Un cortado y una caña, por favor

Dzień dobry.
Od ostatnich przygód zdążyłam zmienić kraj i nawet pobyć w domu przez 30 godzin. Przyleciałam do Krakatau w piątek wieczorem, w niedzielę o czwartej rano byłam już nazad na lotnisku, o czwartej po południu natomiast opychałam się tapas. Madryt jest niezmiennie piękny, dostojny, ale rozkosznie wyluzowany. Powietrze pachnie rozhulaną wiosną. Jedzenie jest wszędzie wyśmienite i kosztuje grosze (lub nic – są i takie knajpy, w których zawsze dostajecie do piwa talerz tapas, nie są one może zbyt wysublimowane, ale są). Wino toże. Drinki – ostrzegam lojalnie, są mocniejsze niż gdziekolwiek indziej, bo barmani na ogół leją na oko lub po prostu mówią „powiedz, kiedy dość”. W Madrycie każdy smutek można załagodzić za pomocą jamon iberico albo croquetas, albo pimientos. Albo pintxos. Pierwsze lokalne słowa, jakich nauczycie się w Hiszpanii, będą dotyczyły jedzenia.
(Madryt ma również najlepsze sklepy z ciuchami na tym łez padole – zapomnijcie o Londynach i Paryżach, to w Madrycie znajdziecie rzeczy, których cała dzielnica będzie wam zazdrościć, o butach już nawet nie wspominam. Wyjeżdżając z Madrytu, zamyka się walizkę z użyciem siły i licznych wulgaryzmów).

Cieszę się, że tu jestem, bo jestem tu szczęśliwa – co nie jest trudne. Każdy jest szczęśliwy w Madrycie. To miasto, choć ogromne, jakimś cudem nie jest przytłaczające i łatwo poczuć się w nim u siebie. Madryt was obejmuje jak starych przyjaciół. Dość powiedzieć, że w piątkową noc barman, którego widziałam drugi raz w życiu, dał mi buziaka na pożegnanie.
Dodam także, że Madryt skłonił mnie do zjedzenia wątróbki. Ja nie jadam wątróbki, nienawidzę. Tymczasem wczoraj w Mercado San Anton nie tylko z własnej woli ją zamówiłam, ale też pożarłam z takim zachwytem, że prawie się popłakałam – była tak zachwycająco delikatna, mięciuchna i chrupiąca zarazem, i tak niewątróbkowa. Tak. Madryt potrafi.

Żeby wszakże nie było tak słodko… Chciałabym powiedzieć, że wydarzenia minionego tygodnia to już zamknięty rozdział, ale niestety zgodnie z okrutnym mechanizmem mojej przypadłości teraz ciągle mam z tyłu głowy obawę, że to się zdarzy ponownie. Piątkowa potężna burza przechodząca nad Madrytem przestraszyła mnie z dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że ogólnie boję się burz od czasu, gdy mnie jedna złapała w środku lasu i piorun rąbnął na tyle blisko mnie, że zobaczyłam świat w negatywie, ale po drugie dlatego, że… bałam się bać. Tak, to dziadostwo wytwarza w was lęk przed poczuciem lęku (bo co, jeśli to znowu rozpędzi się do stanu, w którym przeżywacie swój największy koszmar na jawie?). Można to opanować, na szczęście. Teraz już wiem, jak (swoją drogą, wysmarowałam sążnistą epistołę w sekcji „podziękowania” na stronie internetowej londyńskiego pogotowia, bo facet bez podawania mi jakichkolwiek medykamentów zrobił dla mnie więcej niż mój doktor w Polsce).
Nieważne, nieważne. Nie myślimy o tym. Chwilowo mam inny problem.
Kuchnie tu otwierają się najwcześniej o 13, a ja jestem okropnie głodna. I chciałam iść się opalać do parku Retiro, a jest pochmurno. No wiesz co, Madryt?…

Reklamy

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

Gudden Owend

Wróciłam z wakacji, przepakowałam walizkę i poleciałam do pracy. Nie pierwszy raz, ale szczerze pisząc, powoli myślę, że może czas rozważyć opcje, jak to mówią. Nawet nie z powodu takiego, iż to męczące, choćby człowiek nie wiem jak zaklinał rzeczywistość – ale z takiego, że coraz bardziej tęsknię. Na niewyspanie, zaczerwienione oczy i katar od klimatyzacji (tu pragnę podziękować pani w lotniskowej kasie, która zaoferowała mi chusteczki, mówiąc, że ma ten sam problem) można znaleźć lekarstwo. Kupię sobie fajny kremik, zjem coś dobrego, może nawet pośpię do dziewiątej w wolny dzień. Na tęsknotę lekarstwa nie ma. Tęsknoty nie ucisza nic, choćby gadało się znowu do rana – koleżka bardzo późno chodzi spać, więc niby zawsze mogę zadzwonić, ale to nie to samo. Tęsknię za tym zapachem, ale też za mamą przypominającą, czy zapłaciłam rachunki („eee… pewnie!”) i za znajomymi, z którymi można zjeść sobotnią kolację.

Luksemburg nic się nie zmienił od mojej ostatniej wizyty, poza tym, że ma tramwaj. Luxemburgery, ludzie bardzo oszczędni, strasznie byli przeciwni temu tramwajowi, bo w sumie – i taka prawda – nie jest on im bardzo potrzebny. Komunikacja publiczna w mieście jest w miarę dobra (poza nim to inna sprawa), w soboty darmowa i jak na ten kraj, raczej tania – dwugodzinny bilet kosztuje raptem 2 eurasy. Ale się uparli, bogaci, to mogą i teraz mają tramwaj, który zasadniczo ma trasę krótką, bo kursuje li po Avenue Kennedy w Kirchbergu, biurowo-europejskiej dzielnicy Luksemburga. Tramwaj jest wspaniały, siedzenia podświetlane, o każdym przystanku uprzejmie informuje inna muzyczka, ale Kirchberg to Kirchberg. Szkło w dole i ołowiane niebo w górze. Podobne do siebie, niskie biurowce. Podobni do siebie ludzie wchodzący i wychodzący do nich, kursujący na trasie biuro-hotel-biuro-hotel, z atrakcją w postaci dodatkowego kursu na lotnisko w piątek wieczorem.
I ja.
Też podobna.
Jestem przez parę dni, wyjadę, wrócę, wyjadę, jak większość tutaj. Podobna do wszystkich i do nikogo, ubrana w bezpieczne biurowe kolory, tylko może te brzęczące bransoletki mnie odróżniają. Bez bransoletek się nie ruszam, jak i bez mojego wisiorka – właściwie nigdy go nie zdejmuję, czego skutkiem wieczna biała plama na opalonym dekolcie.

Lubię Luksemburg za ten spokój i porządek, ale zarazem właśnie za to go nie lubię. W różnych miejscach byłam przez ostatnie dwa i pół roku, i tylko w tym jednym ani na chwilę nie udało mi się zadomowić. Nie wiem, feng shui nie takie czy co, ale nawet mimo posiadania znajomych na miejscu czuję się tam obco, nie potrafię się zrelaksować. Nie jestem w tym osamotniona. W mieście Luksemburg trudno nie odnieść wrażenia podobnego do tego, jakie ma się w lotniskowej poczekalni – nikt nie jest stąd. No i ta pogoda zasmucająca, przy której słynna angielska to nieomal Majorka. Oczywiście jest to kraj malowniczy i ze wspaniałą historią, a starówka jest bardzo ładna, ale nic na to nie poradzę, że czuję się tam jak w „Truman Show”, jakby to wszystko była scenografia.
We wtorek o świcie lecę tam znów.
Przynajmniej białe wino mają w porządku, naprawdę, z doliny Mozeli.

20180328_193327.jpg

Yo solo quiero pegar en la radio

Pierwszą moją zagraniczną podróż odbyłam do Hiszpanii.
Było to wiele lat temu, w czasach, gdy nikomu nie śniły się tanie linie lotnicze, a Polska wstąpić miała do Unii Europejskiej dopiero w kolejnej dekadzie. Wówczas podróż na Półwysep Iberyjski zabierała dwa mordercze dni. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki, bo miałam raptem 14 lat i byłam irytująco zblazowaną nastolatką, a przeładowanie wrażeniami też zrobiło swoje – zostały mi w pamięci pojedyncze obrazki. Bardzo barwne.
Potem, po wielu latach, zdarzył mi się Madryt – dwukrotnie, raz w 2011, raptem na parę styczniowych, samotnych dni i w ubiegłym roku, na cały szczęśliwy miesiąc z okładem. Wtedy na dobre straciłam głowę. Ale wcale nie zamierzałam wracać tam na wakacje. Ponieważ jednak obecnie tanie linie lotnicze nikomu już nie muszą się śnić, a ja czasami lubię od niechcenia sprawdzać ceny biletów, to jakoś tak wyszło, że przypadkiem nabyte zostały dwa takie na Wyspy Kanaryjskie, dla mnie i mojej madre. Pomyślałam, że słońce dobrze mi zrobi, a przy okazji są tam przecież góry i szlaki. Znakomicie. Czego chcieć więcej. Przypomniałam sobie nawet, że dawno temu kupiłam przewodnik po Teneryfie dla piechurów. Odkopałam go, odkurzyłam, spakowałam plecak, zasznurowałam pepegi i w drogę.

Banalne to stwierdzenie, ale słońce leczy.
Naprawdę.
Wiatr i zmęczenie też leczą. Zatrzymałam się na chwilę po drodze na Montaña Blanca (taka górka skromna, 2748 metrów n.p.m., przylepiona do majestatycznego Teide), zdyszana, było mi jednocześnie zimno i gorąco – bo wicher lodowaty, poza tym wysoko, ale słońce paliło niemiłosiernie – i złapałam się na tym, że uśmiecham się tak szeroko, że aż twarz mnie boli. Byłam zmęczona, spocona, piekły mnie opalone policzki, niemniej czułam się obłędnie szczęśliwa. Bo tak. Dawno mi takie czyste uczucie szczęścia przez nerwy i żyły nie przebiegło, od włosów po palce stóp.

Do rzeczy wszak, do rzeczy.
Oczywiście, jak to ja, wybrałam sobie mieścinę maleńką, żaden tam hałaśliwy kurort, bo nie lubię. Do mieściny maleńkiej musiał nas dowieźć autobus, a te na wyspie funkcjonują zaskakująco sprawnie, co prawda jak we Włoszech nie ma co za bardzo przywiązywać się do rozkładu jazdy, ale prędzej czy później autobus – zielony, z uśmiechniętym kierowcą słuchającym bachaty lub transmisji meczu – przyjedzie. Kierowcy chętnie zwalniają, by komuś pomachać, wdają się w konwersacje, czasami gubią drogę przy okazji objazdów i ogólnie sympatycznie się jedzie.
Wysiadam. Przystanek jest na rogu, parę metrów po lewej koniec ulicy i morze, parę metrów po prawej koniec ulicy i plantacja bananów. Dzwonię domofonem.
– Hola – mówię, bo tyle potrafię, przedstawiam się i dalej już śmigam po angielsku, by usłyszeć, że osobnik po drugiej stronie odwiesił słuchawkę. No, fajnie się zapowiada, doprawdy. Chwilę później słyszę jednak, że kilka pięter wyżej otwiera się okno i widzę, że ktoś macha zapamiętale, pokazując, że zaraz zejdzie i otworzy drzwi. Półtorej godziny później zasypiam kamiennym snem, a na ulicy dokazują marcowe koty. Przed świtem budzi ptasie radio.
Po świcie wyruszam w poszukiwaniu kawy. Może nie bardzo po świcie – w Hiszpanii dzień wstaje powoli, nie ma do czego się śpieszyć. Kawy za to szukać nie trzeba. Kawę podają na każdym rogu. W barze niekoniecznie ładnym, czasami nieco obskurnym nawet, ale cortado jest mocne i gorące, gdyby chciało się przekąsić kanapkę, to coś się znajdzie, na blat wyjeżdża świeża tortilla, gazetę też można poczytać. Trzeciego poranka w takim miejscu traktują człowieka jak swojego. Nieopodal panowie w porcie odpływają kutrami w morze, po świeże ryby, które wieczorem lokalne knajpy będą podawać na kolację.
(Nawiasem mówiąc – gdybyście, jeżdżąc po Teneryfie, zawędrowali do Playa de San Juan, małego rybackiego miasteczka w odległości paru przyjemnych godzin nadmorskiego marszu od klifów Los Gigantes, koniecznie proszę odwiedzić cudowną piekarnię 100% Pan y Pasteleria – fenomenalne, chrupiące pełnoziarniste pieczywo, pyszne ciacha w kształcie – na przykład – ust Marilyn Monroe, doskonała kawa. Taki skarb mały, dobrze ukryty w niedużej mieścinie. Łatwo trafić, nos was zaprowadzi).

Teneryfa to jest oczywiście miejsce, które – i ja im się wcale nie dziwię – ukochali sobie zamożni europejscy emeryci, więc w co większych ośrodkach można poczuć się jak w jakiejś osobliwej angielskiej czy też germańskiej kolonii. Bogiem a prawdą, gdybym mogła, też bym tam sobie kupiła jakiś schowek na szczotki i spędzała tam zimy. Ale wystarczy wyjechać poza te większe ośrodki i oczy nie nadążają rejestrować zachwytów. Jest to bowiem wyspa arcypiękna, wyspa poryta głębokimi wąwozami, wyspa zatok z ostrymi skałami i szalejącymi falami, wyspa czarnych, wulkanicznych plaż i górskich lasów zanurzonych w wiecznej mgle, wyspa sucha i surowa na południu i kipiąca świeżą zielenią na północy. Wyspa z najwyższym szczytem Hiszpanii, El Teide, którego szczyt z dołu przez większość dnia bywa niewidoczny. Szlaki wychodzące z El Portillo (dalej droga jest w remoncie, co znacząco skomplikowało mój starannie obmyślony plan wycieczki) prowadzą już nad chmurami.
Na rozgrzanie wybrałyśmy się do Barranco del Infierno. Ten wąwóz był przez parę lat zamknięty po tym, jak spadający kamień niestety zabił turystkę i po otwarciu każdy z raptem 300 wchodzących dziennie musi włożyć twarzowy kask. Mam zdjęcie w kasku. Nie pokażę. W każdym razie jest to bardzo miły, rekreacyjny marsz ścieżką momentami nieco eksponowaną, potem już wzdłuż strumienia, aż do wodospadu. Rudziki podśpiewują nad uchem, sokoły krążą wysoko. Gdy człowiek nieostrożnie stanie, gołą łydkę oparzy pokrzywa, świeża, wiosenna. Albo kolec kaktusa popieści.
Po marszu bez dwóch zdań należało się wzmocnić. Nie było to trudne, ponieważ w kraju tym cudownym jedzenie jest wszędzie, a dzień wcześniej wyczytałam na plakacie w mieścinie, że urządzają noc wina i tapas. Należało tylko nabyć kuponiki w biurze informacji turystycznej (jeden kuponik za jedno euro = jeden kieliszek wina, żyć nie umierać). Nie była to może największa impreza, w jakiej brałam udział – bo i miasteczko małe, i dopiero marzec – ale bardzo urocza. Był wielce zaangażowany DJ, był zespół rzępolący dość okrutnie, były bodegi z butelkami, z których szczodrze nalewano, i solidne porcje tapas, dla przykładu kałamarnica. Przyznam szczerze, że dawno tak dobrze się nie bawiłam (dawno nie bawiłam się w ogóle). Kuponiki nabyte zawczasu jakoś szybko nam się skończyły, ale w jednym z namiocików sprzedawano nowe, więc ustawiłyśmy się w ogonku, bo madre jeszcze bardzo chciała spróbować różowego wina (które było doskonałe, a ja różowego nie lubię, więc zważcie moje słowa) i kanapek z rybką. Niestety wszystkie spalone w górach kalorie – niby nie wierzę w nie, bo czy kto kiedy widział kalorię?… – wracały jak bumerang, tego dnia i we wszystkie inne. Warto pamiętać bowiem, że w tym strasznym kraju przystawka potrafi być wielkości dania głównego, i że dużym błędem może okazać się zamówienie croquetas i tortilli, a potem jeszcze dorsza. Ale z drugiej strony jak sobie odmówić? Grzech.

Minęło parę uroczych, leniwych dni w mieścinie – jednego z nich biegałam po niezbyt licznych sklepach w poszukiwaniu bikini, japonek i mocniejszego środka na słońce, bo zapowiadane 20 stopni zamieniło się w rasowy letni dzień i do końca mojego pobytu pogoda była nie całkiem zgodna z prognozami, ale za to jak malowanie. Wreszcie ponownie wsiadłam do zielonego autobusu i pojechałam do Puerto de la Cruz na północy, bo stamtąd najłatwiej dostać się w pobliże Teide. Puerto de la Cruz to już kurort pełną gębą, ma więcej niż trzy ulice, ma Starbucksa i supermarkety. W Puerto de la Cruz chodzi się głównie w górę i w dół, bo tak jest położony, więc znakomite miejsce, by niechcący zadbać o kondycję po drodze do i z knajpy. Jak dla mnie troszkę to już za duża miejscowość na wakacje, ale tak czy inaczej przyjemna. Poza tym każdego ranka wychodziłam na balkon, a przede mną, nad pobliskimi dachami i koronami drzew, pysznił się ośnieżony wierzchołek wulkanu. Tenże wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dotarcie doń komunikacją publiczną – która, choć niestrudzona, nie jest dla tych, którym zależy na czasie – zajmuje blisko półtorej godziny. A ostatni autobus powrotny odjeżdża o 16:30 i nie ma zmiłuj. Udało mi się wleźć na tę nieszczęsną Montaña Blanca i wrócić na czas, choć prawda taka, że w okolicy bardzo chętnie zostałabym na kolejne dwa lub trzy dni. Jest tam gdzie łazić, a szlaki są przepiękne – w dole morze chmur, wokół pustka, krajobraz niemal marsjański, w pewnym momencie śpiew ptaków ucicha, bo już nic tam nie rośnie. Jesteście tylko wy, góra, oślepiające słońce i wiatr. Wieje potężnie, spycha ze ścieżki, przeszywa do szpiku kości; pośpiesznie wyjmowałam z plecaka rękawiczki i żałowałam, że nie zabrałam czapki.
Wspaniale.

Jakiż wielki był smutek na lotnisku.

Myślę, że wrócę.

A teraz przepraszam, muszę iść. Trzeba się pakować. Jutro w południe lecimy do roboty.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.

Gezellig

Troszeczkę wieje, co?
Osobiście uwielbiam, gdy wieje, a w Krakowie to już w ogóle ludzie nie posiadają się ze szczęścia, gdy słyszą w radiu, że idzie orkan czy huragan, czy cokolwiek w ten deseń, albowiem oznacza to, że powietrze będzie pachniało powietrzem, a nie czyimiś spalanymi właśnie w piecu odpadkami, skarpetkami lub zwłokami.
Moja miłość do wietrznej pogody jest powszechnie znana, niemniej tym razem modliłam się, by wiater oddalił się do rana, bo rano miałam samolot. Tak. Gdy jeszcze  słodko spaliście, autorka siedziała na lotnisku. Dawno na żadnym nie była. Całe dwa tygodnie. Problem w tym, że na krakowskim lotnisku, choć stało się ono bardzo ładne i nowoczesne, przed piątą rano wszystko jest pozamykane (w każdym razie nie znalazłam żadnej otwartej kawiarni) i siedzi tam człowiek, czując, jak porasta mchem.
Wiatr wcale nie zelżał jakoś bardzo, więc przez pierwszy kwadrans podróży nerwowo wpijałam paluszki w fotel, ale potem się uspokoiło, podano mi upragnioną kawę i życie stało się bardziej znośne. Poprzedni tydzień był okropny, stresujący jak cholera i z lekkim przestrachem myslalam o tej podróży, ale o dziwo (nieprawda) w drodze poczułam się dużo lżej. Na miejscu też.

Lubię ten kraj. Może jest nieco płaski, może mokry, może język brzmi, jakby mówiący się dusił. Ale ludzie mili. Mężczyźni przystojni i wysocy niemożebnie (to nie moje złudzenie, podług statystyk Holendrzy są najwyższym narodem na świecie) – łatwo się tu poczuć jak niewyrośnięty krasnal. Przeszłam się wieczorem na mały spacer, tylko po okolicy hotelu – w knajpach gęsto od ludzi, znajomy ostry zapach w powietrzu, dzwonki rowerów, ktoś łódką płynie po kanale. Takie wdzięcznie kameralne miasto.
Wróciwszy do hotelu, zrzuciłam z siebie z wielką ulgą ubranie, podeszłam do okna i natychmiast odskoczyłam odeń, gdyż odkryłam, że wychodzi na hotelowe patio, po którym chodzą goście. Cóż. Niby nikt mnie tu nie zna, ale już zbyt wielu ludziom w życiu niechcący błysnęłam biustem po oczach.

A teraz pozwolą państwo, że zanurzę się w pościel, bo wstawanie o trzeciej w nocy i praca przez cały dzień mogą człowieka nieco umordować. Hotelowe poduszki natomiast to jedna z największych radości życia. No nie?

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

Am Main

Frankfurt, niedaleko, godzina raptem od Krakowa. Miasto ruchliwe, uroczo wielkomiejskie – bo szklana dzielnica finansowa, wiecie – i bardzo kameralne zarazem, bo wszędzie blisko, zgubić się nie sposób. Słynie z Apfelwein i zielonego sosu do sznycli, bardzo dobrego. Apfelwein toże warte uwagi. Dobrze któregoś popołudnia pójść do knajpy na drugim brzegu Menu, usiąść przy długim stole z nieznajomymi, zamówić dzbanek tegoż jabłecznika i przy głośnych śmiechach, nad kolosalnymi porcjami żarcia (mięcho, dużo mięcha), spędzić miły wieczór, gdy nad rzeką z wolna zapada zmierzch. Wrócić przez most do centrum – też tu mają kładkę z kłódkami – rzucić spojrzenie na elegancką frankfurcką skyline.
Frankfurt ma też sklepy z gumisiami, galerie sztuki, podłe grillbudy i lansiarskie bary, kina erotyczne, designerskie butiki i salony firmowe Birkenstock (mieli model z motylkiem, ale jakaś „wstrętna zapocona osoba”, cytując Dubravkę Ugresić, porwała ostatnią parę w moim rozmiarze). Miasto zabawnie różnorodne i przyjazne, bo ci Teutoni, co od dawna powtarzam, to bardzo miły i otwarty naród.

Wracam zatem wieczorem z Sachsenhausen do mojego tutejszego mieszkania. To apartamentowiec, dość porządny, ale nieco klaustrofobiczny. Widać, że nikt tu nie mieszka na stałe. Na domofonie żadnych nazwisk. Wiele okien ciemnych. W innych, gdy niechcący w nie zaglądam,takie samo wyposażenie – takie same łóżka, ten sam druk na ścianie. Na sąsiedzkich balkonach późno w noc toczą się prowadzone ściszonym głosem rozmowy telefoniczne w rozmaitych językach, z których żaden nie jest niemieckim.
Wracam zatem, włączam telewizję, tam akurat Lost in Translation  – aż śmiać się chce, jak bardzo a propos. Siadam i oglądam, choć znam ten film na pamięć. To mój ulubiony (bo wiecie, że autorka parę lat temu poleciała sama do Japonii, nie? Aerofłotem w dodatku?). I coraz bardziej rezonuje. Samotność w podróży potrafi człowieka uratować, gdy chce się uciec od wszystkiego, ale potrafi też wdeptać w glebę. Bywa ciężko. Można się nauczyć, można przywyknąć. To osobliwy stan ducha. Ale jest znacznie łatwiej, gdy dociera, że nie jesteście tak zupełnie osamotnieni, bo pod tym dachem, w ponurej wspólnej pralni, w swoich jednakowo wyglądających sypialniach i kuchniach, w których liczą się dwa sprzęty – mikrofalówka i korkociąg – ktoś wiedzie przez kilka tygodni takie samo życie, jak wy. W tym mieście, w kraju – jest ktoś taki jak wy, nie stąd.

Raise the roof and have some fun

Wczoraj zabrałam rodzinę na chinkali na ulicę Lipową i lody gorgonzolowe, spakowałam się, zamówiłam taksówkę na trzecią czterdzieści pięć dzisiejszego ranka, nastawiłam budzik na cholerną trzecią, wstałam, wyszłam z domu i poleciałam do kraku ościennego. Udało mi się dotrzeć z lotniska do biura, popracować, po czym z biura dotrzeć do mojego tymczasowego mieszkanka i się nie zgubić.
Wszystko to zrobiłam półprzytomna, bo tej nocy owszem, spałam mało, ale poprzedniej w ogóle nie zmrużyłam oka.

No bo tak. Nie mogę spać. Kręcę się, wzdycham, parzę herbatę, włączam radio, żeby mi coś szemrało usypiająco. Nope. Nie tej nocy, syczy moja stara znajoma bezsenność, która wyjątkowo lubi atakować mnie latem. Wtem esemes. Z zapytaniem, czy śpię, bo mój ulubiony z ulubionych ludzi właśnie wraca z wyjazdu i już zbliża się do miasta.
Owszem, śpię, odpowiadam.
Wpadniesz?
Jest piąta rano…
Jest, a w czym to przeszkadza?
Autorka staje przed trudnym wyborem. Nadal wiercić się samotnie, licząc, że wreszcie nadejdzie sen, albo spać jak kamień w objęciach człowieka, którego uwielbia i którego nie widziała na własne oczy od trzech miesięcy. Jest się nad czym zastanawiać, naprawdę.
Pechowo trafia mi się wielce ciekawski kierowca, który na domiar szczęścia nie zna okolic zamieszkania pana i władcy.
– Nie pomogę panu, ja też nie wiem, którędy będzie najlepiej.
– Och. Myślałem, że do domu panią wiozę.
– Niezupełnie.
– To co panią sprowadza o tej porze tutaj?
Ale poważnie pan pyta?…

Dzwonię domofonem. Znam kod, ale kulturalna jestem, zapowiem się. Dzwonię. Dzwonię. Niente. Świetnie, myślę. Ciągnął mnie na te swoje rubieże zapyziałe bladym świtem, a teraz wziął i zasnął. Uduszę gołymi rękami. Wyjmuję telefon i stukam numer. Zalotne „halooo” po drugiej stronie. Nie śpi, dobra nasza.
– Wiesz, bo ja stoję pod twoim domem i nie mogę wejść, czy mógłbyś mnie wpuścić, proszę?
– *&$#@! Domofon też nie działa?! *&$#@! *&$#@! *&$#@! *&$#@!*&$#@!*&$#@!*&$#@!! Już schodzę.
Czekam. Taksówkarz kulturalnie również czeka – mimo że już jasno – i przygląda mi się znacząco, myśląc pewnie, że jestem jakąś desperatką i/lub stalkerką, co wystaje ludziom pod domami, a im ani w głowie ją wpuścić.
Wreszcie taksówkarz odjeżdża, zobaczywszy, jak jakiś olbrzym otwiera drzwi i wciąga mnie do środka. No ja nie wiem, panie taksówkarz.
– Muszę cię uprzedzić, że u mnie jest… niezbyt romantycznie.
– O, a co się stało?
– Remont.
– Kiedy kończą?
– Tydzień temu.
Wchodzę. Rozglądam się.
Widzę kompletny bajzel oraz pana i władcę w stanie wkurwu level überturbomaster.
Tu muszę zarysować tło.
Pan i władca ma dość wyrazisty temperament, że tak powiem. Objawia się to w każdej sferze, ale przede wszystkim jest to nerwus. Ma metr dziewięćdziesiąt, a jak się wkurzy, to ze dwa i pół. Pan i władca wkurwia się też bardzo malowniczo. Zanim go poznałam, nie wiedziałam, że ludzie potrafią tak kląć. Koleżka w stanie irytacji buduje zdania wielokrotnie złożone z użyciem samych *&$#@!, %$#@((&^ oraz !?”%$(&, co mnie niezmiennie fascynuje. Dodajmy, iż jest to osobnik dość apodyktyczny („dość”, hehe), więc jeśli nie jest tak, jak chciał, to ooojjjjj.
Żebyście nie myśleli, że to jakiś psychopata jest – to bardzo dobrze wychowany, na ogół łagodny i uśmiechnięty facet, który nieustannie żartuje, wyluzowany ogromnie. Są jednak rzeczy, których nie toleruje. I gdy przekroczy się cienką czerwoną linię, można zacząć rozważać ucieczkę do innego kraju pod osłoną nocy.

Wkurw spowodowany był tym, że fachowcy nie tylko nie skończyli remontu na czas, ale też zostawili wsio rozgrzebane oraz mojego drogiego kolegę częściowo unplugged, ze zwisającymi tu i ówdzie złowrogo kablami, bez internetu, bez telewizji, części oświetlenia i wspomnianego domofonu. Dość współczuję tym fachowcom, bo będą przelatywali lotem koszącym nad Małopolską, gdy tylko p&w ich dorwie.
Niemniej, wyrzuciwszy z siebie negatywne emocje, kolega sympatyczny spogląda na mnie bacznie i rzecze:
– Tu jest bardzo dużo kurzu. Nie chciałbym, żebyś sobie ubrudziła sukienkę…
Mhm. Zrozumiałam.

I jakoś tak się stało, że na niedzielne śniadanie spożywałam piwo, bardzo kulturalnie (ale z eleganckiego kufelka, wygrzebanego dla mnie spośród tego bajzlu), siedząc w tym kurzu, wymieniając się opowieściami, obściskując, docinając sobie i tak dalej. Są kobiety, które potrzebują otoczki i fajerwerków. Ja już nie. Zresztą mój drogi sam w sobie jest niezłym fajerwerkiem.

Niezmiennie jednak chciałabym wiedzieć, jakim cudem człowiek w TYM wieku może TAK wyglądać. Fakt, zarost mu nieco siwieje, ale poza tym drobiazgiem to ja przepraszam. Trochę to niesprawiedliwe, uważam.
A właśnie. Przed opuszczeniem twierdzy tego łobuza chciałam się umalować na nowo – inaczej, wierzcie mi, budziłabym grozę – i wtedy odkryłam, iż w mieszkaniu zdjęto wszystkie lustra. Panu i władcy to zapewne różnicy nie robi, ale też nie podejrzewam, by regularnie robił sobie makijaż. Tym samym autorka pudrowała nos, przeglądając się w jedynej refleksyjnej powierzchni, jaką znalazła, to jest w czajniku.

Kobieta potrafi.

I mimo że wróciłam do domu pokryta efektowną warstwą pyłu, wcale nie miałam ochoty się kąpać – raczej zabrać ten zapach ze sobą. Szczęśliwie teraz nie trzeba będzie tyle czekać.

No, a 35 godzin później jakimś cudem siedzę u Teutonów. Mieszkanko mam bardzo przyjemne, choć nieduże. W samym centrum, więc sklepów i knajp tuż za winklem masa. Dwie minuty spacerkiem od progu znajduje się wyczesany, kolosalny sex shop. Oczywiście. Niemcy.

Szczęka wypadnie mi z zawiasów, jeśli ziewnę jeszcze raz – zatem bardzo przepraszam, idę się osunąć.

Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Caffè lungo

Jeszcze dwa tygodnie i wracam do ojczyzny na dobre. Taki przynajmniej jest plan na dziś.
Szczerze pisząc, tęsknię i nie tęsknię zarazem. Dziwny to stan. Tęsknię, bo pan i władca, z którym spędzam coraz dłuższe godziny na telefonie (pięć, PIĘĆ w czwartkową noc – wstawanie rano było bolesne, zwłaszcza że sporo do zrobienia miałam w piątek i w związku z tym co kwadrans biegałam po kawę; szczęśliwie włoska kawa potrafi obudzić nieboszczyka). Nie tęsknię, bo wreszcie mam, co chciałam. Stan swoistej bezdomności, zawieszenia pomiędzy, dziś tu, za miesiąc tam. Zawsze tak chciałam. Nie ma mnie, jestem daleko. Czuję się całkowicie niezależna. Niemniej – czuję też, ile za to płacę.

W Mediolanie jest gorąco, w Mediolanie wszyscy są piękni i znakomicie ubrani. W Mediolanie pachnie espresso i dobrą wodą po goleniu. W Mediolanie chodzi się nieśpiesznie, a lunche jada długo. W Mediolanie można wydać fortunę na buty i kiecki (siedem par, tyle tylko powiem, siedem cholernych par). Mediolan oczywiście cały pod znakiem Sforzów, bo to ich miasto.
Mediolan ma oczywiście wspaniałe muzea i wystawy, w tym mój ukochany Palazzo Reale, który sam w sobie jest miejscem fascynującym. W Palazzo Reale często arcyciekawe wystawy można zobaczyć – w ubiegłym roku trafiłam na Eschera, w tym na Keitha Haringa oraz świetną doprawdy wystawę poświęconą domowi mody Rinascente. Tenże właśnie dom mody znajduje się dokładnie naprzeciwko i jeśli macie odpowiednio dużo na koncie, to możecie świetnie się tam bawić. A że obchodzi sto lat – to otwarto mu w prezencie urodzinowym wspaniałą wystawę, którą naprawdę szczerze polecam. Czynna do września. Miałam takie szczęście, że zwiedzałam jako jedna z nielicznych w upalne niedzielne popołudnie, niedługo przed zamknięciem, więc byłam prawie sama (nie licząc wygarniturowanego pana ochroniarza, który podążał za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie głupawe selfie z kartonowymi figurami przystojnych modeli naturalnej postury, nie mówmy o tym, co?). Jeśli kto lubi modę i design, albo interesuje go historia ostatniego stulecia w Europie, ale opowiedziana w nietradycyjny sposób, to zaprawdę warto pójść.
Po tych wrażeniach oczywiście musowo trzeba zatrzymać się na spritz i poprzyglądać przechodzącemu światu.
To samo zresztą robiłam dzień wcześniej, po wizycie w Bibliotece Ambrozjańskiej, którą też ogromnie polecam. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie jest to miejsce niesłychanie popularne, mimo że można tam obejrzeć Caravaggia. I szkice Leonarda da Vinci na przykład (wyeksponowane fantastycznie w pięknej, starej, nieco mrocznej sali bibliotecznej i genialne – to lustrzane pismo!). Oraz pukiel jak najbardziej blond włosów niejakiej Lukrecji Borgii, zamknięty w szklanej, okrągłej kapsule, która trochę przypomina relikwiarz – z tą tylko różnicą, że z brzegów zwisają dwa maleńkie medaliony z wizerunkiem czerwonego byka, herbu Borgiów. Nie jest jakoś bardzo wyeksponowany, stoi w gablotce wśród innych osobliwości. Ogólnie rzecz biorąc, Biblioteka owa to miejsce, gdzie wyobraznia szaleje. Dla każdego miłośnika historii – a wiadomo, ta włoska to dość intrygująca i bogata jest – wizyta będzie bardzo ekscytująca.
A jeśli nie ma się ochoty na skrzypiące podłogi i marmury pałaców, to zawsze można udać się w kierunku Navigli, by spędzić miłe godziny nad kanałami, oczywiście z drinkiem i czymś bardzo dobrym do jedzenia. Da się żyć w tym Mediolanie, powiadam.

W piątek natomiast strajk był, ponieważ oczywiście. Włochy. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że musiałam dostać się na lotnisko – bo wracałam na jedną noc do kraju, celem zobaczenia rodziców i zrzucenia części tobołów. Moi drodzy koledzy lokalsi opracowali jednak cały złożony plan awaryjny, wyczytawszy, że w określonych godzinach komunikacja miejska jednak będzie działać, a gdyby nie, to spróbują złapać mi taksówkę na dworzec.
– W najgorszym razie pożyczę ci mój motorino – zapewnił jeden z nich. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie jadącą po raz pierwszy w życiu na skuterze, przez Mediolan w godzinach szczytu, w przekrzywionym kasku i z żarliwą modlitwą na ustach. Podziękowałam serdecznie.

Co nie zmienia faktu, że będę ogromnie się cieszyć, gdy wrócę do Krakowa. Nie ze względu na Kraków. Kraków nieistotny. Ważne, że w końcu będę mogła przestać wisieć na telefonie przez długie nocne godziny.
– Co ci przywieźć?
– Nogi.

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Ames a quien ames, Madrid te quiere 

Mój pobyt w Madrycie z wolna dobiega końca. Zostały trzy noce.
Ucieszyłabym się, gdybym jutro w biurze usłyszała, że muszę zostać jeszcze parę tygodni. To się jednakowoż nie wydarzy, bo czeka już na mnie inne miejsce. I urlop po drodze. Którego nie do końca potrzebuję, Bogiem a prawdą, bo otóż jest godzina dwudziesta, a ja skąpo odziana siedzę na moim cholernym tarasie, bo słońce pali w najlepsze (wczoraj w Madrycie pękło 30 stopni).
Zestarzałam się w miniony weekend. Niby niezbyt rozkosznie obchodzić urodziny samotnie i daleko od domu – ale Madryt bardzo się o mnie zatroszczył i przyznam, że były to chyba najlepsze z urodzin dotychczasowych. W sobotę ganiałam po Prado i Thyssen-Bornemisza (genialne muzeum, polecam wielce – nawiasem mówiąc, jakieś zwariowane Francuzki w kolejce do kasy przede mną wyczytały, że bilet dla grupy sześciu lub więcej osób jest tańszy… ich było pięć; spojrzały na mnie, stojącą solo za nimi i doszło do zmontowania grupy), zachwycałam się Goyą, kupowałam prezenty i druki – gdzie ja to wszystko powieszę, to nie wiem – w muzealnych sklepach. A potem odpoczywałam nad tapas i białą sangrią w Platea – arcysuper miejscu, które jest kolosalnym tapas barem, klubem i restauracją w jednym, urządzonym w nieczynnym kinie z epoki art decó. Co zabawne, jedno z wejść do Platea prowadzi przez sklep warzywny, niepozorny taki. Lokalsi, gdy idzie o knajping,który jest niesłychanie ważną częścią tutejszego życia, mają ogromną fantazję.

Wczoraj natomiast spędziłam cały dzień, jedząc, pijąc i snując się po parku Retiro. Retiro to niebo na tym łez padole. Gęsta zieleń, eukaliptusy pachną, ludzie wygrzewają się na trawie lub pływają łódkami. Raj.
I policja konna. Hm. Wiecie, Hiszpanie są generalnie przystojni. Na ogół mają piękne oczy, rzęsy jak wachlarze, karnację tę swoją słoneczną. Na ogół też doskonale zdają sobie sprawę ze swojego powabu, więc obnoszą go z takim czarującym, zabawnym, wyczuwalnym „jestem piękny i wiem o tym”. Zatem Hiszpan w mundurze wierzchem to już w ogóle za dużo szczęścia naraz.

 Dotarłam do Retiro z Juana La Loca. Miejsca, które ubzdurałam sobie, że odwiedzę, bo ponoć najlepsza tortilla w mieście, orgazm przez kubki smakowe, te sprawy. Ponieważ miałam te swoje urodziny, uznałam, że pójdę. Wyczytałam wcześniej w internetach, iż miejsce ciasne i tłoczne, i bez rezerwacji trudno o stolik. Niestety rezerwacje przyjmują tylko telefonem, a ja po hiszpańsku banglam umiarkowanie, choć umiem już złożyć zamówienie w knajpie. Przynajmniej jeśli chodzi o kawę lub wino. I burratę. O, i jeszcze rozumiem, gdy mnie w sklepie pytają, czy chcę siatkę na zakupy. Pomyślałam zatem, że pójdę, zaryzykuję, sama jestem, to może się zmieszczę.
Jak mawia mia madre, co drugi głupi ma szczęście. Wchodzę, piękny pan szef sali podaje mi szklaneczkę piwa i mówi, że wszystko zajęte, ale mogę zapisać się na listę kolejkową. Po czym wyjmuje zza pazuchy usmarowany do ostatniej linijki notatnik i zapisuje moje imię na dole. Doskonale. Będę tu stała całą wieczność, a potem usłyszę, że zamykają. 
Pięć minut później słyszę donośne
„Aleksandra!!” (wolałam podać wersję długą, bo wersja krótka oznacza tutaj „cześć” i wszyscy tego na okrągło używają, więc w takim miejscu nigdy bym się nie zorientowała, że chodzi o mnie). Piękny szef wymachuje rękami, bo oto zwolnił się stoliczek. Maciupki, ale zawsze. Zaraz potem zjawia się kelner. Tortilla? Ma się rozumieć. Pytam, co by mi polecił jako danie główne, a ten pyta, czy ma być bardzo duże, czy niekoniecznie. Witamy w Hiszpanii. Idę w wędzonego węgorza koniec końców. Okazuje się, że to jedna z najlepszych decyzji mojego życia, albowiem węgorz jest NIESAMOWITY. Tortilla też, z karmelizowaną cebulą – ale nad węgorzem prawie płaczę. Zaprawdę powiadam, jeśli będziecie przypadkiem w tym cudownym mieście – idźcie.
Jak na samotne urodziny, nie było tak źle. Zwłaszcza że, wędrując do hotelu przejedzona i opalona, nabyłam sobie ręcznie szytą kurteczkę, jakby mi nie wystarczył upolowany w ubiegłym tygodniu płaszcz w motylki (oczywiście).
Kocham to miasto i będzie mi bardzo, BARDZO ciężko je opuszczać. Ale wrócę. Wiecie przecież, że gdy ja się zakochuję, to na amen.  Na ament nawet.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

Para compartir

Moja praca składa się z wielu dni niepięknych i niewielu pięknych, ale lubię ją bardzo. Niestety raz na jakiś czas przychodzi dzień, gdy musimy wystąpić przed najwyższym szefostwem z naszymi spostrzeżeniami i przekonać rzeczone szefostwo, że to, co mówimy, ma sens. To cholernie stresujące i zwykle poprzedzane długimi godzinami ślęczenia nad wieloma stronami papierzysk.
Jak wiadomo, każde publiczne wystąpienie to dla autorki horror i ból wszystkiego, więc z nerwów chorowała cały dzień, aż do godziny zero. Szczęśliwie tym razem trafiła na porządną ekipę.

– Umówmy się, co? Nie zadajemy sobie pytań, nie podważamy nawzajem swoich tez. Jeśli ktoś palnie coś głupiego, to pozostali gorliwie potakują. Drużyna.
– Drużyna!

Wyłamała się tylko bladź z Paryża, znana wam z moich opowieści. I zgadnijcie, komu pytanie zadała.
Znałam odpowiedź, bo dobrze się przygotowałam, ale cieszę się, że nie było jej z nami w sali, gdyż odcięłabym jej palce wzrokiem. Nie rozumiem takiego zachowania. Jeśli pracujemy jako zespół, to pracujemy jako zespół i gramy do jednej bramki, zamiast podważać opinie kolegów, bo akurat szefostwo słucha, więc można się wykazać.
Uch.
Nieważne.
Jesteśmy, gdzie jesteśmy, zatem tuż po zakończonym spotkaniu poszliśmy na wino i tapas, a potem na wino i kolację (burrata!). A następnego dnia na obfity obiad z mnóstwem jamon i oczywiście deserem, bo wiadomo. Inaczej tu nie sposób. Dość rzec, że człowiek, z którym mieliście do czynienia przez kwadrans, zaprasza was na urodzinowe przekąski. Taki to kraj. 

Zaraz tymczasem udaję się na północ – zmęczona na samą myśl, ale sama chciałam – a później, o ironio, czekają mnie dwa miesiące na innym półwyspie. Nie jest to Hel.

Bonita

Weekend upłynął. 
Było słońce. Była sukienka.
Była procesja, 

nader kolorowa, krzykliwa i cudowna („guapa, guapa, GUAAAPAAA!!”). Było wino i karczochy w Mercado San Anton. Była rozpusta do mdłości w restauracji, która specjalizuje się w kuchni molekularnej i przy tym serwuje dania wyglądające jak coś innego niż są, wytrwale nie zdradzając gościom składników („na deser będzie spaghetti z klopsikami, tylko że to nie spaghetti i nie ma w tym żadnego klopsika”). Była kolacja po sąsiedzku – kiedyś, liczę na to, dożyję dnia, gdy i w moim grajdołku będę miała przynajmniej parę porządnych knajp w odległości 5 minut spacerkiem od kwatery głównej. I tak jest lepiej niż było, coraz gęściej, więc nie narzekam, tutaj wszakże mamy do czynienia z klęską urodzaju, bo bar na barze barem poganiany. Nauczyłam się korzystać z tej aplikacji do rezerwowania stolików – brawo Jasiu! – i odkryłam tym sposobem ziemie obiecane, czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami.
No, zatem po sąsiedzku serwowano wyśmienitego dorsza. Och, jaki on był pyszny. Na zakończenie wieczerzy poprosiłam wszakże o żynstonykem i jakież było moje zdumienie, gdy do mojego stoliczka podszedł barman ze szklanką lodu i butlą ginu, i rzekł:
– Powiedz, kiedy dość.

Ten kraj to jest jakaś zgroza.

I jakoś dzięki temu wszystkiemu znoszę perspektywę nerwowego spotkania (wspominałam ostatnio, że nie znoszę publicznych wystąpień?… i mówienia podczas nich o sprawach, na których umiarkowanie się znam? Staram się, jak zwykle, pamiętać, że Kevin Spacey, od którego jestem oddalona o raptem jedną osobę, rozjechałby słuchaczy walcem, ale nie mógł mnie zastąpić), tęsknoty, rozczarowania gatunkiem ludzkim – nie mam cierpliwości do podwójnych standardów i postępowania dokładnie odwrotnie, niż innym się doradza, no nie mam. Cóż. Jeszcze nie ignoruję, ale jestem na dobrej drodze. 

Club Tropicana

Jadę na lotnisko przez poranną szarość. Wielkanocny poniedziałek, szczęśliwe rodziny jeszcze w łóżkach, a ja targam te moje toboły do taksówki. Zimno, pada coś z nieba. W innej sytuacji nic i nikt nie wyciągnąłby mnie z pościeli, ale Madryt oczekuje. Staram się pamiętać, że jadę do pracy.

Siedzę nad cienką kawą i spoglądam na moją kartę pokładową. Rząd drugi. Toż to klasa biznes. Na stare lata dostałam upgrade. Doskonale. Będę mogła bezkarnie wypić wino na wielkanocne śniadanie i co mi zrobicie.

Trzy godziny później ponownie mijam Pireneje, w dzieciackim podekscytowaniu przyklejam nos do zimnej szyby – Hiszpania jest bardzo piękna z góry – a gdy poszarpany, surowy górski krajobraz ustępuje miejsca winnicom i sadom, cieszę się jeszcze bardziej, bo już zaraz będzie lotnisko, a z lotniska droga niedaleka do miasta.
Taksówkarz pędzi jak szalony szerokimi alejami, otworzywszy okna, zatem podmuchy wiatru prawie wywiewają mi soczewki z oczu, ale ani trochę mi to nie przeszkadza. W hotelu rzucam walizkę, biorę prysznic, przebieram się w luźne gacie, koszulkę, balerinki; wtykam słuchawki w uszy i ruszam pełną samochodów, biegaczy, deskorolkarzy i kwitnących kasztanowców Castellaną w kierunku Gran Via. Parę godzin później siedzę na stopniach Mercado de San Miguel i wyżeram owoce z mojego prawie opróżnionego kubka sangrii.

Przywykam do trzy- i czterodaniowych kolacji (moje dżinsy niekoniecznie, ale najwyżej kupi się nowe). Do café cortado, luzu, uśmiechów, tego, że słońce tu leniwie wstaje – ptaki zaczynają śpiewać jakoś w pobliżu siódmej – ale też późno zachodzi, a błękit nieba powala. Jeden wielki niebiesk całymi dniami. O, taki.

Nie wierzę, że ktoś w tym cudownym mieście mógłby czuć się źle. Pewnie znajdą się tacy, którzy nie lubią Madrytu. Koniec końców to tylko miasto. Ale ja jestem zakochana, wszystkie moje psie smutki poszły w cholerę i nawet katar nie przeszkadza mi ekscytować się jak dziecko w sklepie ze słodyczami. Które, nawiasem mówiąc, są tu niestety obłędne. Jako i oczy lokalsów. 

Ms Holly Golightly, travelling

Ojciec odwiózł mnie dziś do Krakatau, żebym rano ze spokojem mogła udać się w drogę. Przez całe popołudnie udawałam wyluzowaną i zadowoloną z życia, ale prawda taka, że już od paru godzin żołądek mi się wywraca, jedzenie uważam za zbędną czynność i myślę tylko o tym, jak sobie poradzę. Madrytu się nie boję, na niego to się cieszę jak przed randką, ale gdy za kilka tygodni wrócę zeń wieczorem, następnego dnia około południa wyruszę na urlop, po powrocie z którego – o ile nic się nie zmieni – właściwie od razu (bo po dwóch nocach w ojczyźnie) polecę dalej na kolejny miesiąc. Świetnie. Dodać trzeba, ze z początkiem roku, nieświadoma tego, jak to wszystko będzie wyglądało, zaplanowałam sobie parę teatralnych weekendów i cholera, trzeba będzie jakoś je w to Grand Tour powciskać. Toteż dla przykładu, miast przyszły weekend spędzać na podziwianiu Guerniki (ale już widziałam), bladym świtem będę ponownie telepać się w kierunku Aeropuerto Madrid-Barajas. W niedzielę rano wrócę i zapewne padnę bez życia na hotelowe łóżko, w poniedziałek zamierzam grzecznie siedzieć w biurze. Istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że ten sam program zostanie powtórzony tydzień później. Szaleństwo i masakra piłą mechaniczną.
Mniejsza.
Wróćmy do ojca.
Ojciec po dzisiejszej wizycie nie ma najlepszego zdania o mojej inteligencji. Śmiem podejrzewać, że nigdy nie miał, ale teraz to już chyba całkiem się załamał.
– Wiesz co, ojciec, to moje nowe żelazko, to ono chyba jest zepsute. Albo przedłużacz, nie wiem.
– A co się dzieje?
– No nie działa.
– Jak to nie działa?
– No popatrz, wkładam wtyczkę do kontaktu, a żelazko nic.
– A włączyłaś je?
– … Hmmm?
– Tu jest taki guzik „POWER”.
– Och.
Kwadrans później.
– Ta samowłączająca się lampka też mi nie działa. Nie zapala się. Ale może żarówka się przepaliła…
– W ogóle nie działa?
– No, programator robi „pstryk”, ale lampka się nie zapala.
– OCZYWIŚCIE, ŻE SIĘ NIE ZAPALA! NIE JEST PODŁĄCZONA DO PRĄDU!!
– Och.

Lubię myśleć, że zostałam stworzona do wyższych celów, ale czasami podejrzewam, że ze mnie to naprawdę rasowy nieogar jest. Tępa dzida, która jakoś się prześlizguje przez życie, bo ma szczęście. Mogę być dobra w swojej robocie, świetna w życiu towarzyskim i kulturalnym, ale z taką zwykłą rzeczywistością, bądźmy szczerzy, nie radzę sobie zupełnie. Ojciec twierdzi, że odziedziczyłam duszę artysty-lekkoducha po jego mamie, której niestety nigdy nie poznałam. Moja babcia Karolina latała samolotem, a w szkole, w której uczyła po wojnie, założyła kółko teatralne. Zmarła na długo przed tym, nim przyszłam na świat. Szkoda, bo mam wrażenie, że miałybyśmy sobie bardzo dużo do powiedzenia – ale może w pewien pokrętny sposób kontynuuję rodzinną tradycję i może dlatego tata nigdy nie złości się na moje nieprzystosowanie do codzienności przy jednoczesnym umiłowaniu spraw niecodziennych.
Tak czy inaczej.
Lampka działa. Żelazko działa. Walizka się domyka i żywię pobożną nadzieję, że zdąży jutro przesiąść się w Warszawie, jako i ja. Zapakowałam wszystkie małe czarne, szwajcarski scyzoryk (matka zasugerowała, żeby zabrać… widzicie, jaka ta moja rodzina? a mam bardzo ładny Victorinox, różowy), parę krótkich spodenek na wszelki wypadek, nie mogę znaleźć eyelinera, ale trudno, najwyżej będę prezentować naturalną słowiańską pyzatą urodę bez podkreślonych zmysłowo oczu.
Najważniejsze, żeby dotrzeć na miejsce. Potem najwyżej będziemy improwizować. I chyba trzeba opatrzności zaufać od czasu do czasu – skoro ona nas wmiksowuje w takie wariackie plany, to znaczy, że wie, jak to wszystko pochytać. Jak mawiał mój nieoceniony instruktor paralotniarstwa: nie przeszkadzać, nie psuć bardziej, samo poleci.