Just because you’re sober, don’t think you’re a good driver, Cookie

Kolega mnie dziś odwiózł do domu.
Samo w sobie nie jest to może wydarzeniem zasługującym na opisanie, choć prawdą jest, że zawsze miło, gdy ktoś z własnej woli proponuje wam podwózkę (zwłaszcza że sama przecież nie poproszę… ostatni raz prosiłam kogoś o przysługę w 1793 roku). Zresztą dżentelmen mieszka dosłownie ulicę dalej, a poza tym należy do gatunku ludzi obezwładniająco miłych. Bardzo lubię. Taka łagodna, ciepła, mówiąca cichym głosem duszyczka. Ani razu nie słyszałam, żeby ten głos podniósł lub w widoczny sposób się zirytował. Zawsze pogodny, zawsze uśmiechnięty. Ktoś mógłby pewnie stwierdzić, że nudny, ale powiem wam szczerze, że im jestem starsza, tym bardziej cenię sobie tego rodzaju towarzystwo. Dobrze na mnie wpływa. Ludzie nadmiernie emocjonalni często mnie męczą. A on jest taki spokojny. I pozytywny, w niewymuszony sposób.
No i jedziemy sobie wesoło. Światła się zmieniają. Mój spokojny, łagodny, mówiący cichym głosem kolega jak nie pociśnie.
– To nie było jeszcze czerwone, prawda? – mruga. – To było ciemnopomarańczowe…
Wot, kolejny zamaskowany raróg najwyraźniej.
Coś mi mówi, że jeszcze go zobaczę tańczącego na stole. Albo wypadnie mu z torby para kajdanek.

Poza tym sytuacja na kontynencie nadal niejasna. Żeby nieco postawić się do pionu, w sobotę polazłam na Kleparz po moje ukochane holenderskie sery (lawendowy wart każdego piniondza), ociekającą miodem bakławę i paczuszkę libańskiej kawy z kardamonem – jak ja czasem lubię ten mój grajdołek. Resztę weekendu spędziłam w w babskim towarzystwie, to jest ze Stryjeńską (znakomity reportaż, taki jak lubię, którego autorka usuwa się dalszy plan, oddając pole bohaterce; jej obecność jest niewyczuwalna, to jakby obraz z włączonej i pozostawionej samotnie na statywie kamery, bez najmniejszych prób reżyserii – chapeau bas, przepadam za takim pisaniem, zresztą obie poprzednie książki połknęłam) i Jeanette Winterson (a zdążyłam zapomnieć, jak bardzo ją cenię). Kręci mi się w głowie plan okołosylwestrowy, właściwie wszystko już poukładane, hotel zarezerwowany, tylko bilet trzeba kupić – lepiej zawczasu, bo ceny już teraz jakieś nieciekawe. Chciałabym powiedzieć, że trochę mi głupio z tym, iż zamiast coś planować z lokalnymi znajomymi, których i tak prawie nie widuję, zamierzam najpóźniej 28 grudnia zawinąć tyłek w troki i wrócić po Nowym Roku, ale.
Ale.
Taki mój wybór. Wezmę na klatę konsekwencje. Skoro słyszę, jak mnie woła i nie muszę się opierać, to przecież nie będę.

Reklamy

And the rosebuds know to bloom in early May

Trzy niedziele z rzędu to odrobinę za dużo. Jestem nieco zmęczona leżakowaniem. Książek w tym czasie przerobiłam trzy i pół, i muszę przyznać, że naprawdę mnie ten osławiony Shantaram wciągnął, acz moim zdaniem jest to książka mocno nierówna i chwilami autor brnie w potworną wręcz coelhozę. Całkowicie zbędne są te ckliwe rozważania o sensie miłości i rzekach życia. Ale póki trzyma się li opisywania przygód, chciałoby się z nim pójść na whisky.
Na drugą nóżkę bolesny Hugo-Bader.

Miesiąc maj niniejszym się zaczął – i chyba matury zaraz. Przypomniałam sobie własną z tej okazji. Również dlatego, że przebywając u rodziców przez ostatnie dni, zobaczyłam na półce zdjęcie moje i mojej licealnej paczki tuż po tym, jak dowiedzieliśmy się, że zdaliśmy maturę. Roześmiane, obejmujące się małolaty z otwartą butelką szampana. Niedługo później pojechaliśmy na jeziora… Szaleliśmy, piliśmy, tańczyliśmy, kochaliśmy się, jeździliśmy rano – imprezując uprzednio do świtu – samochodem do wioskowego sklepu po coś na śniadanie. Wariactwo. Że też nikomu z nas nic złego się nie stało podczas tego weekendu. Opatrzność musiała mieć na nas oko.
Nie dowierzam, że minęło tyle lat, odkąd maturę zdawałam. Wtedy jeszcze trzeba było pisać wypracowania, nie zaznaczać krzyżykami stosowne odpowiedzi.
Egzamin z polskiego przypadał w moje urodziny. Był raczej prosty („omów te utwory literackie, wobec których nie pozostałeś obojętny” – rozpisałam się o Mistrzu i Małgorzacie). Jako kujon, z części ustnej zostałam zwolniona. Tak czy inaczej, byłam tak spięta, że gdy wyszłam do toalety, wróciłam do innej sali. Dopiero zaskoczone spojrzenia uświadomiły mi, że coś chyba nie tak. Z angielskim było podobnie. Zdawałam też na maturze – ustnie – historię. Kułam zapamiętale przez cały rok; historię zawsze lubiłam, więc to był oczywisty wybór, ale i tak w tym temacie czułam się najsłabiej. Jest w końcu dość, hm, obszerny.
Wylosowałam dość przyjemne zagadnienie, o Kazimierzu Wielkim, i nawet dość się rozgadałam w odpowiedzi. Gdy wtem moja nauczycielka historii, kobieta o ogromnej wiedzy, z figlarnym błyskiem w oku pyta:
– A jak się nazywała kochanka Kazimierza Wielkiego?
Zdrętwiałam.
– Yyych – odpowiedziałam.
Esterka.
Esterka jej było na imię. Do końca życia zapamiętam.
Mimo hańbiącej niewiedzy odnośnie Esterki, maturę zdałam i mogłam składać papiery na uniwersytety.
Mając 19 lat, myślałam, że wiem, co chcę robić. Nawet dostałam się na wymarzone studia. Ukończyłam je. Swoją drogą, gdy na kilka tygodni przed spodziewaną przeprowadzką do Krakowa pojechałam oglądać stancje, musiałam usiąść na schodach, bo z nerwów zrobiło mi się słabo. Taki to był wielki przełom dla mnie.
A nie wiedziałam nic, nichts, nada, niente. Jeśli ktoś wam, droga młodzieży, wmawia, że musicie mieć plan na siebie przed złożeniem pracy dyplomowej – otóż nie. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę robić to, co dziś robię i będzie mnie to ogromnie uszczęśliwiało, wyśmiałabym go.

Tyle wspomnień. Wystarczy na dziś.

Nie byłabym sobą, gdybym was nie zostawiła z pewnym cudownym mężczyzną.

Cruise altitude

Dzisiejszy poniedziałek był poniedziałkowy do przesady. Po pierwsze obudził mnie szum ulewy. Po drugie wyszłam z domu wcześniej niż zazwyczaj tylko po to, by spóźnić się do pracy, bo całe miasto tkwiło w niemożebnych korkach. Po trzecie zepsuł mi się laptop. Po czwarte ekspres do kawy też się zepsuł. Bez kawy przy poniedziałku? Wolne żarty.
Na pocieszenie obejrzałam dziś film, który, hm, umiarkowanie się udał, ale zawiera Andrzeja (i w sumie siedem osób, które widziałam na scenie – jedną z nich pięć razy… absurd jakiś…) i uśmiech McAvoya. IMDB w kategorii „goofs” wymieniło słyszalny niekiedy szkocki akcent protagonisty. Jaki to goof? W tym jego czar! Tak czy inaczej, choć rzecz raczej słaba, dla poniekąd znajomych wszystko obejrzę i zawsze to miło. Nie takie zresztą dzieła się oglądało, ekhm.

Spędziłam weekend intensywnie, to znaczy kopiąc w glebie w sobotę, i spoglądając z dumą znad książki i lampki białego na glebę umajoną własnoręcznie wkopanymi sadzonkami w niedzielę.
Macie jakiś ulubiony kwiat?
Oto mój.
wp-1460911387694.jpeg
W nosie mam wszelkie róże i orchidee – te skromne, maleńkie kwiatki wyłażą spod ziemi zawsze jakoś w pobliżu moich urodzin.
Tulipany też bardzo lubię. I oczywiście konwalie, choć są wielce trujące (naparem z konwalii można człowieka zabić – nie żebym próbowała, ale czytałam). I bez. Uwielbiam zapach bzu. Jaka szkoda, że mamy wiosnę tylko raz w roku.

W trakcie weekendu, pobrudziwszy sobie trochę łapki i wreszcie wyciągnąwszy się na słońcu z książką, przerobiłam Wniebowzięte.
Jest to otóż wspaniała opowieść o stewardesach, czy też według obecnej nomenklatury – personelu pokładowym. Nie współczesnym, ale tym, który latał w epoce PRL i wcześniej.
Teraz podróż lotnicza to prawie nie podróż. Samolot to taka właściwie poczekalnia. Wchodzisz na lotnisko w jednej części świata, idziesz rękawem aż do niewielkich drzwi, siadasz, wypijasz drinka, parę godzin później kolejnym rękawem wychodzisz w zgoła innej części świata. Czas pomiędzy tymi dwoma spacerami upływa na cierpliwym nudzeniu się, przyglądaniu się chmurom, jeśli to dzień, drzemce przy kojącym szumie silników, jeśli to noc. Ten wart miliony cud techniki leci sam, nawet by sam wylądował. Tak to teraz wygląda. Najbezpieczniejszy środek transportu, przyczyną 9 na 10 rzadkich wypadków jest ludzki błąd.
W tej książce są historie o podróżach zawodnymi Iłami (one docierały za Atlantyk na oparach, bez zapasu paliwa…), bez klimatyzacji, w kabinach niezbyt hermetycznych, gdy pasażerom podawało się posiłek na talerzu, wcześniej go własnoręcznie przygotowawszy – nie czekał zapakowany, jak teraz. Podróż na Bałkany trwała cały dzień. W każdej, excusez le mot, destynacji można było kupić coś, co w szarej i biednej Rzeczpospolitej Ludowej było na wagę złota. Belę materiału wartego tyle, że u nas za kilka takich można było dom postawić. Ciuchy, tam już dawno niemodne, ale w Warszawie pożądane. Egipską biżuterię. Owoce. Puder. Podpaski. Czarny rynek kwitł. Podobnie jak wzajemna nieufność, bo co jeśli kolega współpracuje?… Podobnie jak nałogi. Podobnie jak romanse.
Czyta się to jak świetny historyczny reportaż i jak powieść przygodową zarazem.
Ostatni rozdział poświęcony jest wypadkom właśnie – tym, o czym każdy z nas woli nie myśleć, udając się na wywczas i wiedząc, że musi zdać się na łaskę czegoś, co waży kilkaset ton i jakimś cudem od ziemi się odrywa. To mało przyjemny rozdział. Ale też ogromnie interesujący. Z jednej strony bowiem wspomina kapitana (nawiasem mówiąc, utytułowanego skoczka spadochronowego, rekordzistę świata w celności lądowania), który samolotem z niesprawnymi silnikami ominął budynki zakładu poprawczego dla nieletnich, żeby było mniej ofiar, z drugiej opisuje przypadki lądowania za wszelką cenę, bo a nuż się uda.
Nie wiem, nie ogarniam rozumem, jak z ludźmi na pokładzie można dopuszczać jakiekolwiek „a nuż”. Zdarzyło mi się parę razy, że kapitan z lądowania zrezygnował – dzięki jednemu zwiedziłam sobie nawet kawałek Czech, bo tam w końcu polecieliśmy, taka była mgła nad południową Polską – i każdemu z nich jestem bardzo wdzięczna.
Ten, z którym wylądowaliśmy w Brnie, podczas krążenia nad zamgloną Małopolską powiedział:
– Panie i panowie, nie wiemy jeszcze, co się z nami stanie, ale to nie wasz problem.

A tak z innej beczki – czytałam ostatnio, ze spośród 130 tysięcy zawodowych pilotów na świecie raptem 4 tysiące to kobiety.
Mało.

I needed a drink, I needed a lot of life insurance, I needed a vacation, I needed a home in the country. What I had was a coat, a hat and a gun. I put them on and went out of the room.

Za tydzień o tej dokładnie porze będę robić coś niesłychanie pasjonującego, to jest siedzieć na czytaniu sztuki napisanej w tysiąc pięćset którymś tam roku, której bohater zakochuje się we własnej córce.
Niesłychanie mnie ta perspektywa cieszy.
Nigdy nie twierdziłam, że jestem osobą w pełni poczytalną.

Wczoraj tymczasem, idąc na dworzec, wstąpiłam przypadkiem do lumpeksu, bo zobaczyłam na wystawie piękny płaszcz, wełniany i uszyty dość księcioseksualnie, że tak powiem, z tym pięknym, stylowym haftem na piersiach (nie wiem, czemu wszyscy tak się zaśmiewają z tej mody – mnie się nawet podoba, znacznie bardziej niż te nieszczęsne brody i rurki, poza tym ten frak ze zdjęcia nr 2 sama bym przygarnęła z rozkoszą, spodnie też, a takie pikowane oficerki jak na zdjęciu nr 4 to nawet posiadam, acz muszą odwiedzić szewca, bo przez moje zamiłowanie do nich troszeczkę się zużyły – czy ktoś zna jakiegoś dobrego w Krakatau?).
Rzadko w second-handach bywam, bo brakuje mi cierpliwości do grzebania celem wyłuskania perełek; poza tym często zdarza się, że tych perełek nie ma. Ale ten sklepik okazał się prawdziwą wyspą skarbów, toteż opuszczałam go z dwoma płaszczami, trzema torebkami i jeszcze jakimiś tam szmatkami, i butami, które są arcypiękne, ale mają obcas tak wysoki, że mocno wątpię, bym pokonała w nich trasę dalszą niż z mojego, ekhe, salonu do sypialni (czyt. jakieś dwa metry). I na to wszystko wydałam sto złotych polskich. Poczułam się bardzo szczęśliwa.

Do miasta powracałam za to dziś w towarzystwie dziewczęcia, któremu nikt nie powiedział, jak używać gumy do żucia i ciamkało tak niemiłosiernie, że w pewnym momencie byłam o włos od zaatakowania jej czytaną w drodze książką Michała Rusinka o Szymborskiej (w twardej oprawie). Dziewczę przy tym owszem, również czytało, co samo w sobie jest chwalebne. Tylko że ono czytało teatralnym szeptem. Nawiasem mówiąc, to już kolejny przypadek ostatnimi czasy, gdy w środkach transportu spotykam osobę czytającą na głos i wydaje mi się to nieco dziwne – zdawało mi się, że człowiek uczy się czytać samymi oczami za dziecka jeszcze?
Ale może to ja jestem dziwna. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać i gdy szłam do szkoły, czytałam płynnie i czytałam absolutnie wszystko (wskutek czego ojcowe książki o medycynie sądowej musiały wywędrować na najwyższe półki po tym, jak wykazałam zainteresowanie nimi i zauważyłam, że są w nich obrazki… jakie to obrazki były, możecie się domyślić; w każdym razie od tamtej pory tata starał się, by w zasięgu moich krótkich jeszcze wtedy rączek znajdowali się najwyżej Kajko i Kokosz, potem i tak dorwałam kryminały Chandlera, ale z tym już rodzice nie walczyli – zresztą to świetna literatura przecież). W pierwszej klasie wiele dzieci dukało i myślałam, że to tak ma być, więc postanowiłam też tak robić. Jako siedmiolatka byłam okropną konformistką. Wydało się w końcu, bo nauczycielka zauważyła, że przejeżdżam oczami po tekście, dodała sobie dwa do dwóch i powiedziała mojej mamie na wywiadówce, że jej zdaniem udaję, że nie umiem. Mama mi podówczas wyjaśniła, że niekoniecznie dobrze jest robić coś tylko dlatego, że inni to robią. Czasami przypuszczam, że żałuje, iż mi to powiedziała, bo taki raróg jej wyrósł.
Swoją drogą i a propos czytania na głos w komunikacji miejskiej byłoby to całkiem miłe, gdyby zamiast tej bzdurnej telewizji tramwajowej, w której emitowane są newsy sprzed dwóch dni, lekcje tańca bez dźwięku, i „skąd się wzięły nazwy krakowskich przystanków”, czytano poezje czy co tam. Żeby ludzie jadący rano do pracy, niewyspani i ściśnięci jak sardynki, mogli usłyszeć z głośników piękny głos mówiący coś pięknego. Tak. Myślę, że to wszystkim zrobiłoby dobrze.

Na dobranoc proszę bardzo, świeżuchny numer jednej z moich ulubionych kapel, której frontman lubi pisać piosenki brzmiące jak soundtrack do baśni braci Grimm, ale czasami pisze kawałki zwyczajnie delikatne i wzruszające. I ten właśnie taki jest. Ubóstwiam. Posłuchajcie musowo.

I wonder what else of his is huge; probably his kitchen

Staram się przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam taki wściek.
Chyba jakoś za Napoleona.
Jestem tak… zirytowana (och, nazwij to po imieniu: jesteś wkurwiona, wkurwiona po prostu, nie ma co owijać), że nie mogę znieść nawet tego, że ktoś obok mnie mówi. I lepiej, żeby nie mówił do mnie. Mój cudownie słodki nastrój jest taki nie bez przyczyny, niemniej nieszczególnie chcę o tym pisać, ba, nie chcę nawet o tym myśleć.
Zamierzam przekuć ten wściek w coś pozytywnego, muszę, bo inaczej niewinni ucierpią.
Ale to później, bo jeszcze nie wiem, co to mogłoby być.

Żyjemy w takich zabawnych czasach, że wszyscy ludzie są zdumiewająco łatwo osiągalni. Tacy, którzy w epoce przed internetem byli nieosiągalni dla zwykłych żuczków, też już są. Czasami to im bardzo pomaga w karierze, czasami może skończyć się katastrofą.
Może już wiecie, a może nie, ale autorka powiastki o tym, jak mały Jasio wyobraża sobie BDSM, miała wczoraj Q&A z fanami na Twitterze. To znaczy – miała mieć. Nie bardzo to wyszło. Q&A co prawda zyskało niesamowitą popularność, ale nie dzięki odpowiedziom.
Nie jestem fanką trollowania, niemniej czasami sama gryzę się w palce, żeby nie strzyknąć sarkazmem w komentarzu do czyichś bzdur. Bo ręce opadają niekiedy. W tym przypadku pani pisarka przekonała się, jak wielu ludziom opadły ręce w starciu z jej twórczością. Mogli taktownie przemilczeć i pewnie w rzeczywistości by to zrobili. Ale to Twitter. Twitter nie zna litości, działa błyskawicznie, a na nieszczęście pani pisarki korzystają zeń nie tylko nastolatki bezskutecznie żebrzące o uwagę celebrytów mających tam konta. No i się wylała cała Amazonka pytań od publiczności. Przejrzałam je sobie przy śniadaniu – sporo uciechy przy tym miałam. Poniżej tylko drobny ułamek.
Czego nienawidzisz bardziej, poprawnej angielszczyzny czy niezależnych kobiet?
Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że brwi nie mogą rozszerzać się w zdumieniu?
(Tak, tak…)
Czy jeśli będę prześladował dziewczynę, to będzie oznaczało, że ją naprawdę kocham?
Jaki jest twój ulubiony odcień szarości z pięćdziesięciu? Czy zamierzasz wydać książkę o każdym odcieniu osobno?
Czy te wszystkie negatywne komentarze uważasz za molestowanie? Bo ja uważam, że są wystarczająco romantyczne, by złożyć je w powieść!
Czy twoim zdaniem jest OK wmawiać dziewczynom, że dręczenie w związku jest fajne, jeśli tylko facet jest bogaty i przy okazji przystojny?
Czy sądzisz, że czytanie twojej książki będzie wystarczającą karą dla osoby uległej?
Czy wiedzę o BDSM zdobyłaś podczas pojedynczej wizyty w butiku Ann Summers?
Kupiłem twoją książkę w antykwariacie – ma tylko trzy strony, każda gruba na cal, to tak miało być?
Czy myślałaś kiedyś, że gdyby główny bohater nie miał fortuny, ta historia nie nadawałaby się na romans, tylko na kolejny odcinek serialu „Prawo i porządek”?
Spytałam szefa, czy mogę go pocałować. Nie zgodził się, ale i tak to zrobiłam, bo przecież „nie” znaczy „tak”, prawda?
Co myślisz o tym, że twoje książki budują w ludziach na całym świecie przekonanie, że KAŻDY może pisać?
Czy umiałaś już czytać, gdy pisałaś tę książkę?
Spaghetti mi spadło na kartkę papieru, mogę prosić o adres twojego wydawcy?
Chciałbym zadać ci tyle pytań, ale większość zaczyna się słowem „dlaczego” i kończy potępieńczym skowytem.

Zapewne były i jakieś ciepłe wyznania z gatunku „ignoruj te wściekłe brzydkie feministki, twoi prawdziwi czytelnicy i tak cię kochają”, ale trudno im było przebić się przez ten ostrzał. Ktoś zbyt krótko się zastanawiał przed zorganizowaniem tego wydarzenia, bo przecież przy wszystkich kontrowersjach narosłych wokół bestsellera i biorąc pod uwagę fakt, że internet dla nikogo nie jest łaskawy, było wiadome, że to się skończy źle. Mimo wszystko pani pisarka miała szansę, żeby odpowiedzieć na zarzuty o grafomanię, o plagiat, o prezentowanie fałszywego obrazu i relacji międzyludzkich, i BDSM – mogła wdać się w polemikę, zapewne wtedy części ciosów by sobie oszczędziła. Podobno nigdy tego nie robi, na wszelkie tego rodzaju dociekania reaguje zablokowaniem pytającego (to nie jest dobre posunięcie w mediach społecznościowych). Niektóre faktycznie były agresywne, zresztą personalne ataki nigdy nie są OK – ale większość pytań, które widziałam, była jednak zasadna, choć niewątpliwie niewygodna.
Podobno nad filmową adaptacją książki miał pracować Patrick Marber – dramaturg, który napisał między innymi Closer. Autorce nie spodobały się zmiany w dialogach i go wywaliła, co dowodzi, że musi mieć naprawdę dobre zdanie o swoich umiejętnościach pisarskich. Zresztą ponoć ma już kolejną książkę napisaną i drugą na warsztacie – wielkie nieba, gdybym ja miała taką wenę twórczą… W moim obecnym stanie ducha w tydzień spłodziłabym kryminał, mam obmyślonych parę morderstw. Może zacznę wieczorem, zobaczymy.

Nawiasem mówiąc, gdy będzie wam smutno i źle, sięgnijcie po parodię dzieła; jest fenomenalna. Niestety spłodzono też coś takiego. Można było się spodziewać. Ktoś po prostu musiał wpaść na pomysł zestawienia jednego z drugim. Powiem wam w sekrecie, że odczuwam jakąś perwersyjną pokusę przeczytania tego, tak dla intelektualnego sponiewierania się, czasami miło – chociaż Jane Austen, o której niektórzy mówią, że zeszła z tego świata, zachowawszy wianek, chyba by się w grobie przewróciła.

I never go jogging – it makes me spill my martini

Wieczory w obcych miastach – nie na tyle atrakcyjnych, by mieć dokąd pójść na drinka, ba, by pójść dokądkolwiek po zmierzchu – sprzyjają zaglądaniu w otchłań internetu. Czy to tylko moje złudzenie, czy teraz w dobrym tonie jest, by blogasek był odpowiednio nasycony kontrowersją w najtańszym wydaniu? Serio, wolę czytać rozważania ludzi zainteresowanych entomologią niż kolejne wynurzenia obliczone na wsadzenie kija w mrowisko – naprzemiennie muzułmanie, feministki, weganizm, mobbing, higiena, media kłamio, fakty i mity o wielokrotnym orgazmie, muzułmanie, feministki, weganizm, опять od nowa. Coraz mi trudniej w tym zalewie tematów pod publiczkę znaleźć coś, co mnie naprawdę zainteresuje. Ale tak samo jest z twarzoksiążką, którą w ostatnich dniach konsekwentnie czyściłam, bo przed zbliżającymi się wyborami z części moich znajomych wyleźli radykałowie, że aż strach i gdy publikują osiemdziesiątą perorę na ten sam temat, to zwyczajnie mnie mdli. Wyczyściłam tajmlajn również z wpisów tych, którzy lubią fotografować swoje posiłki i rozprawiać się publicznie z eksami. Teraz mam bardzo ładnie, same przydatne informacje.
Nie bronię nikomu zaznaczania swojej obecności w sieci, ale czasami to naprawdę przypomina obsikiwanie każdego drzewka, w hałaśliwy raczej sposób. Wybaczcie zgorzknienie, chyba potrzebuję urlopu w słońcu (albo chociaż martini, ale jeszcze nie minęło południe).

Do mojej wszystkomieszczącej torby trafiła jeszcze jedna książka, złapana wczoraj w dworcowej księgarni. Gdybym rok temu wiedziała, że wydadzą toto po polsku, nie wydałabym na to bolesnych dwudziestu funtów. Nie do końca podoba mi się polski tytuł, bo jest jakiś taki, czy ja wiem, trochę koncertowo-życzeniowo brzmi. Tak czy inaczej, polecam gorąco. Jeśli macie w maju fundusze na tylko jedno tomiszcze, kupcie właśnie to. W drodze do domu spłakałam się nieco nad listami naczelnika szpitala, w którym pomieszkiwał Joseph Merrick, znany jako człowiek-słoń. Za trzy długie miesiące idę na przedstawienie o tymże, więc jeśli dwa krótkie listy wpędziły mnie w chwilową deprechę, to nie chcę wiedzieć, w jakim stanie z tego przedstawienia się wyczołgam. Chyba lepiej będzie nie malować rzęs.
W jeszcze dotkliwszą deprechę wpędza list inżyniera usiłującego wstrzymać start Challengera. Prom eksplodował, jak wiemy.
(Gwoli ścisłości – żeby nie było, iż same smuty w tym zbiorze, jest tam też wspaniała odpowiedź prokuratora generalnego Alabamy na pogróżki czołowego zwolennika rasy panów; odpowiedź bardzo zwięzła i właśnie taka, jakiej należy udzielać ludziom głoszącym tego rodzaju poglądy).

Skoro o przedstawieniach mowa – wiem, że dziś jest znowu NT Live w Multikinie, ale tą razą wolę polecić wam coś innego zamiast. Też zza kanału. Przy czym nie tylko nie musicie płacić za bilet, ale nawet z domu wychodzić. Majówka ma być zimna, więc nie zaszkodzi rozważyć.
Po pierwsze. Zdecydowanie warto. Da się oglądać z naszego pięknego kraju, pod warunkiem, że wmówicie waszemu komputerowi, iż przebywa obecnie w Zjednoczonym Królestwie – prościzna; zaprzeczam, jakobym sugerowała instalowanie nakładek na przeglądarkę zmieniających IP i w życiu nie słyszałam o niczym takim jak Hola Better Internet… W roli głównej piękna, charyzmatyczna Juliette Binoche, a reżyser wybitny, co chwila zgarnia jakąś nagrodę. Uwierzcie mi, nie zmarnujecie wieczoru.
Po drugie. Dostępne od jutra, całkowicie za darmoszkę. To jest w ogóle ciekawa sprawa. Ten teatr jest pod wieloma względami wyjątkowy – i zdarzyła mu się wyjątkowa, choć bardzo smutna historia, bo w marcu tego roku caluchna scenografia do ich ostatniego przedstawienia, zbierającego dziesiątki gwiazdek i podobno powalającego na łopatki, spłonęła w pożarze budynku, który ich gościł (nota bene, pożar wybuchł niespełna dobę po tym, jak przeczytałam entuzjastyczną recenzję i wciągnęłam to na listę rzeczy koniecznie do obejrzenia przed śmiercią). Oczywiście, że ich to nie powstrzymało przed wystawianiem spektaklu nadal, w wersji „unplugged” – bez żadnych rekwizytów, a fundusze na zorganizowanie wszystkiego od nowa zebrali w ciągu raptem kilku dni. Zrekonstruowana scenografia wygląda nieco inaczej, bo zapisane są na niej nazwiska wszystkich, którzy teatrowi pomogli. Takie wydarzenia przywracają wiarę w ludzkość, prawda?…
O, południe minęło.
Mimo wszystko pozostanę na razie przy zielonej herbacie. Na razie. Nie można prowadzić się zbyt dobrze.

PS Dojechawszy do domu, odkryłam, że dotarły moje zamówienia z Book Depository. Oni wysyłają każdą książkę osobno, co ma swoje minusy, ale dzięki temu płaskie opakowania mieszczą się w skrzynce pocztowej – wiem, bo wysypały się na mnie, gdy ją otworzyłam. W każdą kopertę była dodatkowo wetknięta całkiem urocza zakładka. Jak widać, przesyłki wzięłam już w obroty.
wpid-2015-04-30-19.04.28.jpg.jpeg
PPS Uprzedzając pytania – tak, mam bawarski domek-barometr. Nigdy nie działał; od sześciu lat w każdą pogodę wygląda zeń babeczka, chłopek zawsze siedzi schowany.

Pirate eyes are watching

Jeszcze w nawiązaniu do opiewanych poniżej majtek Hamleta, frapujących upodobań w temacie męskiej garderoby i innych pokrewnych związanych z prezencją, powiem Wam, co mi się w jakiś niezrozumiały sposób podoba.
Podkreślone oczy.
Nie pełny, kapiący, papuzi makijaż a’la drag queen, tylko obwiedzione kredką oczy, jak u pirata albo amanta w starych filmach.
Pojęcia nie mam, skąd mi się to wzięło, ale odkąd pamiętam, fascynuje mnie.

Piszę o tym w dużej mierze dlatego, że to jeden z tych tygodni, gdy niewiele się dzieje. Dni poza domem, wypełnione stukaniem obcasów po nabłyszczonych posadzkach, szumem klimatyzacji w salach pozbawionych okien, beznamiętnymi obwieszczeniami w szklanych windach, rozmowami z ludźmi, których zapewne nigdy więcej nie spotkam. Jestem dla nich i dla tego miasta całkowicie obca – i nawet mi się to podoba, lubię takie poczucie zawieszenia, myśl, że nikt mnie tu nie zna. Czuję się poza, nie stąd, tymczasowo, przelotnie tylko i to jest całkiem przyjemne.
No i mam czas na czytanie, więc w torbie obok starannie złożonych czerni i granatu trzy tomiszcza: przerobiona w dwa dni Droga do wyzwolenia (absolutnie zatrważające – w XXI wieku ludzie dają się łapać na mizerny lep wiecznej szczęśliwości i oświecenia, ponosząc przy tym koszmarne koszty), czytane popołudniami Safari mrocznej gwiazdy (kupiłam dawno temu, zapomniałam i przed wyjazdem znalazłam na półce; Theroux niezmiennie spostrzegawczy i pięknie opisuje to, co widzi i słyszy, ale albo to moje złudzenie, albo w tej książce jego złośliwość przybiera już znacznie mniej sympatyczną formę, nawet momentami ustępuje miejsca jakiejś zgryźliwej wyniosłości w stylu „co wy tam wiecie” – niemniej przynajmniej dowiedziałam się, że Flaubert podczas miłosnych przygód w Egipcie za wyjątkowo ekscytujący smaczek uważał pluskwy w łóżku; no, ja podziękuję). I jeszcze rano coś na wzmocnienie przed długim dniem, ale wcale nie działa zbyt dobrze, bo gubię się w skomplikowanych relacjach dworskich; nadążanie za tym, kto z kim i iloma naraz – dajcie spokój, taki hrabia Essex miał cztery kochanki jednocześnie, a do tego potajemnie się ożenił – wymaga ogromnego skupienia.

W czwartek wracam do domu, żeby od razu uciec na plenerową majówkę, a potem, coś mi się niejasno zdaje, zacznie się znowu powolne odliczanie.

It was a bright cold day in April, and the clocks were striking thirteen

Wczoraj rozbawiły mnie tylko dwa dowcipy. Nie wiem teraz, czy na starość kurczy mi się poczucie humoru i wapnieję, czy to jednak skutek wielkiej smuty. Jak to na ogół bywa, emocje obudziły się z opóźnieniem – na czas najciemniejszych dni przygasły i pozwoliły mi zachować jako taki spokój, ale teraz trochę mnie życie pobolewa.
Pierwszym żartem, który mnie rozchichotał, był ten od CERN. Zwłaszcza fragment o niskim, zielonym rzeczniku laboratorium.
(Nie wiem, czy kiedyś wspominałam o tym, ale w moich czasach nastoletnich byłam wielką fanką Gwiezdnych wojen – przy czym tylko tych „prawdziwych”, kręconych między 1977 a 1983 rokiem. Części dokręcane w ubiegłej dekadzie już mi się nie podobały i nie poważam ich za bardzo, ale tamte znam na pamięć. Dla innych miłośników przeurocza ciekawostka).
Drugie mrugnięcie oczkiem, które wczoraj sprawiło mi radość, wykonała księgarnia Foyles. Charing Cross Road składa się głównie ze sklepów z książkami (oraz zabawkami erotycznymi – naprzemiennie), ale to jest miejsce szczególne. Księgarnia ta natychmiast przyprawia wchodzącego o długotrwały orgazm, witając go takim oto napisem i wieloma piętrami niezmierzonej papierowej ekstazy. Sześć i pół kilometra półek, jeśli możecie sobie to wyobrazić, a na tych półkach ponad dwieście tysięcy tytułów. Mają najcudowniejszy dział poświęcony teatrowi i sztukom audiowizualnym, w którym można spędzić długie, zbyt długie godziny. Wyjście stamtąd z tylko jedną książką jest wyczynem porównywalnym do zachowania wstrzemięźliwości w sytuacji, gdy leżymy nago w łóżku obok najprzystojniejszego mężczyzny świata (lub najpiękniejszej kobiety, jak kto woli). Nawet jeśli jakimś cudem się uda, to łzy rozżalenia cisną się do oczu.
Podejrzewam, że drobne zakupy tamże natychmiast ubiłyby moją wielką smutę. Niestety będę tam dopiero za dwa miesiące, chyba że coś się wydarzy. Od czegóż wszak mamy internet.
Zaprawdę powiadam, nie ma nic lepszego niż poranna kawa w towarzystwie Book Depository.
Dodam ze wstydem, że dziś po raz pierwszy w życiu nabyłam książkę z powodu okładki. Być może ośmielę się ją wam pokazać, gdy już do mnie przyleci – od razu zrozumiecie, dlaczego.

PS Całe moje dorosłe życie zarzekałam się, że nikt i nic nie sprawi, bym ubiegała się o wizę amerykańską, dopóki procedury nakazują mi odpowiadać na pytanie, czy handlowałam żywym towarem i oczekiwać na spotkanie z konsulem po drugiej stronie ulicy. Musiało nadejść dzisiejsze śnieżne popołudnie, bym gwałtownie złagodziła moje stanowisko w tej sprawie. Khhh.

I tried to be grown up but I have no interest in abiding by the adult rulebook

Ależ ja tępa. Z każdej podróży wracam z bagażem wypchanym wbrew wszelkim prawom fizyki, niekiedy przenosząc przez kontrolę książki pod pachą, bo nie mieszczą się w torbie – a tu okazuje się, że mogłabym po prostu wyjechać z pustym węzełkiem, kupić ciuchy na miejscu i ostatniego dnia je oddać, twierdząc, iż jednak mi nie pasują. I wtedy nie miałabym najmniejszego problemu z targaniem ciężkiego tobołu i udawaniem, że ma odpowiednie wymiary.
Tak, zgadzam się z częścią nieszczęsnej wypowiedzi pana dziennikarza, w podróży trzeba sobie radzić.
Pytanie tylko, czy każdy sposób radzenia sobie jest jednakowo dobry.

Piątkowy wieczór nie był taki zły, jak się obawiałam, bowiem przed samotnym kiwaniem się w kąciku uratował mnie niespodziewany desant w postaci – jeśli go jeszcze pamiętacie – pana i władcy, który postanowił przesiedzieć pół nocy, rozmawiając ze mną, wysłuchując gorzkich żali, służąc ramieniem i dostarczając innych potrzebnych akurat ulg. Ponownie mam uczucie, że my jesteśmy na siebie w jakiś sposób skazani, cokolwiek się w naszym życiu wydarza.
Weekend spędzam w towarzystwie Mirandy – bo to świetne towarzystwo, gdy człowiek jest akurat bardzo delikatny i potrzebuje nieco wsparcia, niechby w postaci książki. Lubię Mirandę; Miranda udowadnia, że bycie tym odstającym od reszty towarzystwa jest rzeczą absolutnie normalną i nie ma czym się przejmować. Że nie tylko nam zdarzają się momenty paraliżu umysłowego, niemota, ciśnięcie w kogoś kawałkiem obiadu wskutek nieumiejętnego jedzenia pałeczkami (tak, też mi się kiedyś zdarzyło, na szczęście w obcym kraju). Że innym też zdarzają się chwile, gdy zastanawiają się, jak głęboko ich rozmówca jest przekonany o tym, iż niedawno przeszli rozległy udar mózgu. Że też wpadają w panikę, kiedy zapada niezręczna cisza i trzeba coś powiedzieć, więc niestety mówią („Eee… to jak się właściwie wymawia twoje imię, Bob?”). Że inni też wolą przeleżeć niedzielę na sofie, jedząc pizzę i lody, śpiewając wniebogłosy swoje ulubione piosenki, do których lubienia oczywiście nie zamierzają przyznać się publicznie, i oglądając po raz siedemdziesiąty film z gwiazdą, w której skrycie się kochają. Że najbardziej żenujące sytuacje przytrafiają im się wtedy, gdy w pobliżu znajduje się ktoś, na kim naprawdę chcieliby zrobić dobre, ba, piorunujące wrażenie.
Powiem wam, że to bardzo przyjemna odtrutka na świat, w którym wszyscy chcą was przekonać, że odżywiają się organicznie, codziennie uprawiają sport, w sobotnie przedpołudnia przebiegają półmaraton, by następnie udać się do dyskusyjnego klubu książki, zawsze skutecznie flirtują, nigdy nie tracą rezonu, potrafią chodzić w szpilkach i ubolewają, że ich największą wadą jest perfekcjonizm. Oni wrzucają na fejsbuka zdjęcia przyrządzonego przed chwilą soufflé z topinambura oprószonego płatkami fiołków i opisują, jak napotkany w windzie celebryta poprosił ich o numer telefonu, wy tymczasem spoglądacie na swoją chińszczyznę, dochodzicie do wniosku, że publikowanie fotografii kurczaka gong-bao to słaby pomysł, a opisać możecie najwyżej, jak złamaliście obcas.
(No, ale za to złamaliście go na czerwonym dywanie).

Tak. Czasem każdy potrzebuje upewnić się, że jest OK tak, jak jest. Niedoskonale, czasami dziwacznie, czasami śmiesznie, czasami bezbrzeżnie leniwie – i tak jest dobrze. I nie ma co napinać się ani pluć sobie w brodę, że nasze życie nie wygląda tak, jak wyobrażaliśmy je sobie w liceum, ani że my nie jesteśmy herosami, którzy każde zawirowanie przechodzą tak gładko, że nawet włos im się nie rozwieje, i wcale nie musimy nimi być. Trzeba czasem dać sobie prawo do bycia nieudacznikiem, wioskowym głupkiem, smutasem i ofiarą losu, bo ludzie, w których życiu takie chwile się nie zdarzają, nie istnieją.

Ponadto nie miałam pojęcia, że umiem świadomie śnić, ale najwyraźniej umiem – albo po prostu mój umysł postanowił urządzić mi przez sen coś na kształt autoterapii dla rozwiania smutków. Śniło mi się nad ranem coś absolutnie, absolutnie cudownego. Powiem tylko, że było to coś w rodzaju przedstawienia – wiadomo, przecież to MÓJ sen – w którym występowały beczki z wodą i nieubrani mężczyźni – co do jednego dobrze mi znani – wskakujący do tych beczek, a potem wyskakujący z nich, by następnie, tacy mokrzy, tarzać się po podłodze tak blisko mnie, że mogłam policzyć pieprzyki na ich łydkach. To samo w sobie byłoby wystarczająco odjechane, ale moja szyszynka postanowiła podkręcić temperaturę snu i wtedy dopiero zaczęło się dziać…
Tak, ja to potrafię poprawić sobie humor.

Następnego dnia
Och, więc mój wczorajszy sen to była zaledwie przygrywka. Dziś nad ranem… Ujmę to może tak. Już nigdy – a w każdym razie nie przez najbliższy rok – nie spojrzę niektórym ludziom w oczy.
Poziom realizmu moich sennych wizji bywa nieznośny. Otrząsam się potem przez pół dnia. Swoją drogą – zanim doszło do tego, do czego doszło, byłam swatana (bardzo romantycznie, przy ognisku) przez jedną z naszych czołowych gwiazd telewizyjnych. Bo cała rzecz miała miejsce na grupowej wycieczce pekaesem przez Polskę. Coś w stylu kolonijnego romansu, tylko raczej X-rated.
Z wielką niecierpliwością oczekuję dzisiejszej nocy.

Duma, uprzedzenie & Gabbana

Trochę przeszło. Po prostu nie można mieć za dużo czasu na myślenie i wtedy jest dobrze. A dziś czasu nie miałam, bo przygotowywałam się do ultraważnego jutrzejszego spotkania z ultraważną personą, od którego to spotkania całkiem sporo zależy, więc siedzę cała w nerwach i mam złe przeczucia. Zostałam uspokojona, że rozmówca jest bardzo miły. Tak, tacy są najgorsi.

Zanim wpadłam w nerwową drżączkę, dowiedziałam się, że cały świat bojkotuje Dolce & Gabbana za średnio udaną wypowiedź o in vitro i adopcji dzieci przez homoseksualistów. Cóż. Ja też bojkotuję ich siłą rzeczy przez całe życie i nie sądzę, by to się zmieniło, bo po pierwsze mnie nie stać, po drugie to nie mój styl (tak się tylko usprawiedliwiam, bo patrz po pierwsze) – ale rzeczywiście mogli sobie darować wykład o prawdziwej rodzinie i naturalnym toku życia, a później jeszcze tłumaczyć się wolnością słowa. Nie lubię bardzo, gdy ludzie zapominają, że wolność słowa to też odpowiedzialność za nie i że wygłaszając swoje ucieszne przemyślenia, warto mieć na uwadze, że ktoś może poczuć się nimi skrzywdzony. Poza tym cóż – wolność słowa ewidentnie w naszej części globu mamy, skoro panowie mogli publicznie wyrazić własną opinię, jaka by ona nie była, i absolutnie żadne konsekwencje – poza mięsistymi ripostami i kiepską prasą przez jakiś czas – ich nie spotkają. W niektórych krajach za niepopularne poglądy ciągle batożą.

Zapoznałam się też z innym newsem, który sprawił, że mój świat zadrżał w posadach. Ale jak to, handel niewolnikami? Darcy, wcielona cnota, miałby coś takiego robić?…
Chciałabym też zapytać o fragment: the novelist, who has been writing an updated version of Pride and Prejudice. Boję się myśleć, co to znaczy, to „updated version”. Ostatnio co rusz ktoś robi nową wersję. Duma i uprzedzenie jako kryminał, duma i uprzedzenie i zombie, duma i uprzedzenie i wampiry, duma i uprzedzenie w kosmosie, duma i uprzedzenie wśród Mormonów, duma i uprzedzenie w wersji erotycznej, no dajcie spokój.
Swoją drogą polecam poczytanie komentarzy pod tym artykułem, albowiem jest to przednia zabawa – tylko nie rozumiem, czemu niektórzy uparcie ją psują, przypominając, że bohater, którego niepokalany od dwóch stuleci wizerunek został zszargany w tym artykule, jakby to powiedzieć, nie istnieje.
Oj tam. Zaraz nie istnieje, nie czepiajmy się drobiazgów…

Ale to jest Szekspir

Chciałabym, żeby napad amnezji pozbawił mnie wspomnień z dzisiejszego dnia. Brrr. Mózg mi zgalareciał.
W nagrodę za cierpienia kupiłam sobie sushi na kolację.
W mojej dzielnicowej Biedronce.
O, smutna ironio naszych kapitalistycznych czasów.
Nie było jakieś specjalnie dobre (przynajmniej dali dużo marynowanego imbiru…), ale zawsze przyjemnie pozasuwać pałeczkami.
Śmiem przypuszczać, że nikogo nie interesuje moja kolacja, idźmy zatem dalej. Nie żeby dalej było bardziej pasjonująco, bo o teatrze będzie.

Gdy stałam wczoraj w kolejce do szatni w Starym Teatrze, by wymienić moje futerko na numerek, młoda dama od stóp do głów odziana w lśniącą taftę posłała mi SPOJRZENIE.
Tak, wiem, w dżinsach przyszłam.
Rozejrzałam się i uświadomiłam sobie dotkliwie, że wokół same tafty, jedwabie, cekiny, perły i zamszowe szpilki. Wielkie nieba, jest środek tygodnia…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że też miałam na sobie nobliwie czarny sweterek.

Usadowiłam się w fotelu, kurtyna opadła (tak – opadła, nie podniosła się) i zobaczyłam papieża w lektyce oraz rząd pokornych duchownych oddających mu hołd. Bo kto powiedział, że akcji Króla Leara nie można przenieść do Watykanu?… Znaczenie pozostaje takie samo, ta historia jednakowo mocno wybrzmiewa osadzona w odrealnionym, dusznym światku stolicy Piotrowej, w którym każdy ma chrapkę na władzę, a najmocniejsze więzy są nic nie warte.
Jerzy Grałek w głównej roli to czysta godność; może niedołężny starzec, może postradał zmysły, może wcale nie? – do końca dostojny w swojej słabości, bez cienia zbędnej pompy i emfazy. Wspaniała rola.
Ale, ale. Moment, w którym Edmund Gloucester tańczył w swojej wirującej sutannie, był momentem, w którym pomyślałam, że cokolwiek dalej się wydarzy, wrócę do domu zadowolona. Niechby dla tej jednej sceny warto kupić bilet. Już kiedyś rozpływałam się nad scenicznym urokiem Bartosza Bieleni i nadal uważam, że połączenie delikatnego, niemal dziecięcego piękna z lodowato spokojnym głosem i niepokojącym błyskiem w oku jest mieszanką wybuchową, która na scenie doskonale się sprawdza. Chyba mam nowego ulubieńca w mieście.

Podobało mi się. To nie jest wybitne przedstawienie; nie coś, co was sponiewiera emocjonalnie i skłoni do rozmyślań nad kondycją ludzkości – nie wybitne, ale moim skromnym zdaniem dobrze na nie pójść. Ten spektakl jest przede wszystkim oszałamiający, wysmakowany i piekielnie bogaty wizualnie; czysta przyjemność dla oka. Scenografia jest pozornie żadna, ot, ściany i drzwi – ale mnóstwo można na tych ścianach wyczarować światłem i obrazami z kamery zawieszonej nad sceną; efekty tych czarów momentami zapierają dech. A muzyka, och muzyka. Ta dziwna, jeżąca włosy wersja Nothing Compares 2 U otwiera i zamyka całą opowieść.
Tu macie trailer (z tańczącym Edmundem…) na zaostrzenie apetytu.

Wróciłam wczoraj do domu, jęłam guglać (tak mam, że lubię sprawdzać, co inni myślą na temat tego, co akurat zobaczyłam lub usłyszałam; bardzo efektywny sposób na podnoszenie mojego zwykle niskiego ciśnienia) i oczywiście trafiłam na recenzję pełną ubolewań, że w świątyni sztuki znowu się znęcają nad geniuszem barda, w dodatku ten okropny Klata znowu śmie kalać narodową scenę. O jejciu.
Akurat sobie ostatnio przywiozłam z miasta, w którym bard spędził ładny kawałek swojego życia, książkę autorstwa człowieka o prawdopodobnie najpiękniejszym głosie, jaki na tym świecie istnieje, przy okazji posiadającego ogromną wiedzę o twórczości Szekspira. Pochłonęłam całą w jedno popołudnie; to cudna lektura. Bardzo przyjemnie się to czyta, bo autor ma wdzięcznie cierpkie poczucie humoru i żongluje popkulturowymi aluzjami, ale ani na chwilę nie odbiega od tematu.
Od czasu do czasu ten i ów zżyma się na uwspółcześnianie wiekowych sztuk i wyciąga argument jego zdaniem kończący dyskusję, mianowicie „ale to jest Szekspir!”. Wszyscy ci zwolennicy koturnowości i wierności tradycji moim zdaniem powinni w te pędy zapoznać się z tym, co pan Crystal ma do powiedzenia.
Dużo ma, bo siedzi w temacie po uszy, w dodatku jest dziedzicznie obciążony – jego szanowny papa to uznany fachowiec od angielszczyzny. Ponadto jest aktorem, który w sztukach Willa S. również występował. Poza tym wreszcie objeżdża świat z warsztatami. Mam wielką nadzieję, że uda mi się zapolować na jakieś wydarzenie z udziałem onego, choć obawiam się, że gdyby się do mnie odezwał, to bym zemdlała.
Crystal w tej uroczej książeczce rozbiera Szekspira na części pierwsze i wydobywa jego tajemnice, ale najpierw zdejmuje go z zaśniedziałego cokołu. Podkreśla, że nie istnieje żaden jedynie słuszny sposób interpretacji Szekspira – są najwyżej wskazówki. Odkrywa, jak w kwestiach – nie w didaskaliach! – William przemycał instrukcje dla wykonawców; „reżyserował” ich przez tekst. Wyjaśnia, że słynny pentametr jambiczny (de-DUM-de-DUM… – częsta rada dla nierozumiejących, co Will miał na myśli, niestety działająca tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z angielskim oryginałem, brzmi: zacznij czytać na głos i cię olśni) miał w rzeczywistości pospolicie praktyczne zastosowanie, bo łatwo było wypowiedzieć cały wers na jednym oddechu, brzmiało to naturalnie, a aktorzy szybciej uczyli się tekstu na pamięć – rytm im pomagał; najlepiej nam wszystkim znany rytm, w którym nasze ciało pracuje przez cały czas. He wrote speech, not speeches.
A nade wszystko Crystal przestrzega przed traktowaniem barda jak bóstwa, o którym można dobrze albo wcale, a jeśli dobrze, to tylko na kolanach i szeptem.
With fame has come a respect, a trend to deify him, to make his play sacrosanct. The six official commandments of Shakespeare:
You Cannot Change Any Of The Words
He Must Not Be Translated
He Must Be Performed A Certain Way
He Must Be Spoken A Certain Way
He Must Be Spoken Of In A Certain Way
We Will Celebrate His Birthday As If He Were Royalty
Alright, I just made those up. But you’d be surprised how many people deem every word absolute truth
.
To jak u nas z Mickiewiczem, nieprawdaż.
Otóż Szekspir nie wiedział, że pisze klasykę. Nie siadał do pisania z myślą „ach, oto zaraz spod mojego pióra wyjdzie arcydzieło, które za 400 lat będzie kanonem na całym globie”. W gruncie rzeczy on w ogóle nie tworzył literatury, ale scenariusze; dostarczał aktorom narzędzia do pracy. Szekspir pisał, jak wszyscy jemu współcześni, na czas i dla pieniędzy. Czasu nigdy nie było dużo, bo wtedy teatry potrzebowały nowej sztuki właściwie co tydzień. Pisał dla aktorów, nie dla czytelników (bo w jego czasach kupowanie wydrukowanych egzemplarzy dramatów to był jakiś kosmiczny snobizm). Pisał też w kawałkach. I nie zawsze sam. I nie wszystko w jednej wersji. I to, co czytamy teraz, zostało i tak po wielokroć uwspółcześnione. Nie ma czegoś takiego, jak „autentyczny” Szekspir. Tym samym zupełnie nie rozumiem, co takiego nietykalnego ma być w jego sztukach i czemu obruszać się na fakt, że ktoś ubiera jego historie we współcześnie modne szatki. Wątpię, by komplementem dla autora było traktowanie jego wytworów jak obiektów muzealnych, które traktuje się z nabożną czcią i od czasu do czasu odkurza miotełką, ale które są kompletnie martwe. Jeśli te opowieści są tak uniwersalne i plastyczne, czemu z tego nie korzystać? Czemu nie osadzać ich w przeróżnych kontekstach, skoro cały ich geniusz tkwi w tym, że da się to zrobić bez najmniejszego uszczerbku na znaczeniu?

Czasami lepiej zdjąć te niewygodne koturny, naprawdę. Bez nich więcej widać i słychać.

PS Bibliotekarz z Orkad jest sławny. W radio był (szkocki akcent bardzo drapie w uszy, ale on jest taki uroczy…).

I shall be miserable if I have not an excellent library

Z cyklu „nie mam większych problemów” – zawsze mi trochę niewygodnie, nie, nie trochę, bardzo niewygodnie, gdy ktoś z moich znajomych publikuje na fejsbuku jakiś rasistowski albo homofobiczny tekst. Wicie rozumicie – wydaje wam się, że wiecie całkiem dużo o człowieku, lubicie go, a ten nagle wyjeżdża z opinią, za którą najchętniej byście go spoliczkowali (co prawda nigdy tego nie zrobiłam, bom z natury raczej łagodnie usposobiona, ale to nie oznacza, że nie miewam przemożnej ochoty).
Ech.
Jeśli dzisiejszy dzień skończy się tak, jak się zaczął, to istnieje poważne ryzyko, że ktoś rzeczywiście oberwie z liścia. Bo mam nowych sąsiadów. Studentów. Sąsiedzi studenty to zło w czystej postaci. Studenty lubią z piątku na sobotę wracać nawalone do granicy przytomności. Ponieważ moje drzwi są tuż obok ichnich drzwi, studenty niekiedy mylą się i dobijają do mnie. To nie jest wcale takie zabawne, gdy ktoś wam usiłuje wejść do mieszkania – pozamykanego na trzy spusty oczywiście, ale jednak – o trzeciej w nocy.

Na otarcie łez odkryłam coś wspaniałego.
Bibliotekę na Orkadach. I teraz bardzo chcę polecieć na Orkady, zwłaszcza że trochę sobie o nich od rana poczytałam.
Stali czytelnicy wiedzą, że ja miewam dziwne fascynacje i nie zawsze mądrze jest klikać to, co linkuję na blogasku – ale może wyjaśnię, czemu nagle zainteresowałam się biblioteką na Orkadach. Otóż radio, którego codziennie rano do kawy słucham ostatnimi czasy, każdego tygodnia ma inny motyw przewodni i ostatnio były to książki, a dokładniej biblioteki. I dzięki temu właśnie dowiedziałam się o istnieniu takiej, na krańcach naszego kontynentu, dalej już tylko ocean (miasteczko, w którym ten przybytek się mieści, ma całe dziewięć tysięcy mieszkańców – i średniowieczną katedrę – a autorka bardzo kocha średniowieczne katedry). O tej bibliotece nikt nigdy by się nie dowiedział, gdyby nie fakt, że jeden z jej pracowników (zdjęcia niestety nie znalazłam, ale jeśli wygląda tak dobrze, jak pisze…) prowadzi w jej imieniu konta w portalach społecznościowych, konta fenomenalne i nagradzane. Dawno się tak nie ubawiłam, jak dzisiejszego ranka, pokwikując nad bibliotecznymi znaleziskami – mają w zbiorach książki tak przeokropne, że 50 twarzy Greya to niemal Proust, książki z najkoszmarniejszymi okładkami (ta druga przyprawiła mnie o spazmy – nie wiem, czy bardziej niefortunne jest foto, czy układ graficzny tytułu), książki o czymś takim, że nie uwierzylibyście, iż ktokolwiek o tym książkę napisał, książki wreszcie szalenie przydatne, bo o szyciu strojów na bale przebierańców. I to wszystko okraszone zwięzłym, ale pysznie zjadliwym komentarzem.
Czyli jednak fejsbuki et al. mogą przydać się do czegoś dobrego. Borges byłby zadowolony.
A ja nawet nie wiem, gdzie moja najbliższa biblioteka – za bardzo lubię mieć moje własne, pachnące jeszcze drukarnią książki. Może czas się zapisać.

And up she rises early in the morning

Weekend jakoś przetrwałam, choć łatwo nie było. W gruncie rzeczy potrzebowałabym kolejnego – tylko dla siebie, bez nerwowego wyczekiwania, bez ściśniętego żołądka i nasłuchiwania głosów nocą.
Ponieważ mam bardzo dużo bardzo ważnych rzeczy do zrobienia, a stres odbiera mi zdolność myślenia na chłodno, zabrałam się za przegląd internetów w poszukiwaniu odpowiedniej konfekcji (vide wpis poniżej), bo czas płynie.
No chyba nie.
Też nie.
Tym bardziej nie.
Matkobosko.
Znalazłam jeden kostium, który wydaje mi się nawet ładny, ale i tak mam wrażenie, że wyglądałabym w nim jak skrzyżowanie Heidi z dominą. Niestety przy okazji znalazłam buty, w których jestem teraz strasznie zakochana i gdy tylko któregoś dnia wygram w szczęśliwy numerek (nie gram), to je sobie sprawię.
Urodziła mi się przez ostatnie godziny koncepcja mojego wdzianka i będę nad nią pracować przez deszczowe wieczory. Olśniło mnie, że w Krakowie mamy miejsce zwane Tandetą – królestwo rozkosznego kiczu, ostatnią deskę ratunku dla poszukujących sznurowanych kozaczków i poliestrowych gorsecików. Przekopywanie tamtejszych złóż będzie moim głównym zajęciem przez najbliższe popołudnia. Jeśli ktoś wszak słyszał o jakimś fajnym lumpeksie…
Przydałoby się też znaleźć mój eyeliner. Nie mam pojęcia, gdzie to badziewie wetknęłam. Dokądś z nim ostatnio wyjeżdżałam, więc zapewne przebywa w jednej z torebek.
Proszę, nie dziwcie się, że poświęcam wątpliwie ważnemu tematowi tyle miejsca – na moim miejscu też byście woleli.

Czytam tego Chatwina i powzdychuję w zachwycie co chwila. On podobno nie był najsłodszym misiem pod słońcem, ale z jego listów przebłyskuje taka inteligencja i humor, że można mu to wybaczyć. Macie parę pysznych cytatów (a jeszcze nawet do połowy nie dotarłam).
To główna prawda mojej wiary: nie jeść nigdy martwych warzyw.
Helena Rubinstein zamęczyła wielu ludzi za swojego długiego życia i zachowała tę zdolność nawet w grobie (Chatwin pracował dla domu aukcyjnego i w swoim czasie katalogował jej kolekcję).
Wysyłając znajomemu pocztówkę z obliczem człowieka z Cro Magnon, napisał tak: Na odwrocie jeden z wielu krewnych Elizabeth (żony), którego strata była dla nas straszliwym ciosem. Wzdragamy się myśleć, że i ty pójdziesz w jego ślady.
O swoim koledze z pracy. Maurizio jest zaręczony z ptaszyną z Wessex, jak ją nazywa. Co nie oznacza, że Maurizio nie ma ptaszyn w każdym innym europejskim mieście, którego nazwa padnie przypadkiem w rozmowie. Aktualnym obiektem jego westchnień jest Eva […]. Eva jest tryskającą entuzjazmem blondyną o rozłożystych biodrach, w odblaskowych niebieskich okularkach i z końskimi zębami. Mieszka z wykwitną, lecz wyrachowaną matką, której Maurizio chyba nie uwzględnia w transakcji. Matka i córka działają jako tandem, są zdeterminowane, aby upolować Herr Doktora Maurizia. […] Pomimo niejasnego przeczucia, że Eva jest przez niego w ciąży, Maurizio z niewzruszonym spokojem planuje ostateczny wyjazd w przyszłym tygodniu. „To bardzo proste – mówi. – Wybuchnę płaczem, a kiedy ja płaczę, kto się może na mnie gniewać?”.
Dalej. Wciąż piszę te cholerną książkę. Ukończyłem ją już raz ku własnemu zadowoleniu, którego niestety nie podzielał wydawca, a teraz mam głębokie przekonanie, że jest to stek pozbawionych humoru, egotystycznych, sentencjonalnych bzdur. Więc odłożyłem to na bok, by napisać opowiadanko o francuskiej kurwie w dawnym stylu, która wycofuje się na pustynię, żeby poprowadzić hotel, i jeszcze jedno, o młodym handlarzu tanią bielizną z Hongkongu, który łapie syfilis w Wolnym Mieście, przez co nie może wrócić do domu i nowonarodzonego syna. Muszę podłapać więcej chińskiego żargonu, zanim z tego drugiego coś wyjdzie.
I wreszcie… Niektórzy podróżują w interesach. Ja jednak nie mam ekonomicznych powodów do wyjazdów, natomiast mam wszelkie powody, by tkwić w miejscu. Moja motywacja jest zatem, z materialnego punktu widzenia, irracjonalna. Czym jest ten neurotyczny niepokój? […] Włóczęga może w jakimś stopniu zaspokoić moją wrodzoną ciekawość świata, ale po jakimś czasie tęsknota ciągnie mnie z powrotem do domu. Mam wewnętrzny przymus wędrowania i przymus powracania – instynkt naprowadzający ku domowi, jak u wędrownych ptaków
Poszłabym z nim na whisky, jeśli tam u góry podają.

The stars move still; time runs; the clock will strike

Trzy dni niepogody, trzy książki. Uroczo i spokojnie, tak spokojnie, że szlag trafia. I znowu dziwne sny, nadzwyczaj prawdziwe, o miejscach, w których byłam i które wżarły mi się w głowę tak mocno, że nie potrafię funkcjonować bez ciągłej tęsknoty za nimi z tyłu głowy.

Popołudnie spędzam – dla odmiany… – w towarzystwie tej zacnej lektury. Wątpię, czy ją przełożą na nasze, ale serdecznie polecam. Masa ciekawych historii i biografii, przy których Casanova i hrabia Monte Christo to cienkie Bolki. Za wielką – i tą mniejszą – sztuką tamtych czasów nie stali wcale uduchowieni lirycy, ale chirurdzy, którzy w wolnych chwilach pisywali dramaty, fałszerze pieniędzy, bluźniercy posądzający Chrystusa o homoseksualizm i spiskowcy chcący wytruć całe katolickie seminarium. Można się dowiedzieć, jak wyglądało szesnastowieczne tournee po wioskach (z trupą wlokącą się pieszo od jednej do drugiej) i jak autorzy żebrali o forsę u właścicieli teatrów, zobowiązując się do dostarczenia nowej sztuki na wczoraj, żeby wybłagane szylingi następnie pożyczyć bardziej potrzebującym – bywało, że artysta w końcu trafiał do więzienia za długi. W czasach elżbietańskich młodzi chłopcy bywali wyłapywani na ulicach i zmuszani do grania; musieli odsłużyć swoje. Dorośli za to aktorzy to niezłe puszczalstwo było i panie widzki często posyłały po jednego z drugim po spektaklu, coby je w alkowie odwiedził z prywatnym monodramem. Innymi słowy, w cenie biletu na porządku dziennym były dodatkowe usługi.
Znowu urodziłam się za późno.
No i po co było zmieniać coś, co dobrze działało?…
(Może o to chodziło Noel Coward Theatre, gdy pytali, czy chcę VIP Treatment. A ja głupia odmówiłam).

Do kompletu przed oczami trochę skandynawskiej przemocy i trochę literatury górskiej – żeby zatęsknić; dokądś chyba ruszę we wrześniu, pokonanie pieszo odpowiedniej odległości ma zbawienny wpływ na zdrowie psychiczne. I niezmiennie smętna muzyka w słuchawkach.
Dziś mijają trzy tygodnie, właśnie teraz, w tej chwili. Nadal tego nie pojmuję, nie jestem pewna, po co się zdarzyło. Może ten nowy początek był od razu końcem, może był halucynacją. A może czegoś nie wiem. Czas pokaże. W każdym razie nigdy nie będzie tak samo, nigdy podobnie, jak przed tym niedzielnym popołudniem w miasteczku pełnym domków jakby z piernika. Coś na dobre się zmieniło, a ja tu muszę z tym żyć, wstawać rano, chodzić do pracy i codziennie zastanawiać się, po co to było, co będzie – jeśli będzie – dalej.

Makulatura

Lada dzień nastąpi wydarzenie tragiczne.
Skończą mi się nieprzeczytane książki.
Należę do tych nieszczęśników, którzy muszą, po prostu MUSZĄ mieć w odwodzie przynajmniej kilka nietkniętych jeszcze książek. Inaczej słyszą głosy i trzęsą im się ręce.
Zapas wykończyłam podczas świąt, opalając się i zażerając rarytasami. Zaczęłam cudnymi Gugułami, które cofnęły mnie w czasie gdzieś do połowy lat 80., do moich własnych wspomnień z letnich popołudni wśród łąk Jury Krakowsko-Częstochowskiej, podwórek pełnych skarbów, stawów ukrytych w lasach i truskawek prosto z krzaka (do tej pory nie smakują mi umyte, nic na to nie poradzę). Następnie, upewniwszy się, że rarytasów w zasięgu ręki mi nie zabraknie, zabrałam się za Słuch absolutny – wywiad-rzekę z profesorem Szczeklikiem. Smutna właściwie lektura. To świat, który już odpływa, ludzie, którzy znikają po drugiej stronie i nikt podobny ich nie zastępuje. Bo niby kto miałby? Kończą się czasy erudytów jednakowo wysoko ceniących wizyty w galeriach sztuki i krótkie noce w zapyziałych schroniskach górskich, sypiących z rękawa cytatami z osiemnastowiecznej poezji, anegdotkami o alchemikach, pianistach i epidemiach tańca, wspomnieniami, jak to się kradło wino z klasztornej piwnicy, balangowało z japońską rodziną cesarską i piło wódeczkę z noblistą… To był, proszę państwa, prawdziwy lajfstajl, a nie jakieś tam ziarenka quinoa i fotografowanie swojej flat white.
Na zakończenie przerobiłam ostatnie rozdziały Beksińskich, z rosnącą trwogą zresztą. Wielkie nieba. O ile ojciec budził we mnie współczucie, o tyle syn – czystą niechęć. Głęboko nieszczęśliwy człowiek, oczywiście, ale jakoś odpychający. Wspominałam wielokrotnie – mam niską tolerancję na ludzi niestabilnych emocjonalnie; odstraszają mnie. Prędzej zjem własne buty niż dobrowolnie spędzę czas w towarzystwie kogoś, kto chce skupiać na sobie całą moją uwagę i reaguje fochem, jeśli cokolwiek powiem lub zrobię inaczej, niż sobie wyobrażał. Nie na moje nerwy. To jedna sprawa. Po drugie primo natomiast – od pewnego czasu wyznaję pogląd, że w relacjach międzyludzkich człowiek nader często dostaje po prostu to, o co prosił. Jeżeli dla gościa wszystkie kobiety na świecie to nastawione na zimny zysk wcielenia podłości i genetyczne buble, i jeśli ów wszem wobec to ogłasza, nie może spodziewać się, że obdarowana podobnym komplementem niewiasta będzie wobec niego zachowywać się jak puszysty szczeniaczek. A jeśli przypadkiem koleś trafi na wcielenie dobroci, to zafiksowany na wyimaginowanych wadach i tak tego nie zauważy. Kółko się zamyka.
Dość to przerażające, bo jaskrawo pokazuje, że nikt nie narobi nam takiego spustoszenia w umyśle i pompie ssąco-tłoczącej, jak my sami. Sami siebie spychamy w ciemność.

Beware the Ides of March

Dziś już mi się marzec nie podoba.
Denerwuję się.
Jak wszyscy pewnie. Nie jestem miłośniczką życia w ciekawych czasach. Naprawdę wolę czytać o tym, który celebryta zrobił sobie lepszą selfie niż o ruchach wojsk i bardzo chcę zostać w moim bezpiecznym światku, w którym najważniejszy jest wieczorny esemes od jedynie słusznego, earl grey i pachnące poduszki.

Gdy się nie denerwuję, to czytam.
Zawsze lubiłam Tymona, ale po lekturze ADHD jestem w nim po uszy zakochana. Umysł, drogie panie, umysł. I ta fraza, którą mam ochotę wytatuować sobie w widocznym miejscu – od początku byłem skazany na samotnictwo i pojebanie.
Na drugą nóżkę wyśmienita Papusza – dawno nie czytałam tak dobrego reportażu. Bardzo, bardzo cenię autorów, którzy potrafią stać się przezroczyści, niewidoczni, ustępują miejsca swoim bohaterom. To właściwie nie jest reportaż, to Papuszy głos. Smutna historia, drze serce na strzępy, a jednak z każdej strony bije ogromne uwielbienie życia – tak, od śpiewania i tańczenia nikt nie umarł, prawda.
Śpiewać nauczył mnie wiatr, ruczaje płakać. A jak lipy kwitły, to aż mnie zatykało, tak miód było czuć. W górach też cudnie. Jechalimy potokiem, pienił się, skakał, chodził po kamieniach, w deszczu groźniał, rozlewał się, wszystkich nas potopić chciał. Cyganka zejszła z wozu na drogę i tańczyła. Czemu? Bo jej radość była. Kawałek chleba suchego ugryzła, wody się napiła i była szczęśliwa.

W kolejce czeka jeszcze parę kilogramów makulatury. Doskonale. Pomogą mi udawać, że świat na zewnątrz nie istnieje.

Kontynuując wątek literacko-polityczny – zawsze bardzo lubiłam Łukjanienkę, a taki numer odstawił. Słabizna, panie.

W głębi ciemnego znalazłam się lasu

Wyjeżdżając na weekend, nie zabrałam ze sobą żadnej książki – zapomniałam spakować czytanego akurat Świętego Psychola. Ponieważ jestem głęboko uzależniona, nawet jedzenie mi zbytnio nie smakuje, gdy przy nim nie czytam i potrafię pochłonąć wszystko, co wpadnie mi w ręce. Mam na koncie harlequiny i mizerne thrillery erotyczne, a w akcie desperacji jestem w stanie brnąć przez katalog ogrodniczy. Tym razem podkradłam rodzinie Inferno i przeleciałam całe w sobotę. Czyta się błyskawicznie, zwłaszcza gdy macie stosowny zapas słonych orzeszków i białego wina.
Powiem wam, że nieźle można się przy tej książce zabawić.
Polując na błędy i uproszczenia.

Radują mnie zawsze niezmiernie bohaterowie, którzy są wybitnie inteligentni, uderzająco piękni, mówią językami, znają na pamięć nie tylko Biblię, ale i Kamasutrę – i oczywiście robią oszałamiającą karierę w każdej branży, za jaką się wezmą. Zna ktoś takiego człowieka? No, a tu mamy lekarkę, która jako dziecko, 25 lat temu, gwiazdorzyła na scenie. Nie byle jakiej, bo ‚londyńskiego teatru Globe’. A ja pechowo dużo o tym akurat teatrze czytałam ostatnio – tak, istnieją świry, które w wolnym czasie zajmują się czymś aż tak nudnym – bo wybieram się doń niebawem. Zmrużyłam tym samym oczy z satysfakcją kontrolera, który przyłapał kogoś na jeździe bez biletu. Globe akurat wtedy nie istniał; poprzedni został zamknięty w XVII wieku, repliki jeszcze nie wybudowano…
Można znaleźć parę więcej michałków.
Na przykład flagę Szwajcarii, na której zdaniem autora widnieje czerwony kwadrat na białym tle. Tja.
I ten Stambuł ‚na drugim końcu świata’ od Wenecji. Serio? To 1400 kilometrów. Mogę wyobrazić sobie dalsze końce świata.
Kurza melodia, wydawać książkę, o której wiadomo, że pół świata ją kupi i nie sprawdzić, czy to, co się napisało, jest prawdą?
Kurza melodia, przepuścić w korekcie polskiego tłumaczenia jakąś wydumaną ‚sferę’ zamiast pospolitej ‚kuli’?…
No dobra, wiem. Jestem czepliwym zrzędą (wybaczcie, poniedziałek zaczął mi się trochę nerwowo). Nie każdy lubi historię, nie każdy zwraca uwagę na nieistotne dla przebiegu akcji szczegóły i nie każdemu zależy na spójności fikcji z faktami, to w końcu rozrywkowa literatura. Przypuszczam, że większości jej czytelników nie przeszkodzą zupełnie nieścisłości. Najwyżej rozbawi ich to, że bohaterowie nie muszą jeść, pić, spać, ani odpoczywać (z raną postrzałową głowy przy tym), tylko uciekają i uciekają, w przerwach zachwycając się perłami europejskiej architektury lub obwieszczając, że Boska Komedia wcale nie była komedią (coś podobnego!). W sumie jeśli kogoś to zachęci o poczytania sobie czegoś mądrzejszego o Florencji – albo spędzenia w niej kolejnych wakacji – to dobrze. To bardzo dobrze. Natomiast czerpać wiedzy o świecie z tej książki nie należy za żadne skarby.
Ponoć w oryginale pojawia się zdanie Pandora was out of her box. Ojej. Ojejej. Cóż, u nas też niektórzy z uporem wsadzali Pandorę do jej puszki.
(Sprawdziłam – w polskim wydaniu stoi jak byk: Pandora wydostała się z puszki. Hm, wracamy do tematu tłumaczeń dobrych lub wiernych).

Nad Brytfanną szaleje święty Juda, a w Krakowie wiatr też niezgorzej sobie poczyna. Słyszę upiorne wycie spod drzwi.
Uwielbiam wiatr.
Wiatr przynosi zmiany. Może brzmię jak nawiedzona fanka Mary Poppins, ale to prawda.

PS. Czy wspominałam już, że niektórych mężczyzn powinien obowiązywać całkowity zakaz skracania włosów niechby o centymetr pod karą grzywny, batożenia lub choć przywiązania do łóżka? Niby wiem, że odrastają mu błyskiem – miłego włosy mają własne życie, jak kok Susan u Pratchetta – i za trzy miesiące znowu toto będzie kudłate, ale mój mały wewnętrzny fetyszysta jest chwilowo zrozpaczony. Własnej sierści w akcie zemsty nie skrócę, bo jakoś polubiłam bycie długowłosą blondynką.

Happiness is talking to yourself and laughing at how weird you are

Szłam w niedzielę z psem przez las. On zna tamtejsze ścieżki na pamięć, ja trochę się gubię w chaszczach, więc pozwalam się prowadzić i wędruję w ślad za kudłatym ogonem uniesionym jak peryskop.
Jesiennie już. Przejmująca cisza. Trochę straszno. Jak w baśniach braci Grimm albo w fenomenalnych opowiadaniach z „Czarnej Wenus” Angeli Carter. Niezmiennie marzę o tym, by ktoś wziął te historie na warsztat, zekranizował albo zaadaptował na scenę. Ta ich bajkowość, duszny i dosadny erotyzm, mrok, atmosfera w stylu something wicked this way comes – to aż się prosi o inscenizację. Tylko Neil Jordan nakręcił film na motywach „Towarzystwa wilków„. Już wiem, co będę czytać dziś wieczorem…
Szkoda było wracać do domu, wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach.
Oglądałam się za siebie co chwila, stąpając wąską dróżką wśród gęstych drzew.
Być może dlatego miałam później niebywały sen. Dołączyłam do bandy średniowiecznych rozbójników (ach, gdyby panie widziały te rude włosy herszta…). Miałam sobie wybrać konia. Poprosiłam o łagodnego, więc osiodłali mi takiego o imieniu Vlad.
Vlad!

Przy poniedziałku poziom stresu kolosalny. Sądziłam, że jestem już przyzwyczajona do tego, że serce staje mi raz na godzinę – to w końcu trzeci miesiąc zabawy w ‚nic nie wiem i nic ode mnie nie zależy’ – ale jednak ciągle pojawia się coś nowego, co mnie gwałtownie paraliżuje.
Podobno to oznaka zdrowia psychicznego. Wątpię, bym jeszcze jakiekolwiek miała.
Niby idzie ku lepszemu, ale w gruncie rzeczy ciągle myślę o rzuceniu wszystkiego, co zbudowałam przez ostatnie lata, do czego przywykłam, co oswoiłam – o kupieniu biletu w jedną stronę i ruszeniu po Wielką Przygodę. Nie mogę pozbyć się tej myśli ani racjonalnie sobie wytłumaczyć, że sens takiego kroku byłby znikomy. Trochę siebie znam. Gdy zaczynam czegoś w sposób absolutnie irracjonalny chcieć, nie ma szans, żebym sobie tego odmówiła. Próby perswazji są misją samobójczą. Fiksacja, obsesja, wściekłe parcie do celu, koszty nieważne.
A czasami zdarza się i tak, że prę na wpół świadomie.
I chyba tak właśnie dzieje się teraz.

The Judas cradle

Kolejny fakt do zapamiętania: jeśli chcecie przyciągać spojrzenia, siedząc w kawiarni, czytajcie przy cappuccino Dzieje tortur od starożytności do dziś. Zainteresowanie murowane.

Niestety nie są to spojrzenia z gatunku ‚chciałbym poprosić ją o numer telefonu’. Raczej takie, które mówią ‚lepiej ominę jej stolik nieco szerszym łukiem’.
Co poradzę. Ciekawa książka, to sobie czytałam.

Taak. What’s that coming over the hill? Is it a monster? Is it a monster?…

Czy ma pan makaron w kolankach?

Ja i mój dół przeszliśmy już fazę pierwszego zauroczenia, już nie randkujemy. Staliśmy się starym małżeństwem. Takim, w którym jedno jest przyzwyczajone do drugiego jak do własnego nosa, macha ręką na rozrzucone skarpetki i ochlapywanie lustra.
Gdy mam doła, pomagają mi cztery sprawy. Po pierwsze – wyjazd. Dokądkolwiek, najlepiej w góry. Po drugie – życie towarzyskie, do którego wówczas się zmuszam, gdyż z dołem jestem nieprzysiadalna, ale wiem, że samotność tylko go pogłębia. Po trzecie – seks. Wspominałam przecież nieraz, że jestem wybitnie nieskomplikowana. Deprecha mija jak ręką odjął. Ale hegemon na wygnaniu, więc nie ma o czym mówić.
Po czwarte – zakupy.
Najpierw zostawiłam dwieście złotych w kasie Starego Teatru, na najbliższe premiery (a jeszcze trzy w czerwcu!) i jedno zaległe przedstawienie. Muszę przyznać, że choć działania nowego dyrektora dotkliwie kopią mnie w budżet, to bardzo mi się podobają, bo lubię, gdy ktoś postanawia odmalować omszałe mury, odrdzewić, potrząsnąć miastem pogrążonym w wiecznym półśnie. Wetknęłam bileciki w pugilares i ruszyłam dalej w miasto. Pech chciał, że mijałam księgarnię.
I zostawiłam w niej kolejne dwieście złotych.
Chcę za dwa-trzy lata przeprowadzić się do większego ździebko mieszkania, bo choć bardzo lubię mój panieński lokal, przestaję się w nim mieścić – bo mam za dużo książek. To jednak oznaczałoby zaciągnięcie większego kredytu, na który raczej nie będzie mnie stać – bo kupuję za dużo książek. Kręcimy się w kółko jakby. Najzupełniej świadoma mojego problemu, nałogu właściwie, zgarnęłam z półki Kronos, oba tomy Zakazanej psychologii (arcyciekawe i przerażające momentami, ale szanowny autorze, czemu wspomniana przy okazji jednego z badań bohaterka ubrała futro i co to za miasto Gothenburg? dobra, wiem, się czepiam), autobiografię Doroty Simonides, o moim domu pisze przecież, ja też z familoka; nową Elif Şafak, Mokradełko (mam ostatnio fazę na lektury bolesne), przewodnik po szlaku do Santiago de Compostela i ponownie oba tomy Pokaż język Roberta Stillera. Pierwszy połknęłam dziś w całości, odrywając się od lektury tylko podczas jedzenia. A i to niechętnie.
Państwo zapewne wiedzą, że Robert Stiller tłumaczył takie nikomu nieznane książczyny, jak Lolita, Alicja w krainie czarów czy też Mechaniczna pomarańcza (tę drugą w dwóch wersjach zresztą). I żeby tylko angielski znał, ale nie, on zna chyba wszystkie języki globu.
No dobrze, wyraziste poglądy autora nie każdemu przypadną do gustu, ale – proszę państwa, lektura jest wyśmienita. I może wpędzić w głębokie kompleksy każdego, kto uważa, że nieźle pisze po polsku.
Przy okazji łza śmiechu pocieknie.
Zatem, państwo pozwolą, zaparzę sobie gin z tonikiem i poczytam.

There’s a killer on the road

W niedzielny poranek zaparzyłam kawę i usiadłam na balkonie z Jutro przypłynie królowa Wasielewskiego.
Oderwałam się dopiero po przewróceniu ostatniej strony.
Porażająca lektura. Momentami ma się ochotę cisnąć książkę w kąt i zamiast kawy nalać sobie szklankę wódki, znieczulić się trochę, bo czytanie jest doświadczeniem bolesnym. Dziewczyny z tego reportażu szorowały się do krwi. Sama też miałam ochotę natychmiast się umyć, bo to jedna z tych książek, po przeczytaniu których człowiek czuje się brudny. Czuje się, jakby sam się w tym koszmarze unurzał.
Osobiście uważam, że większość bohaterów należałoby rzeźnickim nożem wykastrować. Szacunek dla autora, że nie pokusił się o ferowanie wyroków. Oddał głos rozmówcom, a sam pozostał przezroczysty. Oni zresztą też nie rzucają ciężkich słów. Nie muszą – historie, które zwięźle opowiadają, jeżą włos na głowie. Na całym ciele.
Mimo, że boli i paraliżuje – przeczytać bez dwóch zdań warto. Choćby po to, żeby sobie uświadomić, że zło ukorzenia się i rozrasta nadzwyczaj szybko. Wystarczy próbować go nie zauważać, a wtedy ono podchodzi pod dom, zagląda do okien, przekracza śmiało próg. Ma twarz sąsiada. Brata. Kobiety z naprzeciwka zapraszającej dzieci na marchewkowe ciasto. I rośnie w siłę dzięki milczeniu.

A dziś mam bardzo fatalny dzień, fatalnie też o sobie myślę.
Usłyszawszy to, co usłyszałam, maszerowałam do domu wściekła i z płaczem na końcu nosa, wciskając ręce w kieszenie i zastanawiając się, jak długo jeszcze będę brała udział w tej farsie; co musiałoby się stać, żebym wreszcie odważyła się na zmiany. Mamałyga cholerna.
I wtem jakby znikąd nadciągnęła burza. Zawsze wiedziałam, że pogoda ma wpływ na moje nastroje, ale iżby ja na pogodę…?
Nie ma co rozpamiętywać; gniew niewiele pomoże. Lada chwila zresztą udaję się na emigrację – wewnętrzną również, ale i taką w przestrzeni. Przypuszczam, że taras z pocztówkowym widokiem zrobi mi dobrze na głowę i ułatwi proces rozwiązywania wszelkich węzłów, które mnie ostatnimi czasy uwierają. Tym samym pozwolą państwo, że zamilknę, bo oczywiście nie spakowałam się jeszcze. Co prawda potrafię zrobić to w dwadzieścia minut, ale uwielbiam odkładać na za chwilę, na za godzinkę, na aż wyschną pomalowane paznokcie – w efekcie czego nierzadko domykam walizkę, gdy taksówka czeka już pod domem.

Przyszła Kizia zjadła strzeblę

Zostałam uprowadzona. Obdarowana książkami, które chciałam mieć i błyskotkami, których nigdy dość. Wycałowana. Wypytana o plany na najbliższy rok. Lekko znietrzeźwiona. Wszystko w towarzystwie ludzi, z którymi lubię spierać się zapamiętale w sprawach myśli socjologicznej, konfliktu izraelsko-palestyńskiego i buddyzmu zen, a którzy pięć minut później opowiadają mi świńskie dowcipy i wznoszą piętrowe, gruzińskie prawie toasty. I to wszystko pod majowym niebem, w kącie Placu Nowego, gdzie przechodzi cały Kraków, smutni hipsterzy i śliczne nastolatki, odreagowujące korposzczury, rodziny wielodzietne, konsule generalni, osoby medialne, dewizowcy robiący zdjęcia stolikom w Singerze i Mikołaj, oczywiście.
Chyba byłoby mi trudno żyć w mieście, w którym nie ma Kazimierza.
Ilekroć widzę lampę stojącą na barze, tę z tańczącymi kobietami, trudno mi powstrzymać uśmiech. Fala przyjemnych i ciągle wyraźnych wspomnień kołysze mnie przez chwilę. Jakby wczoraj.
Miałam wrócić do domu przed dwudziestą drugą. Był to zbyt śmiały koncept. Dotarłam na moje przedmieście srogo po północy, za to z listą nowych planów podróżniczych. Kompania, która urządziła mi ten urodzinowy wieczór, wytrwale okrąża świat. Wybiera cele niezbyt znane, niezbyt oczywiste. Żadne tam kurorty nad Śródziemnym, żadne one night in Bangkok, żadne Machu Picchu, Luwr i egipskie piramidy. Snują się we dwoje po obrzeżach kontynentu, po pustkowiach i wsiach, krajach, których nikt nie potrafi wskazać na mapie, a jeśli nawet o nich słyszał, to puka się w czoło – po kiego czorta tam jechać? Docierają do miejsc, o których nie wspominają przewodniki w granatowych okładkach, i wracają z opowieściami, od których oczy otwierają się coraz szerzej. Nie podróżują po to, żeby wbić kolejną pinezkę na mapie, tu byłem, to widziałem. Doskonale wiedzą, czego w drodze szukają. I zaszczepili mi pomysł nieco ryzykowny, ale kuszący.
Parę dni temu rzuciła mi się gdzieś w oczy promocja biletów na Malediwy. Nie byłabym sobą, gdybym przez chwilę nie zastanowiła się, czy aby przypadkiem nie ma tam czegoś, co mogłoby mnie zainteresować. Ale wiecie, ile mierzy najwyższe wzniesienie na Malediwach? Dwa metry czterdzieści centymetrów.
Za to jezioro Sewan, o, to inna historia. Albo Hinalug.

Rankiem, połknąwszy aspirynę i wypiwszy stosownie mocną kawę, udałam się na wieś. Mam ze sobą bardzo ciekawą książkę o dorastaniu w izraelskim kibucu – od powrotu z Ziemi Obiecanej przybyło mi podobnej literatury – i kupiony po drodze Błysk rewolwru. W tym drugim znakomity wstęp (proszę zwracać uwagę na przypisy!) Bronisława Maja. Tego samego, którego oglądam, gdy mi smutno i pokładam się ze śmiechu. Mam wrażenie, że tak finezyjna polszczyzna odchodzi już w zapomnienie, mało komu jeszcze chce się nią bawić.
Błysk… polecam do środków komunikacji zbiorowej, jeśli nie chcecie, żeby ktokolwiek obok was usiadł. To niby tylko wierszyki z dna szuflady, językowe figle, ale ba…

Smugą światła, co biegnie do gwiazd

Kontynuując jeszcze wątek z notki poprzedniej – tak, czasami głupio pobolewa, że nie można zaplanować długiego weekendu, ale gdy tylko takie myśli zabierają się za podgryzanie mnie w tyłek, przypominam sobie, co dostaję w zamian. Może gdybym lepiej poszukała, gdybym uparła się na ideał, ale stało się, jak się stało, piorun strzelił i ani mi w głowie oglądanie się za lepszą partią, z którą być może żyłoby się prościej.
Nie chcę prościej.
Chcę z tym łobuzem, przez którego brzuch mnie boli ze śmiechu.

Żeby nie zboczyć w budyń – zachorzałam. Nie jakoś obłożnie, ale wystarczająco, by z czystym sumieniem spędzać nerwowe dni przedświąteczne na kanapie, z książkami, a tych znów kupiłam wczoraj za dużo. Weszłam do księgarni, bo miałam wolny kwadrans przed spotkaniem. Wolny kwadrans to niestety zbyt długo dla kogoś głęboko uzależnionego. Od progu zostałam brutalnie zaatakowana – i chwilę później, nie wiedząc zupełnie, jak to się stało, tkwiłam w ogonku do kasy z sześcioma tomiszczami pod pachą. Z nowym zbiorem reportaży Małgorzaty Szejnert, która jest moim absolutnym wzorem i chcę tak pisać, gdy dorosnę; z Bargielską, z opowieścią o matce i córce w podróży, książką Gerlinde Kaltenbrunner – ależ to wspaniała kobieta, czternaście ośmiotysięczników bez tlenu!, rewelacyjnym Południem Andrzeja Muszyńskiego (to jedna z tych książek, które wertujecie od niechcenia i wsysa na amen, pysznie napisana rzecz) i biografią Dave’a Grohla. Ubóstwiam Foo Fighters, nie zliczę, w ilu rozmaitych okolicznościach ich kawałki mi towarzyszyły. W łóżku i w kuchni, gdy się kochałam, płakałam, pracowałam po nocach, siekałam warzywa, czekałam na telefon i depilowałam łydki. Pochłonęłam książkę w jeden wieczór. Tylko korekta przysnęła i menago Sex Pistols nazywa się Malcolm McClaren. Niejeden raz się tak nazywa.

Jeśli zaś chodzi o matkę i córkę w podróży, to kupiłam jeszcze jeden bilet.
W drugiej połowie roku będę jadła tynk ze ścian i jeździła na gapę, ale chrzanić. Nie ma na co czekać. Trzeba życie łapać.
Prawda?

O to drzewko

Herbatka żurawinowa, herbatka żurawinowa i jeszcze jedna herbatka żurawinowa, szlag by ją trafił, uszami mi już wychodzi. Dwóm ostatnim dniom patronowała żurawina – niektóre z pań zapewne znają tę radość. Siedzę z poduszką przyciśniętą do łona i zachodzę w głowę, czy naprawdę musiało do tego dojść.
(Widocznie musiało, skoro doszło).
Skoro matka natura przewidziała dla mnie wieczory raczej spokojne i koniecznie w ciepełku, nie dyskutuję. Zakopana w pościeli lub zanurzona w pianie słucham muzyki – słucham tylko, nie zajmując się niczym więcej, nie czytając, nie przekopując się do końca internetu, nie wymieniając esemesów, nie malując paznokci. Oglądam po raz setny Śmierć jak kromkę chleba, to nic, że większość filmów Kutza znam na pamięć. Oglądam właściwie dla jednej sceny, w której żona strajkującego męża woła go z drugiej strony bramy. Żona, czyli Anna Dymna, w bardzo ciekawej biografii reżysera mówi o tym tak – wrażliwsi mogą przewinąć w dół: Zrobiło się ciemno, zaczął padać śnieg, takie duże płatki. Kazio pyta: „Wiesz, co grasz?”. Mówię: „Wiem, taka śliczna, symboliczna scena, stęskniona kobieta woła męża”. „Dobra, dobra – mówi Kazio. – Wiesz, ona pijana w dupę, pierdolić jej się chce, a tu jej męża zabrali. Jebnij się o to drzewko, masz wyć jak zwierzę, jak kurwa ostatnia”. Kobiety, które obserwowały, jak kręcimy, zaczęły krzyczeć: „Tu nikt nie pił!”. Kazio mówi: „Musimy stąd spieprzać, bo one nas teraz przyjdą zabić”. (…) Kazał mi grać pijaną, żeby było widać rozpacz. Bo w pewnym momencie, czy jestem pijana, czy pełna rozpaczy, to wygląda tak samo. A ja mam w sobie jakąś delikatność i Kazio o tym wie. Wydaje mi się, że jestem wulgarna, a dalej jestem delikatna. Dlatego tak wiele czasu poświęca, żeby mnie otworzyć.
I tych kilkadziesiąt sekund ciągle jeży mi sierść na grzbiecie.
W piątek jadę do Katowic obejrzeć w teatrze Piątą stronę świata – ciekawa jestem ogromnie. Spędziłam dzieciństwo w miejscach, w których toczy się akcja tej książki, fenomenalnej zresztą. Jeśli ktoś jeszcze uchował się, nie przeczytawszy, niech czym prędzej nadrobi.
Przed zaśnięciem Miłość z kamienia Grażyny Jagielskiej – trudno powiedzieć, że na dobry sen, ale odłożyć nie sposób. Znakomicie napisane i przerażające. Mnóstwo już o tej książce powiedziano, nie chcę powtarzać. Łapie za gardło i nie puszcza do ostatniej strony. Oto mężczyzna, oto kobieta. Jedno osuwa się powoli w szaleństwo z powodu drugiego – motyw niby stary jak świat… Czeka, choć czas upływa zbyt powoli. Czeka, próbując jakoś zorganizować sobie codzienność, zapełnić przestrzeń, schronić się w bunkrze z meblościanek i dywanów w róże – a coraz bardziej traci kontrolę nad swoim życiem, którego siłą napędową stało się to nieustanne napięcie. Czekanie na powrót albo na dzwonek telefonu, tego telefonu. Niepokój, gdy wrócił, bo wiadomo, że jeśli tu jest, to znowu wyjedzie. Życie w wielokącie z ludźmi, których nigdy się nie spotkało, gwałconymi i zabijanymi. Ale odejść nie można. To oczywiście byłoby prostsze – chyba. Zdrowsze – chyba.
Byłoby.

Mamy jednak coś w sobie z tych wyjących zwierząt.

The female mind is certainly a devious one, my lord

Dopięłam dżinsy dziś rano. Oklaski, fanfary, chwila na autografy. Mimo wszystko cieszę się, że w przyszły poniedziałek nie będę musiała wbijać się w żadną lśniącą kreację, bo zapewne nie mogłabym w niej usiąść. Święta nie służą ludziom słabej woli.
Nie będę musiała nie tylko się stroić, ale nawet rzęs tuszować. Pan i władca noc sylwestrową spędza w pracy. Przyjaciele z sąsiedztwa – w samolocie unoszącym ich na drugą półkulę. Z umiłowanymi kobietami toasty wznosić będę w weekend, bo później też się rozjeżdżają, a ja nie mam już ani minuty urlopu. Nie boleję. Już nie te czasy, gdy człowiek od sierpnia żył wizjami witania Nowego Roku, a perspektywa spędzenia tej nieszczęsnej nocy w domu zdawała mu się czymś potwornym, niestosownym i zawstydzającym. Teraz nieszczególnie doskwiera mi myśl, że mogłabym tę noc zwyczajnie przespać. Zwłaszcza, że głowa tymczasowo pęka od refleksji i najchętniej zaszyłabym się gdzieś samotnie, żeby to wszystko obrobić, przemaglować, wycisnąć z tego treściwy sok.

Dostałam w prezencie ponad tysiąc stron i ogromnie się cieszę, ale doprawdy nie wiem, kiedy to wszystko przeczytam, biorąc pod uwagę, że w mojej sypialni, kuchni i łazience porozkładane są napoczęte książki. Co jakiś czas próbuję złożyć je na kupę w jednym miejscu, ale po dwóch dniach znowu rozłażą mi się po mieszkaniu.
Przy okazji wpadł mi w ręce zbiór felietonów Jana Nowickiego i pierwszy raz w życiu czytałam książkę ze złości. Nigdy jakoś nie przytakiwałam wypowiedziom rzeczonego, nie do końca też rozumiem nimb kobieciarza, ale ta lektura wywoływała u mnie napady bruksizmu. Nie rzuciłam w kąt, doczytałam do końca, bo ciekawa byłam, z jaką opinią nie zgodzę się na kolejnej stronie.
Drażniło mnie podkreślanie w co trzecim zdaniu wyższości kobiet nad mężczyznami – może i powinno mnie to łechtać, ale nie łechtało. Bo niby czemu sam fakt, że jesteśmy silne, że mamy coraz twardsze mięśnie i mocniejsze kręgosłupy, miałby zwalniać nas od tęsknot za męskim ramieniem (które to określenie rzekomo brzmi fatalnie)? Męskie ramię to wspaniały wynalazek i wcale nie o to chodzi, żeby ślozy weń lać całymi nocami – nieprawda, że kobiety uwielbiają płakać. Oczywiście różne są te męskie ramiona, mniej i bardziej gotowe wspierać w chwilach słabości, czasami wiotkie, czasami przygarniające bez słowa, wyrozumiale odporne na łzy albo drżące w panice, gdy choć jedna spłynie. A jednak są potrzebne.
Czytam dalej. Że niby kobiety są chorobliwie łase na wszelkie oznaki zainteresowania. Owszem – niektóre chorobliwie, niektóre na wszelkie. Niektóre.
I dalej. Dzięki postępowi nauki i bankom spermy kobieta jest dziś w stanie zajść samodzielnie w ciążę, więc to, czy decyduje się żyć w związku z mężczyzną, jest wyłącznie wyrazem jej pragnień i dobrej woli. Tymczasem zamiast ulitować się nad rodzajem męskim, który dziś naprawdę nie ma łatwo, zajmuje się niemal wyłącznie własnymi doznaniami i własnymi potrzebami. Ach, te biedne, słabe samce, te okrutne, egocentryczne samice.
Dalej. W obronie własnej godności kobiety wymyśliły feminizm. Chcą w racjonalny sposób przekonać mężczyzn, że mają takie same prawa jak oni. Lepiej by było, gdyby współczesne kobiety nauczyły się od swoich babek skutecznej sztuki manipulowania mężczyznami. Dzięki odpowiedniej taktyce kobieta potrafi sprawić, że każdy facet będzie robił dokładnie to, czego ona od niego oczekuje.
Ech. Państwo wiedzą, co ja myślę o manipulacji – wiem oczywiście, że ten mechanizm często sam się uruchamia i że, ludźmi będąc, lubimy grać, od dziecka codziennie ćwiczymy się w wywieraniu wpływu. Nie wierzę w istnienie związków całkowicie tego czynnika pozbawionych. Z drugiej strony budowanie związku na manipulacji wydaje mi się czymś obrzydliwym. Zresztą jeśli trafił nam się delikwent o silnej osobowości, wszystkie sztuczki i tak możemy sobie wsadzić tam, gdzie wzrok nie sięga.

Dobrze czasem zetknąć się ze światopoglądem odległym o kosmiczne dystanse od własnego. Ciekawe to. Ale cieszę się, że nie mam tego codziennie w domu.

Biblioteka liści palmowych

Państwo pozwolą, że nie zająknę się ni słowem o (anty)aborcyjnych propozycjach naszych władz, bo gdybym się zająknęła, poleciałaby tęga lawina moich przemyśleń, a notka nie nadawałaby się do czytania ze względu na nadmiar obelg. Ja kląć umiem bardzo ładnie, ale wolę ten talent pozostawić w ukryciu.
A właściwie nie. Wypowiem się.
Żyłka mi pulsuje, gdy z aborcji robi się łatwą antykoncepcję dla rozbrykanych kobiet, które nie pomyślały, dały dupy temu i owemu, i obudziły się z problemem, więc chcą problem gładko usunąć. To nie jest tak.

Nie denerwuj się, koleżanko sympatyczna, bo to szkodzi na żołądek.

Przyjechały moje zamówione książki. Przy okazji w przedsprzedaży zamówiłam świeżuchnego Kuczoka – w którym się skrycie kocham za to, jak o górach pisze, no i hanys przecież – i Joannę Bator.
Na kuchennym stole leżą grzbiet w grzbiet Georgia Rosena i Toast za przodków Góreckiego, i ten obrazek przypomina mi, że za tydzień będę już w drodze; pamiętać tylko muszę o chustce, żeby do Sweti Cchoweli móc wstąpić. Obok W cieniu świętej księgi, kolejny opasły tom Theroux – bo promocja była – i Patti Smith, i rozmowy z polskimi reporterami, które zmuszają do myślenia, rozgryzania, trawienia. Zwłaszcza tych, co (jak ja) biorą się za pisanie na serio.
Życie jest niesamowicie ciekawe, ciekawsze niż fikcja. I chyba coraz trudniejsze. Świat pędzi jak obłąkany. Musimy sobie jakoś z nim radzić, chcemy rozumieć sytuację, w jakiej się znajdujemy. Być może literatura faktu bardziej pomaga nam w radzeniu sobie z życiem niż fikcja literacka (…). Coraz mniej wokół nas autorytetów. Nie wierzymy politykom, nie wierzymy księżom, zawodzą nas nauczyciele i trenerzy sportowi. Politycy, ideolodzy, menedżerowie mają rozliczne interesy w tym, by interpretować świat po swojemu. Reporter na ogół nie ma powodów, by przekombinowywać świat na swoją stronę (choć i to się zdarza, ale o wiele rzadziej, niż w publicystyce). Może dlatego ludzie szukają reportaży. Potrzebują prawdziwych historii (…). Bo zmyślić można wszystko. Najbardziej nieprawdopodobna zmyślona historia, która udaje prawdziwą, nie ma takiej siły, jak nieprawdopodobna historia prawdziwa. Nie może w niczym pomóc i niczego nauczyć. A nieprawdopodobnych tematów prawdziwych jest taka masa, że nigdy ich nie zabraknie reporterom.
To Małgorzata Szejnert – kto jej książek nie czytał, ten do kąta na grochu klęczeć w te pędy. Zgadzam się z każdym słowem, biorę do serca i przepisane wieszam nad biurkiem.
Męczę się z tą moją fikcją, niby coraz bliżej końca, a jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że na szwach się toto rozłazi, że jakieś mało wiarygodne, mało prawdziwe właśnie i – że marnuję czas na to, zamiast opisywać historie mojej rodziny, sąsiadów, ludzi spotkanych w pociągu.
Czasami myślę, że powinnam na warsztat wziąć moją przygodę miłosną. 300 stron wyszłoby z palcem w nosie. Oczywiście nigdy tego nie zrobię, choć to bez wątpienia wdzięczny temat, scenariusz niebywały. Może inaczej. Bardzo chcę to spisać, dla siebie, gdy będę staruszką z fioletową płukanką na włosach, dla potomnych, jeśli nam się zdarzą. I dla nikogo więcej.
Po lekturze tych rozmów z reporterami – a są bardzo dobre, bardzo mocne, mogłabym tu całą książkę zacytować, bo wielkie nazwiska mówią w niej same mądre słowa – mam irracjonalne, ale bardzo silne poczucie, że powinnam opisywać to, co widzę. Nie to, co sobie wyobrażam, bo to niczemu nie posłuży, poza zaspokojeniem mojej próżności.

(Przypomniano mi dziś ten kawałek, zatem zostawiam państwa z nim na dobranoc w mieście, w którym poranki już pachną śniegiem padającym na ostre granie sto kilometrów stąd).

I’m wicked and I’m lazy

Jakoś wyobrażałem sobie piekło bardziej piwnicznie, mrocznie tak, ale tu wszystko jest zielone, a słońce z góry wali i oślepia. Toruję sobie drogę do przodu, szukam na ziemi czegoś, co mogłoby posłużyć jako broń: kij, kamień, obcięta gałąź. Nie ma nic. Nie ma dookoła mnie nic poza wysoką trawą i wilgotną ziemią. Blisko siebie dostrzegam parę olbrzymich ludzkich nóg. Kto by to nie był, jest osiem razy ode mnie wyższy, a ja nie mam żadnej broni. Muszę znaleźć jakiś jego słaby punkt: kolana, jądra, krtań. Uderzyć szybko i mocno i liczyć, że to zadziała. Olbrzym nachyla się. Jest szybszy, niż się spodziewałem. Siłą unosi mnie w powietrze i otwiera usta.
– Tu jesteś – mówi i przyciska mnie do piersi. – Tu jesteś, mój mały słodki misiu. Wiesz, że kocham cię najbardziej na świecie.
A ja usiłuję wykorzystać tę bliskość i ugryźć go w kark, wepchnąć palec do oka. Chcę, ale moje ciało mnie nie słucha, przytula go w odpowiedzi wbrew mojej woli. Nie udaje mi się zapanować nad wargami, czuję, jak się rozwierają, poruszają i szepczą:
– Ja też cię kocham, Krzysiu. Kocham cię najbardziej na świecie.

No, panie Keret…
To powyżej to obraz piekła seryjnego mordercy, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wynalazła osobistej interpretacji.
Ogromnie mi się te opowiadania podobają.

Burze szalejące nad miastem każą wciskać nos w poduszkę i pośpiesznie sięgać po telefon – śpisz już? Bo tu tak strasznie huczy, ja się boję, zrób coś, odpędź te chmury albo opowiedz mi coś zabawnego, albo lepiej pikantnego, takiego jak lubię, opowiedz mi, jak codziennie zbawiasz świat, przyśnij mi się.
Deszcz szumi, głos szemrze, powieki opadają jak w hipnozie.
A później nagle przychodzi ranek, zalani studenci kłócą się na chodniku przed domem o to, który zgubił klucze w knajpie, senna playlista w radiu nabiera tempa, pod prysznicem zmywam z siebie resztki krótkiego, lepkiego snu. Z niepokojem konstatuję, że skończyła mi się ulubiona kawa, trzeba będzie stawić czoła aspołeczności i wyjść po zakupy, maluję paznokcie na limonkowo i turkusowo, choć nigdy tego nie robiłam – i pierwszy raz od dawna czuję głód pisania. Jeszcze nie wiem, co będę pisać, ale gdzieś pod skórą wzbierają mi słowa, bardzo dużo słów.

Gdyby kto z państwa nie miał co ze sobą począć dziś lub jutro – polecam, dobre wino można kupić. Pod ideą leniuchowania w ten sposób podpisuję się wszystkimi czterema rękami, bo jako zodiakalny Byk – cóż – nie lubię się przemęczać. Moim ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu bez dwóch zdań jest leżenie z nosem wystawionym do słońca i nierzadko walczę ze sobą, żeby jednak zrobić coś pożytecznego (chyba że za pożyteczne uznamy poszerzanie obwodu w talii za pomocą ukochanych rarytasów). Nie walczę jednak zbyt zawzięcie – z wiekiem coraz łatwiej przychodzi mi wyjaśnianie sobie, że skoro tak mi dobrze, to nie muszę tego zmieniać. Co innego pan i władca, którego lubi być wszędzie pełno, ciągle uprawia jakiś sport i w każdym chciałby być mistrzem świata. Żadnej taryfy ulgowej. Leżenie do góry brzuchem uważa za nagrodę, na którą trzeba sobie zapracować. Ja ten kawałek z pracą staram się omijać możliwie szerokim łukiem. Wyjątkiem są góry, w których lubię dać sobie mocno w tyłek, inaczej czuję niedosyt.
No i jest jeszcze jedna aktywność, w której lenistwo uważam za niedopuszczalny grzech. Ale o tym po dwudziestej trzeciej.

(Nie wiem, czy państwo widzieli to zdjęcie naszego medalisty. Muszę przyznać, że poziom instynktu macierzyńskiego skoczył mi aż na orbitę okołoziemską. Zresztą ja to się w ogóle nie nadaję do oglądania olimpiad, bo piszczę i płaczę).
((A z tym cudownym, tubalnym śmiechem powinni pana Tomasza w ekranizacji Tolkiena obsadzić)).

Monkey business

A miało być tak pięknie jutro. Mieliśmy rzucić się na siebie jeszcze na schodach, miała furkotać zrzucana w pośpiechu bielizna, miałam bujać zsuniętą ze stopy szpilką – specjalnie nowe kupiłam, nienadające się do chodzenia ani trochę, ale przecież nie po to mi dwunastocentymetrowe obcasy, żeby w nich po mieście paradować – zaglądając w najcudniejsze oczy na ziemi. Miał być pinot noir w przerwach między uściskami. Mieliśmy owinięci w ręczniki przyglądać się z góry budzącemu się miastu i zasnąć o czwartej, by wstać o siódmej.
O czwartej to ja się dziś obudziłam. Z wrażeniem, że ktoś wbija mi gwóźdź w gardło. Następnie dopadł mnie dreszcz. I chciałabym powiedzieć, że z emocji. Że z miłosnej gorączki. Z gorączki owszem, tylko że pospolitej, za to imponującej. Co za los niegodziwy.
Trzeba być mną, żeby w środku lata, w takim upale usłyszeć diagnozę ‚ale się pani zaflancowała!’…

Ale jako, żem upupiona w oparach kamfory, mogę przeczytać wszystkie książki zalegające na nocnym stoliku, a jest tam jeszcze Keret, Varga i horror islandzki, bo perwersyjnie lubię takie lektury z wieczora – choć ta akurat, Bogiem a prawdą, przewidywalna bardzo, za to Yrsa na fotografii śliczna. I oczywiście Japonia (blog autorki czytam z lubością od pewnego już czasu). Mogę też ze spokojem oglądać w telewizorze olimpiadę, szczególną uwagę poświęcając plażowym siatkarzom i pływakom. Jak ja lubię takie widoki. Mój ideał mężczyzny to przecież właśnie wysokie i muskularne chłopisko z półmetrowymi stopami i ramionami rozłożystymi jak skrzydła albatrosa. Jednym takim ramieniem osłoni, a drugim odpędzi bestie. Grecki bóg w dżinsach, mocny i zdrowy.
Bywało, że podobali mi się niezbyt pasujący do tego obrazka, wiadomo, do jednych się wzdycha, innego sprowadza na stałe do domu, mięsień sercowy ma kiepski wzrok i słuch – ale na takich dorodnych zawsze spoglądałam przychylnie, a koniec końców taki mi się trafił.
Gonię za najsilniejszymi w stadzie. Jak gorylica jakaś, doprawdy.

Surround me with your love

Gdy człowiek zagląda do Internetu po kilku dniach szczęśliwej separacji odeń, nie zawsze czuje się przyjemnie. Może nawet dojść do wniosku, że wcale mu sieci nie brakowało.

W minionym tygodniu mój znajomy rozstał się z ukochaną. Wyraźnie w związku z tym smutnym wydarzeniem od zajmuje się kompulsywnym publikowaniem na twarzoksiążce rozmaitych seksistowskich demotów i mundrości z gatunku ‘wszystkie kobiety to suki’, ‘kobiecie zależy tylko na portfelu mężczyzny’, ‘jeśli jesteś gruba i brzydka, zostań feministką’ i takie tam, resztę szkoda cytować. Wygasiłam sobie go wreszcie, albowiem mam alergię na podobne teksty i obawiam się, że kolejną buraczaną myśl o mojej płci mogłabym skomentować w sposób raczej dosadny, a ponadto niestety ad personam.
Oczywiście wiem, że i niejedna kobieta myśli podobnie – że inne zostają feministkami, bo żaden facet ich nie chciał, i że to, co wywalczyły, psu na budę. Nie przeszkadza to zapamiętale korzystać z tych zdobyczy, ale broń Boże, by ktoś jedną z drugą nazwał feministką, toż to zniewaga. Kiedyś chętnie wdawałam się w polemiki w tej sprawie, teraz wzruszam ramionami i milczę. Trochę szkoda mi energii na spory. Nie umiem tylko odmówić sobie uniesienia brwi zamiast komentarza. Staram się.
Przy okazji – jeśli ten list nie jest tworem wyobraźni zmuszonej do zapełnienia szpalt, to też pozostaje brwi unieść.

Przeczytałam też o piorunie w Pieninach i znowu pomyślałam, że miałam kiedyś wielkie szczęście. Więcej tego szczęścia niż rozumu. Uderzyło przecież parę metrów ode mnie. Tego ułamka sekundy do końca życia nie zapomnę.
Często o tym myślę, zwłaszcza gdy łapie mnie jakiś wydumany dół. Takie wydarzenia trochę zmieniają perspektywę, zdecydowanie mniejszą ma się ochotę na wysiadkę z tej karuzeli, pielęgnowanie neuroz, roztrząsanie, jak to szklanka w połowie pusta i codzienne uparte szukanie kolejnego szczegółu, z którego można być niezadowolonym.

Leżę sobie dziś pod jabłonią, korzystając z ostatnich tchnień urlopu, i kończę czytać opasłego Theroux. Na początku zawsze nieco mnie wkurza jego zjadliwość, surowy sarkazm, bezlitosne punktowanie głupoty i arogancji, czasami nieszkodliwej – a później zauważam pod tym wszystkim wielkie zainteresowanie współtowarzyszem podróży, uwagę, z jaką go obserwuje, wyłapywanie drobniuchnych szczegółów i troszkę szorstką czułość wobec ludzi spotykanych w drodze. Gdy dorosnę, chcę nim zostać.
Sens jej podróży stanowiło nie dążenie do szczęścia, tylko osiągnięcie bezpieczeństwa i spokoju odkrywania rzeczy zarówno w czasie przemieszczania się, jak i odpoczynku, na podobieństwo wędrownych ptaków, wędrujących nieśpiesznie, etapami.
Wynotowałam sobie jeszcze jeden fragment, który przydałoby się powiesić nad biurkiem i gapić się weń w te długie popołudnia, gdy staram się napisać coś, za co ktoś być może mi zapłaci.
Niebędąca niczym więcej jak tylko usankcjonowanym nudziarstwem relacja z podróży to najniższa forma literackiej masturbacji.

Leżę zatem, psy gonią się w ogrodzie, rodzina się śmieje, pijemy sangrię z dzbanka, słońce świeci mi w oczy, trochę jestem senna, bo do późna w noc gawędziło się z miłym o sprawach wysoce nieprzyzwoitych, a gdy zasnęłam z telefonem w garści, obudziły mnie wrzaski tłukących się pod oknem kotów.
Dziś jest jeden z tych dni, gdy nie potrzebuję niczego więcej od życia.
Strach, nie?…
Najzabawniejsze jest to, że coraz częściej i w coraz banalniejszych sytuacjach nachodzi mnie myśl – mam tyle, ile mi trzeba.

Szlachetne łono

Zimno, ciemno, zwija się człowiek pod kołdrą, w środku nocy leci na paluszkach włączyć ogrzewanie. Jak żyć, droga redakcjo, jak żyć, gdy taki maj obrzydliwy? Czekam niecierpliwie na słońce i na zniknięcie świeżego śniegu z Tatr. Bo wrócił.
Szczęśliwie jest to pogoda, przy okazji której nie trzeba tłumaczyć się z nieróbstwa i zakopywania pod kocykiem z zapasem niezdrowych przekąsek. Nie ma tego złego…

Obejrzałam wreszcie Drive. Państwo wiedzą, że nie lubię chodzić do kina, wolę w domu, bo nikt mi chipsem nie szeleści, nie całuje się z mlaskaniem, nie atakuje reklamami. Wolę zwinąć się w fotelu, przygasić światła i oglądać.
No, muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Uwielbiam takie historie, takie kadry. W moje poczucie estetyki wpasowało się to idealnie.
Zwłaszcza Gosling.
Nie dość, że piękny, to rozbrajający ma ten nieśmiały uśmiech – szczególnie w połączeniu z tym, jak brutalnie i na zimno jego bohater wymierza karę złym ludziom.
Nęci mnie hybryda chłopca i bestii, Dawid i Goliat w jednym, co poradzę. Nie mnie jedną.
Właściwie dziś mogłabym obejrzeć to znowu.

(Całkiem też fajną ma kapelę ten Ryan. Nie taką, żeby leżeć pod głośnikiem, ale fajną, trochę pachnącą Waitsem. Oczywiście pewnie wszyscy wiedzą to od dawna, tylko ja jestem opóźniona w rozwoju popkulturalnym).

Ponieważ wyraźnie zostawiłam głowę po drugiej stronie świata, do żucia przy oglądaniu nabyłam sobie sushi i to był duży błąd. Od ludzi powróconych z Japonii słyszałam kategoryczne stwierdzenia, że nigdy więcej nie pójdą do susiarni między Odrą a Bugiem – dotychczas wydawało mi się to nieco histeryczne, ale teraz ich rozumiem. Nawet nie o świeżość ryb chodzi, tylko o tę czarowną przyprawę, której tutaj brakuje. Coś jak z rosołem, który najlepiej smakuje u mamy, a wszędzie indziej bywa owszem, przyzwoity, ale to NIE TO SAMO i już.
Jak państwo widzą, nie umiem – a i chyba nie chcę – wyjść z tego klimatu.
Czytam sobie akurat bardzo ciekawą książkę. Wiem, temat może wydać się nieco dziwny i niekoniecznie aż taki ciekawy, ale to naprawdę pasjonująca lektura. Chapeau bas dla autorki za napisanie naukowej monografii o czymś, co zdaje się mieć niewielkie znaczenie dla przeciętnego obywatela Polski, czyli homoerotyzmie 400 lat temu i 9 tysięcy kilometrów stąd w taki sposób, że trudno się oderwać. A pomijając już sam wiodący wątek, mnóstwo można się dowiedzieć o podejściu do seksu, całkowicie innym od naszego, obwarowanego wstydem, grzechem i wydumanymi zakazami, to zboczone, tamtego nie wypada.
(…) Człowiek jest czysty w swej pierwotnej naturze, a więc pociąg płciowy, skoro stanowi podstawę jego życia, też musi być czysty. Ponadto miłość fizyczna pozwala osiągnąć stan umysłu, w którym człowiek jest wolny od wszystkiego (…). Wstydzić się należało raczej unikania tego rodzaju aktów lub sytuacji, gdy akty te nie prowadziły do ekstazy, ponieważ świadczyło to o opieszałości w dążeniu do prawdy, o duchowej niedojrzałości i o słabości serca.
Bardzo, bardzo mi się podoba taki punkt widzenia.
I demiurg Izanagi, czyli Uśmierzający Szlachetne Łono. W jaki sposób uśmierzał, to sobie państwo zapewne mogą wyobrazić, ale tak czy inaczej jedno z jego dzieci przyszło na świat w efekcie czyszczenia nosa. Zostało bogiem burzy – logiczne.

Tymczasem do osobistego uśmierzającego wypadałoby zadzwonić. Poćwiczyć osiąganie właściwych stanów umysłu.
Coś w tym jest. Zawsze krzywiłam się na traktowanie seksu jako czystej biologii. To dużo bardziej skomplikowane. Bardziej niż kilkusekundowy strzał oksytocyny.
Ale najpierw trzeba mi tekst napisać. Nie mam pomysłu, szukam pierwszego zdania. Ratunku. „Ogary poszły w las” nie pasuje, „Billy Pilgrim wypadł z czasu” również nie. Poza tym kołacze mi się, że ktoś już chyba takich użył. Idę szukać dalej.