Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

Reklamy

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.

Gezellig

Troszeczkę wieje, co?
Osobiście uwielbiam, gdy wieje, a w Krakowie to już w ogóle ludzie nie posiadają się ze szczęścia, gdy słyszą w radiu, że idzie orkan czy huragan, czy cokolwiek w ten deseń, albowiem oznacza to, że powietrze będzie pachniało powietrzem, a nie czyimiś spalanymi właśnie w piecu odpadkami, skarpetkami lub zwłokami.
Moja miłość do wietrznej pogody jest powszechnie znana, niemniej tym razem modliłam się, by wiater oddalił się do rana, bo rano miałam samolot. Tak. Gdy jeszcze  słodko spaliście, autorka siedziała na lotnisku. Dawno na żadnym nie była. Całe dwa tygodnie. Problem w tym, że na krakowskim lotnisku, choć stało się ono bardzo ładne i nowoczesne, przed piątą rano wszystko jest pozamykane (w każdym razie nie znalazłam żadnej otwartej kawiarni) i siedzi tam człowiek, czując, jak porasta mchem.
Wiatr wcale nie zelżał jakoś bardzo, więc przez pierwszy kwadrans podróży nerwowo wpijałam paluszki w fotel, ale potem się uspokoiło, podano mi upragnioną kawę i życie stało się bardziej znośne. Poprzedni tydzień był okropny, stresujący jak cholera i z lekkim przestrachem myslalam o tej podróży, ale o dziwo (nieprawda) w drodze poczułam się dużo lżej. Na miejscu też.

Lubię ten kraj. Może jest nieco płaski, może mokry, może język brzmi, jakby mówiący się dusił. Ale ludzie mili. Mężczyźni przystojni i wysocy niemożebnie (to nie moje złudzenie, podług statystyk Holendrzy są najwyższym narodem na świecie) – łatwo się tu poczuć jak niewyrośnięty krasnal. Przeszłam się wieczorem na mały spacer, tylko po okolicy hotelu – w knajpach gęsto od ludzi, znajomy ostry zapach w powietrzu, dzwonki rowerów, ktoś łódką płynie po kanale. Takie wdzięcznie kameralne miasto.
Wróciwszy do hotelu, zrzuciłam z siebie z wielką ulgą ubranie, podeszłam do okna i natychmiast odskoczyłam odeń, gdyż odkryłam, że wychodzi na hotelowe patio, po którym chodzą goście. Cóż. Niby nikt mnie tu nie zna, ale już zbyt wielu ludziom w życiu niechcący błysnęłam biustem po oczach.

A teraz pozwolą państwo, że zanurzę się w pościel, bo wstawanie o trzeciej w nocy i praca przez cały dzień mogą człowieka nieco umordować. Hotelowe poduszki natomiast to jedna z największych radości życia. No nie?

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Caffè lungo

Jeszcze dwa tygodnie i wracam do ojczyzny na dobre. Taki przynajmniej jest plan na dziś.
Szczerze pisząc, tęsknię i nie tęsknię zarazem. Dziwny to stan. Tęsknię, bo pan i władca, z którym spędzam coraz dłuższe godziny na telefonie (pięć, PIĘĆ w czwartkową noc – wstawanie rano było bolesne, zwłaszcza że sporo do zrobienia miałam w piątek i w związku z tym co kwadrans biegałam po kawę; szczęśliwie włoska kawa potrafi obudzić nieboszczyka). Nie tęsknię, bo wreszcie mam, co chciałam. Stan swoistej bezdomności, zawieszenia pomiędzy, dziś tu, za miesiąc tam. Zawsze tak chciałam. Nie ma mnie, jestem daleko. Czuję się całkowicie niezależna. Niemniej – czuję też, ile za to płacę.

W Mediolanie jest gorąco, w Mediolanie wszyscy są piękni i znakomicie ubrani. W Mediolanie pachnie espresso i dobrą wodą po goleniu. W Mediolanie chodzi się nieśpiesznie, a lunche jada długo. W Mediolanie można wydać fortunę na buty i kiecki (siedem par, tyle tylko powiem, siedem cholernych par). Mediolan oczywiście cały pod znakiem Sforzów, bo to ich miasto.
Mediolan ma oczywiście wspaniałe muzea i wystawy, w tym mój ukochany Palazzo Reale, który sam w sobie jest miejscem fascynującym. W Palazzo Reale często arcyciekawe wystawy można zobaczyć – w ubiegłym roku trafiłam na Eschera, w tym na Keitha Haringa oraz świetną doprawdy wystawę poświęconą domowi mody Rinascente. Tenże właśnie dom mody znajduje się dokładnie naprzeciwko i jeśli macie odpowiednio dużo na koncie, to możecie świetnie się tam bawić. A że obchodzi sto lat – to otwarto mu w prezencie urodzinowym wspaniałą wystawę, którą naprawdę szczerze polecam. Czynna do września. Miałam takie szczęście, że zwiedzałam jako jedna z nielicznych w upalne niedzielne popołudnie, niedługo przed zamknięciem, więc byłam prawie sama (nie licząc wygarniturowanego pana ochroniarza, który podążał za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie głupawe selfie z kartonowymi figurami przystojnych modeli naturalnej postury, nie mówmy o tym, co?). Jeśli kto lubi modę i design, albo interesuje go historia ostatniego stulecia w Europie, ale opowiedziana w nietradycyjny sposób, to zaprawdę warto pójść.
Po tych wrażeniach oczywiście musowo trzeba zatrzymać się na spritz i poprzyglądać przechodzącemu światu.
To samo zresztą robiłam dzień wcześniej, po wizycie w Bibliotece Ambrozjańskiej, którą też ogromnie polecam. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie jest to miejsce niesłychanie popularne, mimo że można tam obejrzeć Caravaggia. I szkice Leonarda da Vinci na przykład (wyeksponowane fantastycznie w pięknej, starej, nieco mrocznej sali bibliotecznej i genialne – to lustrzane pismo!). Oraz pukiel jak najbardziej blond włosów niejakiej Lukrecji Borgii, zamknięty w szklanej, okrągłej kapsule, która trochę przypomina relikwiarz – z tą tylko różnicą, że z brzegów zwisają dwa maleńkie medaliony z wizerunkiem czerwonego byka, herbu Borgiów. Nie jest jakoś bardzo wyeksponowany, stoi w gablotce wśród innych osobliwości. Ogólnie rzecz biorąc, Biblioteka owa to miejsce, gdzie wyobraznia szaleje. Dla każdego miłośnika historii – a wiadomo, ta włoska to dość intrygująca i bogata jest – wizyta będzie bardzo ekscytująca.
A jeśli nie ma się ochoty na skrzypiące podłogi i marmury pałaców, to zawsze można udać się w kierunku Navigli, by spędzić miłe godziny nad kanałami, oczywiście z drinkiem i czymś bardzo dobrym do jedzenia. Da się żyć w tym Mediolanie, powiadam.

W piątek natomiast strajk był, ponieważ oczywiście. Włochy. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że musiałam dostać się na lotnisko – bo wracałam na jedną noc do kraju, celem zobaczenia rodziców i zrzucenia części tobołów. Moi drodzy koledzy lokalsi opracowali jednak cały złożony plan awaryjny, wyczytawszy, że w określonych godzinach komunikacja miejska jednak będzie działać, a gdyby nie, to spróbują złapać mi taksówkę na dworzec.
– W najgorszym razie pożyczę ci mój motorino – zapewnił jeden z nich. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie jadącą po raz pierwszy w życiu na skuterze, przez Mediolan w godzinach szczytu, w przekrzywionym kasku i z żarliwą modlitwą na ustach. Podziękowałam serdecznie.

Co nie zmienia faktu, że będę ogromnie się cieszyć, gdy wrócę do Krakowa. Nie ze względu na Kraków. Kraków nieistotny. Ważne, że w końcu będę mogła przestać wisieć na telefonie przez długie nocne godziny.
– Co ci przywieźć?
– Nogi.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Ames a quien ames, Madrid te quiere 

Mój pobyt w Madrycie z wolna dobiega końca. Zostały trzy noce.
Ucieszyłabym się, gdybym jutro w biurze usłyszała, że muszę zostać jeszcze parę tygodni. To się jednakowoż nie wydarzy, bo czeka już na mnie inne miejsce. I urlop po drodze. Którego nie do końca potrzebuję, Bogiem a prawdą, bo otóż jest godzina dwudziesta, a ja skąpo odziana siedzę na moim cholernym tarasie, bo słońce pali w najlepsze (wczoraj w Madrycie pękło 30 stopni).
Zestarzałam się w miniony weekend. Niby niezbyt rozkosznie obchodzić urodziny samotnie i daleko od domu – ale Madryt bardzo się o mnie zatroszczył i przyznam, że były to chyba najlepsze z urodzin dotychczasowych. W sobotę ganiałam po Prado i Thyssen-Bornemisza (genialne muzeum, polecam wielce – nawiasem mówiąc, jakieś zwariowane Francuzki w kolejce do kasy przede mną wyczytały, że bilet dla grupy sześciu lub więcej osób jest tańszy… ich było pięć; spojrzały na mnie, stojącą solo za nimi i doszło do zmontowania grupy), zachwycałam się Goyą, kupowałam prezenty i druki – gdzie ja to wszystko powieszę, to nie wiem – w muzealnych sklepach. A potem odpoczywałam nad tapas i białą sangrią w Platea – arcysuper miejscu, które jest kolosalnym tapas barem, klubem i restauracją w jednym, urządzonym w nieczynnym kinie z epoki art decó. Co zabawne, jedno z wejść do Platea prowadzi przez sklep warzywny, niepozorny taki. Lokalsi, gdy idzie o knajping,który jest niesłychanie ważną częścią tutejszego życia, mają ogromną fantazję.

Wczoraj natomiast spędziłam cały dzień, jedząc, pijąc i snując się po parku Retiro. Retiro to niebo na tym łez padole. Gęsta zieleń, eukaliptusy pachną, ludzie wygrzewają się na trawie lub pływają łódkami. Raj.
I policja konna. Hm. Wiecie, Hiszpanie są generalnie przystojni. Na ogół mają piękne oczy, rzęsy jak wachlarze, karnację tę swoją słoneczną. Na ogół też doskonale zdają sobie sprawę ze swojego powabu, więc obnoszą go z takim czarującym, zabawnym, wyczuwalnym „jestem piękny i wiem o tym”. Zatem Hiszpan w mundurze wierzchem to już w ogóle za dużo szczęścia naraz.

 Dotarłam do Retiro z Juana La Loca. Miejsca, które ubzdurałam sobie, że odwiedzę, bo ponoć najlepsza tortilla w mieście, orgazm przez kubki smakowe, te sprawy. Ponieważ miałam te swoje urodziny, uznałam, że pójdę. Wyczytałam wcześniej w internetach, iż miejsce ciasne i tłoczne, i bez rezerwacji trudno o stolik. Niestety rezerwacje przyjmują tylko telefonem, a ja po hiszpańsku banglam umiarkowanie, choć umiem już złożyć zamówienie w knajpie. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę lub wino. I burratę. O, i jeszcze rozumiem, gdy mnie w sklepie pytają, czy chcę siatkę na zakupy. Pomyślałam zatem, że pójdę, zaryzykuję, sama jestem, to może się zmieszczę.
Jak mawia mia madre, co drugi głupi ma szczęście. Wchodzę, piękny pan szef sali podaje mi szklaneczkę piwa i mówi, że wszystko zajęte, ale mogę zapisać się na listę kolejkową. Po czym wyjmuje zza pazuchy usmarowany do ostatniej linijki notatnik i zapisuje moje imię na dole. Doskonale. Będę tu stała całą wieczność, a potem usłyszę, że zamykają. 
Pięć minut później słyszę donośne
„Aleksandra!!” (wolałam podać wersję długą, bo wersja krótka oznacza tutaj „cześć” i wszyscy tego na okrągło używają, więc w takim miejscu nigdy bym się nie zorientowała, że chodzi o mnie). Piękny szef wymachuje rękami, bo oto zwolnił się stoliczek. Maciupki, ale zawsze. Zaraz potem zjawia się kelner. Tortilla? Ma się rozumieć. Pytam, co by mi polecił jako danie główne, a ten pyta, czy ma być bardzo duże, czy niekoniecznie. Witamy w Hiszpanii. Idę w wędzonego węgorza koniec końców. Okazuje się, że to jedna z najlepszych decyzji mojego życia, albowiem węgorz jest NIESAMOWITY. Tortilla też, z karmelizowaną cebulą – ale nad węgorzem prawie płaczę. Zaprawdę powiadam, jeśli będziecie przypadkiem w tym cudownym mieście – idźcie.
Jak na samotne urodziny, nie było tak źle. Zwłaszcza że, wędrując do hotelu przejedzona i opalona, nabyłam sobie ręcznie szytą kurteczkę, jakby mi nie wystarczył upolowany w ubiegłym tygodniu płaszcz w motylki (oczywiście).
Kocham to miasto i będzie mi bardzo, BARDZO ciężko je opuszczać. Ale wrócę. Wiecie przecież, że gdy ja się zakochuję, to na amen.  Na ament nawet.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Para compartir

Moja praca składa się z wielu dni niepięknych i niewielu pięknych, ale lubię ją bardzo. Niestety raz na jakiś czas przychodzi dzień, gdy musimy wystąpić przed najwyższym szefostwem z naszymi spostrzeżeniami i przekonać rzeczone szefostwo, że to, co mówimy, ma sens. To cholernie stresujące i zwykle poprzedzane długimi godzinami ślęczenia nad wieloma stronami papierzysk.
Jak wiadomo, każde publiczne wystąpienie to dla autorki horror i ból wszystkiego, więc z nerwów chorowała cały dzień, aż do godziny zero. Szczęśliwie tym razem trafiła na porządną ekipę.

– Umówmy się, co? Nie zadajemy sobie pytań, nie podważamy nawzajem swoich tez. Jeśli ktoś palnie coś głupiego, to pozostali gorliwie potakują. Drużyna.
– Drużyna!

Wyłamała się tylko bladź z Paryża, znana wam z moich opowieści. I zgadnijcie, komu pytanie zadała.
Znałam odpowiedź, bo dobrze się przygotowałam, ale cieszę się, że nie było jej z nami w sali, gdyż odcięłabym jej palce wzrokiem. Nie rozumiem takiego zachowania. Jeśli pracujemy jako zespół, to pracujemy jako zespół i gramy do jednej bramki, zamiast podważać opinie kolegów, bo akurat szefostwo słucha, więc można się wykazać.
Uch.
Nieważne.
Jesteśmy, gdzie jesteśmy, zatem tuż po zakończonym spotkaniu poszliśmy na wino i tapas, a potem na wino i kolację (burrata!). A następnego dnia na obfity obiad z mnóstwem jamon i oczywiście deserem, bo wiadomo. Inaczej tu nie sposób. Dość rzec, że człowiek, z którym mieliście do czynienia przez kwadrans, zaprasza was na urodzinowe przekąski. Taki to kraj. 

Zaraz tymczasem udaję się na północ – zmęczona na samą myśl, ale sama chciałam – a później, o ironio, czekają mnie dwa miesiące na innym półwyspie. Nie jest to Hel.

Bonita

Weekend upłynął. 
Było słońce. Była sukienka.
Była procesja, 

nader kolorowa, krzykliwa i cudowna („guapa, guapa, GUAAAPAAA!!”). Było wino i karczochy w Mercado San Anton. Była rozpusta do mdłości w restauracji, która specjalizuje się w kuchni molekularnej i przy tym serwuje dania wyglądające jak coś innego niż są, wytrwale nie zdradzając gościom składników („na deser będzie spaghetti z klopsikami, tylko że to nie spaghetti i nie ma w tym żadnego klopsika”). Była kolacja po sąsiedzku – kiedyś, liczę na to, dożyję dnia, gdy i w moim grajdołku będę miała przynajmniej parę porządnych knajp w odległości 5 minut spacerkiem od kwatery głównej. I tak jest lepiej niż było, coraz gęściej, więc nie narzekam, tutaj wszakże mamy do czynienia z klęską urodzaju, bo bar na barze barem poganiany. Nauczyłam się korzystać z tej aplikacji do rezerwowania stolików – brawo Jasiu! – i odkryłam tym sposobem ziemie obiecane, czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami.
No, zatem po sąsiedzku serwowano wyśmienitego dorsza. Och, jaki on był pyszny. Na zakończenie wieczerzy poprosiłam wszakże o żynstonykem i jakież było moje zdumienie, gdy do mojego stoliczka podszedł barman ze szklanką lodu i butlą ginu, i rzekł:
– Powiedz, kiedy dość.

Ten kraj to jest jakaś zgroza.

I jakoś dzięki temu wszystkiemu znoszę perspektywę nerwowego spotkania (wspominałam ostatnio, że nie znoszę publicznych wystąpień?… i mówienia podczas nich o sprawach, na których umiarkowanie się znam? Staram się, jak zwykle, pamiętać, że Kevin Spacey, od którego jestem oddalona o raptem jedną osobę, rozjechałby słuchaczy walcem, ale nie mógł mnie zastąpić), tęsknoty, rozczarowania gatunkiem ludzkim – nie mam cierpliwości do podwójnych standardów i postępowania dokładnie odwrotnie, niż innym się doradza, no nie mam. Cóż. Jeszcze nie ignoruję, ale jestem na dobrej drodze. 

Club Tropicana

Jadę na lotnisko przez poranną szarość. Wielkanocny poniedziałek, szczęśliwe rodziny jeszcze w łóżkach, a ja targam te moje toboły do taksówki. Zimno, pada coś z nieba. W innej sytuacji nic i nikt nie wyciągnąłby mnie z pościeli, ale Madryt oczekuje. Staram się pamiętać, że jadę do pracy.

Siedzę nad cienką kawą i spoglądam na moją kartę pokładową. Rząd drugi. Toż to klasa biznes. Na stare lata dostałam upgrade. Doskonale. Będę mogła bezkarnie wypić wino na wielkanocne śniadanie i co mi zrobicie.

Trzy godziny później ponownie mijam Pireneje, w dzieciackim podekscytowaniu przyklejam nos do zimnej szyby – Hiszpania jest bardzo piękna z góry – a gdy poszarpany, surowy górski krajobraz ustępuje miejsca winnicom i sadom, cieszę się jeszcze bardziej, bo już zaraz będzie lotnisko, a z lotniska droga niedaleka do miasta.
Taksówkarz pędzi jak szalony szerokimi alejami, otworzywszy okna, zatem podmuchy wiatru prawie wywiewają mi soczewki z oczu, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. W hotelu rzucam walizkę, biorę prysznic, przebieram się w luźne gacie, koszulkę, balerinki; wtykam słuchawki w uszy i ruszam pełną samochodów, biegaczy, deskorolkarzy i kwitnących kasztanowców Castellaną w kierunku Gran Via. Parę godzin później siedzę na stopniach Mercado de San Miguel i wyżeram owoce z mojego prawie opróżnionego kubka sangrii.

Przywykam do trzy- i czterodaniowych kolacji (moje dżinsy niekoniecznie, ale najwyżej kupi się nowe). Do café cortado, luzu, uśmiechów, tego, że słońce tu leniwie wstaje – ptaki zaczynają śpiewać jakoś w pobliżu siódmej – ale też późno zachodzi, a błękit nieba powala. Jeden wielki niebiesk całymi dniami. O, taki.

Nie wierzę, że ktoś w tym cudownym mieście mógłby czuć się źle. Pewnie znajdą się tacy, którzy nie lubią Madrytu. Koniec końców to tylko miasto. Ale ja jestem zakochana, wszystkie moje psie smutki poszły w cholerę i nawet katar nie przeszkadza mi ekscytować się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Które, nawiasem mówiąc, są tu niestety obłędne. Jako i oczy lokalsów. 

Ms Holly Golightly, travelling

Ojciec odwiózł mnie dziś do Krakatau, żebym rano ze spokojem mogła udać się w drogę. Przez całe popołudnie udawałam wyluzowaną i zadowoloną z życia, ale prawda taka, że już od paru godzin żołądek mi się wywraca, jedzenie uważam za zbędną czynność i myślę tylko o tym, jak sobie poradzę. Madrytu się nie boję, na niego to się cieszę jak przed randką, ale gdy za kilka tygodni wrócę zeń wieczorem, następnego dnia około południa wyruszę na urlop, po powrocie z którego – o ile nic się nie zmieni – właściwie od razu (bo po dwóch nocach w ojczyźnie) polecę dalej na kolejny miesiąc. Świetnie. Dodać trzeba, ze z początkiem roku, nieświadoma tego, jak to wszystko będzie wyglądało, zaplanowałam sobie parę teatralnych weekendów i cholera, trzeba będzie jakoś je w to Grand Tour powciskać. Toteż dla przykładu, miast przyszły weekend spędzać na podziwianiu Guerniki (ale już widziałam), bladym świtem będę ponownie telepać się w kierunku Aeropuerto Madrid-Barajas. W niedzielę rano wrócę i zapewne padnę bez życia na hotelowe łóżko, w poniedziałek zamierzam grzecznie siedzieć w biurze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ten sam program zostanie powtórzony tydzień później. Szaleństwo i masakra piłą mechaniczną.
Mniejsza.
Wróćmy do ojca.
Ojciec po dzisiejszej wizycie nie ma najlepszego zdania o mojej inteligencji. Śmiem podejrzewać, że nigdy nie miał, ale teraz to już chyba całkiem się załamał.
– Wiesz co, ojciec, to moje nowe żelazko, to ono chyba jest zepsute. Albo przedłużacz, nie wiem.
– A co się dzieje?
– No nie działa.
– Jak to nie działa?
– No popatrz, wkładam wtyczkę do kontaktu, a żelazko nic.
– A włączyłaś je?
– … Hmmm?
– Tu jest taki guzik „POWER”.
– Och.
Kwadrans później.
– Ta samowłączająca się lampka też mi nie działa. Nie zapala się. Ale może żarówka się przepaliła…
– W ogóle nie działa?
– No, programator robi „pstryk”, ale lampka się nie zapala.
– OCZYWIŚCIE, ŻE SIĘ NIE ZAPALA! NIE JEST PODŁĄCZONA DO PRĄDU!!
– Och.

Lubię myśleć, że zostałam stworzona do wyższych celów, ale czasami podejrzewam, że ze mnie to naprawdę rasowy nieogar jest. Tępa dzida, która jakoś się prześlizguje przez życie, bo ma szczęście. Mogę być dobra w swojej robocie, świetna w życiu towarzyskim i kulturalnym, ale z taką zwykłą rzeczywistością, bądźmy szczerzy, nie radzę sobie zupełnie. Ojciec twierdzi, że odziedziczyłam duszę artysty-lekkoducha po jego mamie, której niestety nigdy nie poznałam. Moja babcia Karolina latała samolotem, a w szkole, w której uczyła po wojnie, założyła kółko teatralne. Zmarła na długo przed tym, nim przyszłam na świat. Szkoda, bo mam wrażenie, że miałybyśmy sobie bardzo dużo do powiedzenia – ale może w pewien pokrętny sposób kontynuuję rodzinną tradycję i może dlatego tata nigdy nie złości się na moje nieprzystosowanie do codzienności przy jednoczesnym umiłowaniu spraw niecodziennych.
Tak czy inaczej.
Lampka działa. Żelazko działa. Walizka się domyka i żywię pobożną nadzieję, że zdąży jutro przesiąść się w Warszawie, jako i ja. Zapakowałam wszystkie małe czarne, szwajcarski scyzoryk (matka zasugerowała, żeby zabrać… widzicie, jaka ta moja rodzina? a mam bardzo ładny Victorinox, różowy), parę krótkich spodenek na wszelki wypadek, nie mogę znaleźć eyelinera, ale trudno, najwyżej będę prezentować naturalną słowiańską pyzatą urodę bez podkreślonych zmysłowo oczu.
Najważniejsze, żeby dotrzeć na miejsce. Potem najwyżej będziemy improwizować. I chyba trzeba opatrzności zaufać od czasu do czasu – skoro ona nas wmiksowuje w takie wariackie plany, to znaczy, że wie, jak to wszystko pochytać. Jak mawiał mój nieoceniony instruktor paralotniarstwa: nie przeszkadzać, nie psuć bardziej, samo poleci.

All doors in flight

Wróciłam na chwilę, ale za dni parę kieruję się ponownie na Półwysep Iberyjski, gdzie będę jeść, jeść oraz jeść, a w przerwach ewentualnie pracować. Życie takie ciężkie.

Tak sobie właśnie dziś myślałam, frunąc do domu nad słoneczną Europą, że nie jest źle. Naprawdę nie jest źle. Mam świetną pracę (przypomnijcie mi to przed kolejnym nerwowym spotkaniem), rzucają mnie w różne miejsca świata, spędzam wieczory na testowaniu kulinarnych rarytasów, pan i władca ciągle odbiera moje telefony (bądźmy szczerzy, leży to w jego najlepszym interesie, inaczej nie będzie dostawy wina i słodyczy). Obleci. Byłabym niemożliwie durna, gdybym narzekała – choć oczywiście nie zawsze jest rozkosznie. Za wszystko trzeba zapłacić. Ja płacę, jak wspominałam, samotnością, choć tym razem jest o tyle lepiej, że zespół, z którym teraz pracuję, jest cudowny. Chadzamy wieczorami na zbyt długie kolacje i ogólnie świetnie się bawimy, ale kto nie bawiłby się świetnie w tym mieście?
Wczoraj po pracy polazłam do Mercado de San Miguel – miejsca, które pamiętam z mojej pierwszej wizyty w Madrycie i które jest piekłem i niebem zarazem dla każdego człowieka ceniącego rozkosze podniebienia (jak i cały Madryt zresztą). Macie tam tapas ze wszystkim, co Bozia stworzyła, oraz sangrię w szklankach. Jest to miejsce, w którym można spędzić caluchny wieczór, wpychając w siebie kolejne przekąski mimo mdłości z przejedzenia. A za oknami wytrwale bezchmurne madryckie niebo, gęstwina uliczek i szerokie, ukwiecone aleje, po których samochody pędzą odrobinę zbyt szybko (mój kolega nieco się zestresował, gdy wieczorem wracaliśmy z knajpy taksówką do hotelu, bo zauważył 80 km/h na liczniku w centrum miasta), zapach świeżo parzonej kawy na każdym rogu, olśniewająco przystojni mężczyźni. Ratusz z wywieszonym napisem REFUGEES WELCOME. W Paryżu jakoś nie potrafiłam się odnaleźć, w Madrycie natychmiast poczułam się dobrze. Jedna z jego dzielnic – taka wiecie, cool – nazywa się Malasaña, co mnie zawsze bawiło trochę, bo malasana to też nazwa pozycji w jodze i w dokładnie taki sam stan umysłu jedno i drugie was wprawia. Madryt jest zrelaksowany, w Madrycie ludzie się uśmiechają. Jest ogromny, ale nie przytłaczający. Nie wiem, czy to przez słońce, czy wino, czy przez to, że wszystkich całymi dniami mdli z przejedzenia, ale Madryt jest bardzo wyluzowany. I zaraża tym. Któregoś wieczora w naszym hotelu wysiadła elektryczność. Normalnie by człowiek pomstował. Co zrobiła ekipa? Umówiła się natychmiast przy recepcji i poszła do knajpy za rogiem. Fenomenalnej zresztą. Jeśli w menu stoi zagadkowa pozycja pt. „słoik z ziemniakiem, jajkiem i truflą”, istotnie dostajecie słoik z ziemniaczanym puree, jajkiem na miękko i płatkami trufli do samodzielnego wymieszania (gdyby słowo „trufla” kojarzyło się wam ze słowem „drogie”, to nic z tych rzeczy, nie tutaj) i płaczecie ze szczęścia, a jeszcze deser, mus z gorzkiej czekolady podany w sporej misce, omatkobosko… i szef kuchni wygląda tak… Taki ten Madryt jest. Zgroza.

Ale poza tym, proszę ja was, to chyba się starzeję. I już nawet nie dlatego, że ostatnio ze zgrozą liczyłam siwe włosy w grzywce. Ja się po prostu staję socjopatą jakimś. Im jestem starsza, tym bardziej nie lubię ludzi. Coraz bardziej mnie męczą. A dziś na ten przykład, po raz pierwszy w życiu zwróciłam kobicie tarasującej przejście przez długie minuty, bo przecież trzeba przedyskutować z mężem, kto będzie siedział przy oknie, upychać pedantycznie wszystkie swoje liczne klamoty w schowku i poprawiać włosy – AAAARGHH! Wstałam o piątej i mam krótką przesiadkę, babo! I PMS takowoż! Chcę usiąść na moim siedzeniu, dostać moją nieśmiertelną bułę z tartą marchewką i polecieć do domu! Nie wytrzymałam wreszcie i poprosiłam kobitę, żeby choć nieco się przesunęła. Rzuciła mi Spojrzenie, ale ku uldze mojej i całej kolejki za mną łaskawie zabrała swą osobę z przejścia.
Nie znoszę tego. Całym swoim człowiekiem nie znoszę, gdy ktoś kompletnie nie zwraca uwagi na istnienie innych ludzi w jego przestrzeni. Zwłaszcza w podróży tego nie lubię. Nie lubię stania po obu stronach ruchomych schodów, nie lubię, gdy kto się snuje, jakby miał ciśnienie 50/30 i w taki sposób, że nie można go wyminąć, nie lubię zajmowania cudzych miejsc. Jeszcze parę takich by się znalazło. Powiedzcie mi proszę, że nie jestem w tym nielubieniu osamotniona i nie zmieniam się w zrzędliwą starą babę.
Niestety dotyczy to nie tylko przypadkowych maruderów spotkanych w drodze.
Coraz częściej z pewnych relacji się wyłączam. Nie chce mi się żebrać o kontakt. Sama popełniłam parę okropnych błędów w relacjach międzyludzkich, przyznaję, ale nie mam już siły na pytanie po raz wtóry, czy ten i ów ma chwilę w weekend. Nie ma? Trudno.

The rain in Spain falls mostly on the plain 

Uszanowanie. 

Doleciałam bez przygód, moja walizka zdążyła się przesiąść, udało mi się podczas przerwy w podróży kupić bilet na Hamleta (nerwy były, bo system się wywalił), Pireneje w dole prezentowały się wyjątkowo fotogenicznie, a później krajobraz w dole nabrał ładnych kolorków. 


Tym samym dotarłam do kolejnego z moich tymczasowych domów w nastroju bardzo dobrym. 
Po 48 godzinach w pięknym mieście Madryt z przyjemnością zawiadamiam, że jestem zachwycona – i ze smutkiem, że czuję, jak tyję. Oni tu są absolutnie niepoważni, jeśli chodzi o rozmiar porcji, a że jedzenie jest wszędzie… Cóż. Wczoraj zamówiłam sobie sałatkę na przystawkę i nie mogłam jej skończyć. Mój kolega ze smutkiem poddał się po zjedzeniu połowy własnego obiadu. Jutro idziemy na służbowy obiad – tutejsza szefowa postanowiła, że każdego tygodnia będziemy jeść w innej dzielnicy, to przy okazji miasto poznamy – i mdli mnie na samą myśl. Napisałam do pana i władcy, że wrócę gruba, to się ucieszył, że będzie więcej do… nieważne, to zboczuch stary przecież. Swoją drogą, w knajpie obok biura pracuje chłopak tak niepokojąco do niego podobny, że mam nadzieję, iż nie zestresowałam go moim psychopatycznym gapieniem się wczoraj. W każdym razie to kolejne z moich ważkich spostrzeżeń – mężczyźni tutaj są raczej urodziwi, a co ważniejsze, uśmiechnięci. No, ale czemu mieliby się nie uśmiechać – słońce im świeci, wino mają tanie, tapas na każdym winklu… Można to jakoś znieść. 

Tonta de remate

Wracam otóż w miniony poniedziałek do biura, otwieram skrzynkę pocztową, a tam szaleństwo, fumy i wapory, wszystko na wczoraj, bilety rezerwuj natychmiast, bo najpóźniej za tydzień musisz tu być.
Każą, to robię, co nie.
Całkiem dobrze to wygląda, muszę przyznać. Miejsce przyjemne. Ludzie fajni. Pierwsze zaproszenie na spotkanie, jakie dostałam, nosi tytuł: „Cotygodniowa kolacja i drinki”, co oznacza, że szefująca temu projektowi ma właściwie poustawiane priorytety. Zresztą znamy się nie od dziś, wobec czego spodziewam się, że pójdzie lepiej niż ze zmorą, daj jej Boże opry… zdrowie.

Nie pierwszy to raz i raczej nie ostatni, ale skłoniło mnie to wszystko do refleksji.
Nie mam potrzeby, nigdy nie miałam, jakiegoś szczególnie silnego ukorzenienia, dlatego też wybrałam taką pracę, jaką obecnie mam. Lubię ten mój grajdołek, doceniam jego uroki, niemniej niewiele mnie w nim trzyma – moja kwatera główna, pan i władca, trochę znajomych, ale już coraz mniej, Bogiem a prawdą. Z drugiej strony mam coraz więcej fumfli w innych punktach świata, widywanych rzadko, za to intensywnie. Za własnym łóżkiem nie tęsknię i zawsze – z większym lub mniejszym powodzeniem – staram się oswoić miejsca, w które trafiam. Odkrywam.
Ale jest jeden duży minus i minusem tym jest samotność. Ja sobie z nią ogólnie dość dobrze radzę jako ktoś, kto nie potrzebuje do szczęścia ciągłego towarzystwa innych ludzi (uuu, wprost przeciwnie). Dotychczas nie miałam z nią problemu. Toteż jakże się zdziwiłam, kiedy mnie po raz pierwszy uderzyła. Jakaś taka dziwaczna tęsknota cholera wie za czym, jakieś takie psie smutki, jakieś „mam wolne, ale nigdzie nie pójdę, zostanę w łóżku”. Nie bardzo wiedziałam, co z nią zrobić. I szczerze pisząc, trochę się jej obawiam, chociaż po całym ubiegłym roku już wiem, co trzeba robić w sytuacji, gdy człowiek ma ochotę siedzieć w kąciku i użalać się nad sobą, bo taki biedny sam daleko od domu (w którym nie może usiedzieć zbyt długo, jak na ironię). Trzeba wbrew sobie podnieść dupę i wyprowadzić ją za drzwi, pójść na porządny obiad, na fikuśnego drinka albo sprawdzić w internecie opcje wycieczek za miasto, kupić bilet i pojechać.
Niemniej przez te rozmyślania o tym, że znowu ja nieszczęsna, jak ten palec sama, koleżanki dzieci rodzą i domy pod miastem budują, a ja na walizkach, też mi się zachciało, co jeśli mama źle się poczuje, gdy mnie akurat nie będzie i tak dalej – wpędziłam się w dość podły nastrój.
W tymże podłym nastroju siedzę dziś w robocie i ciupię sobie coś tam skwapliwie, gdy wtem słyszę nieśmiałe bzz, bzz. Zerkam na telefon. Luxemburger!
– Cześć, wszystko dobrze?
Ja bardzo proszę, niech mi ktoś wyjaśni, skąd oni wiedzą, kiedy są potrzebni. O kobiecej intuicji tyle się mówi, a tymczasem to mężczyźni zachowują się niekiedy w taki sposób, że można zacząć podejrzewać, iż założyli wam kamery i podsłuch w domu. (W sumie to on przez parę godzin przebywał w moim mieszkaniu sam. I jest inżynierem. Rany boskie).
Odpowiadam.
– Jedziesz do Madrytu? Wspaniale! Złapiesz trochę słońca. Sklepy fajne. Wydałbym tam całą pensję.
Wiem, stary. Cienia wątpliwości nie mam. Byłam z tobą na zakupach. Żywo pamiętam mój szok po zobaczeniu kilkudziesięciu par ułożonych podług koloru spodni w twojej szafie. Ale – sama przecież przywiozłam z Madrytu właśnie mój ukochany płaszcz, więc wiem, że drogi kolega ma rację.
– Znajdziesz sobie jakieś przystojne lokalne towarzystwo… – kontynuuje człowiek z Beneluksu.
– Czy twoim zdaniem naprawdę wszystkie życiowe problemy rozwiązuje seks?… Nie odpowiadaj.
– A nie jest tak?
Gdyby się zastanowić…

Chciałabym powiedzieć, że mój ukochany i bezcenny płaszcz wraca do domu, ale wiosna to nie jego pora roku. Cóż, może nabędę nowy?

Breathe normally and think positive

Wróciłam.
Zdecydowanie nie należą do moich ulubionych takie wyjazdy, gdy ogląda się inne miasto tylko przez szybę taksówki, okna w hotelu i okna w biurze. Wraca człowiek do domu kompletnie ogłupiały. Dlatego nie będziemy opowiadać o wyjeździe samym w sobie. Opowiemy o drodze, bo ta nierzadko jest… hm, nie tyle bardziej interesująca może, bo to niekoniecznie, ale więcej można zaobserwować i odczuć na własnej skórze również.

Z różnymi ludźmi zdarza mi się podróżować, ale dawno nikt nie przetestował mojej cierpliwości tak, jak siedząca za mną współpasażerka, która śpiewała dziecku piosenkę.
Pomysł sam w sobie może nie taki zły.
Ale pani śpiewała tę samą piosenkę w kółko przez dwie godziny.
Znała tylko jedną zwrotkę.

Zwykle mam przy sobie słuchawki, ale tym razem ich nie zabrałam, to i pokornie przez dwie godziny słuchałam wyśpiewywanej w kółko tej samej zwrotki tej samej piosenki. Cztery wersy. W kółko, rozumiecie. Dwie godziny.
Jeśli w najbliższym czasie usłyszę to ponownie, rzucę się na wykonawcę z pięściami. Choćby to był sam Kurt Elling. No dobrze, na niego nie.

Jakby tego było mało, w drugim samolocie towarzystwa dotrzymywała mi wesoła wycieczka, bardzo już wesoła i ani im w głowie było przestać się weselić, bo natychmiast po zajęciu miejsc wyciągnęli napitki, przezornie już zmieszane dla zmylenia przeciwnika. Toteż od razu im się siusiu zachciało. Następnie jęli toczyć żarliwą dyskusję pomiędzy rzędami, w których byli rozlokowani. Klasyka gatunku. Najpierw wspominali, jak to byli na koncercie zespołu będącego w latach 90. na topie („a ja z nimi rozmawiałem nawet – mieliśmy KONWERSACJĘ, rozumiesz – i powiem ci, że to tacy normalni ludzie są”; urzekające, ale nie na tyle, żeby taką bolesną kalkę językową zapodawać). Potem nastąpiło komplementowanie seksownych nóżek stewardesy. A wreszcie rozpoczęła się całkiem poważna konw… rozmowa o szwagrze jednego z panów. Cały samolot się dowiedział, co szwagier ma za uszami i dlaczego Staszek (współpasażer, do którego kierowane były żale na szwagra) nie powinien nikomu o tym mówić. Jasne. Full dyskrecja.
Wiecie co, ja bardzo lubię latać, ale tym bardziej, im mniej ludzi wchodzi na pokład. Ponieważ jednak na własnego embraera nigdy nie będzie mnie stać, to pogodnie biorę, co dają. Marzy mi się tylko, by niektórzy pamiętali o tym, że machina, którą oni lecą, to też ich prywatny embraer nie jest. Skoro już siedzimy w tym razem, to siedźmy tak, żeby wszyscy byli w miarę zadowoleni. Bo może ktoś obok jest w podróży dwudziestą godzinę i ma ochotę podciąć sobie żyły suchą bułką. Może bardzo wcześnie wstał i by się zdrzemnął. Może chciałby poczytać w spokoju. Może przeraźliwie się śpieszy, więc nie doceni blokowania mu przejścia.
Speaking of which.
Pobiłam dziś, proszę państwa, osobisty rekord na setkę oraz ryzyko zawału serca zdecydowanie u mnie wzrosło.
Mamy u naszych sympatycznych sąsiadów takie lotnisko, Berlin Tegel się nazywa. Weźcie sobie do serca moją radę i unikajcie za wszelką cenę. Zwłaszcza jeśli się przesiadacie. Może bowiem okazać się, że drugi samolot czeka na was pod innym terminalem. A do terminalu owego musicie dotrzeć per pedes, przechodząc po drodze jeszcze raz kontrolę (fajnie, co?). Co jest szczególnie ucieszne, gdy na przesiadkę macie 45 minut – niby zrabialne, choć z lekkim nerwem… – po czym okazuje się, że a) pierwszy z waszych lotów tego wieczora startuje opóźniony, b) docieracie na miejsce, podjeżdżacie pod rękaw i absolutnie nic się nie dzieje. Po długiej chwili kapitan mówi, że Passagierbrücke kaputt. No, nie dokładnie to, ale sens mniej więcej taki; nie można wysiąść, bo rękaw i aeroplan nie potrafią się ze sobą połączyć. Plask facepalmów niczym ta fala meksykańska mknie po kabinie.
Tym sposobem z 45 minut zrobiło się 10.
DZIESIĘĆ.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak szybko biegłam. I jakimś cudem, nie wiem jakim, udało mi się przedostać z jednego terminalu do drugiego, rozdziać się i odziać na nowo (ale niestarannie) w punkcie kontroli – zresztą panowie, przyznać trzeba, byli nieco pobłażliwi dla pasażerki, która ledwo łapała oddech – i dotrzeć pod bramkę w chwili, gdy już z megafonów dudniło ostatnie wezwanie. Zdążyłam. Nie polecam.

Oczywiście cały ten stres opatrzność czasami wynagradza widoczkiem ośnieżonej Europy z góry, albo samolotów ustawiających się w kolejce do lądowania, wyglądających w mglistym wieczornym powietrzu jak gwiazdy opadające z gracją na ziemię jedna po drugiej. Albo kimś miłym, kto siedzi obok was. Dobrą kawą na śniadanie w hotelu. Nowym doświadczeniem. Nowymi perypetiami do opisania.

If I am who I am because you are who you are and you are who you are because I am who I am then I am not who I am and you are not who you are

No to wróciłam. Nie żebym była jakoś szczególnie zadowolona z tego faktu, zwłaszcza że mam katar, a jutro wracam do roboty, po dwóch błogich tygodniach.

Był to intensywny weekend, ale bardzo udany, choć jeśli jesteście ciekawi, jak spędziłam sylwestrową noc, śpieszę donieść, iż nie spędziłam jej wcale, ponieważ spałam. I świetnie. Przynajmniej weszłam w Nowy Rok wypoczęta.

Mój romans z miastem, którego nie ma, kwitnie niezmiennie. To nieprawdopodobne. W Paryżu musiałam zmuszać się do wyjścia z bunkra w weekendy, nie chciałam. W Londynie biegam rozpromieniona od rana do wieczora, padając wieczorem ze zmęczenia. Tak, wiem, że jakiś czas temu wynaleziono metro i że ono w tym mieście działa wyjątkowo sprawnie, ale po co, skoro tak miło się po nim chodzi, z rękami w kieszeniach, w rozpiętym płaszczu, bo dość ciepło.
Zaczęłam od wizyty w Sam Wanamaker Playhouse, bo mam taki przymus wewnętrzny, że muszę tam pójść, ilekroć jestem w pobliżu. Uwielbiam to miejsce. Jest małe, przytulne, pachnie rozgrzanym woskiem, człowiek czuje się tam w przyjemny sposób odseparowany od reszty świata. Ma ono jednakowoż jeden minus. Otóż jest pierońsko niewygodne. Jak ktoś kiedyś napisał – przeznaczone dla widzów bardzo szczupłych lub bardzo towarzyskich, którym nie przeszkadza kontakt cielesny z widzem obok. Kręgosłup pogrąża się w rozpaczy. Ale jak się człowiek zaprze, to jakoś te dwie i pół godziny wytrzyma (mój pamiętny rekord to cztery godziny czterdzieści minut – wszyscy wychodzili jacyś tacy przygięci…).
Na ogół warto.
Bardzo to był uroczy spektakl. Nie z gatunku zmieniających życie, niemniej zabawny i chwilami wzruszający, i dostarczający publiczności bardzo przyjemnych wrażeń muzycznych. Bo o Händlu. Händel pisał muzykę, jak wiemy. I sztuka owa opowiada o tym, jak wystawiał Mesjasza w Dublinie. Mamy zatem skrzypków i trąbki, i anielskie głosy, a to wszystko na tej maciupkiej scenie, otoczonej maciupką widownią, w blasku świec. No, rozkosz.
Wyszłam i pobiegłam do National Theatre, z przystankiem w nowym budynku Tate Modern, który jest dość raczej imponujący i oferuje jeszcze bardziej imponujące widoczki z tarasu na dziesiątym piętrze. Shard jak na dłoni. Katedra i tak dalej. Niech was ręka boska broni przed wydawaniem pieniędzy na niedalekie London Eye.
W National Theatre niezmiennie się gubię (byłam tym razem dwukrotnie i pomyliłam piętra w oba dni), ale doceniam fakt, że można tam zjeść, wypić, internet mają i księgarnię dobrą. No i, koniec końców, wystawiają dobre przedstawienia. W piątek oczekiwał mnie Mark Strong, zupełnie do siebie niepodobny, bo z włosami. I kryminał – co prawda w pewnym momencie jęłam przeczuwać, jak się skończy, to znaczy kto zginie (i zgadłam), ale oglądało się to arcydobrze. Dość emocjonujące. Bardzo efektowne wizualnie, trochę jakby oglądało się film z lat 60.

A potem przyszedł piątek. Intensywny dość. Gęsta mgła wcale mi nie przeszkodziła podreptać pieszo z Hyde Parku do Barbican Centre, na wystawę, a stamtąd do King’s Cross Theatre, w którym być musiałam, bo Lazarus. Wiecie, dla mnie Bowie to bóg, którego odkryłam na dobrą sprawę jako dorosła już kobieta – długo się doń przekonywałam. Później się zakochałam. Wiadomość o jego odejściu złamała mi serce. Dlatego kiedy dowiedziałam się, że musical, który napisał wspólnie z Endą Walshem, dotrze do Londynu, pomyślałam, że trzeba będzie to zobaczyć. No i zobaczyłam. Mojemu sercu gwałtownie przypomniało się, gdzie boli. Fakt, fabuły w tym za bardzo nie ma, ale i być nie musi. Jest muzyka, i to jest ważne.
(Inna sprawa, iż temperatury w tym teatrze – budynku jednak tymczasowym – urągają godności ludzkiej i człowiek zaczyna tęsknić za ciepłem Szwecji w marcu).
Gdy już łzę otarłam, pomaszerowałam nazad na drugi brzeg Tamizy. Do Old Vic. Zobaczyć Rufusa. I to, bądźmy szczerzy, stało się absolutną wiśnią na torcie mojej wycieczki.
Jak wszyscy wiedzą, niżej podpisana nie ma śmiałości do ludzi. Może i w internetach udaje wygadaną, ale w rzeczywistości nie jest taka. Denerwuje się, nogi jej się uginają, albo nie wie, co powiedzieć, albo dla odmiany palnie coś głupiego. Co więcej, niżej podpisana przez większość swojego życia nie chadzała pod stage door, bo się wstydziła. W ciągu ostatnich paru lat nieco się jednakże pozmieniało w tej sprawie i mogę powiedzieć, że nawet pewną wprawę zdobyłam, choć nadal łatwo nie jest. Nadal miewam nadzieję, iż chodnik się pode mną rozstąpi, nim nadejdzie moja kolej. Nie mam pojęcia, czemu mi się taki stresior uruchamia, albowiem doświadczenia podpowiadają, że ci ludzie są przeważnie mili, normalni do bólu i mają ego w przyzwoicie skromnym rozmiarze. Tak czy inaczej, przez cały wieczór zastanawiałam się, jak zagaić. I czy w ogóle, bo może po prostu zwiać po spektaklu. Ale jakoś tak wyszło, że ani szczególnej kolejki nie było (raptem parę osób – a sądziłam, że będzie gęsto od rozemocjonowanych fanek lorda M), ani też czekać nie trzeba było długo, i zanim autorka się zorientowała, stała przed – przyznać trzeba – oszałamiająco w istocie przystojnym obliczem pewnego sympatycznego i bezpośredniego dżentelmena. No i co teraz, i co teraz. Grzecznie byłoby powiedzieć cokolwiek, poza „eee… chciałam tylko powiedzieć, że, eee..”. Tylko o czym? Dobrze byłoby mieć jakiś temat, jakiś punkt zaczepienia…
Bohater grany przez Rufusa w tej sztuce kupuje obrazek. Uściślając, wywala sto tysięcy euro na białe linie na białym tle, co w rezultacie sprawia, że jego wieloletnie przyjaźnie drżą w posadach.
I wtem autorkę olśniło. No przecież!

Wracałam do hotelu – pieszo, nie miejcie złudzeń – przez zamglony Londyn bardzo z siebie zadowolona.

Qui pourrait fumer la pipe de mon tableau? Personne. Alors ce N’EST PAS UNE PIPE. 

Odliczam godziny.
Jeszcze tylko cztery noce i tyle mnie tu widziano. Najbliższe dni będą ciężkie, bo zmora zapewne będzie sobie na mnie używać, ale jak zwykle w takich sytuacjach staram się pamiętać, że jestem tylko o dwa uściski dłoni od Kevina Spaceya, który by kobitę usadził samym spojrzeniem (to nie pomaga jakoś bardzo, ale pomaga zobaczyć sprawy we właściwym kontekście). Że poza kobitą mam przyjemne i interesujące życie, osobliwych znajomych, bywam w ciekawych miejscach.
Na przykład w weekend byłam w muzeum. A nawet dwóch.

Bo w Pompidou Magritte (dziękuję za polecenie!), a w imponującej Mennicy Paryskiej Cattelan – ten sam, który onegdaj wielki skandal wywołał rzeźbą papieża przygniecionego przez meteoryt. Rzeźba zresztą na tej wystawie jest. Przy czym nie robi największego wrażenia. Sierść na plecach jeży raczej inna rzeźba, klęczącego tyłem do was, modlącego się chłopca w mundurku. Podchodzicie bliżej i coś wam w tym obrazku nie pasuje. Obchodzicie chłopczyka i odkrywacie, że on ma podejrzanie znaną twarz.
Z przodu bowiem to po prostu Hitler.
Ciekawe, bardzo ciekawe.

Z Mennicy krokiem niezbyt szybkim, z przerwą na kawę i przekąskę w ogródku, poszłam do Centrum Pompidou. Miejsce znane, wiadomo, bebechy na wierzchu. Magritte również znany. To i ludzi jak mrówków. Dobrze, że autorka w nieczęstym przypływie pomyślunku kupiła sobie bilecik z wyprzedzeniem, inaczej byłoby trochę stania.
Podobało mi się. Niesamowita perfekcja i czarująca ironia – ot, artysta malujący ptaka i spoglądający przy tym na jajko. Artysta malujący swoją modelkę. Nie, nie portret modelki, modelkę. Słynna fajka, która nie jest fajką. Cwane złudzenia optyczne, zabawianie się światłem. Oczywiście we właściwym sobie stylu zawiesiłam się na chwilę przed jednym z obrazów, przedstawiającym, niespodzianka, kobietę rzucającą cień ptaka.
Uch, chciałabym mieć.
Ktoś ma, bo to własność prywatna. Poza tym jest to pewnie warte parę nieruchomości, więc pozostanę przy tych bazgrołach, na które mnie stać. Ale kupiłam sobie katalog i oglądam go z zapałem trzeci wieczór. Widzicie. Kiedyś to człowiek w weekendy na imprezy chodził. Prowadził się źle. A teraz chodzi na wystawy, by następnie studiować katalogi. Żałosne.
(Na swoją obronę dodam, że dwa tygodnie temu, podczas wycieczki do germańskich oprawców, wyrobiłam normę spożycia Long Island Ice Tea na pewien czas, na długi czas).

Żeby się nie przekulturalizować, odwiedziłam ponownie jarmark świąteczny – tak niby przypadkiem, po drodze z miasta do kwaterki. Trzeba dbać o równowagę.
Spróbuję coś jeszcze sobie wcisnąć w trzy najbliższe wieczory. Łatwo nie będzie, ale może jakoś się uda.

Chreschtmaart

Płaci człowiek za to cholerne TGV kwoty szokujące, a oni nawet wifi nie mają na pokładzie.
Luxemburger z uporem twierdził, że coś niedobrze szukam, albo mam taryfę dla cudzoziemców, bo on widzi bilety po 75 euro. Przyjrzałam się screenshotom, które mi wysyłał, po czym poinformowałam go z pewną satysfakcją, że to, przy czym tak się upiera, to cena biletu w jedną stronę. No, ale dobrze. Zabrałam się za organizację wycieczki. I jakże mnie szlag trafił.
Francuzi, widzicie, nie upierają się przy tym, by ich strony internetowe miały wersje obcojęzyczne, lub by te wersje działały. Ja co prawda znam francuski w stopniu takim raczej „uśmiechaj się i potakuj”, ale z drugiej strony kupno biletu to żaden szczególny znój, więc wzięłam, wybrałam daty, godziny, wstukałam swoje dane i numer karty, zagapiłam się ufnie na obracające się kółeczko, po czym dup, kółeczko się namyśliło. Transakcja odrzucona. No bywa. Autorka westchnęła, ponowiła cały proces, po czym zobaczyła ten sam komunikat, tylko dłuższy, bo dodatkowo z informacją, że kolejną próbę dokonania transakcji tą samą kartą umożliwią mi za 24 godziny. W tej samej chwili mój troskliwy bank wysłał mi SMS, że ze względu na próbę dokonania podejrzanej transakcji karta została zablokowana.
I tak oto moje tymczasowe paryskie ściany wysłuchały żarliwej litanii przekleństw w języku polskim, doświadczyły całego bogactwa polszczyzny w tej sferze, kolejom francuskim serdecznie życzyłam, by je strzeliło blade wiadomo co. Kartę szczęśliwie dało się prosto odblokować, ale jak kupić bilet na kolejny dzień, jeśli nie można jej użyć?
Jak to dobrze, że mamy XXI wiek i różne zmyślne aplikacje na telefon, pozwalające kupować bilety kolejowe w całej Europie.
Ale i tak musiałam je sobie w maszynie na dworcu wydrukować. I nie, nie wszystkie maszyny drukują. Tylko żółte.
Mówię wam, ten kraj mnie wykończy.
Ale, ale. Jak to się stało, że w piątek wieczorem, zamiast czerpać przyjemność z paryskiego życia nocnego, wsiadłam w pociąg i udałam się do miejsca, w którym podobno jakieś życie nocne kiedyś ktoś widział. Bo mnie Luxemburger namawiał, żebym przyjechała do niego na wieś i prawdę pisząc, był to pomysł znakomity. Wieczorem wsiadłam w pociąg na Gare de l’Est, a dwie i pół godziny później wysiadłam na dworcu w Luksemburgu. Idź w lewo, czekam na parkingu, czytam w wiadomości.
Idę. Luxemburgera samochód jest czarny, więc rozpoznanie go po zmroku to i tak niełatwe zadanie, ale gorzej, że żadnego samochodu tam nie ma. Łapię zatem za telefon.
– A tak, pomieszałem kierunki, w prawo!
Idę. No istotnie. Stoi tam jakieś przykurzone i ubłocone czarne autko.
– Jesteś głodna? Chcesz do miasta?
– Trochę. Ale wybacz, miałam długi dzień i wolałabym tylko szybko coś przekąsić…
– Możemy podjechać na jarmark świąteczny. Zjemy coś, napijemy się grzanego wina i pojedziemy do domu.
Wypijamy zatem Glühwein z gustownych ceramicznych bucików, wracamy do samochodu i ruszamy z miasta Luksemburg do kraju Luksemburg – najpierw przez suto oświetlone ulice, potem kręte dróżki wspinające się i opadające wśród lasów. Wreszcie zatrzymujemy się przed domem w środku niczego. Wysiadam. Pachnie owcami, końmi i mokrą trawą. Ciemność choć oko wykol.
Co do tych owiec, to kolega ma problem z jedną, która z upodobaniem przełazi przez dziurę w płocie do jego ogrodu (jeśli można tak nazwać okazałą połać trawy) i kolega regularnie odnosi ją pod pachą do sąsiadów. Chciałabym to zobaczyć.
Szczerze mówiąc, najpierw wolałam, żeby to kolega mnie odwiedził. Z której strony by patrzeć, Paryż oferuje jednak więcej atrakcji niż jego ojczyzna. Ale gdy w pociągu z głośników obok zapowiedzi po francusku popłynęły takie w charkotliwym i twardym języku, co wyraźnie znaczyło, że przekroczyłam granicę Wielkiego Księstwa, ucieszyłam się. W zestawieniu ze stolicą Francji Luksemburg jest relaksująco spokojny, cichy, sterylnie niemal czysty i jasny. Mówię o mieście. Prowincja to już w ogóle kosmos. Gdybym chciała, żeby nikt mnie nie znalazł, tam bym się zaszyła.

Tak czy inaczej, rzucam tobołek w twierdzy Luxemburgera. Równie sterylnej, co całe państwo. Większość mebli samodzielnie wyheblowana. Zanim zezwolono mi na wizytę w łazience, musiałam zobaczyć pracownię, z oświetleniem tak mocnym, że chyba zżera większość prądu we wsi, oraz wszystkie lampy, stoły i komody, z których ziomal kokieteryjnie nie jest do końca zadowolony, ale zachwyty przyjmował z wyraźną uciechą.
Jest jednak coś, co napełnia go dumą bezbrzeżną.
– Coś ci pokażę – ciągnie mnie przed jakieś pudełko migające światełkami. – Ponad rok nad tym pracowałem, jeszcze nie jest gotowe.
– Co to?
– To jest, moja kochana, mózg mojego domu.
Cwaniak zaprojektował sobie i zbudował coś, dzięki czemu przez telefon zarządza oświetleniem, ogrzewaniem, praniem i muzyką w swojej kwaterze głównej (zaśmiałam się głupio, gdy mi powiedział, że jeśli mam Spotify, to mogę sobie puszczać muzykę w kąpieli, bo za lustrem są głośniki…). Tak, takie systemy można kupić – ale on to sobie sam obmyślił i skonstruował. Tacy jak wy i ja używają budzika rano. Kolegę budzi jego dom, z wolna podnosząc żaluzje i włączając muzykę. W weekend jednakże procedura budzenia lokatorów zostaje zawieszona. Dowiedziałam się o tym, ocknąwszy się w sobotę w ciemnej i cichej sypialni, jakoś podejrzanie wyspana.
– Która godzina? – mamroczę.
– Dwunasta.
– Która?!
– Jeśli masz ochotę, możesz spać dalej.
Nie chciałam. Druh usadził mnie zatem na kanapie, włączył mi – telefonem, oczywiście – film, a sam poszedł do kuchni gotować lunch.

Po zmierzchu wybraliśmy się na wycieczkę do kraju ościennego, to jest do Niemiec. Państwo pozwolą, że cel wycieczki pominę. Nadal nie wierzę, że dałam się na to namówić. Jedno powiem – z moim drogim kolegą nie sposób się nudzić. W odróżnieniu od wielu znanych mi ludzi Luxemburger nie musi silić się na ekscentryczność. On po prostu taki jest. Gdy mu się zaufa – a godny zaufania raczej jest, bo mimo, a może właściwie dzięki swojej swobodzie obyczajowej jest człowiekiem bardzo odpowiedzialnym i szczerym, mającym wielkie poszanowanie dla cudzych granic – otwierają się przed wami niesamowite przygody. Poza tym może i sprawia wrażenie szorstkiego w obejściu łobuza z niemiłosiernie ciętym jęzorem, ale pod sarkazmem i surowością (co chcecie, belfer w końcu) kryje się osobnik bardzo życzliwy i troskliwy, dla którego wasz komfort – pod każdym względem, od pełnego żołądka po poczucie bezpieczeństwa – stoi ponad jego własnym.
Długo docieraliśmy do kresu naszej eskapady, bo dwukrotnie się zgubiliśmy – może i Luxemburger zna te swoje leśne zakręty jak własną kieszeń, ale autostrady to inna sprawa. Tym samym piękne miasto Saarbrücken objechaliśmy dookoła, przy wtórze niepokojących komunikatów nawigacji pokrzykującej po niemiecku i lubiącej powtarzać „Achtung!” tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Jak również zgubiliśmy samochód na parkingu w centrum handlowym, do którego wpadliśmy na chwilę celem uzupełnienia mojej garderoby przed wieczorną, nazwijmy to, imprezą. Cóż. Zdarza się najlepszym. Luksbryka znalazła się na trzecim ze sprawdzanych poziomów i nie po tej stronie, co myśleliśmy.

Wracamy. Środek nocy. Wypompowana autorka najchętniej przycięłaby komara, ale nie chce zostawiać kierowcy samego. Wtem Luxemburger cofa i zawraca.
– Co jest? – pytam, gwałtownie wyrwana z letargu.
– Coś mi zaświeciło w rowie. To mógł być lis, ale często samochody wyskakują z tego zakrętu, gdy pada.

To były tylko lisie ślepia, na szczęście.

Całkiem smutno mi było odjeżdżać wczoraj – ale umówiliśmy się, że w przyszłym roku widzimy się tu lub tam, lub gdzieś pośrodku, bo niby czemu nie.
Gdy sobie przypomnę, jak nienawidziłam Luksemburga przez mój pierwszy tydzień tam, nie mogę się nadziwić. Gdy pomyślę, że pół roku temu nie miałam pojęcia o istnieniu gościa, z którym w piątkowy wieczór piłam grzaniec tamże, siedząc na murku, majtając nogami i docinając sobie nawzajem, i który całkowicie niespodziewanie okazał się jednym z Tych Ludzi – swoich, z kategorii osobistych VIP-ów – ech. Jak to nigdy nie wiadomo.