam. Zajmuję mój kącik pod oknem. Nie żeby okno było potrzebne, bo widać tylko ogromne skrzydło. Pozostałe dwa miejsca obok mnie wolne. Och, wszyscy święci, proszę, niech tak zostanie. Spędzę tu trzynaście godzin. Proszę, proszę… Wpatruję się w te dwa puste fotele, mantrując w myślach, gdy wreszcie pada wyczekiwane:
– BOARDING COMPLETED.
Modły wysłuchane.
Wspomniane trzynaście godzin później smok z „Deutschland” na burcie (ochrzczony przez samą Angelę Merkel ponoć) cumuje we Frankfurcie z zaspaną i nieco połamaną autorką na pokładzie. Jeszcze tylko godzina i będziemy w domu. W domu zimno jak sk… zimno bardzo, więc biorę wrzący prysznic, wciągam niezbyt gustowną, ale grubiutką piżamę, pędzę do łóżka i cóż, nie mogę zasnąć. Toteż piszę.

Reklamy

Rien de rien

Przygoda dobiega końca.
Trzy ostatnie noce.
Czuję się, jakbym siedziała w Paryżu od zawsze. Gdyby ktoś z początkiem roku powiedział mi, że spędzę tu czternaście tygodni, wyśmiałabym go. Nie tak to wszystko miało wyglądać. No, ale tak wygląda i co poradzić.
Przyzwyczaiłam się do ruchu ulicznego – okazuje się, że człowiek może znacząco poszerzyć swoje pole widzenia, jeśli nauczy się, iż zza każdego rogu i autobusu może wyjechać motocyklista – i tego, że o ósmej rano jest ciemnawo. Właściwie do wszystkiego. Jak zawsze powtarzam, człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja. Nie ma innej opcji zresztą.
Nie może tylko myśleć o jednej rzeczy – że tęskni. Tęsknotę trzeba upchnąć na dnie walizki.
Miniony weekend spędziłam troszkę w domu (jak zwykle, piorąc i śpiąc), poprzedni za to był stuprocentowo paryski, bardzo słoneczny, bardzo przyjemny. Starałam się wycisnąć z niego jak najwięcej, biorąc pod uwagę nadchodzącą jesień i mój rychły odjazd na dobre. Oblazłam zatem całe miasto, od Grand Palais (wystawa Miró – bardzo, bardzo warto) i otwartego akurat bezpłatnie Petit Palais aż do Lasku Bulońskiego, a dokładniej olśniewającego muzeum Fundacji Louis Vuitton. Z buta, gdyż jestem twardziel, pogoda była oszałamiająca i tylko raz zgubiłam się po drodze.
Sam budynek Fundacji LV, zaprojektowany przez Franka Gehry’ego, to generalnie imponujący szklany statek, a w środku mnóstwo sztuki (Egon Schiele i Jean-Michel Basquiat – dwie wspaniałe, bardzo intensywne wystawy dwóch wybitnych, zmarłych młodo artystów, których prace zaskakująco wiele łączy).
W niedzielę było jeszcze śliczniej, podreptałam sobie spokojnie wzdłuż Sekwany do Instytutu Świata Arabskiego na wystawę tyleż oszałamiającą, co łamiącą serce w drobne kawałki – Wieczne miasta, cyfrową podróż po Mosulu, Aleppo, Palmirze i Leptis Magna. Z tych miast zostało, co zostało i co niestety możecie zobaczyć na własne oczy, czując narastającą… no nie, to nie jest złość, to poczucie wkurwu, bezsilności i rozżalenia – ale twórcy wystawy nie tylko wysłali drony nad ulice, byście mogli nimi pochodzić. Zaprzęgli też nowoczesną technologię, żeby odbudować świątynie, meczety i katedry. Jest to dość niesamowite.

Po wszystkim, oczywiście, mule. Popite białym winem w należytej ilości, gdyż wino bardzo pomaga strawić wszystko, a poza tym to ostatni raz na jakiś czas. Zdążyłam jeszcze nacieszyć się nimi w knajpianym ogródku, co w Paryżu nie jest tak romantyczne i relaksujące jak w takim na przykład Krakowie, bo generalnie siedzicie pośrodku chodnika albo prawie na przystanku autobusowym, ktoś na was dmucha dymem, coś trąbi, miejsca jest tak mało, że zamówienie nie mieści się na stoliczku, a kelner je pomylił, ale jest uroczy, więc co tam.

Gdy wróciłam tu w niedzielę z Krakowa, wiatr zimny hulał i pociągi zatrzymali, bo ktoś porzucił bagaż na jednym z dworców, więc saperzy musieli przyjechać… Gapiłam się zatem na ołowiane niebo za oknami nieładnie pachnącego i uparcie nieruchomego wagonu, ściskając na podołku mój bagaż. No błagam.
Ale wreszcie dotarłam. Mama zaśmiała się, gdy zadzwoniłam i westchnęłam, padając na łóżko w kurtce i szaliku: „jestem już w domu”.
– Wiesz, co powiedziałaś?…

Ici, c’est confortable

Miniona niedziela.
Siedzę na stopniach bazyliki Sacre-Coeur i piję wino z plastikowego kubka. Pode mną cały Paryż, doskonałe linie bulwarów, wieże Notre Dame, migocząca rytmicznie i cierpliwie Tour Montparnasse na lewym brzegu.
Ciepło. Właściwie to upalnie. Ani jednej chmury. Ludzie tańczą, bo ktoś gra na bębnach, ktoś puścił „Milord” Edith Piaf.
Siedzę na schodach i piję wino, ponieważ akurat winobranie świętujemy na Montmartre. Chwilę wcześniej zapaliłam świeczkę w bazylice, na szczęście, zawsze zapalam.

– Otworzyć ci tę butelkę? – pyta miły i wielce przystojny dżentelmen w jednej z budek.
– Mój Boże, nie. Poproszę tylko o kieliszek czerwonego. Ale butelkę możecie mi zapakować na wynos.
– Mój brat ci zapakuje. Polecam też nasze białe. Bo to nasza winnica. Brat kupił i teraz u niego pracuję. Masz brata?
– Niestety nie. Zawsze chciałam.
– To masz szczęście. Ja nigdy nie chciałem i sama widzisz. Proszę, twoje wina i nasza wizytówka. Jesteśmy w środku niczego, ale gdybyś była w pobliżu…

Może będę. Kto wie.

Miniona sobota.
Nie ma co się śpieszyć ze wstawaniem, Paryż nie budzi się wcześnie, a o tej porze roku słońce też wschodzi raczej leniwie.
Schodzę zatem raczej głęboko późnym przedpołudniem do kawiarni na rogu, słyszę „madame, bonjour!”, zamawiam kawę i spritz, taki lokalny spritz, z likierem St Germain, z kwiatów czarnego bzu. Spożywam, kiwając nóżką, słońce świeci bezczelnie letnio. Staram się błysnąć moją żenującą francuzczyzną, ale kelner macha ręką i odpowiada po angielsku:
– Jestem z Brazylii.
Ma się rozumieć.

Z kawiarni… napisałabym, że pobiegłam, ale już i tak już byłam spóźniona, więc poszłam z rękami w kieszeniach prosto do Musée Yves Saint Laurent.
Wspaniała wystawa. Jak zapewne zdążyliście zauważyć, niżej podpisana troszkę lubi modę (dlatego wykręca sobie szyję, oglądając tutejsze wystawy), zatem była w siódmym niebie. Kreacje oczywiście przepiękne, ale największe wrażenie paradoksalnie robi proste i przytulne zarazem studio YSL, białe, pełne książek, z biurkiem zastawionym gadżetami, z manekinem odzianym w płócienną marynarkę z widocznymi szwami – Yves Saint Laurent z każdym ubraniem zaczynał w ten sposób. Trochę to przyjemna, cicha biblioteka, trochę gabinet szalonego lekarza.
Bardzo miłe to muzeum i zdecydowanie warte odwiedzenia.
Napatrzywszy się na płaszcze, na które nigdy nie będzie mnie stać, wyruszyłam dalej. Na drugi brzeg Sekwany, z przystankiem w tutejszym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, gdzie wiszą nikomu nieznani artyści typu Picasso, Chagall czy Modigliani, a wejście kosztuje uśmiech. Na drugim brzegu wszak czekała perła – dosłownie… – w postaci galerii Kugel. Galeria owa, prowadzona przez braci pochodzących z rodziny kolekcjonerów sztuki i antyków, zajmuje piękną, majestatyczną, nieco filmową kamienicę tuż nad rzeką. Jest to swego rodzaju gabinet osobliwości, pełny kuriozalnych i przepięknych precjozów – fontann, domków dla lalek, globusów – ale teraz mają tam wystawę boską i powalającą, mianowicie wystawę piqué.
Piqué to sztuka zdobienia. Nie taka po prostu, że ktoś wycina wzorki czy coś. To chirurgiczne rzeźbienie w masie perłowej, szylkrecie i złocie. Zapomniałabym dodać, że robili to neapolitańscy artyści w XVIII wieku.
Absolutnie piękne, wywołuje opad szczęki nawet u zblazowanych, co widzieli już wszystko. A że do stolików, na których umieszczone są te cuda, przyczepiono lupki, można sobie obejrzeć dokładnie. Fascynujące.

Paryż to całkiem rozłożyste miasto (choć mniejsze niż Radom – naprawdę), a po całym dniu ganiania w słońcu poczułam się nieco zmęczona i głodna, więc zamówiłam sobie garnek muli w Au Trappiste – sympatycznym i bardzo zwyczajnym bistro z piwem i prostą kuchnią nieopodal wieży świętego Jakuba – i pożarłam bez najmniejszego wyrzutu sumienia.
– Przepraszam – pyta kelner. – Czy mogę pożyczyć krzesło?
– Pewnie – mówię.
Kelner łapie zydel, zanosi go pod sąsiednią ścianę, siada i zapala papierosa.
Odnosi grzecznie.
– Merci.
– Merci a vous.

I taki właśnie jest ten mój Paryż.

Parę dni temu nasz skromny zespół zasilił kolega, dla którego to pierwsza wizyta w tym mieście. Jeszcze się denerwuje, bo ten ruch uliczny, te klaksony, zza rogu może wyjechać motocykl pod prąd (lub Donald Tusk na hulajnodze), bo palą, mówią uparcie po francusku, ciągle coś ne marche pas. Bardzo go Paryż stresuje.
Przejdzie mu.

Tout le monde, il est beau

„Bonjour, tout le monde!”
Tak nas zwykle wita frontman. Czasami czeka w progu biura ze świeżymi rogalikami. Powiadam, nie znoszę gościa.

Dobiegł końca mój dziesiąty tego roku tydzień w mieście Paryż.
Z tej okazji opuściłam to miasto, żeby udać się na obowiązkowe badania okresowe. Badania trwały pół godziny i prawdopodobnie przeszłabym je nawet, gdybym była naszprycowana heroiną po kokardki. Francuska dieta – i w ogóle dieta człowieka w drodze – nie jest najbardziej zdrowa, więc fakt, że po tym całym tłuszczu i winie mam cholesterol w normie, zszokował mnie niemalże.
– Oczy ma pani nieco podrażnione.
Nie może to być. Przez cały poprzedni dzień gapiłam się w monitor, wsiadłam w samolot, a nawet dwa (dzięki, Lufthanso, że przyciemniliście oświetlenie i mogłam przyciąć komara w drodze do domu), dotarłam do domu o pierwszej w nocy, a o ósmej tkwiłam już w ogonku do rejestracji w przychodni. A w ogóle to ledwo dotarłam, bo samolot był wielce opóźniony i Niemcy mają swoje zasady, toteż gdy wreszcie otwarto bramkę, z głośników dobył się komunikat: „Prosimy wsiadać jak najszybciej, musimy wystartować przed 23, bo później zakaz lotów”. Kapitalnie. Ponieważ wszakże, jak to mówią, co drugi głupi ma szczęście, wystartowaliśmy i dolecieliśmy.
– Pani to chyba rutyniarz – rzecze taksówkarz.
– A skąd pan wie?
– Bo nie zamawia pani taksówki pod przyloty, tylko w konkretne miejsce, żebyśmy mogli się od razu znaleźć.

Tak czy inaczej.
W niedzielny poranek wracam do Paryża na kolejne dwa tygodnie. Lub być może trzy. I…
I…
Nawet się cieszę.
(W dużej mierze dlatego, że w Paryżu jest troszeczkę cieplej jednak).

W Paryżu do pracy chodzę codziennie tą samą drogą, w dół bulwarami, mijając tych samych ludzi i tę samą piekarnię, z której dobywa się zapach absolutnie boski. Już się nie boję przechodzić przez jezdnię na czerwonym. Nie wkurzam się, gdy coś nie działa. W końcu naprawią, kiedyś. Człowiek się starzeje – albo dojrzewa, ładniej mówiąc – i odkrywa, że jest sposób na odnalezienie się w miejscach, które nam nie pasują. Trzeba po prostu odpuścić. Nie walczyć na siłę. Po prostu ręce z kierownicy i zobaczyć, co będzie się działo. Tym samym, wracając w minioną sobotę z wystawy Alfonsa Muchy (wspaniałe, ale tak ciasno, że ktokolwiek przepchnął się wreszcie przez tłum do obrazu, gapił się weń zaborczo przez długie minuty) i pięknego w słońcu Ogrodu Luksemburskiego, wdepnęłam do GAP, a tam akurat na wieszaku wisiały proste białe koszule z napisem „Paris” wyhaftowanym na plecach. Zanim się zorientowałam, stałam z taką w garści w kolejce do kasy.
Zanim jednakże nadarzyła się miniona sobota, nadarzył się piątek, a piątkowy wieczór spędziliśmy w Moulin Rouge. Trochę się opierałam, ale towarzystwo chciało, a że towarzystwo fajne, to poszłam. Zajechaliśmy z fasonem metrem na Montmartre, zjedliśmy kolację, wypiliśmy wino i weszliśmy do tej legendarnej nory szatana.
Otóż Moulin Rouge to jest jedna z bardziej przykrych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Oj wielkie nieba. Nierówne, słabo nagłośnione, wymęczone, z wyjątkiem pokazów akrobatycznych do zapomnienia po godzinie. I te biedne kucyki, wyciągane w środku nocy, żeby obdreptać scenę dookoła. Żal mi się ich zrobiło. Jeśli macie wydać pieniądze w Paryżu, wydajcie je na jakąś fajną wystawę – tych tam naprawdę nie brak – i dobry obiad, jeszcze wam dużo zostanie, ale nie idźcie do Moulin Rouge. Toulouse-Lautrec byłby wściekły, gdyby zobaczył, jaką manianę tam odwalają w XXI wieku. Bardziej fascynujące jest oglądanie widowni niż tego, co się dzieje na scenie. Jest to nudne i niestaranne.
Przy tym opisywany poprzednio show Gaultiera to zachwycająca potęga, widać w każdej scenie ponad rok ciężkiej pracy. To jest tańczone z medyczną niemal, niewiarygodną perfekcją, a przy tym rzeczywiście opowiada jakąś historię, podczas gdy Moulin Rouge to zasadniczo zbiór dość przypadkowych scen i dużo biustów, i nie widać, by artyści czerpali jakąś szczególną frajdę z bycia na scenie – ot, kołowrót. Poszłam do Folies Bergere znowu, swoją drogą, i oglądałam z wielkim zachwytem. A co drugi widz w obowiązkowej marynarskiej koszulce (ja też!). No i, jak się potem okazało, na tym samym spektaklu była Madonna – co prawdopodobnie wyjaśnia, czemu zaczęło się z półgodzinną niemal obsuwą i ochrona biegała nerwowo.
A że w drodze z teatru do domu zgłodniałam upiornie, to wstąpiłam na mule i wino do ciepłego bistro. Bo w Paryżu można. To bardzo łatwe, wszędzie są takie bistra.

Tak.
W każdym miejscu na świecie można koniec końców znaleźć sobie jakiś mały kawałek domu, przestrzeń, w której człowiek czuje się dobrze. Znaleźć rzeczy, które się lubi. I nawet samotność wtedy nie jest tak dotkliwa. Trzeba tylko naprawdę odpuścić i nie myśleć, że wolałoby się być gdzieś indziej, że się tęskni, że coś tam. To czasami trudne, gdy ma się właściwie tylko siebie. Ale – wykonalne.
A teraz przepraszam, muszę kończyć. Trzeba taksówkę na czwartą dziesięć zamówić.

C’est comme ça

Całkiem niespodziewanie, właściwie w ciągu jednego dnia, w Paryżu nastała jesień. Zrobiło się zimno, liście lecą z drzew, pada deszcz. Jest w tym jakiś romantyzm, muszę przyznać.
Mam mieszkanie, w którym całkiem wygodnie się rezyduje, acz spędzam tu bardzo niewiele czasu, niestety. Na szczęście ekipa urocza, chodzimy na kaczkę (a kaczka potem wchodzi mi w biodra – ba, chciałabym, żeby w biodra…), a gdy się wypogodzi, wrześniowe niebo w Paryżu jest przepiękne.

Pomyślałam, że skoro opatrzność mnie tu zesłała, to trzeba z tego zrobić użytek.
A że, jak mawia moja nieoceniona matka, co drugi głupi ma szczęście – wracając do domu któregoś dnia, wypatrzyłam na słupie reklamę spektaklu. Tak się przypadkiem złożyło, że niejaki Jean Paul Gaultier postanowił wystawić swój Fashion Freak Show w legendarnym teatrze rewiowym Folies Bergère. Autorka zapowietrzyła się i poleciała rezerwować bilet (śmiało wdzierając na jezdnię na czerwonym – tu tak trzeba, inaczej nikt was nie potraktuje poważnie; nadal na wszelki wypadek przylepiam się do lokalsa, żeby w razie czego to on przyjął siłę uderzenia… niemniej powoli przywykam do paryskiego fristajlu ulicznego).

Jean Paul Gaultier to jest oczywiście nazwisko bardzo znane wszystkim w moim pokoleniu, pierwszy punk świata mody, który przetarł drogę wielu innym wybitnym projektantom, miłośnik nieskrępowanego kampu, traktujący modę jak zabawę, ubierający kobiety w garnitury i mężczyzn w pończochy, a wszystkich w gorsety. Znany z umiłowania kobiecości pod znakiem fiszbin i zapachu pudru. Znany z bardzo teatralnego, w rewiowym właśnie stylu, podejścia do swojego fachu.
Jean Paul Gaultier jest też wybitnym artystą. Miałam szczęście oglądać jego retrospektywę w Barbican parę lat temu; spędziłam tam długie godziny.

No to poszłam.
W niedzielę, gdy deszcz zacinał jak jasny pieron. Dotarłam wszakże do dzielnicy dziewiątej, miły pan przy wejściu zajrzał mi kurtuazyjnie do torebki i wpuścił do środka.
A w środku czekały konie w pióropuszach, ten właśnie zapach perfum i uśmiechnięty dżentelmen wystrojony w słynną marynarską koszulkę za barem. No dobra, myślę. Jestem w Paryżu. Jestem w Folies Bergère. Josephine Baker tu tańczyła. Jean Paul Gaultier być może jest w budynku (był, jak się okazało podczas finału – ludzie oszaleli). Co mogę zamówić…
– Poproszę szampana.
– Oczywiście.
Wdzięczne „puffff” otwieranej butelki.
– Merci et bon spectacle, madame – mówi uśmiechnięty dżentelmen, podając mi kieliszek.

Było to jedno z weselszych wydarzeń, w jakich brałam udział tego roku, a być może w ogóle.
Odjechane w kosmos, barwne, dynamiczne, świetnie zatańczone i nieprawdopodobnie sexy. Tak. Ten show to czysta, kiczowata, głośna celebracja seksualności i piękna – piękna występującego w wielu kształtach i rozmiarach. Nie bez wątków przykrych i poruszających.
Ale najlepsza jest ostatnia scena, gdy tancerze pozbywają się kostiumów – tak, zrzucają te piękne kreacje, a wierzcie mi, Gaultier to nie jest ciuch, to jest misternie wykonane dzieło sztuki, rzeźba – i tańczą w samych majtkach. Jest to być może przekaz naiwny, ale uroczo budujący i człowiek najchętniej sam dołączyłby do tańczących w bieliźnie. Zwłaszcza że tańczą do Le Freak.
Przepysznie się bawiłam i chyba pójdę znów.

Paryżu, chyba mnie sobie oswajasz.

Cały twój Paryż z pocztówek i mgły

Dzień dobry, dzień dobry.
(Żartowałam).
Siedzę sobie właśnie na mojej krakowskiej kanapie, rozwiesiwszy pranie i zjadłszy dostarczony przez rodzinę obiad – i piszę, bo zbyt dawno nie pisałam. A nie pisałam, bo moje życie lubi przyśpieszać od zera do setki szybciej, niż zdążę powiedzieć „ojej”.

Tak się jakoś znienacka podziało, że dwa dni przed moim wylotem na urlop zadzwonił mój szef. Znienacka. Kiedy mój szef dzwoni znienacka, to ja zawsze wiem, że coś nastąpi.
– Miałbym dla ciebie zadanie – powiedział. Poczułabym się jak James Bond, ale ponieważ wiem, na czym polega moja praca, to się tak nie poczułam. – Trzeba wspomóc jeden zespół. Obszar znasz, lokalizację też.
No dalej, powiedz to. Zadaj mi ten cios.
– Tydzień w Paryżu. Może dwa, ale to już ustalisz z gościem, który ten projekt prowadzi. OK?
Jeszcze jeden tydzień w Paryżu chyba mogę przetrwać. Lepsze to niż siedzenie na tyłku, do czego, jak wiemy, jestem niezdolna.
– Jasne – odparłam. – Zaraz do niego napiszę.
„Gościa, który ten projekt prowadzi” poznałam przy okazji poprzedniego paryskiego dramatu, na kolacji. Przez cały wieczór żałowałam, że to nie dla niego pracuję. Nietuzinkowa postać. Przede wszystkim, co rzadkie w mojej branży, wyluzowany. Jako osoba letko znerwicowana nadzwyczaj sobie cenię towarzystwo ludzi wyluzowanych, to mnie uspokaja. Pół Anglik, pół Francuz – usposobienie i poczucie humoru stanowczo wyspiarskie, zamiłowanie do win stanowczo francuskie. Ładnie pachnie. Może nie będzie katastrofy.
(Potem dowiedziałam się, że ma kapelę swoją. Na użytek bloga nazwijmy go zatem frontmanem, to zresztą pasuje, bo taką rolę i w moim zespole pełni).
Napisałam zatem i frontman stwierdził, iż tydzień wystarczy. Znakomicie. Minionej niedzieli udałam się zatem na lotnisko – po długiej nocy u znajomych świętujących hucznie okrągłe urodziny, więc czułam się nieco delikatna – i poleciałam do Paryża.
Moją bramą do Paryża jest zwykle terminal 1 lotniska Charles de Gaulle. Terminal, który dla miłośników brutalizmu jest zapewne wybitnej urody, ale dla pasażerów w 2018 jest po prostu piekielnie niewygodny, zatłoczony i irytujący. Chce się go jak najprędzej opuścić. Ponieważ było dość późno, a ja z walizą, pomyślałam, że wezmę taksówkę.
Błąd.
Pan taksówkarz był très sympa, ale jechaliśmy do miasta półtorej godziny. Nigdy więcej. RER jest, jaki jest (mój kolega boi się jeździć – był szczerze zszokowany, że korzystam z usług publicznego transportu w pełnym niebezpieczeństw Paryżu), ale przynajmniej dociera do centrum względnie szybko, jeśli trafi się na bezpośredni pociąg. Dobra nasza. Dojechaliśmy. Idę do recepcji.
– Mam problem z pani kartą kredytową – mówi recepcjonistka.
Fantastycznie.
– Zameldujemy panią, ale będziemy wdzięczni, jeśli pani wyjaśni to do jutra – rzecze dama tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jasne. Zrozumiałam.
Przesypiam noc, śniąc o ludziach wywlekających mnie z łóżka, bo nie zapłaciłam, i idę do pracy.
Wchodzę. Frontman pojawia się tuż po mnie.
– Wiesz, że mamy już jedną ofiarę?
Jeden zawodnik z naszej Drużyny Pierścienia trafił do szpitala w trzecim dniu pracy (nie z jej powodu, gwoli ścisłości).
Zapowiada się pysznie, myślę.
– No, troszeczkę jesteśmy pod wodą. A dopiero zaczęliśmy – mówi wesoło frontman ze swoim wielce charakterystycznym, bardzo, ale to bardzo brytyjskim akcentem.

Tak czy inaczej.
Kartę szczęśliwie udało się odblokować. Pogoda była piękna. Paryskie bulwary nadal szerokie i piękne. Zapach ulic nadal nieromantyczny. Motocykliści nadal szaleni. Kelnerzy nadal sfochowani, ale calvados nadal znakomity i desery nadal zamykają moją skłonną do narzekania na Francję buzię. Innymi słowy, Paryż po staremu.
W czwartek frontman zbliża się do mojego biurka. Oho.
– Jak się miewasz?
– Doskonale, doskonale.
– Czy ty tu jesteś w przyszłym tygodniu?
– Nie, umawialiśmy się tylko na ten jeden.
– … A możesz być?
WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE.
– Mogę, jeśli trzeba. Do kiedy?
– Do października? Dwudziestego października?…
Autorka wpatruje się w swojego lokalnego przełożonego z naiwnym uśmiechem osoby, która ma wielką, wielką nadzieję, że czegoś nie zrozumiała. Lokalny przełożony autorki wpatruje się w nią z błagalnym uśmiechem osoby, pod której modnymi butami płonie żywy ogień.
Szlag.
Z drugiej strony siedzieć w domu albo być w drodze…
Szlag.
SZLAG.
– Okej – mówię.
Ulga na – całkiem przystojnej, rzec trzeba – twarzy frontmana: bezcenna.
– Ale to pewnie będzie cholernie drogie. Mamy czwartek po południu, bilety na poniedziałek to będzie kosmos…
– Trudno, rezerwuj. Dziękuję. Przepraszam. Dziękuję.
I oddala się z tym swoim zapętlonym „sorrythankyoupleasecheerssorrythankyou” na ustach.

Tym oto sposobem wracam pojutrze do Paryża, którego miałam nadzieję już nigdy więcej nie odwiedzać. Ba. Miałam nadzieję spędzić drugą połowę roku w Krakowie, wyjechać sobie najwyżej na wakacje, które ciągle przede mną. Najwyraźniej jednakże Paryż ma wobec mnie plany, których jeszcze nie znam i może rzeczywiście third time lucky. Może to jest mój test ogniowy.

O ironio.

A party in Vienna

W niedzielę lało.
Przez „lało” rozumiem ścianę wody przez całe popołudnie. A ja musiałam wyjść, bo przecież nie ma to tamto, nieważne, że niedziela, trzeba iść do teatru. Wypiłam herbatę w łóżku, skonstatowałam pod prysznicem, że żebra nadal całe, choć zatrzeszczały minionego wieczoru (powiadam, takie uściski to trzeba umieć, dziękuję ponownie, panie Goodwin, za tak miłe odcięcie mnie od świata na chwilę), zasznurowałam pepegi. I w zacinającym deszczu, walcząc z parasolką powędrowałam z powrotem na południowy brzeg, prosto w ciepłe i suche progi Menier Chocolate Factory.

Olbrzymi sukces Hamiltona (byłam, widziałam, podobało mi się, ale nie poddałam się histerii) zainspirował wielu twórców, ale nie tylko tych, którzy postanowili w taki czy inny sposób złożyć hołd Mirandzie i jego nowatorskiemu podejściu do musicalu. Można było w pewnym sensie oczekiwać, że prędzej czy pózniej powstanie jego parodia – Spamilton.
I jest to parodia udana – może niektóre żarty są nieco naciągane, ale wykonanie jest mistrzowskie. Nie tylko Hamiltonowi i jego twórcom się oberwało, nawiązań do innych hitów jest wiele, pojawia się nawet Liza Minnelli próbująca wyżebrać bilet. Bardzo jest to absurdalne, nieco głupie, niemniej po emocjonalnym tornado, które przeżyłam poprzedniego wieczoru, półtorej godziny śmiechu było mi niezbędne.

Następnego dnia wczesnym popołudniem udałam się do motylarium w muzeum Hornimana (kto nie był – koniecznie, przepiękny widok na Londyn, oszałamiające motyle, a w samym muzeum stoi okropnie wypchany, komiczny mors) i spędziłam tam parę cudownie relaksujących godzin. Pociąg zawiózł mnie z powrotem do centrum, przemaszerowałam na West End i zasiadłam w fotelu w moim jakże ukochanym Noel Coward Theatre – ech, wspomnień czar – by obejrzeć na własne oczy Aidana Turnera w Poruczniku z Inishmore.
Uwielbiam Martina McDonagha, uwielbiam czarny humor w ogóle, a w tej sztuce humor jest tak czarny, że bardziej już się nie da. I nigdy nie sądziłam, że zabicie zwierzątka – a nawet dwóch – przyprawi mnie o liczne wybuchy śmiechu.
No bo istotnie. Ginie kot. Przykra sprawa. Tym bardziej przykra, że właścicielem kota jest Padraic, członek organizacji paramilitarnej i młodzieniec nieco… nerwowy. Sąsiad jego ojca, który podejrzewa siebie o przejechanie kota, oraz sam ojciec są w totalnej panice, bo wiedzą, co będzie, gdy Padraic się dowie, że jego ukochany futrzak zginął tragicznie. Ośmielają się zadzwonić do niego, zajętego akurat torturowaniem pomniejszego dilera narkotyków, i mówią, że Wee Thomas (kot) kiepsko się czuje. Padraic zalewa się łzami, rzuca wszystko, daje torturowanemu pieniądze na autobus do szpitala i rusza do domu, sprawdzić, jak mają się sprawy z Tomaszkiem.
W tym samym czasie rodzina starannie naciera czarną pastą do butów innego znalezionego kota, licząc, że Padraic się nie zorientuje. Nikt by przecież się nie zorientował. Są przy tym zgodni w ocenie, że jeśli sprawa się rypnie, to obaj rozstaną się z tym światem.
W tle mamy jeszcze zakochaną dziewczynę, morderców ścigających głównego bohatera i z każdą minutą jest coraz bardziej krwawo, ale też coraz śmieszniej. Finał przynosi nieoczekiwaną niespodziankę i wielki wybuch śmiechu na widowni.
Świetne.
No i przyznać trzeba, że Aidan Turner radzi sobie w komedii znakomicie, a jego irlandzki – czyli naturalny – akcent jest rozkoszny. Bywa, i to wcale nierzadko, że sławni ludzie na scenie wypadają słabo, ogląda się ich z poczuciem, że ładni są na żywo, ale w sumie to wszystko, co możecie o nich powiedzieć. O nim szczęśliwie mogę powiedzieć więcej.
Oczywiście przy stage door były tłumy absolutne i wielu ludzi w stanie agonalnym. Aidan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zdążyłam jednakże zaobserwować, że jest całkiem wysoki.

Wyśmienicie.
Dzień kolejny.
Znowu pobiegłam na południowy brzeg, zobaczyć Marka Rylance’a w Otellu. To jest bez dwóch zdań wyśmienity aktor, zresztą niegdysiejszy dyrektor artystyczny Shakespeare’s Globe. Miejsce, jak wiadomo od lat, szczerze kocham, czuję się w nim wyjątkowo komfortowo. To jest teatr dla ludzi. Trochę mnie rozczarowało nagłe rozstanie z poprzednią dyrektor artystyczną, Emmą Rice, która wprowadziła w to miejsce bhangrę, punk i intensywność – spektakle są na nowo dość zachowawcze – ale oczywiście, Mark Rylance to Mark Rylance, a i przepiękna Sheila Atim (czy tylko ja mam wrażenie, że ona wygląda jak bogini?…) była znakomita. I świetny, charyzmatyczny Andre Holland w roli tytułowej (czy możemy porozmawiać o tym płaszczu? Czy Shakespeare’s Globe może urządzić wyprzedaż kostiumów?).
Stamtąd już tylko po sąsiedzku do National Theatre – efektywnie planuję moje wycieczki – na Home, I’m Darling. Wiedziałam, że muszę zobaczyć, bo po pierwsze Katherine Parkinson, którą uwielbiam od czasów IT Crowd, a po drugie lata 50.! Sam plakat do spektaklu był zachwycający, a spektakl to czysty miód na oczy fanów designu z epoki. I w dodatku jest uroczy, choć nie tak uroczy, jak mogłoby się wydawać. Bohaterka bowiem jest klasyczną panią domu, kręci się po kuchni w sukienkach z halką, przygotowuje śniadanie dla męża, piecze ciasta, parzy herbatki, wszystko cudownie. Mąż o włos od awansu.
Tylko że.
Tylko że rzecz wcale nie dzieje się w latach 50. Dzieje się obecnie. Bohaterka jest tak zafascynowana tą dekadą, że fascynacja rozwinęła się w obsesję. Obsesję w dodatku kosztowną, co Judy skrzętnie ukrywa przed mężem – na tyle kosztowną, że bank grozi odebraniem domu. Mąż ma cierpliwość świętego, ale i jemu wreszcie żyłka zaczyna pulsować. Matka bezskutecznie tłumaczy dziewczynie, że ta żyje w komiksie, że jej wykreowany świat koktajli i tańców nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi latami 50., powojenną biedą, dyskryminacją, wszechobecną szarością, i że może czas skończyć tę zabawę.
Słodkie to było, zabawne, ale z całkiem… dorosłym przesłaniem. Każdy z nas w coś ucieka przed problemami, czasami tylko ten nasz azyl staje się kolejnym problemem.
Pyszne.

No dobrze.
Dzień ostatni.
Obudziło mnie potworne wycie. Coś wyło tak upiornie, że niemal wwiercało mi się w uszy. Jasna cholera. Alarm pożarowy. Wiecie, ja na ogół śpię w stroju urodzinowym, więc nie jestem gotowa do wyjścia jak stoję i prawie dokonałam spektakularnego samouduszenia, naciągając pośpiesznie koszulkę. Szczęśliwie hotel nie stał w płomieniach (raczej jakiś kmiot zapalił papierosa pod czujnikiem) i wkrótce mogliśmy wejść znów do środka. Nie powiem, lekko mnie to zestresowało, ale nie na tyle, bym porzuciła moje plany.
Dwa przedstawienia, nie inaczej. I to pierwsze znowu mnie rozdarło, może nie tak bardzo, jak sobotnie, ale zdecydowanie poruszyło czułą strunę.
Fun Home. Musical na podstawie graficznej autobiografii Alison Bechdel, opowiada historię dziewczyny z małej mieściny w USA – narratorem jest dorosła Alison, komentująca wydarzenia kolejnymi rysunkami, zza swojego pulpitu kreślarskiego albo siedząc gdzieś w tle z ołówkiem w dłoni. Gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, wychowującym się w całkiem szczęśliwym, choć ekscentrycznym domu. Ojciec kolekcjonuje antyki, uczy angielskiego w lokalnej szkole i… prowadzi dom pogrzebowy. Alison dorasta i z wolna odkrywa, że chyba jest lesbijką. Na początku nie chce się do tego przyznawać. Otwiera ją dopiero pierwsza miłość. Rodzice, cóż, nie reagują dobrze, ale z przyczyny zgoła innej niż zwykłe uprzedzenia. Przyczyną jest pewna tajemnica. Mianowicie ojciec Alison jest gejem. Przez całe życie miał romanse z mężczyznami, często zbyt młodymi.
I to on jest prawdziwie tragiczną postacią w tej opowieści. Udręka podwójnego życia doprowadzi do tragedii.
Znowu spektakl z gatunku przykrych, ale oczyszczających.
Pięknie zagrany, pięknie zaśpiewany.
A ojca świetnie grał Zubin Varla, niepodobny do siebie w charakteryzacji małomiasteczkowego belfra, dając widzom pewne wskazówki co do natury jego bohatera, ale były one bardzo, bardzo subtelne. Aktorom grającym gejów zdarza się popadać w nieznośne zmanierowanie, tu nic z tych rzeczy się nie pojawiło. To był faktycznie obraz człowieka, który spędził całe życie, udając kogoś, kim nigdy nie był.
Zubin, wiecie, ma głos, który was wyrywa z butów. Głos trochę jak papier ścierny, głos przepotężny. To mój ukochany Judasz. On płuc w tym spektaklu używa bardzo oszczędnie jak na swoje możliwości.
Oczywiście po przedstawieniu stałam obok niego przez 10 minut w barze Young Vic i nawet się nie zorientowałam. Dopiero, gdy jakaś dziewczyna podeszła do niego i nieśmiało poprosiła o podpis na programie, a on się odezwał i roześmiał, odwróciłam się w lekkim szoku. Trzeba przyznać, że ma wyjątkowo piękne oczy, śmiech też.
Nadszedł wreszcie czas spektaklu ostatniego. Aristocrats w Donmar Warehouse.
Z Donmar Warehouse mam ten problem, że nigdy nie mogę go znalezć – ilekroć tam idę, to się gubię. Mniejsza. Dotarłam.
Arystokraci to sztuka z gatunku „nic się nie dzieje, a ile się dzieje”. Oto bowiem mamy rodzinę, która zjeżdża się na wesele do popadającej w ruinę posiadłości. Trzy siostry i brat, nieco osobliwy (grany świetnie przez Davida Dawsona, tego samego, co mnie do łez doprowadził wespół ze swoim kolegą Andrew Scottem w The Dazzle lat temu parę – mnie naprawdę ten brytyjski teatr szkodzi na oczy). Do wesela nie dojdzie, ale mniejsza o to. Bohaterowie, wyraznie tyranizowani przez obecnie śmiertelnie chorego ojca, nieszczęścia ukrywają głęboko pod skórą, nadrabiają miną, żartują, kłamią, zapijają nędzę swojej egzystencji alkoholem. Pozornie sielskie życie to taka sama ruina jak ten ich nieszczęsny dom, niby piękny, ale rozpadający się w oczach. Niegdysiejsza potęga nie istnieje. To już tylko sen, podobnie jak snem są rodzinne relacje. O dziwo, nie jest to rzecz ciężka i przytłaczająca – wprost przeciwnie, pełna gorzkiej ironii. No i znaczna część historii rozgrywa się między słowami. Widz wielu rzeczy musi się domyślić.
Nie zmieniło to mojego życia – ale było intrygujące.
– Jak myślisz – pyta zaaferowany facet za mną swojego współoglądacza, gdy wychodzimy – czyje to było dziecko?…

I koniec.
Hotel. Budzik na piątą rano. Pociąg. Lotnisko. Dom.
Do następnego razu.
Cheers.

I came to heal you

Myślałam, że nigdy tu nie dotrę.
Przesiedziałam kilka długich godzin na lotnisku, gapiąc się ze smutną rezygnacją na odlatujące samoloty. Rodzina siedząca obok mnie posłała mi zbiorowe spojrzenie mówiące „patologia”, gdy przyniosłam sobie kieliszek wina z baru przed jedenastą. Nie wasz interes. Poza tym to lotnisko, odrębny świat w świecie.
Wreszcie rozległo się długo oczekiwane „samolot jest gotowy na przyjęcie pasażerów” i autorka pofrunęła do Londynu.
Londyn jak Londyn. Padało, więc owinęłam się moim ponczo, które dziesięć minut później zdejmowałam, ubolewając, że nie zabrałam okularów przeciwsłonecznych.
Dziś też by mi się przydały, choć jest pochmurno. Głównie po to, by zasłaniać moje zapuchnięte powieki.

Jeśli państwo myślą, że wydarzyła się jakaś tragedia, to nic z tych rzeczy. Właściwie to wydarzyło się coś pięknego i raczej oczyszczającego.

Czasami jest tak, że po prostu musicie kupić na coś bilet. Odczuwacie jakiś niezrozumiały przymus. I robicie to, choć potem przychodzi myśl: „Hmm, czemu ja właściwie to sobie robię?”.
Jak wiecie, ja jestem trochę masochistką, jeśli chodzi o moje teatralne wybory (i nie tylko w sumie). Lubię, gdy mnie spektakl trochę przeciora. Lubię czasem łzę uronić albo siedzieć sparaliżowana. Czasem się przestraszyć nawet. Lubię teatr, który mną wstrząsa.
I wczoraj wstrząsnął tak, że płakałam jeszcze w drodze do hotelu.
Nie byłam jedyna, sądząc po zbiorowym pociąganiu nosem i urywanych oddechach na widowni.

A Monster Calls to opowieść ogromnie przykra – o trzynastolatku, którego matka jest w terminalnym stadium raka i który znajduje nieoczekiwane wsparcie na granicy jawy i snu – ale w jakiś paradoksalny sposób ogrzewająca. Książkę wydano u nas pod tytułem Siedem minut po północy. Film też powstał. A w tym roku na motywach powieści napisano sztukę, która trafiła do Old Vic – najpierw w Bristolu, później w Londynie. W roli głównej – nastolatka, który nie może się pogodzić z umieraniem najbliższej mu osoby – obsadzony został Matthew Tennyson. Jadę, pomyślałam natychmiast.
Matthew Tennyson, którego możecie pamiętać z roli Puka w Śnie nocy letniej z Shakespeare’s Globe, pokazywanego u nas w kinach i dostępnego online, to mężczyzna o ślicznej twarzy dziecka, drobniutki, kruchy – ale o zdumiewająco potężnym głosie i ogromnym talencie. Matthew nie wybiera sobie łatwych ról – grał na przykład w Oczyszczonych Sarah Kane. Scena, w której był karmiony siłą, do końca życia mnie nie opuści jako jedno z bardziej traumatycznych teatralnych doświadczeń.
W każdym razie.
Kupiłam bilet na ostatnie przedstawienie i poszłam.

Conor, chłopak nieszczęśliwy, gnębiony w szkole, dręczony koszmarami, żyje nadzieją, że mama wyzdrowieje. Tak jak każdy z nas, patrząc na kogoś, kto gaśnie w oczach. Wiemy, że nie ma szans, ale oszukujemy się, bo wydaje się, że tak łatwiej. A potem przychodzi ta straszna, straszna myśl – niech to się już skończy.

Your mind will believe comforting lies while also knowing the painful truths that make those lies necessary. And your mind will punish you for believing both.

Którejś nocy, o 12:07, Conora odwiedza potwór. Potwór-ożywione drzewo cisu z ogrodu, które chce opowiedzieć mu trzy historie.
– Czwarta będzie twoja. I wtedy powiesz prawdę.
Historie nie przekonują chłopca, są dziwne, niejednoznaczne, pozbawione jasnego morału. Nic w nich nie jest takie, jakie się wydaje. Jak niby mają mu pomóc?…
Conor nie boi się potwora – postaci imponującej, w tym spektaklu półnagiego, muskularnego mężczyzny zaplątanego wśród lin poruszanych przez ensemble, genialnie imitujących koronę drzewa; zresztą w ogóle aktorzy w tym spektaklu spędzają sporo czasu w powietrzu. Potwór nie może go przestraszyć, bo dzieciak zmaga się z innym, znacznie paskudniejszym. Zresztą potwór nie zjawił się po to.
– Wylecz moją mamę.
– To nie ją przychodzę wyleczyć.
(To nie przypadek, że akurat cis autor wybrał; te drzewa żyją nawet tysiąc lat i naprawdę mają właściwości lecznicze – wyciąg z jagód cisu jest składnikiem leków przeciwnowotworowych).

Fascynujące było to monstrum – emanacja surowej siły i zarazem łagodności, przerażająco dudniący głos cichnący powoli, od dzikiego, niepokojącego żywiołu po postać niemal ojcowską w ostatnich scenach. Ktoś, kogo się boicie, a jednocześnie ucieklibyście do niego, żeby was ochronił. „Father Nature”, napisano w którejś recenzji. W innej – „a Grimm weirdo and a wise psychoanalyst”. Gdy położył ręce na ramionach słabiuchnej już matki chłopca, miałam wrażenie, że cały teatr jak zahipnotyzowany patrzy na jego powolutku podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową, i oddycha razem z nim, coraz spokojniej.
Fascynujący był to spektakl, intensywny, olśniewający wizualnie, dynamiczny, ze świetną muzyką na żywo (powinni ją wydać). Scenografia minimalna, ale po co nam scenografia, jeśli mamy ogromną scenę Old Vic, sprawnych fizycznie aktorów, trochę lin, światło i cień?
Fascynująca to opowieść. Niby baśniowa, a jednak najbardziej prawdziwa. Łatwo popaść w rzewność i sentymentalizm, mówiąc o sprawach ostatecznych, ale to przedstawienie trzymało się od tego z daleka, uwalniając bolesne emocje u widza, zamiast je w niego wpychać.
A te emocje to coś, co każdy zna. Albo pozna niedługo, inaczej nie będzie. Tak, będziesz patrzeć na twoich bliskich, gdy będą umierać. I umrą. Taka kolej rzeczy. Nie zatrzymasz ich siłą. Musisz pozwolić im odejść, a jeśli czujesz, że właściwie tego chcesz, to też coś bardzo naturalnego. Nie ma sensu udawać, że nie cierpisz, nie boisz się i cię nie boli, bo cierpisz, boisz się i cię boli. Wszystko, co się w tobie dzieje, jest normalne, jest ludzkie, jest straszne, ale przejdziesz przez to.

You were simply wishing for the end of pain. Your own pain. It is the most human wish of all.

Koszmar, który ci się śni, w którym ktoś, kogo kochasz, wyślizguje ci się z rąk – to jest właśnie twoja prawda. I można poradzić sobie z tym koszmarem tylko w jeden sposób.
– Zostaniesz ze mną? Aż do…
– Zostanę.

And so the story ends with the boy holding tightly on to his mother. And by doing so, he could finally let her go.

Zapłakana widownia zerwała się na równe nogi, a zapłakana autorka poleciała pod stage door, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Nie chodzę często. Nie zbieram trofeów, a poza tym moja nieśmiałość daje dwustuprocentową pewność, że albo palnę coś głupiego, albo w ogóle nic nie powiem, więc po co mi stres. Oczywiście wiem, że brytyjscy aktorzy zapewne widzieli wielu dziwoków i jakaś jąkająca się nerwowo panienka to nihil novi sub sole, business as usual, i wiem też, że są bardzo mili i przystępni, ale…
No właśnie.
Poszłam wczoraj. Pusto. Szkoda, bo twórcy tego spektaklu byli absolutnie warci tego, by im gorąco dziękować (i Boże, jaki ten Matthew jest maleńki, jaki uroczy).
No i wyszedł Stuart Goodwin, rzeczony potwór. Niżej podpisana podeszła do niego ostrożnie, ocierając ciągle mokre policzki i wydarzyło się coś bardzo dziwnego, czego nigdy nie zapomnę.
– Ja tylko… chciałam podziękować, to było absolutnie poruszające.
– Oooch, dziękuję, to bardzo miłe. Dla nas to też była niezła podróż.
– Przepraszam, pewnie mam tusz do rzęs na całej twarzy.
– Not at all – odrzekł uprzejmie „potwór”.
I wtem niżej podpisana usłyszała ze zdumieniem swoje własne słowa:
– To może głupio zabrzmi, ale… czy ja mogę pana przytulić?
– Ależ oczywiście! – i nim się zorientowałam, tonęłam w długim, mocnym, męskim uścisku.
I to dla mnie był naprawdę ostatni akt tego przedstawienia. Opowieść piąta.
– Też chciałabym mieć takiego potwora… – mówię cicho, wypuszczona powoli z objęć, nagle jesteśmy z powrotem w Londynie, trochę mży, samolot huczy, gdzieś wyje karetka, ktoś naciska klakson.
(Ty już lepiej nic już nie mów, dziewczyno).
– Nie wiem, co moja żona na to, ale na pewno coś dałoby się zorganizować.

Popłakałam się znowu, pisząc to wszystko.
Dziś tylko Spamilton – właściwie od teraz tylko rzeczy lekkie. Ale rany julek, czuję się… Czuję się tak bardzo inaczej po tej sztuce. To jest właśnie cała, znana od wieków moc dobrego teatru. Katharsis.

Le peau que j’habite

Jestem w domu.
Dotarłam chwilę po tym, jak wybiła niedzielna północ. Tym razem taksówkarz nie współpracował i uparł się wieźć mnie przez Salwator. Ja wiem, że kopiec Kopciuszka to piękne okolice i bliskie mojemu sercu (tam byłam na pierwszej randce z moim pierwszym prawdziwym chłopakiem), ale nie chcę go podziwiać o pierwszej w nocy, gdy jestem niczym ten koń po westernie. A właściwie to raczej kucyk, którego przegonili przez Wielką Pardubicką.
Padłam.
Obudziłam się.
Podreptałam do walizki porzuconej w przedpokoju (oczy bolą na nią patrzeć, ona ma niespełna dwa lata, a jest tak wyciorana, że żal). Wyjęłam rzeczy, zaniosłam do pralki, włączyłam. Nastawiłam wodę na herbatę. Zaniosłam kubek do sypialni.
Znowu padłam.
Fascynujące.

Zwykle ostatni dzień w biurze na wygnaniu, gdy każde z nas idzie jechać lecieć w swoim kierunku, to żegnanie się ze wszystkimi, uściski, czasami łzy nawet. Ludzie stają się sobie bardzo bliscy – każdy jest sam daleko od domu, spędzamy ze sobą trochę za dużo czasu, zaprzyjaźniamy się niekiedy. Nie tym razem. Poza dwiema osobami, nie żegnałam się szczególnie z nikim. Po prostu wstałam, spakowałam bambetle i wyszłam. Wróciłam do hotelu, zmieniłam nobliwą sukienkę na szorty, wetknęłam słuchawki w uszy i poszłam na długi spacer, pod wieżę Eiffla i z powrotem.
Wieczór piękny i gorący, zatem czemu by nie zatrzymać się po drodze do hotelu w jakimś barze. W końcu to mój ostatni wieczór w Paryżu. Wchodzę do takiego wyglądającego miło.
– Poproszę Long Island Iced Tea – mówię. Trudno. Po sześciu tygodniach koszmaru należy mi się. Poza tym jutro mogę spać do późna, bo wymeldowanie w południe.
– Oui! – mówi barman i podaje mi Nestea.
Oczywiście. Czego się spodziewałaś.
– Non – mówię ja.
Staramy się porozumieć przez chwilę, ja już szukam w telefonie przepisu, wtem z zaplecza knajpy wychodzi drobna dziewuszka, odsuwa niekumatego barmana na bok gestem „ja to zrobię” – i przyrządza mi należyte Long Island Iced Tea. Może nie najlepsze, jakie w życiu piłam, ale takie, jak trzeba.
Wychodzę. Noc jeszcze młoda. Czuję się coś jakoś głodna. Do hotelowego śniadania zostało jeszcze parę godzin…
Drepczę do Au Pied de Cochon, ponownie. Au Pied de Cochon to lokal karmiący głodnych od 71 lat, o każdej porze dnia i nocy. Kelnerzy nieco obcesowi, ale sprawni – bądźcie mili dla nich, to będą mili dla was i dadzą wam bezę w kształcie świnki, gdy poprosicie o rachunek. Zamawiam ślimaki na przystawkę i mule. Ślimaki są pyszne, ale mule nadjeżdżają w tak wielkiej misce, i tak bardzo z dodatkiem tłuszczu i boczku, że z trudem je wykańczam. Wracam do hotelu powolnym krokiem, myśląc o tym, jak strasznie mi niedobrze.

Ostatni poranek.
Nieśpiesznie roluję ciuchy – tak, zwijanie ubrań zamiast składania sprawia, że w walizce mieści się więcej; drugi lifehack, jaki mogę wam dać, to by pakować walizkę na stojąco (gdy ona stoi, nie wy, co jest niejako oczywiste) – wtedy naprawdę widać, jaka jest sytuacja i ile jeszcze wlezie. Zostawiam mój tobół w recepcji i wychodzę na pożegnalną kawę.
O, sklep z perfumami.
Tu muszę dodać, że ja mam dwie obsesje.
(Poza teatrem).
Płaszcze i perfumy. Dla człowieka nieśmiałego to zbroje. Kolorowy płaszcz, wyraziste perfumy to naprawdę rzeczy, które pomagają przetrwać dziarsko. To takie pole ochronne. Nikt nie pomyśli o kimś ubranym jaskrawo, że jest nieśmiały czy nadmiernie wrażliwy. Perfum mam troszkę za dużo, ale ja z tych, którzy muszą mieć różne na różne okazje – inne do łóżka, inne na trudne spotkanie w pracy, inne na podróż, inne do teatru. Poza tym ponieważ jestem chromosom XX, są dni, gdy ulubiony zapach mnie odrzuca i muszę mieć inny, zapasowy.
A w Paryżu jest taki sklep, który nazywa się Nose. W drugiej dzielnicy, nieopodal Les Halles. Sklep jest fenomenalny. Trochę przypomina bar, ale to właściwie laboratorium, gdzie mili, dobrze ubrani mężczyźni pomagają wam wybrać zapach. Mogą też skomponować wam własny, ale to troszkę trwa, a ja nie miałam tyle czasu.
– Jakaś specjalna okazja?
– Nie, po prostu do biura.
– Ostatnie zapachy, których używałaś?
Wymieniam.
– Jakie są twoje ulubione nuty?
– Piżmo. Ambra. Wetiweria. Sól morska. Skóra. Nic słodkiego, proszę.
(Gość notuje ze spokojem, choć pewnie chciałby mi powiedzieć, że rozrzut mam fatalny).
– Jasne. Wrócę za parę minut.
Pan istotnie wraca za parę minut z wachlarzem próbek, ułożonych od najsłabszego do najmocniejszego zapachu.
– Możesz z tego wybrać dwie?
– Cholera… OK, chyba te.
– Daj ręce.
Wystawiam posłusznie łapki jak do badania ciśnienia.
– Nie, odwrotnie… – psika. – Ponoś sobie je przez chwilę. Możesz wyjść na zewnątrz, jeśli chcesz. Gdyby to nadal nie było to, powiedz, będziemy szukać dalej.
Wreszcie biorę to, chociaż drugi chciałabym równie mocno i pewnie w końcu nabędę.
Doskonale.
Po drodze na dworzec mijam sklep z sukienkami. Pięćdziesiąt procent zniżki. Wciągam mój bagaż podręczny, walizkę i siatę z perfumami do środka. Mimo kaczki, muli i szampana (i gotowych kanapek z Monoprix, które były moimi obiadami przez większość czasu we Francji), mieszczę się w obu zdjętych z wieszaka kieckach.
– Dziś mamy jeszcze dwadzieścia procent zniżki od tych pięćdziesięciu – rzecze wesoło pani w kasie.
Fenomenalnie.
Targam moje toboły nazad na stację RER B.
Trafiam akurat na bezpośredni pociąg na Charles de Gaulle, nikt nie mruga okiem na moje sukienki w osobnej siacie, choć niby mogę mieć tylko jeden bagaż podręczny (perfumy starannie upycham w walizce). Samolot pierwszy. Samolot drugi. Dom.

A co dalej?
Hm. Zobaczymy.

That’s how it is, Rocamadour

Nadal siedzę w Paryżu – ale widzę światło w tym długim francuskim tunelu.
Wiem już, że niedługo wracam do domu, więc ciśnienie znacząco mi opadło. Tym samym łażę po mieście nieśpiesznie, jem dużo, siedzę w kościołach (święty Eustachy – niebywały, przepiękne wnętrze i absolutny spokój, cisza z gatunku dźwięczących, podczas gdy na zewnątrz toczy się gwarne życie Les Halles), chodzę do muzeów, znowu jem, zatrzymuję się na drinka. Wracam w sztywną hotelową pościel i po prostu odpoczywam.
W sobotę zatem człapałam w moich Birkenstockach (proszę bardzo, śmiejcie się z ich antykoncepcyjności, przyjdzie taki dzień, że je pokochacie) przez Paryż. Poszłam na obiad do legendarnego Au Pied de Cochon.
– To ja poproszę o kawę, ostrygi, karafkę wina, a na danie główne…
Jak to dobrze być znowu sobą.
– Najpierw przyniosę kawę – mówi kelner, ubrany tak cudownie po pingwińsku i mruga.
– Dziękuję.
Nie jadłam ostryg od dekady. Świeże ostrygi to ogromna radość, jeśli oczywiście lubi się smak morskiej wody. Siedziałam sobie na słoneczku w jednej z najsłynniejszych knajp świata, wysysając ostrygi i myśląc, że mogło być gorzej.
Następnie – nie od razu, ma się rozumieć – poszłam na kolację do restauracji specjalizującej się w kaczce i szampanie. Siedzę w Paryżu i piję szampana. Sobota jak każda inna.
Później – na koktajl do Les Halles. Usiadłam w ogródku i patrzyłam na Paryż w zachodzącym słońcu, pocztówkowy, malowniczy, łagodny. Jakby nie to miasto, które dawało mi taki wycisk, z którym nigdy się nie dogadywałam. Nagle postanowiło szturchnąć mnie delikatnie w bok. To była nasza randka na pogodzenie.

Wczoraj – oszałamiająca wystawa Klimta w Atelier des Lumieres, micha muli na obiad i święty spokój w łóżku.

W piątek wszak musiałam zaprowadzić do hotelu kolegę, który dopiero przyleciał.
Wiecie, ja mam masę wad, ale mam jedną cechę, za którą cenię moją skromną osobę wielce – otóż bardzo łatwo się przystosowuję. Naprawdę łatwo. Nie mam wyjścia, to jedna sprawa. Druga – zawsze tak miałam. Są miejsca, w których czuję się lepiej i gorzej, ale zawsze jakoś tam przywyknę, wydepczę sobie ścieżki.
A poza tym siedzę tu szósty tydzień. W sumie dwunasty (nie licząc wycieczek za młodu). Spędziłam w Paryżu trzy miesiące życia. Czytając „Grę w klasy” jako nastolatka może trochę o tym marzyłam, ale potem zobaczyłam, że Cortazar Cortazarem, a paryska rzeczywistość sobie. W każdym razie jestem tu szósty tydzień, w sumie dwunasty i trochę sobie ogarnęłam tutejsze realia. A nawet zaczynam odkopywać zapomniany od czasu studiów francuski – nie żebym błyszczała, ale mnie rozumieją.
No to zgarniam kolegę.
– Przyjechałeś pociągiem?
– Nie, taksówką. Pociąg podobno jedzie przez niebezpieczne dzielnice.
A taksówka głównie stoi w korku i kosztuje przynajmniej pięć dych.
Idziemy.
– Czerwone!
– Ale nic nie jedzie – odpowiadam. – Jest dwudziesta druga. Zresztą wszyscy tu tak robią.
– Poważnie?
– Poważnie.
– A jak mnie policja złapie?
(Francuska policja akurat najbardziej tym się przejmuje).
– Spokojnie – mówię. Doceńcie ironię. Ja – JA! – mówię komuś, żeby się uspokoił.
Idziemy przez pierwszą dzielnicę, bardzo żywą o każdej porze dnia i nocy. Mijamy dwie dziewczyny w kieckach trochę takich, jakby wybierały się do klubu dla swingersów. Oczy mojego kolegi na nowo ogromne.
– Czy to prostytutki?
– Hm…
– Czy to jest dzielnica czerwonych latarni?!
– Nie.
– Na pewno nie?
– Na pewno nie. Jakie masz plany na weekend? Byłeś w Notre Dame?
– Nie, ale tam są takie kolejki i niebezpiecznie…
Poddaję się.

Allez

No i wygrali.
Tego, co nastąpiło w Paryżewie po ostatnim gwizdku, słowa nie opiszą. Zgiełk był taki, że dzwoniąc do matki z mieszkania, musiałam krzyczeć do telefonu. I tak przez resztę nocy, do piątej rano.
A w poniedziałek, gdy chłopcy wrócili, nad Paryżem ponownie przeleciała eskadra, robiąc dym w trzech kolorach. Akurat wracaliśmy z pracy z kolegą – przez Pont des Arts, taka tam nudna trasa – gdy nagle osiem huczących samolotów śmignęło nam nad głowami.

Może trochę marudzę na Francję, ale to niezły czas, żeby tu być.
(Spuśćmy zasłonę milczenia na oszołomów, którzy szlochali, że to nie Francja wygrała, tylko czarna Afryka. Wygrali Francuzi. Dla innych Francuzów, którzy się obłędnie cieszyli i są bardzo dumni. I nikt tu nie smędzi o ich pochodzeniu czy kolorze skóry, bo nikogo to nie obchodzi. Spotkany w poniedziałkowy poranek w windzie szacowny starszy pan powiedział nam „to bardzo dobre dla tego kraju”).

Nadal jednak uważam, że mogliby coś zrobić z tym swoim „ne marche pas”, żeby na przykład klima działała w kolejce RER wlokącej się niedbale na lotnisko. Które ewidentnie jest zemstą architekta na ludziach, gatunku wyraźnie przez niego znienawidzonym. Bo tak, teraz i w poprzedni piątek poleciałam do domu na weekend, w sumie nie wiem po co.
Od pewnego czasu myślę, że takim jak ja przydałby się pit stop – banda ludzi śpieszących do mnie, gdy zatrzymuję się na chwilkę. Tak, w idealnym świecie czekałaby na mnie taka ekipa, gdy wracam do domu.
Jeden masuje, drugi zmywa już i tak rozpływający się makijaż, trzeci podaje herbatę, czwarty zabiera walizkę i nastawia pranie, piąty pakuje do łóżka, gaszą światło, ktoś staje w progu i czuwa, aż autorka się wyśpi, broniąc jej przed jakąkolwiek interakcją ze światem zewnętrznym. Rankiem śniadanie gotowe.
Niestety nie jestem gwiazdą rocka na tournee ani Królewną Śnieżką, więc mam tylko siebie.
I czasami bywam pod wrażeniem tego, jak – mimo wszystko – sobie radzę. Sama. Ze sobą, z robotą w obcym kraju, z tęsknotą, ze stresem (no dobra, z tym może odrobinę mniej sobie radzę). Koniec końców, wytrzymuję. Już nie staram się być największym twardzielem w całej wsi.

Poleciałam, troszkę pospałam, spakowałam się nazad, wróciłam. Prosto w paryski skwar. Prosto na finał. Ulice nieopodal mojego mieszkanka zamieniły się w stadion, ludzie siedzieli na drzewach, rusztowaniach, latarniach, wszędzie.
Przeżyłam paskudny tydzień i przyleciałam nazad. Nie, na dobre, znów ponownie na weekend. Jutro wracam do Paryża.
Dodam, że w mojej kwaterze głównej obecnie trwa remont. Pan na gwałt wykańczał łazienkę tydzień temu, żeby to nieszczęście mogło chociaż prysznic wziąć. Za sypialnię zabierze się dopiero w poniedziałek, gdy odfrunę na kolejne trzy tygodnie.

W piątek ledwo dotarłam na lotnisko, bo pociągi opóźnione, więc goniłam po Paryżu w poszukiwaniu wolnej taksówki. Wiedzieliście, że można wpisać w Google „postój taksówek najbliżej mnie” i on wam pokazuje? To jest straszne trochę, ale z drugiej strony ta permanentna inwigilacja ocaliła mi tyłek parę razy w podróży. Ciągnąc walizkę przez te cholerne paryskie kocie łby w kierunku tegoż właśnie postoju, wtem zauważyłam wolną taryfę zatrzymującą się na skrzyżowaniu. Wbiegłam na nie brawurowo i pan mnie zabrał na Charles de Gaulle, acz czasu zajęło nam to sporo.
– Pewnie pan nie przyjmuje American Express? – pytam, spoglądając na licznik smutno i myśląc, że znów muszę z prywatnej kasy wyskoczyć.
– Przyjmuję.
Wreszcie jedna dobra wiadomość w tym kraju.
– Merci beaucoup.
– Merci a vous, madame. Bon voyage!

W samolocie do domu poznałam gościa, który podróżuje równie często, co ja. Najpierw pomyślałam – Jezuniu, tylko tego mi teraz trzeba, gadatliwego współpasażera, ja chcę książkę poczytać i może troszkę się zdrzemnąć, daj mi człowiecze spokój. Ale nieoczekiwanie dla siebie dałam się wciągnąć w konwersację i zanim się zorientowałam, byliśmy najlepszymi przyjaciółmi i w ciągu dwóch godzin zdążyliśmy omówić kwestie standardu pewnej (jedynej) polskiej linii lotniczej, uroków wyjazdowej pracy, naszych związków i polityki Putina wobec Trumpa.
Jak niedawno pisałam, ludzie, którzy są stale sami, bardzo łakną kontaktu z innym żywym człowiekiem. Brakuje im porządnej rozmowy – nie gadki o pogodzie przy automacie do kawy, ROZMOWY.
Gdzieś nad Niemcami doszliśmy do tego samego wniosku. Jesteśmy cholernie zmęczeni. Ciągle. W podróży trudno o relaks, ciało może i odpoczywa czasem, ale głowa stale jest w stanie podwyższonej uważności. Obiecujemy sobie co dnia, że dość już tego, chcę posiedzieć w domu, chcę mieć znowu nudne życie. Tymczasem po dwóch miesiącach siedzenia w domu tyłek świerzbi, człowiek staje się upierdliwy, gdzieś by się wyrwał. Bo to uzależnia. Nie dogodzisz.
– Dziękuję bardzo za wspólny lot. A teraz biegnij (miałam przesiadkę w Warszawie na lot do Krakowa – który już czekał; spojrzenia pasażerów siedzących już w środku bezcenne,ale to nie moja wina!) i daj znać, jak dotrzesz do domu.
Dotarłam. Dałam znać. Jutro świtem „odcieram”.

You would have imagined her at one moment a maniac, at another a queen

Alors.
Nadal jestem w Paryżu. Nadal nie pałamy do siebie miłością, ale muszę przyznać, że latem jest bardziej znośny. W weekendy można włóczyć się po nim w sukience i espadrylach, zatrzymując się tu i tam na drogi i rozcieńczony Spritz.

Żeby jednak zachować równowagę emocjonalną, czasem trzeba zwiać.

Gdy dowiedziałam się, że mój leworęczny kolega Andrew Scott wraca na scenę z monodramem Sea Wall, napisanym specjalnie dla niego, gdy nie był jeszcze sławny, uznałam, że muszę tam być, choćby nie wiadomo co. Mniejsza o finanse i logistykę. Toteż w minioną sobotę wstałam o piątej rano i poturlałam się pociągiem na lotnisko.
Najpierw obejrzałam Killer Joe, spektakl głośny, bo występuje w nim niejaki Orlando Bloom. Oraz jego goły tyłek. Było to nadspodziewanie dobre – spektakl mam na myśli, nie tyłek. Fakt, Bloom dla mnie nie był dość psychopatyczny w roli głęboko zaburzonego policjanta-mordercy, terroryzującego dysfunkcyjną rodzinę, która go wynajęła (brzmi jak przednia rozrywka, w sam raz na sobotnie popołudnie, prawda?). Adam Gillen w roli nie do końca sprawnego umysłowo – lub po prostu pod wpływem – dilera narkotyków go przyćmiewa. Przestroga dla czytających, którzy się wybierają – to NIE jest rzecz dla ludzi nerwowych. I raczej brutalna. Ale nadal jest to komedia, choć w istocie czarna.

Następnie podreptałam na drugi brzeg Tamizy.

Andrew Scott jest niedużym człowiekiem. Jest mojego wzrostu, na faceta to niewiele.
Teatr Old Vic jest ogromny.
I ta krucha postać trzymała go w garści. Publiczność bała się oddychać. Nigdy nie słyszałam w teatrze takiej ciszy. Naprawdę nigdy. Scott nie ma najmniejszego problemu z milczeniem przez długie chwile, gdy widownia czeka, by się odezwał, żeby przerwał ten dyskomfort. Granie ciszą jest trudne, wielu aktorów na tym poległo. Andrew w tym monodramie udowadnia, że jest wybitny. Może jego brytyjscy koledzy po fachu grają u Marvela, ale on ich warsztatem bije na głowę. Jego talent jest nie z tego świata. On w tym przedstawieniu ani na sekundę nie podnosi głosu, to raczej luźna konwersacja niż podniosły monolog. Pamiętam The Dazzle, w którym też był doskonały. Smutne spojrzenie jego czarnych oczu wystarczyło, żebym się popłakała. Musiał to widzieć, siedziałam dwa metry od niego. Czy miał dla mnie litość? Oczywiście, że nie.
Gdy publiczność wchodzi, Scott już jest na scenie, kręci się, popija wodę, uśmiecha do widzów. Nagle zaczyna mówić. Światła pozostają zapalone – to trochę niekomfortowe, ale dziwnie intymne zarazem. On mówi do was, nie do wyimaginowanego punktu w ciemności. Opowiada wam historię.
Historię ojca, który latem zabrał rodzinę na wakacje. Normalna rzecz.
Tylko któregoś dnia jego córeczka spada z nadmorskiego klifu i ginie na miejscu.

Scott mówi o tym wszystkim cicho i spokojnie, a jednocześnie spod tego spokoju wybrzmiewa szalona rozpacz człowieka, który kompletnie sobie nie radzi z nagłą i koszmarną stratą. Jak on to robi, nie mam pojęcia.
Po jego ostatnich słowach wreszcie zapadła ciemność.
I wtedy dało się usłyszeć, jak ludzie płaczą. Nie pociągają nosem dyskretnie – płaczą.
A potem zerwali się na równe nogi w wariackiej owacji.
A potem pobiegli pod stage door, podziękować tej irlandzkiej iskrze, że ZNOWU sprawiła im ból. Andrew Scott jest przemiły. I robi świetne selfies. Na żadnym selfie nie wyglądam tak promiennie, jak na tych, które on zrobił. Już mam trzy.

Następnie wróciłam do Paryża.
Weekend spędzam, chodząc po kościołach. Nie jestem wierząca, ale mam taki zwyczaj, że lubię zapalić świeczkę w katedrze – na szczęście, na wszelki wypadek. Wczoraj zatem podmalowałam oko i włożyłam sukienkę, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota w światowej stolicy mody, i poszłam do Notre Dame.
Jest coś niebywale kojącego w gotyckich kościołach. Są imponujące, zbudowane ad maiorem Dei gloriam, oczywiście, ale cisza i chłód tych murów jakoś was otulają. Czasami siadam i siedzę przez kwadrans lub dłużej, po prostu. Smutne jedynie, że co jakiś czas z głośników rozlega się „Shhhh… Prosimy o ciszę”, bo to jednak miejsce skupienia, o czym wielu podekscytowanych turystów zapomina.
Stamtąd poleciałam do Sainte-Chapelle, bo to raptem ulicę dalej.
Ponieważ wstęp tam jest płatny, a najpierw musicie przejść kontrolę bezpieczeństwa, mamy do czynienia z pewnymi kolejkami.
I za mną stała pani. Amerykanka. Nie chcę powielać stereotypów, ale że tak powiem, ja cierpię dolę.
Pani jęła narzekać. „Po co my tu stoimy, już widziałam parę kościołów, wszystkie takie same (błagam… przyp. aut.), dlaczego jest tak gorąco i nie ma klimatyzacji (bo jest lipiec i stoimy na zewnątrz, przyp. aut.), tydzień temu byliśmy w Londynie i to przecież to samo (nie, Londyn nijak nie przypomina Paryża, durna babo, przyp. aut.). Ja nie chcę, wolałabym na drinka”.
Mam nadzieję, że górne piętro kaplicy sprawiło, że pomyślała, iż może jednak warto.

Stamtąd poleciałam do Panteonu, przywitać się z Marią Curie-Skłodowską. Rozczulił mnie świeży bukiecik czerwonych i białych kwiatów położony na jej sarkofagu.
Stamtąd – na mecz do knajpy. To pięknie wyzwalające doświadczenie, walić piwo z plastikowego kubka wśród obcych i wrzeszczeć do ekranu.

Let me take you on an escapade

W ubiegły piątek opuściłam Madryt, z płaczem na końcu nosa. Dosłownie. Nie wiem, co to miasto ze mną zrobiło, ale jestem od niego całkowicie uzależniona.
Ponieważ w ostatnim tygodniu mojego pobytu w Madrycie hiszpańskie słońce rozhulało się na dobre i ulice zalewał ukrop, a w biurze i moim pokoju hotelowym panował sztuczny chłód, oczywiście, że się przeziębiłam. Wylądowawszy w piątkowy wieczór na lotnisku w Minsien, popędziłam co koń wyskoczy do apteki i poprosiłam o coś mocnego.

Następnie wylądowałam w Krakowie. Otworzyłam drzwi do mojego mieszkania, pachnącego kurzem i odświeżaczem powietrza. Pachnącego miejscem, w którym nikogo nie ma.
Pochyliłam się nad walizką, wyjęłam rzeczy najpotrzebniejsze, wrzuciłam do pralki, zaprogramowałam na poranek. Siebie natomiast wrzuciłam do łóżka właściwie tak, jak stałam.
Przez sobotnie przedpołudnie w kwaterze głównej autorki panowała absolutna cisza i ciemność. Autorka bowiem spała. Nic nie ma dla mnie obecnie wartości wyższej niż sen. Sen i spokój.
Po południu poczłapałam nieśpiesznie do Babbaluci za rogiem – nie wiem, czym u niebios zasłużyłam sobie na nagrodę w postaci sycylijskiej knajpy w odległości 50 metrów od kwatery głównej, a chłopak gotuje obłędnie, ośmiornica w sosie z czerwonego wina zachwyciła mnie i zatkała. A bułeczki jakie pyszne on piecze.
Poczłapałam nazad. Otworzyłam walizkę ponownie, dołożyłam parę sukienek, sprawdziłam, czy rzeczy wyprane wyschły. Zadzwoniłam do sieci taksówkowej z prośbą o samochód o trzeciej trzydzieści.

Taksówka odstawiła mnie na lotnisko i oto jestem.
Oczywiście zdenerwowałam się od razu, bo podróżowanie paryskim metrem z tobołami nie jest takie proste, schody ruchome to fanaberia, a winda zawsze zepsuta, więc ciągnęłam mój sakwojaż w górę schodów na stacji Châtelet zasapana, mamrocząc pod nosem rodzime przekleństwa. Wtem nagle poczułam, że moja walizka stała się jakoś dziwnie lżejsza.
Pewien dżentelmen, sądząc po wyglądzie, jeden z tych złych migrantów, nie przestając rozmawiać przez telefon, po prostu złapał rączkę mojej walizki z drugiej i zaholował ją – razem ze mną – na powierzchnię. Zanim zdążyłam podziękować, machnął ręką, że nie ma sprawy i poszedł w swoją stronę.

Doskonale.
Dotarłam do mojego mieszkanka. Les Halles, fajna dzielnica. Centre Pompidou za winklem, kościół świętego Eustachego sto metrów obok. Bistra i kawiarnie. Taki prawdziwy, letni Paryż.
Mieszkanko na trzecim piętrze.
Kręte schody.
A ja z walizką.
Żeby was te wasze ślimaki zeżarły.
Wlazłam. Z narażeniem życia. Zdyszana padłam wprost na łóżko. Dosłownie wprost, bo mój szalenie luksusowy apartament ma 20 metrów kwadratowych. Pamiętacie pierwszą scenę z Amerykanina w Paryżu? No właśnie.
Dwa dni później odkryłam, że w kamienicy jest winda.
Bez komentarza.

Tyle relacji. Teraz mały wtręt filozoficzny. Można przescrollować.

Częste podróże czynią z was ludzi samotnych. Naprawdę samotnych. Nieustannie jesteście sami. W obcym kraju. Wiecie, że jeśli ktoś się o was zatroszczy, to najpewniej tylko wy. Jeśli ktoś dotrzyma wam towarzystwa, to wy. To ogromnie obciążające. Jeżeli macie w pobliżu kogoś znajomego, to luz. Ja tu nie znam nikogo – poza moim cudownym szefem, który wpada co jakiś czas. Nigdy nie pracowałam z tymi ludźmi.
Skazani na własne towarzystwo (wyśmienite, ma się rozumieć, ale bez przesady), stajecie się nagle głodni bliższego kontaktu. Każda luźna konwersacja to przyjemność dotąd niedoceniana. Wspólna kawa? Ależ koniecznie! Z samotników zmieniacie się w wygłodniałych stalkerów.
Wracając do ojczyzny w miniony piątek, przyuważyłam na lotnisku mojego niegdysiejszego szefa, wyraźnie również czekającego na ten sam samolot. Zawsze się go trochę bałam i nigdy nie dogadywaliśmy się szczególnie dobrze. A jednak ruszyłam doń śmiało i przywitałam się. To uprzejmy człowiek, więc nie udał, że mnie nie poznaje, a wyłączył czytnik i zapytał, co słychać, i wtedy jęłam zamęczać go konwersacją, bo mój Boże, wreszcie jakaś znajoma twarz. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu, rozwinęło się to w przyjemną rozmowę o książkach i knajpach w Podgórzu. Chyba zatem nie tylko mnie dotyczy podróżny syndrom „muszę z kimś pogadać”.

Z narażeniem życia (z powodu walizki i schodów) nadała wasza oddana korespondentka.
Jutro korespondentka jedzie na wycieczkę do miasta oddalonego o raptem 450 kilometrów, z którego zapewne prześle obfitą korespondencję. A tymczasem odrobina paryskich niebios – złożyłabym je w galerię, ale telefon nie pozwala.

Un cortado y una caña, por favor

Dzień dobry.
Od ostatnich przygód zdążyłam zmienić kraj i nawet pobyć w domu przez 30 godzin. Przyleciałam do Krakatau w piątek wieczorem, w niedzielę o czwartej rano byłam już nazad na lotnisku, o czwartej po południu natomiast opychałam się tapas. Madryt jest niezmiennie piękny, dostojny, ale rozkosznie wyluzowany. Powietrze pachnie rozhulaną wiosną. Jedzenie jest wszędzie wyśmienite i kosztuje grosze (lub nic – są i takie knajpy, w których zawsze dostajecie do piwa talerz tapas, nie są one może zbyt wysublimowane, ale są). Wino toże. Drinki – ostrzegam lojalnie, są mocniejsze niż gdziekolwiek indziej, bo barmani na ogół leją na oko lub po prostu mówią „powiedz, kiedy dość”. W Madrycie każdy smutek można załagodzić za pomocą jamon iberico albo croquetas, albo pimientos. Albo pintxos. Pierwsze lokalne słowa, jakich nauczycie się w Hiszpanii, będą dotyczyły jedzenia.
(Madryt ma również najlepsze sklepy z ciuchami na tym łez padole – zapomnijcie o Londynach i Paryżach, to w Madrycie znajdziecie rzeczy, których cała dzielnica będzie wam zazdrościć, o butach już nawet nie wspominam. Wyjeżdżając z Madrytu, zamyka się walizkę z użyciem siły i licznych wulgaryzmów).

Cieszę się, że tu jestem, bo jestem tu szczęśliwa – co nie jest trudne. Każdy jest szczęśliwy w Madrycie. To miasto, choć ogromne, jakimś cudem nie jest przytłaczające i łatwo poczuć się w nim u siebie. Madryt was obejmuje jak starych przyjaciół. Dość powiedzieć, że w piątkową noc barman, którego widziałam drugi raz w życiu, dał mi buziaka na pożegnanie.
Dodam także, że Madryt skłonił mnie do zjedzenia wątróbki. Ja nie jadam wątróbki, nienawidzę. Tymczasem wczoraj w Mercado San Anton nie tylko z własnej woli ją zamówiłam, ale też pożarłam z takim zachwytem, że prawie się popłakałam – była tak zachwycająco delikatna, mięciuchna i chrupiąca zarazem, i tak niewątróbkowa. Tak. Madryt potrafi.

Żeby wszakże nie było tak słodko… Chciałabym powiedzieć, że wydarzenia minionego tygodnia to już zamknięty rozdział, ale niestety zgodnie z okrutnym mechanizmem mojej przypadłości teraz ciągle mam z tyłu głowy obawę, że to się zdarzy ponownie. Piątkowa potężna burza przechodząca nad Madrytem przestraszyła mnie z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że ogólnie boję się burz od czasu, gdy mnie jedna złapała w środku lasu i piorun rąbnął na tyle blisko mnie, że zobaczyłam świat w negatywie, ale po drugie dlatego, że… bałam się bać. Tak, to dziadostwo wytwarza w was lęk przed poczuciem lęku (bo co, jeśli to znowu rozpędzi się do stanu, w którym przeżywacie swój największy koszmar na jawie?). Można to opanować, na szczęście. Teraz już wiem, jak (swoją drogą, wysmarowałam sążnistą epistołę w sekcji „podziękowania” na stronie internetowej londyńskiego pogotowia, bo facet bez podawania mi jakichkolwiek medykamentów zrobił dla mnie więcej niż mój doktor w Polsce).
Nieważne, nieważne. Nie myślimy o tym. Chwilowo mam inny problem.
Kuchnie tu otwierają się najwcześniej o 13, a ja jestem okropnie głodna. I chciałam iść się opalać do parku Retiro, a jest pochmurno. No wiesz co, Madryt?…

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

Gudden Owend

Wróciłam z wakacji, przepakowałam walizkę i poleciałam do pracy. Nie pierwszy raz, ale szczerze pisząc, powoli myślę, że może czas rozważyć opcje, jak to mówią. Nawet nie z powodu takiego, iż to męczące, choćby człowiek nie wiem jak zaklinał rzeczywistość – ale z takiego, że coraz bardziej tęsknię. Na niewyspanie, zaczerwienione oczy i katar od klimatyzacji (tu pragnę podziękować pani w lotniskowej kasie, która zaoferowała mi chusteczki, mówiąc, że ma ten sam problem) można znaleźć lekarstwo. Kupię sobie fajny kremik, zjem coś dobrego, może nawet pośpię do dziewiątej w wolny dzień. Na tęsknotę lekarstwa nie ma. Tęsknoty nie ucisza nic, choćby gadało się znowu do rana – koleżka bardzo późno chodzi spać, więc niby zawsze mogę zadzwonić, ale to nie to samo. Tęsknię za tym zapachem, ale też za mamą przypominającą, czy zapłaciłam rachunki („eee… pewnie!”) i za znajomymi, z którymi można zjeść sobotnią kolację.

Luksemburg nic się nie zmienił od mojej ostatniej wizyty, poza tym, że ma tramwaj. Luxemburgery, ludzie bardzo oszczędni, strasznie byli przeciwni temu tramwajowi, bo w sumie – i taka prawda – nie jest on im bardzo potrzebny. Komunikacja publiczna w mieście jest w miarę dobra (poza nim to inna sprawa), w soboty darmowa i jak na ten kraj, raczej tania – dwugodzinny bilet kosztuje raptem 2 eurasy. Ale się uparli, bogaci, to mogą i teraz mają tramwaj, który zasadniczo ma trasę krótką, bo kursuje li po Avenue Kennedy w Kirchbergu, biurowo-europejskiej dzielnicy Luksemburga. Tramwaj jest wspaniały, siedzenia podświetlane, o każdym przystanku uprzejmie informuje inna muzyczka, ale Kirchberg to Kirchberg. Szkło w dole i ołowiane niebo w górze. Podobne do siebie, niskie biurowce. Podobni do siebie ludzie wchodzący i wychodzący do nich, kursujący na trasie biuro-hotel-biuro-hotel, z atrakcją w postaci dodatkowego kursu na lotnisko w piątek wieczorem.
I ja.
Też podobna.
Jestem przez parę dni, wyjadę, wrócę, wyjadę, jak większość tutaj. Podobna do wszystkich i do nikogo, ubrana w bezpieczne biurowe kolory, tylko może te brzęczące bransoletki mnie odróżniają. Bez bransoletek się nie ruszam, jak i bez mojego wisiorka – właściwie nigdy go nie zdejmuję, czego skutkiem wieczna biała plama na opalonym dekolcie.

Lubię Luksemburg za ten spokój i porządek, ale zarazem właśnie za to go nie lubię. W różnych miejscach byłam przez ostatnie dwa i pół roku, i tylko w tym jednym ani na chwilę nie udało mi się zadomowić. Nie wiem, feng shui nie takie czy co, ale nawet mimo posiadania znajomych na miejscu czuję się tam obco, nie potrafię się zrelaksować. Nie jestem w tym osamotniona. W mieście Luksemburg trudno nie odnieść wrażenia podobnego do tego, jakie ma się w lotniskowej poczekalni – nikt nie jest stąd. No i ta pogoda zasmucająca, przy której słynna angielska to nieomal Majorka. Oczywiście jest to kraj malowniczy i ze wspaniałą historią, a starówka jest bardzo ładna, ale nic na to nie poradzę, że czuję się tam jak w „Truman Show”, jakby to wszystko była scenografia.
We wtorek o świcie lecę tam znów.
Przynajmniej białe wino mają w porządku, naprawdę, z doliny Mozeli.

20180328_193327.jpg

Yo solo quiero pegar en la radio

Pierwszą moją zagraniczną podróż odbyłam do Hiszpanii.
Było to wiele lat temu, w czasach, gdy nikomu nie śniły się tanie linie lotnicze, a Polska wstąpić miała do Unii Europejskiej dopiero w kolejnej dekadzie. Wówczas podróż na Półwysep Iberyjski zabierała dwa mordercze dni. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki, bo miałam raptem 14 lat i byłam irytująco zblazowaną nastolatką, a przeładowanie wrażeniami też zrobiło swoje – zostały mi w pamięci pojedyncze obrazki. Bardzo barwne.
Potem, po wielu latach, zdarzył mi się Madryt – dwukrotnie, raz w 2011, raptem na parę styczniowych, samotnych dni i w ubiegłym roku, na cały szczęśliwy miesiąc z okładem. Wtedy na dobre straciłam głowę. Ale wcale nie zamierzałam wracać tam na wakacje. Ponieważ jednak obecnie tanie linie lotnicze nikomu już nie muszą się śnić, a ja czasami lubię od niechcenia sprawdzać ceny biletów, to jakoś tak wyszło, że przypadkiem nabyte zostały dwa takie na Wyspy Kanaryjskie, dla mnie i mojej madre. Pomyślałam, że słońce dobrze mi zrobi, a przy okazji są tam przecież góry i szlaki. Znakomicie. Czego chcieć więcej. Przypomniałam sobie nawet, że dawno temu kupiłam przewodnik po Teneryfie dla piechurów. Odkopałam go, odkurzyłam, spakowałam plecak, zasznurowałam pepegi i w drogę.

Banalne to stwierdzenie, ale słońce leczy.
Naprawdę.
Wiatr i zmęczenie też leczą. Zatrzymałam się na chwilę po drodze na Montaña Blanca (taka górka skromna, 2748 metrów n.p.m., przylepiona do majestatycznego Teide), zdyszana, było mi jednocześnie zimno i gorąco – bo wicher lodowaty, poza tym wysoko, ale słońce paliło niemiłosiernie – i złapałam się na tym, że uśmiecham się tak szeroko, że aż twarz mnie boli. Byłam zmęczona, spocona, piekły mnie opalone policzki, niemniej czułam się obłędnie szczęśliwa. Bo tak. Dawno mi takie czyste uczucie szczęścia przez nerwy i żyły nie przebiegło, od włosów po palce stóp.

Do rzeczy wszak, do rzeczy.
Oczywiście, jak to ja, wybrałam sobie mieścinę maleńką, żaden tam hałaśliwy kurort, bo nie lubię. Do mieściny maleńkiej musiał nas dowieźć autobus, a te na wyspie funkcjonują zaskakująco sprawnie, co prawda jak we Włoszech nie ma co za bardzo przywiązywać się do rozkładu jazdy, ale prędzej czy później autobus – zielony, z uśmiechniętym kierowcą słuchającym bachaty lub transmisji meczu – przyjedzie. Kierowcy chętnie zwalniają, by komuś pomachać, wdają się w konwersacje, czasami gubią drogę przy okazji objazdów i ogólnie sympatycznie się jedzie.
Wysiadam. Przystanek jest na rogu, parę metrów po lewej koniec ulicy i morze, parę metrów po prawej koniec ulicy i plantacja bananów. Dzwonię domofonem.
– Hola – mówię, bo tyle potrafię, przedstawiam się i dalej już śmigam po angielsku, by usłyszeć, że osobnik po drugiej stronie odwiesił słuchawkę. No, fajnie się zapowiada, doprawdy. Chwilę później słyszę jednak, że kilka pięter wyżej otwiera się okno i widzę, że ktoś macha zapamiętale, pokazując, że zaraz zejdzie i otworzy drzwi. Półtorej godziny później zasypiam kamiennym snem, a na ulicy dokazują marcowe koty. Przed świtem budzi ptasie radio.
Po świcie wyruszam w poszukiwaniu kawy. Może nie bardzo po świcie – w Hiszpanii dzień wstaje powoli, nie ma do czego się śpieszyć. Kawy za to szukać nie trzeba. Kawę podają na każdym rogu. W barze niekoniecznie ładnym, czasami nieco obskurnym nawet, ale cortado jest mocne i gorące, gdyby chciało się przekąsić kanapkę, to coś się znajdzie, na blat wyjeżdża świeża tortilla, gazetę też można poczytać. Trzeciego poranka w takim miejscu traktują człowieka jak swojego. Nieopodal panowie w porcie odpływają kutrami w morze, po świeże ryby, które wieczorem lokalne knajpy będą podawać na kolację.
(Nawiasem mówiąc – gdybyście, jeżdżąc po Teneryfie, zawędrowali do Playa de San Juan, małego rybackiego miasteczka w odległości paru przyjemnych godzin nadmorskiego marszu od klifów Los Gigantes, koniecznie proszę odwiedzić cudowną piekarnię 100% Pan y Pasteleria – fenomenalne, chrupiące pełnoziarniste pieczywo, pyszne ciacha w kształcie – na przykład – ust Marilyn Monroe, doskonała kawa. Taki skarb mały, dobrze ukryty w niedużej mieścinie. Łatwo trafić, nos was zaprowadzi).

Teneryfa to jest oczywiście miejsce, które – i ja im się wcale nie dziwię – ukochali sobie zamożni europejscy emeryci, więc w co większych ośrodkach można poczuć się jak w jakiejś osobliwej angielskiej czy też germańskiej kolonii. Bogiem a prawdą, gdybym mogła, też bym tam sobie kupiła jakiś schowek na szczotki i spędzała tam zimy. Ale wystarczy wyjechać poza te większe ośrodki i oczy nie nadążają rejestrować zachwytów. Jest to bowiem wyspa arcypiękna, wyspa poryta głębokimi wąwozami, wyspa zatok z ostrymi skałami i szalejącymi falami, wyspa czarnych, wulkanicznych plaż i górskich lasów zanurzonych w wiecznej mgle, wyspa sucha i surowa na południu i kipiąca świeżą zielenią na północy. Wyspa z najwyższym szczytem Hiszpanii, El Teide, którego szczyt z dołu przez większość dnia bywa niewidoczny. Szlaki wychodzące z El Portillo (dalej droga jest w remoncie, co znacząco skomplikowało mój starannie obmyślony plan wycieczki) prowadzą już nad chmurami.
Na rozgrzanie wybrałyśmy się do Barranco del Infierno. Ten wąwóz był przez parę lat zamknięty po tym, jak spadający kamień niestety zabił turystkę i po otwarciu każdy z raptem 300 wchodzących dziennie musi włożyć twarzowy kask. Mam zdjęcie w kasku. Nie pokażę. W każdym razie jest to bardzo miły, rekreacyjny marsz ścieżką momentami nieco eksponowaną, potem już wzdłuż strumienia, aż do wodospadu. Rudziki podśpiewują nad uchem, sokoły krążą wysoko. Gdy człowiek nieostrożnie stanie, gołą łydkę oparzy pokrzywa, świeża, wiosenna. Albo kolec kaktusa popieści.
Po marszu bez dwóch zdań należało się wzmocnić. Nie było to trudne, ponieważ w kraju tym cudownym jedzenie jest wszędzie, a dzień wcześniej wyczytałam na plakacie w mieścinie, że urządzają noc wina i tapas. Należało tylko nabyć kuponiki w biurze informacji turystycznej (jeden kuponik za jedno euro = jeden kieliszek wina, żyć nie umierać). Nie była to może największa impreza, w jakiej brałam udział – bo i miasteczko małe, i dopiero marzec – ale bardzo urocza. Był wielce zaangażowany DJ, był zespół rzępolący dość okrutnie, były bodegi z butelkami, z których szczodrze nalewano, i solidne porcje tapas, dla przykładu kałamarnica. Przyznam szczerze, że dawno tak dobrze się nie bawiłam (dawno nie bawiłam się w ogóle). Kuponiki nabyte zawczasu jakoś szybko nam się skończyły, ale w jednym z namiocików sprzedawano nowe, więc ustawiłyśmy się w ogonku, bo madre jeszcze bardzo chciała spróbować różowego wina (które było doskonałe, a ja różowego nie lubię, więc zważcie moje słowa) i kanapek z rybką. Niestety wszystkie spalone w górach kalorie – niby nie wierzę w nie, bo czy kto kiedy widział kalorię?… – wracały jak bumerang, tego dnia i we wszystkie inne. Warto pamiętać bowiem, że w tym strasznym kraju przystawka potrafi być wielkości dania głównego, i że dużym błędem może okazać się zamówienie croquetas i tortilli, a potem jeszcze dorsza. Ale z drugiej strony jak sobie odmówić? Grzech.

Minęło parę uroczych, leniwych dni w mieścinie – jednego z nich biegałam po niezbyt licznych sklepach w poszukiwaniu bikini, japonek i mocniejszego środka na słońce, bo zapowiadane 20 stopni zamieniło się w rasowy letni dzień i do końca mojego pobytu pogoda była nie całkiem zgodna z prognozami, ale za to jak malowanie. Wreszcie ponownie wsiadłam do zielonego autobusu i pojechałam do Puerto de la Cruz na północy, bo stamtąd najłatwiej dostać się w pobliże Teide. Puerto de la Cruz to już kurort pełną gębą, ma więcej niż trzy ulice, ma Starbucksa i supermarkety. W Puerto de la Cruz chodzi się głównie w górę i w dół, bo tak jest położony, więc znakomite miejsce, by niechcący zadbać o kondycję po drodze do i z knajpy. Jak dla mnie troszkę to już za duża miejscowość na wakacje, ale tak czy inaczej przyjemna. Poza tym każdego ranka wychodziłam na balkon, a przede mną, nad pobliskimi dachami i koronami drzew, pysznił się ośnieżony wierzchołek wulkanu. Tenże wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dotarcie doń komunikacją publiczną – która, choć niestrudzona, nie jest dla tych, którym zależy na czasie – zajmuje blisko półtorej godziny. A ostatni autobus powrotny odjeżdża o 16:30 i nie ma zmiłuj. Udało mi się wleźć na tę nieszczęsną Montaña Blanca i wrócić na czas, choć prawda taka, że w okolicy bardzo chętnie zostałabym na kolejne dwa lub trzy dni. Jest tam gdzie łazić, a szlaki są przepiękne – w dole morze chmur, wokół pustka, krajobraz niemal marsjański, w pewnym momencie śpiew ptaków ucicha, bo już nic tam nie rośnie. Jesteście tylko wy, góra, oślepiające słońce i wiatr. Wieje potężnie, spycha ze ścieżki, przeszywa do szpiku kości; pośpiesznie wyjmowałam z plecaka rękawiczki i żałowałam, że nie zabrałam czapki.
Wspaniale.

Jakiż wielki był smutek na lotnisku.

Myślę, że wrócę.

A teraz przepraszam, muszę iść. Trzeba się pakować. Jutro w południe lecimy do roboty.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.

Gezellig

Troszeczkę wieje, co?
Osobiście uwielbiam, gdy wieje, a w Krakowie to już w ogóle ludzie nie posiadają się ze szczęścia, gdy słyszą w radiu, że idzie orkan czy huragan, czy cokolwiek w ten deseń, albowiem oznacza to, że powietrze będzie pachniało powietrzem, a nie czyimiś spalanymi właśnie w piecu odpadkami, skarpetkami lub zwłokami.
Moja miłość do wietrznej pogody jest powszechnie znana, niemniej tym razem modliłam się, by wiater oddalił się do rana, bo rano miałam samolot. Tak. Gdy jeszcze  słodko spaliście, autorka siedziała na lotnisku. Dawno na żadnym nie była. Całe dwa tygodnie. Problem w tym, że na krakowskim lotnisku, choć stało się ono bardzo ładne i nowoczesne, przed piątą rano wszystko jest pozamykane (w każdym razie nie znalazłam żadnej otwartej kawiarni) i siedzi tam człowiek, czując, jak porasta mchem.
Wiatr wcale nie zelżał jakoś bardzo, więc przez pierwszy kwadrans podróży nerwowo wpijałam paluszki w fotel, ale potem się uspokoiło, podano mi upragnioną kawę i życie stało się bardziej znośne. Poprzedni tydzień był okropny, stresujący jak cholera i z lekkim przestrachem myslalam o tej podróży, ale o dziwo (nieprawda) w drodze poczułam się dużo lżej. Na miejscu też.

Lubię ten kraj. Może jest nieco płaski, może mokry, może język brzmi, jakby mówiący się dusił. Ale ludzie mili. Mężczyźni przystojni i wysocy niemożebnie (to nie moje złudzenie, podług statystyk Holendrzy są najwyższym narodem na świecie) – łatwo się tu poczuć jak niewyrośnięty krasnal. Przeszłam się wieczorem na mały spacer, tylko po okolicy hotelu – w knajpach gęsto od ludzi, znajomy ostry zapach w powietrzu, dzwonki rowerów, ktoś łódką płynie po kanale. Takie wdzięcznie kameralne miasto.
Wróciwszy do hotelu, zrzuciłam z siebie z wielką ulgą ubranie, podeszłam do okna i natychmiast odskoczyłam odeń, gdyż odkryłam, że wychodzi na hotelowe patio, po którym chodzą goście. Cóż. Niby nikt mnie tu nie zna, ale już zbyt wielu ludziom w życiu niechcący błysnęłam biustem po oczach.

A teraz pozwolą państwo, że zanurzę się w pościel, bo wstawanie o trzeciej w nocy i praca przez cały dzień mogą człowieka nieco umordować. Hotelowe poduszki natomiast to jedna z największych radości życia. No nie?

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.