Yo solo quiero pegar en la radio

Pierwszą moją zagraniczną podróż odbyłam do Hiszpanii.
Było to wiele lat temu, w czasach, gdy nikomu nie śniły się tanie linie lotnicze, a Polska wstąpić miała do Unii Europejskiej dopiero w kolejnej dekadzie. Wówczas podróż na Półwysep Iberyjski zabierała dwa mordercze dni. Niewiele pamiętam z tamtej wycieczki, bo miałam raptem 14 lat i byłam irytująco zblazowaną nastolatką, a przeładowanie wrażeniami też zrobiło swoje – zostały mi w pamięci pojedyncze obrazki. Bardzo barwne.
Potem, po wielu latach, zdarzył mi się Madryt – dwukrotnie, raz w 2011, raptem na parę styczniowych, samotnych dni i w ubiegłym roku, na cały szczęśliwy miesiąc z okładem. Wtedy na dobre straciłam głowę. Ale wcale nie zamierzałam wracać tam na wakacje. Ponieważ jednak obecnie tanie linie lotnicze nikomu już nie muszą się śnić, a ja czasami lubię od niechcenia sprawdzać ceny biletów, to jakoś tak wyszło, że przypadkiem nabyte zostały dwa takie na Wyspy Kanaryjskie, dla mnie i mojej madre. Pomyślałam, że słońce dobrze mi zrobi, a przy okazji są tam przecież góry i szlaki. Znakomicie. Czego chcieć więcej. Przypomniałam sobie nawet, że dawno temu kupiłam przewodnik po Teneryfie dla piechurów. Odkopałam go, odkurzyłam, spakowałam plecak, zasznurowałam pepegi i w drogę.

Banalne to stwierdzenie, ale słońce leczy.
Naprawdę.
Wiatr i zmęczenie też leczą. Zatrzymałam się na chwilę po drodze na Montaña Blanca (taka górka skromna, 2748 metrów n.p.m., przylepiona do majestatycznego Teide), zdyszana, było mi jednocześnie zimno i gorąco – bo wicher lodowaty, poza tym wysoko, ale słońce paliło niemiłosiernie – i złapałam się na tym, że uśmiecham się tak szeroko, że aż twarz mnie boli. Byłam zmęczona, spocona, piekły mnie opalone policzki, niemniej czułam się obłędnie szczęśliwa. Bo tak. Dawno mi takie czyste uczucie szczęścia przez nerwy i żyły nie przebiegło, od włosów po palce stóp.

Do rzeczy wszak, do rzeczy.
Oczywiście, jak to ja, wybrałam sobie mieścinę maleńką, żaden tam hałaśliwy kurort, bo nie lubię. Do mieściny maleńkiej musiał nas dowieźć autobus, a te na wyspie funkcjonują zaskakująco sprawnie, co prawda jak we Włoszech nie ma co za bardzo przywiązywać się do rozkładu jazdy, ale prędzej czy później autobus – zielony, z uśmiechniętym kierowcą słuchającym bachaty lub transmisji meczu – przyjedzie. Kierowcy chętnie zwalniają, by komuś pomachać, wdają się w konwersacje, czasami gubią drogę przy okazji objazdów i ogólnie sympatycznie się jedzie.
Wysiadam. Przystanek jest na rogu, parę metrów po lewej koniec ulicy i morze, parę metrów po prawej koniec ulicy i plantacja bananów. Dzwonię domofonem.
– Hola – mówię, bo tyle potrafię, przedstawiam się i dalej już śmigam po angielsku, by usłyszeć, że osobnik po drugiej stronie odwiesił słuchawkę. No, fajnie się zapowiada, doprawdy. Chwilę później słyszę jednak, że kilka pięter wyżej otwiera się okno i widzę, że ktoś macha zapamiętale, pokazując, że zaraz zejdzie i otworzy drzwi. Półtorej godziny później zasypiam kamiennym snem, a na ulicy dokazują marcowe koty. Przed świtem budzi ptasie radio.
Po świcie wyruszam w poszukiwaniu kawy. Może nie bardzo po świcie – w Hiszpanii dzień wstaje powoli, nie ma do czego się śpieszyć. Kawy za to szukać nie trzeba. Kawę podają na każdym rogu. W barze niekoniecznie ładnym, czasami nieco obskurnym nawet, ale cortado jest mocne i gorące, gdyby chciało się przekąsić kanapkę, to coś się znajdzie, na blat wyjeżdża świeża tortilla, gazetę też można poczytać. Trzeciego poranka w takim miejscu traktują człowieka jak swojego. Nieopodal panowie w porcie odpływają kutrami w morze, po świeże ryby, które wieczorem lokalne knajpy będą podawać na kolację.
(Nawiasem mówiąc – gdybyście, jeżdżąc po Teneryfie, zawędrowali do Playa de San Juan, małego rybackiego miasteczka w odległości paru przyjemnych godzin nadmorskiego marszu od klifów Los Gigantes, koniecznie proszę odwiedzić cudowną piekarnię 100% Pan y Pasteleria – fenomenalne, chrupiące pełnoziarniste pieczywo, pyszne ciacha w kształcie – na przykład – ust Marilyn Monroe, doskonała kawa. Taki skarb mały, dobrze ukryty w niedużej mieścinie. Łatwo trafić, nos was zaprowadzi).

Teneryfa to jest oczywiście miejsce, które – i ja im się wcale nie dziwię – ukochali sobie zamożni europejscy emeryci, więc w co większych ośrodkach można poczuć się jak w jakiejś osobliwej angielskiej czy też germańskiej kolonii. Bogiem a prawdą, gdybym mogła, też bym tam sobie kupiła jakiś schowek na szczotki i spędzała tam zimy. Ale wystarczy wyjechać poza te większe ośrodki i oczy nie nadążają rejestrować zachwytów. Jest to bowiem wyspa arcypiękna, wyspa poryta głębokimi wąwozami, wyspa zatok z ostrymi skałami i szalejącymi falami, wyspa czarnych, wulkanicznych plaż i górskich lasów zanurzonych w wiecznej mgle, wyspa sucha i surowa na południu i kipiąca świeżą zielenią na północy. Wyspa z najwyższym szczytem Hiszpanii, El Teide, którego szczyt z dołu przez większość dnia bywa niewidoczny. Szlaki wychodzące z El Portillo (dalej droga jest w remoncie, co znacząco skomplikowało mój starannie obmyślony plan wycieczki) prowadzą już nad chmurami.
Na rozgrzanie wybrałyśmy się do Barranco del Infierno. Ten wąwóz był przez parę lat zamknięty po tym, jak spadający kamień niestety zabił turystkę i po otwarciu każdy z raptem 300 wchodzących dziennie musi włożyć twarzowy kask. Mam zdjęcie w kasku. Nie pokażę. W każdym razie jest to bardzo miły, rekreacyjny marsz ścieżką momentami nieco eksponowaną, potem już wzdłuż strumienia, aż do wodospadu. Rudziki podśpiewują nad uchem, sokoły krążą wysoko. Gdy człowiek nieostrożnie stanie, gołą łydkę oparzy pokrzywa, świeża, wiosenna. Albo kolec kaktusa popieści.
Po marszu bez dwóch zdań należało się wzmocnić. Nie było to trudne, ponieważ w kraju tym cudownym jedzenie jest wszędzie, a dzień wcześniej wyczytałam na plakacie w mieścinie, że urządzają noc wina i tapas. Należało tylko nabyć kuponiki w biurze informacji turystycznej (jeden kuponik za jedno euro = jeden kieliszek wina, żyć nie umierać). Nie była to może największa impreza, w jakiej brałam udział – bo i miasteczko małe, i dopiero marzec – ale bardzo urocza. Był wielce zaangażowany DJ, był zespół rzępolący dość okrutnie, były bodegi z butelkami, z których szczodrze nalewano, i solidne porcje tapas, dla przykładu kałamarnica. Przyznam szczerze, że dawno tak dobrze się nie bawiłam (dawno nie bawiłam się w ogóle). Kuponiki nabyte zawczasu jakoś szybko nam się skończyły, ale w jednym z namiocików sprzedawano nowe, więc ustawiłyśmy się w ogonku, bo madre jeszcze bardzo chciała spróbować różowego wina (które było doskonałe, a ja różowego nie lubię, więc zważcie moje słowa) i kanapek z rybką. Niestety wszystkie spalone w górach kalorie – niby nie wierzę w nie, bo czy kto kiedy widział kalorię?… – wracały jak bumerang, tego dnia i we wszystkie inne. Warto pamiętać bowiem, że w tym strasznym kraju przystawka potrafi być wielkości dania głównego, i że dużym błędem może okazać się zamówienie croquetas i tortilli, a potem jeszcze dorsza. Ale z drugiej strony jak sobie odmówić? Grzech.

Minęło parę uroczych, leniwych dni w mieścinie – jednego z nich biegałam po niezbyt licznych sklepach w poszukiwaniu bikini, japonek i mocniejszego środka na słońce, bo zapowiadane 20 stopni zamieniło się w rasowy letni dzień i do końca mojego pobytu pogoda była nie całkiem zgodna z prognozami, ale za to jak malowanie. Wreszcie ponownie wsiadłam do zielonego autobusu i pojechałam do Puerto de la Cruz na północy, bo stamtąd najłatwiej dostać się w pobliże Teide. Puerto de la Cruz to już kurort pełną gębą, ma więcej niż trzy ulice, ma Starbucksa i supermarkety. W Puerto de la Cruz chodzi się głównie w górę i w dół, bo tak jest położony, więc znakomite miejsce, by niechcący zadbać o kondycję po drodze do i z knajpy. Jak dla mnie troszkę to już za duża miejscowość na wakacje, ale tak czy inaczej przyjemna. Poza tym każdego ranka wychodziłam na balkon, a przede mną, nad pobliskimi dachami i koronami drzew, pysznił się ośnieżony wierzchołek wulkanu. Tenże wydaje się na wyciągnięcie ręki, ale dotarcie doń komunikacją publiczną – która, choć niestrudzona, nie jest dla tych, którym zależy na czasie – zajmuje blisko półtorej godziny. A ostatni autobus powrotny odjeżdża o 16:30 i nie ma zmiłuj. Udało mi się wleźć na tę nieszczęsną Montaña Blanca i wrócić na czas, choć prawda taka, że w okolicy bardzo chętnie zostałabym na kolejne dwa lub trzy dni. Jest tam gdzie łazić, a szlaki są przepiękne – w dole morze chmur, wokół pustka, krajobraz niemal marsjański, w pewnym momencie śpiew ptaków ucicha, bo już nic tam nie rośnie. Jesteście tylko wy, góra, oślepiające słońce i wiatr. Wieje potężnie, spycha ze ścieżki, przeszywa do szpiku kości; pośpiesznie wyjmowałam z plecaka rękawiczki i żałowałam, że nie zabrałam czapki.
Wspaniale.

Jakiż wielki był smutek na lotnisku.

Myślę, że wrócę.

A teraz przepraszam, muszę iść. Trzeba się pakować. Jutro w południe lecimy do roboty.

Reklamy

A dzieci, wiem coś o tym, latają samolotem

Dobry wieczór.
Jutro jadę na urlop. Szok i niedowierzanie, ale nie będę ganiać po teatrach, tylko spacerować nieśpiesznie po górach – w tym jednej całkiem wysokiej, bo ponad 3500 metrów ma dziewczyna – i plażach kraju, w którym wszyscy wiedzą, jak mam na imię, choć im się nie przedstawiam.
Kolesie w pensjonacie, w którym zaklepałam nocleg, mówią tylko po tubylczemu, więc właśnie wysmarowałam im, spociwszy się nieco (bo ja tylko „hola”, „caña”, „para compartir”), piękny mail po ichniemu. Oby zrozumieli, bo muszą mi jutro około dwudziestej klucze do kwaterki wydać.

Z urlopu wracam w przyszły piątek. W niedzielę odlatuję do znanego z pięknej pogody i bujnego życia nocnego Luxembourg City. Na dwa tygodnie. Co dalej, zobaczymy. Pan i władca coś nawijał, że mógłby może spróbować wpaść, ale najwyższy szczyt w Luksemburgu ma 560 metrów, a długość tras narciarskich w ogóle to aż 2 kilometry. No to ja nie wiem, co on miałby tam robić. Musiałby ze mną całe dnie spędzać.
Wcale nie chcę go znowu zostawiać, jeśli mam być szczera. Wolałabym z nim na kanapie siedzieć.

Witajcie w moim życiu.

Kiedyś chciałam podróżować.
I mam za swoje.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Gizd

Same sukcesy. Sobota jest, świat nadal się kręci, przepracowałam cały tydzień bez napadów „rzucam to wszystko i wyjeżdżam na Orkady” (fakt, pracowałam z domu, w gustownej bluzeczce u góry i gaciach od dresu na dole, i przynajmniej nikt mi nie plotkował nad uche), upiekłam ciasteczka pod wdzięczną nazwą „cmentarz much” – smakuje to zdecydowanie lepiej niż brzmi; ogólnie ostatnimi czasy, gdy kto mnie pyta, co czytam, odpowiadam, że Yotama Ottolenghiego. Wchodzę w 2018 z Yotamem jako moim duchowym przywódcą.
Przyszła sobota może być wszakże nawet lepsza od tej, choć z całą pewnością nie będzie mi w głowie pisanie, bowiem będę wracać do ojczyzny (tak tak, w końcu trzeba ruszyć tyłek w świat, prawie dwa miesiące przesiedziałam na nim, cellulitu dostanę od tego bezruchu). Do ojczyzny wracać będę z przedstawienia Hamiltona i paru innych, jak to ja. Trochę nie mogę się doczekać, odrobinę.

W przyszłą sobotę przypadają też urodziny – matko bosko, kolejne – pewnej ważnej osoby, którą poznałam w czasach, gdy jeszcze dinozaury władały Ziemią.
To taki człowiek, który pojawił się nieoczekiwanie i został, i chyba już zostanie. Mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być. Pamiętam do dziś to wejście smoka, jak również moją reakcję, czyli nagły, obezwładniający coup de foudre. Oczarował mnie ten przystojny osobnik natychmiast osobliwą mieszanką staroświeckiej kindersztuby i imponującego wyluzowania, szorstkości i czułości, i ciętą ripostą na każdą okazję. Do dziś ma nieprawdopodobny, jak to anglojęzyczni mówią, sense of wit. Każdą szpilę kontruje błyskawicznie. Wkręca mnie też doskonale, z kamienną twarzą; załapuję, że kolega bezczelnie się ze mnie nabija zwykle dopiero wtedy, gdy już nie może powstrzymać śmiechu.
Poległam zabita strzałą miłości od razu, znajomi mieli ubaw, bo chodziłam wówczas jak pijana i Bogu dzięki, że nie wpadłam pod tramwaj ani nic takiego. Nigdy wcześniej ani pózniej niczego takiego nie przeżyłam i szczerze pisząc, nie wiem, czy chciałabym znowu przez to przechodzić.
Znajomi jednakowoż spodziewali się, że to nie potrwa długo, a szanowny dżentelmen zniknie tak, jak się pojawił. Hm. Być może to kwestia nalewki z trawy cytrynowej, którą go onegdaj poczęstowałam – na spirytusie była, może dlatego trzyma go do dziś.

I nawet nie musiał się zalecać.
No niestety, nie byłam księżniczką w niezdobytej twierdzy – miałam oczy maślane i jak pięć złotych. Trudno. Nawet się cieszę, że całe te męczące gry w pozorny brak zainteresowania mnie ominęły.

Uwielbiam go jako mężczyznę, pięknego, bardzo zmysłowego, z którego charyzma aż paruje. Jako gościa, który doskonale wie, co potrafi, ale nie zamierza wyłazić ze skóry, by to udowodnić. I po prostu, przede wszystkim jako dobrego, wrażliwego, uczciwego człowieka, który chętnie pomaga innym, bo to dla niego naturalne, tak trzeba i już. Zawsze mnie bardzo wspierał, najgłupsze pomysły przyjmuje ze zrozumieniem, nie pozwala mi samobiczować się za fakapy, stres potrafi przegonić – czasami ostrymi słowy, czasami zaparzeniem mi herbaty, czasami tuleniem przez pół nocy. Ogromnie mi pomógł w trudnej wcześniej walce z upiorną nieśmiałością i takim sobie poczuciem własnej wartości. Wiem, że mogę mu powiedzieć absolutnie wszystko i wszystko mówię. Bo prawda taka, że przez te wszystkie lata zwyczajnie się zaprzyjazniliśmy. No i potrafimy do siebie zadzwonić w dokładnie tej samej chwili.
Nie jest to chodząca doskonałość. Wielu ludzi wkurza jego dominująca osobowość (mnie akurat, jako osobie raczej wycofanej, to bardzo odpowiada). Jest pracoholikiem. Ma krótki lont (herbu Wścieklica jest ten dżentelmen bez dwóch zdań, ale nigdy nie wkurzył się na mnie, choć z pewnością niejeden raz dałam mu powód – ma do mnie jakąś kosmiczną cierpliwość, może poza tym jednym wieczorem, gdy usiłował nauczyć mnie grać na gitarze i uczeń okazał się tępy). Kradnie kordłę. Jest sakramencko uparty. Znam tylko jednego człowieka bardziej upartego niż ten gamoń – no zgadnijcie, kogo… Jeżeli mówi „nie”, to jest takie „nie”, że mowy nie ma o negocjacjach, trud wasz daremny. Jest też wielce zdyscyplinowany, co zawsze robiło na mnie wielkie wrażenie, bo ja to raczej sybaryta, nieprawdaż, najpierw przyjemność, najlepiej to w ogóle tylko przyjemność. Kolega żadnych taryf ulgowych wobec siebie nie stosuje, niczego nie robi na pół gwizdka i czasami okropnie włazi mi na ambicję.
No i niech mi włazi, byle jak najdłużej.
Gdy tylko wrócę, będę pędzić prosto do niego. Komuś trzeba będzie o tym Hamiltonie opowiedzieć przy winie. A on mi potem będzie przez długie godziny opowiadał o swoich odpałach, demonstrował nowe sprzęty, pokazywał zdjęcia. No i fajnie. Tego właśnie trzeba dziewczynie.

Czy­ście może szli ze śpiew­ką?

Bardzo lubię Nową Hutę.
Gdybym nie mieszkała na moim brzegu Wisły, to wybrałabym Hutę właśnie. Gdy kiedyś będę bogata, kupię sobie mieszkanie na ostatnim piętrze jednego z budynków przy Placu Centralnym i będę stamtąd spoglądała na świat. Oczywiście bogactwo mi nie grozi, bo nie potrafię oszczędzać, nie mam zamożnych krewnych w bardzo podeszłym wieku i nigdy w życiu niczego nie wygrałam (przepraszam, raz mi się poszczęściło z loterią na „Hamleta” z Cumberbatchem, niemniej czy to było aż takie szczęście, to nie wiem, biorąc pod uwagę, o ilu rzeczach niezwiązanych z tym spektaklem rozmyślałam podczas jego trwania), ale pomarzyć zawsze można.
Oczywiście fakt, że Nową Hutę co dnia blaskiem swym opromienia pan i władca, ma swoje znaczenie, niemniej po prostu lubię tę dzielnicę. Chociaż to w sumie nie tyle dzielnica, co osobne, fascynujące miasto w mieście. Ogromne w dodatku. Zawsze się tam gubię – ale nie jestem w tym osamotniona, bo taksówkarze wożący mnie do rezydencji p&w też nader często się gubią, a ja nie potrafię im pomóc, z uwagi na moją dramatycznie słabą orientację w przestrzeni (ja z tych, co muszą kręcić mapą, by ustalić swoje położenie) i fakt, że na tamtejszych osiedlach numeracja budynków niekoniecznie ma głęboki sens, choć z drugiej strony ta na moim osiedlu też nie ma szczególnego. Tylko że moje osiedle, choć znacznie bliższe centrum Krakatau, nie jest ani w połowie tak zadbane, jak to panoiwładcze, które jest bardzo zielone, a przyblokowe ogródki z ich dekoracjami są pierwsza klasa. Zieloność okolic doceniła również dzika zwierzyna – pod balkonem pana i władcy mieszkają jeże, co prawda nigdy ich nie widziałam, ale kolega widuje regularnie i twierdzi, że mu tam sapią.
Pamiętam koncert Polish Icons w Hali Ocynowni parę lat temu, w ramach festiwalu Sacrum Profanum – zimno było jak jasny pieron, prawie mi biust odpadł, ale poza genialną muzyką (och, ten moment, gdy Grasscut wplótł „Boże coś Polskę” w swój set) pamiętam też, jak widzów przybywających na koncert do Kombinatu wsadzano w autobus tuż za jego bramą i potem jechaliśmy dłuuuugo, długo… Nie mogłam się nadziwić, że taka ta huta wielka.
Pamiętam liczne wieczory w Łaźni Nowej (tam narodził się mój trwający od lat skryty zakoch w Błażeju Peszku – Wejście smoka to był tak cudownie odjechany spektakl) i obowiązkowy pospektaklowy spacer na Plac Centralny – niby przystanek tramwajowy jest znacznie bliżej, ale lubię się przejść.
Pamiętam moją pierwszą wizytę w Teatrze Ludowym. To było Kochanowo i okolice, spektakl, który może i nie był wybitny, ale był wielce sympatyczny. I z muzą na żywo. Z Kurtyną Siemiradzkiego (bo w Krakowie mamy takie dwie, nie wiem, czy wiecie – jedną można od czasu do czasu zobaczyć w Teatrze Słowackiego, a druga to kapela założona przez aktorów). Ponieważ siedziałam w drugim rzędzie, a Teatr Ludowy dość kameralny jest, usłyszałam ze sceny, że mam ładną bluzeczkę.
Wczoraj nadszedł czas na wizytę kolejną. Teatr Ludowy wyrasta na bardzo znaczącą scenę – scenę, która ostatnio triumfy święci. Nie dość, że wygrali ostatnią edycję festiwalu Boska Komedia wyśmienitym Sekretnym życiem Friedmanów, to jeszcze teraz wzięli się za Wyspiańskiego i ze starcia z nim wyszli z tarczą. Albowiem Sędziowie to spektakl świetnie zagrany, intymny i mocny zarazem. Zagrany bez zbędnej emfazy, ale wymownie. I scenografia jest znakomita. I nieustający przyćmiony knajpiany gwar w tle. Zwykle boję się nienumerowanych miejsc nieco, ale wczoraj celowo zajęłam takie w pierwszym rzędzie i była to dobra decyzja, prawie jakbym siedziała w karczmie, czy może raczej w jednej ze współczesnych imprezowni, w której Jewdocha podaje do stołu (zresztą podała mi lemoniadę…). Ale reżyserka pokusiła się o jeszcze jeden zabieg – zamieniła miejscami scenę i widownię. Widzowie siedzą na scenie, na widowni rozgrywają się ostatnie, dość przejmujące sceny. Dla fetyszystów jak ja, kochających całe teatralne zaplecze, wytarte deski i kable, to cudowne, ale to też ogromnie znaczące. Bo oto widzowie przestają być widzami. Stają się częścią spektaklu. Stają się poniekąd tymi właśnie, tytułowymi sędziami. I ten krótki, ale niesłychanie intensywny spektakl naprawdę jest jedną z lepszych rzeczy, jakie ostatnio oglądałam. A ja dużo oglądam.
Po przedstawieniu zdarzyło mi się zresztą zamienić parę słów z panią stojącą przy barze w teatralnej klubokawiarni, i ona też użyła tego słowa – intensywny.
Idźcie.

All the small things

Mój ulubiony Niemiec podwiózł mnie w środę do domu. Miło, że zatroszczył się, bym nie wracała zbiorkomem w taki przyjemnie lutowy wieczór. Jechaliśmy w śnieżnej brei (osobiście wolę piękne śląskie słowo „ciaplyta” – ono tak doskonale oddaje istotę rzeczy, co prawda ono właściwie oznacza błoto, ale moja urodzona w Szopienicach po sąsiedzku z niejakim Kazimierzem Kutzem babcia używała tego pięknego słowa na określenie wszystkiego, w czym buty toną), zawiei i zamieci, więc jechaliśmy długo, to i mogliśmy sobie pogadać. O niczym wielkim – planach na wakacje, knajpach. Bardzo mi takiej sympatycznej, momentami nieco złośliwej gadki-szmatki brakowało.
– Zdążymy na pomarańczowym.
– To już było czerwone.
– Ciemnopomarańczowe…
– A wiesz, raz przechodziłam na czerwonym świetle i złapała mnie policja. Dawno temu.
(W Nowej Hucie, o dwudziestej trzeciej, w pobliżu nie było żywego ducha ani samochodu – poza tym jednym, radiowozem, z którego szeroko uśmiechał się do mnie policjant, i uśmiechał się tym szerzej, im głośniej wypowiadałam w myślach dobitne „szlaaaag…”).
– Oho, żyjesz na krawędzi. I co? Zapłaciłaś mandat?
– Nie. Rozpłakałam się i powiedziałam, że się zgubiłam.
True story. Zresztą naprawdę się wtedy zgubiłam.
Ulubiony Niemiec podrzucił mnie pod same drzwi niemal, bo to dobry człowiek jest. Ostatnie metry w brei (ciaplycie), zawiei i zamieci pokonałam pieszo, nie czując nawet zimna czy śniegu oblepiającego mi powieki, bowiem miałam przed sobą rozkoszną perspektywę nabywania biletów. To moja ulubiona czynność, jak wszyscy wiedzą. Jakie masz hobby? A, bilety kupuję.
Mogłam sobie na ten nieoczekiwany eksces pozwolić, albowiem dostałam premię, co mnie samą zaskoczyło wielce, bo nie sądzę, żebym faktycznie na nią zasługiwała jakoś bardzo. Bądźmy szczerzy, przez ostatnie miesiące byłam daleka od pełni sił. I wiem, że to wpłynęło na moją pracę. Nie było szans, żeby nie wpłynęło. Szczęście w nieszczęściu, że trafiłam na ludzi, których mój nagły zjazd formy zaniepokoił na tyle, że się zainteresowali, zamiast cmokać z dezaprobatą nad moim spadkiem produktywności. Nadal się dziwię, jak wiele ludzie widzą, jeśli oczywiście widzieć chcą – bo smutna prawda jest taka, jak przekonałam się przy okazji, iż wielu uporczywie nie chce zauważyć tego, że ktoś wyraźnie nie funkcjonuje jak dotychczas, że zachowuje się jakoś dziwnie. I to wcale nie pomaga. Uczulam, ladles and jellyspoons – gdy widzicie, że ktoś jakby przestał być sobą, to ma to przyczynę. Nie musicie robić za terapeutę, ale najmniejszy głask jest na wagę złota. Nie chodzi o to, by współczuć czy klepać po ramieniu, ale żeby po prostu dać komuś sygnał: hej, jestem tutaj.
Kupiłam zatem bilety (Jeremy Irons to w końcu Jeremy Irons, prawda, a jego sceniczna partnerka, Lesley Manville, ma podobno duże szanse na Oscara, więc nie ma to tamto – poza tym mój stary znajomy, Ian McKellen, wraca na West End i spędziłam wczoraj ponad dwie godziny w cholernej internetowej kolejce, ale mam; co prawda nie sposób było wybrać miejsc, a tylko przedział cenowy, więc pewnie będę siedziała w korytarzu, niemniej darowanemu koniu – królestwo za konia, oj wróć, nie ta sztuka – w zęby się nie zagląda). Dobrze jest mieć coś przed sobą. Zresztą nie tylko to mam przed sobą, bo marzec zapowiada się atrakcyjnie. Nie tylko dlatego, że w marcu pan i władca obchodzi urodziny – liczby świeczek na torcie nie ogarniam, ludzie tyle nie żyją. A jeśli żyją, to z pewnością tak nie wyglądają. No, ale on jakoś się trzyma, siedzi właśnie w tych swoich górach (gdzieżby indziej) i wysyła mi lubieżne esemesy. Nieźle, jak na takiego grzyba. W każdym razie marzec powinien być w porządku.
Zakończywszy sprawunki, odkryłam w telefonie wiadomość od mojego kolegi, którego sama onegdaj przyjmowałam do pracy. Kontakt utrzymujemy raczej od święta, ale napisał do mnie, czy przypadkiem chciałabym bilet do opery, bo on wie, że dzielimy zamiłowania. Chciałam, ale nie mogę, bo tego dnia podróżuję, niemniej ucieszyłam się bardzo, że pamiętał. Następnie odkryłam także, że PBS emitujący za wielką wodą „Victorię” udostępnił podcasty z udziałem obsady, w tym człowieka, którego żarliwie nienawidzę (a w lipcu stuknie pięć lat, odkąd go po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłam – kto by pomyślał, co się wydarzy w tym czasie?). Zawsze miło posłuchać tego warkotliwego głosiku i uroczo okrągłego akcentu, i gulgotu, ma się rozumieć. I „that’s alright”, oczywiście.
A wczoraj, proszę państwa, było moje ulubione święto. Żadne tam gwiazdki, walentynki, majówki, nie – kocham Tłusty Czwartek i zawsze będę kochać. Wrąbałam tylko jednego pączka, nad czym boleję, ale wyczytałam, że gdzieś w Krakowie podają pączki nadziewane lodami i niniejszym mam plan na weekend.
A dziś jest już piątek, nawet piątkowy wieczór. Jutro idę do teatru – szok i niedowierzanie, prawda?
Przetrwałam tydzień. Był to tydzień, w którym nie nastąpiła żadna rewolucja, ale tydzień zwyczajnie pogodny, dzięki drobiazgom, które mi się przydarzyły. Dzięki człowiekom, które były dla mnie miłe. Był to też tydzień, w którym byłam spokojna, więc dobra nasza.
Dałyśmy radę, stara.

If you think that love isn’t found on the radio, well – tune right in you may find the love you lost

Przychodzi taki moment w życiu człowieka, gdy ktoś go pyta o plany na weekend.
A człowiek odpowiada z lekką krępacją, że brak.
Z krępacją, ale i z ulgą, bo w sumie to lubi siedzieć w domu i odpoczywać, zamiast gdzieś łazić. Nie trzeba rzęs tuszować, nie trzeba się stroić, a gdyby zabrakło czekolady, to można wyskoczyć do sklepu w mitycznej piżamie.
(Dbam jednak o to, by nie zabrakło, bo kluczem do udanego weekendu jest zapełniona lodówka, i szafeczka ze słodyczami też).

Zatem umościłam się wygodnie na kanapie, słucham Cilliana Murphy’ego w radiu, piję herbatę i więcej mi do szczęścia nie trzeba. Cillian gra swoje ulubione piosenki i opowiada o nich ciekawie, i nie miałabym nic przeciwko temu, by robił to co tydzień, albowiem bardzo miło się go słucha. Poza tym cóż to za przyjemna robota, grać ludziom swoje ukochane kawałki! Zawsze marzyłam o takim zajęciu – niestety lub stety jest mocno wątpliwe, by kiedykolwiek było mi dane. Inna sprawa, że zapewne gdyby mnie to spotkało, z przerażenia nie wydałabym z siebie dźwięku. Ale Cillian wydaje i moje uszy są z tego faktu bardzo zadowolone.
No i taki to mamy piątkowy wieczór, on i ja.
O ironio. Kiedyś, w dawnych czasach, byłam duszą towarzystwa i nie wyobrażałam sobie, że można spędzić piątek na kanapie. Była to dla mnie kompletna marnacja czasu, życia, energii, seksapilu i wszystkiego. Prowadziłam życie bardzo intensywne, zawsze wiedziałam, co gdzie się dzieje, mogłam do ulubionych lokali iść w ciemno wieczorową porą, bo zawsze kogoś znajomego przy barze się spotkało. Wracało się nad ranem lub i później.
Był taki czas, że kumpli różnej maści miałam całe masy i czułam się jak królowa życia, przynajmniej taka lokalna, krakoska.
Teraz… Hm. Teraz jest inaczej.
Po pierwsze, lista kontaktów skurczyła mi się wielce. Są oczywiście ludzie, z którymi nadal utrzymuję bliskie relacje, ale jest ich bardzo niewielu. Część relacji wygasła naturalnie, część nie – trochę sama ucięłam, trochę ucięli inni, w paru przypadkach pewnie na to zapracowałam, paru nie rozumiem. Tak czy inaczej, nie jest to chyba niczym nadzwyczajnym.
Po drugie, wielu rzeczy już mi się zwyczajnie nie chce. Wszystko może się człowiekowi znudzić. W sumie moje potrzeby towarzyskie całkowicie zaspokaja pan i władca (wino jest, muzyka jest, niekiedy na żywo, ciekawe rozmowy są, ćwiczenia fizyczne są, potańczymy sobie nawet czasem, czego więcej chcieć), od czasu do czasu mogę sobie wyjść na jakiś obiad, ale żebym miała ochotę często na mieście bywać, to nie. Bo trzeba podjąć wysiłek wyjścia z domu, wyprasowania garsonki, oko wypadałoby przynajmniej jedno pomalować i jeszcze za taksówkę trzeba zapłacić, jeśli odjedzie ostatni tramwaj, a po co, skoro można sobie kupić za to książkę. Nie potrafię wskazać momentu, w którym ta zmiana nastąpiła, ale jest mi z nią bardzo dobrze. Dobrze mi z moją nudą i nie wiem, czy jest coś, co w moim życiu cenię ostatnio wyżej, niż spokój. Taki normalny, święty spokój z herbatą i radiem. A jutro zamierzam czynić dokładnie to samo i co mi zrobicie. Nauczyłam się cenić lenistwo, można powiedzieć.

January is your third most common month for madness

Dzień dobry.
Taki żarcik. W końcu jutro poniedziałek.

Początek nowego roku był trudny, co oczywiście nie jest niczym nowym – nie dlatego, że obiecałam sobie przejście na dietę warzywną, rzucenie palenia (byłoby to względnie proste, bo nie palę), zapisanie się na siłownię, oszczędzanie (autorka zaśmiała się przez łzy) czy cokolwiek innego. Schwytał mnie otóż dotkliwy dusiołek i trzymał przez dni parę. Dusiołek ma to do siebie, że zjawia się bez oczywistej przyczyny, ale okoliczności zewnętrzne nie pomagały wcale, albowiem praca wpędziła mnie w wielki stres, zdrowie nie dopisywało (czas chyba przestać sypiać zimą w stroju urodzinowym…), a i wiadomości niemal codziennie w ostatnich dniach przyprawiały mnie o chęć natychmiastowej emigracji wewnętrznej. Oczywiście wiem – mogłabym się nie interesować. Są ludzie, którzy nie oglądają, nie czytają, nie słuchają i mają się dobrze, ale ja mam wewnętrzny przymus. Trochę pozostałość z czasów, gdy jeszcze wyobrażałam sobie siebie jako przyszłego Ryszarda Kapuścińskiego w spódnicy (dziś dziękuję niebiosom, że nie pracuję w mediach), a trochę takie zwykłe poczucie, że nie chciałabym przegapić czegoś ważnego, zostać któregoś dnia niemile zaskoczona. Z drugiej strony gdy oglądam sobie przy niedzielnym drugim śniadaniu – no co, sama sobie upiekłam, sama sobie zjem – pana posła, który reportaż o naszych rodzimych neonaziolach komentuje słowy, że w Niemczech to mają jeszcze gorzej – ach, skoro tak, to luz – i panią posłankę, która dodaje, że doprawdy straszne, ale pewnych rzeczy jednak media nie powinny pokazywać, to naprawdę zastanawiam się, czy aby nie lepiej zająć się oglądaniem filmów ze skaczącymi kózkami na jutubie. Ale jednak nie robię tego. Bo mimo wszystko nie do końca chcę żyć w świecie samych ładnych obrazków i pozytywnych historii, i nie zgadzam się z panią poseł, że media tego i owego nie powinny, bo jeszcze ktoś potraktuje to jak inspirację. Ależ powinny. Jak najbardziej. Powinny pokazywać to, co jest brzydkie i nieprzyjemne, powinny mówić o ludzkiej głupocie, zaniechaniu, próżności i okrucieństwie. To jest ich podstawowa rola. Absolutnie podstawowa.
Na drugą nóżkę, och, ten pisarz powieści fantasy, który boleje, że dostał wyrok za obrażenie kobiety na Twitterze i brnie w zaparte, zamiast pomyśleć, czy może aby jednak istotnie przypadkiem nie przesadził. I czy stare dobre powiedzenie „nie czyń drugiemu, co tobie niemiło” nie ma jednak głębokiego sensu (podpowiem – ma). Ponieważ z lubością używam Twittera do stalkowania moich ulubieńców, to i niestety czasami zapędzam się w kąty, w które zapędzenia się po fakcie żałuję. Zalazłam zatem na profil rzeczonego pisarza i znalazłam całe oceany żarliwych wymiotów jego miłośników, bolejących, jak to po pierwsze primo prawdę powiedział, po drugie primo to zamach na wolność słowa, po trzecie primo jak można literata, który z definicji jest kulturalno osobo, po sądach jakichś ciągać, a po czwarte primo [tu wstawić dowolną obelgę pod adresem powódki, na ogół dotyczącą jej wyglądu, seksualności lub jednego z drugim]. Uwielbiam tę gorliwą obronę wolności słowa i zarazem kompletne, uporczywe wypieranie faktu, że za słowo należy być odpowiedzialnym. Uwielbiam przaśne seksualne aluzje w wykonaniu wannabe samców alfa, którzy sami zapewne nie chcieliby, by ktoś komentował, jak często chodzą do łóżka i z kim. Naprawdę nie trzeba pisać w internecie wszystkiego, co nam przyjdzie do głowy. Z pewnością nie to, czego nie powiedzielibyśmy komuś, stojąc z nim oko w oko. A jeśli już gębę mamy niewyparzoną, to trzeba brać poprawkę na to, że kogoś naszym strumieniem świadomości urazimy. Takie to proste.

No dobrze, tom wylała żale.
Zbieram się do teatru. Pół dnia z tej okazji ganiałam w papilotach i oczywiście włosy proste jak drut. Panu i władcy kręcą się od samego wstawania rano, gdzie tu sprawiedliwość, ja się pytam.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

I feel it in my fingers, I feel it in my toes

Darzę wielką miłością pracowe spotkania wigilijne.
Żart.
W poprzedniej pracy były w miarę okej, bo ekipa mała i bardzo zżyta, w tej to dla mnie raczej obowiązek. Nie czuję się jakoś szczególnie związana z tym koleżeństwem (i szczerze pisząc, nie mam potrzeby jakoś bardziej się integrować, choć ludzie są bardzo mili). Niemniej jak wiadomo, czasem trzeba się pouśmiechać i powymieniać uprzejmości, więc poszłam. Rozmowa przy korzennym śledziku, zgodnie z oczekiwaniami, dotyczyła głównie niczego – trochę o śniegu, trochę o smogu, trochę o lepieniu uszek. Wreszcie, siłą rzeczy padło na noc sylwestrową.
– Wyjeżdżam – odpowiedziałam. Bo taka prawda. Sylwestra spędzam tam, gdzie w ubiegłym roku. Wracam w noworoczne przedpołudnie.
– Ale że sama?
– No… tak. Mój, eee, chłopak wtedy pracuje.
– Ojej, a to przykre. A co robi?
Aj, mój błąd. Pan i władca, widzicie, ma dość specyficzną pracę, zdaniem jednych superfajną, zdaniem drugich okropną, zdaniem moim nie mówmy o tym, bo się zdenerwuję, w każdym razie budzącą zainteresowanie. W każdym razie zwykle gdy mówię ludziom, czym się zajmuje, w odpowiedzi nie słyszę typowego uprzejmego „ahaaa…” (jak w moim przypadku) lub „czyli właściwie co?” (jak w moim przypadku). Nie nie, ludzie zwykle chcą wiedzieć więcej. Jest to jak najbardziej zrozumiałe, ale przychodzi taki moment, gdy już nie chcę mówić więcej. Wczoraj moje przesłuchanie trwało dobre pół godziny i sprawiło, że czułam się jak smażona na patelni.
Może to dziwne, ale ja nie lubię o nim mówić, niezależnie od tego, za jak wspaniałą i przystojną istotę go uważam. Niepytana raczej o gamoniu nie opowiadam, a zapytana staram się możliwie szybko zmienić temat – może to też z powodu niegdysiejszych przykrych doświadczeń, gdy ktoś uznał, że ma prawo do oceny moich inwestycji uczuciowych i dość mocno mnie tym zranił. Na tyle mocno, że był to ostatni raz, gdy tę osobę widziałam. Zadra powstała wskutek tego sprawiła, że stałam się może nadmiernie dyskretna. Z drugiej strony ja ogólnie nie lubię rozprawiać o moim życiu prywatnym, bo uważam, że dla osób, z którymi moje związki są raczej wątłe lub czysto zawodowe, nie powinno to mieć najmniejszego znaczenia. Ani nie chcę im się spowiadać, ani też nie jestem zainteresowana słuchaniem ich historii. No niestety. Ja nie z tych, z którymi można urządzić sobie ploty o facetach. Jest tyle ciekawszych tematów. Oj, wróć, to kiepsko zabrzmiało. Jest tyle INNYCH tematów.

Dziś dla odmiany poszłam po pracy na zakupy świąteczne, bo prezentów zero. I to był drugi błąd.
W przyszłym roku kupię w październiku.
Udało mi się kupić jeden prezent dla mamy, nie jestem zeń do końca zadowolona, ale jako że w tym dzikim tłumie poirytowanych ludzi zaczęło kręcić mi się w głowie, szybko uciekłam do domu. Na tarczy, znaczy. Jutro, ewentualnie w sobotę rano trzeba będzie podjąć kolejną próbę… chyba że do tego czasu znajdę w mieszkaniu coś, co mogłabym owinąć w ładny papier i podarować.
(Dobra, udało mi się też kupić dwie książki, bo akurat w księgarni nie było kolejki. Obie dla siebie. Jestem nędznym człowiekiem).

I think baking cookies is equal to Queen Victoria running an empire

Niedziele wynaleziono po to, by oglądało się programy kulinarne, leżąc na kanapie.

Dziesięć – ba, pięć lat temu nie napisałabym tego zdania, ale człowiek jednak się starzeje. A dla mnie w tym roku domowe niedziele to największa z wyobrażalnych przyjemności. Takie prawdziwe, od początku do końca, z comfort food, z kocem, z herbatą, bez pakowania się, bez myśli, że trzeba wstać o czwartej, a przede wszystkim w DOMU. W ramach podsumowania roku zaczęłam liczyć, ile nocy przespałam poza nim – ale przerwałam liczenie, bo przypomniałam sobie, że ostatnie noce tego roku także spędzę poza ojczyzną.
Idealnie byłoby, ażeby to panoiwładcza kanapa była. Niestety. Tęsknię za tym drabem ogromnie i nie mogę się doczekać, aż te ramiona rozłożyste mnie przygarną znowu. Chcę na gwiazdkę tylko tego, żebyśmy mieli czas dla siebie. Żadnych fajerwerków, brylantów, Seszeli.

Leżę zatem, oglądam, tęsknię. Myślę, że może przez rok jeszcze dam radę tak funkcjonować. Myślę, że gdybym miała znów wybierać zawód, postanowiłabym zostać cukiernikiem i piekła dla ludzi – lubię piec. To taka terapia, utytłanie łap w lepkim cieście wyśmienicie odstresowuje. A przy okazji ludzie nawet potrafią przełknąć to, com upiekła, zatem dobra nasza.
Wymęczyły mnie te ostatnie miesiące strasznie. Tak strasznie, że nawet odpocząć nie potrafię do końca.

Snappy snaps

No nie wierzę.

Blog.pl przechodzi do historii.

Wielkie nieba. Mój pierwszy blogasek tam założyłam. Żeby było śmieszniej, zrobiłam to, bo chłopak mnie rzucił i potrzebowałam miejsca, gdzie mogłabym wylewać żale. Było to wiosną 2001 roku.
(Swoją drogą, rzucił mnie dla swojej byłej i bardzo dobrze, że to zrobił – oczywiście wtedy tak nie uważałam, ale dziś tamta tragedia bardzo mnie cieszy. Myślę, że byłabym nieszczęśliwa. A tak, choć płacę swoją cenę za życie, które zawsze chciałam prowadzić, przynajmniej żyję w zgodzie ze sobą).
Blogasek tamże prowadziłam przez lat dziewięć, w czasach, gdy robiło się to dla zabawy, bo blogosfera była mała, ludzie się znali, wódeczkę razem pili, przyjaźnie były, romanse, co rusz afera wstrząsała tym światkiem. Pisało się o tym, co nas wczoraj na przystanku spotkało, a nie liczyło wejścia i publikowało listy 10 najbardziej trendy solniczek lub 25 najbardziej motywujących zdań z „50 twarzy Greya”. Na blog.pl swoje małe ogródki uprawiali naprawdę znakomicie piszący ludzie. Ludzie, którzy potrafili zrobić perełkę z historii o tym, jak rozmrażali lodówkę.
Ech.
Koniec epoki.

Ale, ale. Nie o tym chciałam.

Przeczytałam ostatnio w The Stage o tym, że producent teatralny dostał z liścia od partnera widzki, której zwrócił uwagę, bo używała telefonu w trakcie spektaklu. Rzecz działa się w teatrze Old Vic, który już i tak ma złą prasę ostatnimi czasy z uwagi na wiadomy skandal.
Fajnie, co?
Wiecie, ja jestem bardzo zasadnicza. Jeśli nie wolno, to nie wolno. Nie przechodzę przez jezdnię na czerwonym świetle (co prawda tegoroczne siedem tygodni we Włoszech sprawiło, że trochę poluzowałam tę gumkę, ale nadal za każdym razem udzielam sobie wewnętrznej reprymendy). Nigdy nie przekraczam żółtej linii. Nie wiem, czy czytaliście Aleję Słoneczną – głęboko identyfikuję się z postacią wujka w tej książce, który tak się obawiał kontroli granicznej pomiędzy Berlinem Wschodnim a Zachodnim, że kupiony batonik przylepił sobie taśmą klejącą do nogi i przemycał. Bo myślał, że nie wolno. Ja tak mam.
Ktoś może uznać, że mam kij w zadku. Może i mam. Generalnie jednak uważam, że jeśli coś jest zabronione, to jest zabronione. Istnieją, oczywiście, zakazy absurdalne, idiotyczne nawet, ale za większością z nich stoi jakiś przyczyna lub kilka. A zatem. Ja się naprawdę bardzo cieszę, gdy ludzie idą do teatru i podoba im się przedstawienie, które mnie się podobało. Ekstra. Ja się naprawdę bardzo nie cieszę, gdy minutę później widzę zdjęcie wyraźnie zrobione w trakcie przedstawienia. Tego robić nie wolno ani u nas, ani nigdzie – ze względu na prawo autorskie po pierwsze, ale też ze względu zwykły szacunek dla (kolejność przypadkowa) po pierwsze ludzi siedzących obok (wiara w to, że w ciemności widz obok nie dostrzeże światła z sąsiedniego fotela, jest mocno naiwna), po drugie dla wykonawców, którzy mogą nie chcieć być opstrykiwani ukradkiem – i zwykle nie chcą – chcą raczej, by ktoś z uwagą obejrzał. I wreszcie prawda jest taka, że podobne fotki, tak samo jak nagrania z koncertów – czyż nie kochamy tych chwil, gdy próbujemy zobaczyć nasz ukochany band na scenie przez las uniesionych rąk ze smartfonami… – są zwykle bezużyteczne. Zamazane, ciemne, gdzieś tam jakaś kolorowa plamka, która być może jest kimś sławnym, ale równie dobrze może być stojakiem na ubrania.
Na ogół nie reaguję, albowiem ja z tych nieśmiałych, więc tylko wzdycham nerwowo. Tym razem postanowiłam zareagować. I był to błąd.
Gwoli ścisłości, nadal jestem zadowolona, że w ogóle pokusiłam się o komentarz. Uważam, że złe zachowanie trzeba tępić. Ale co ciekawe, ludzie, którzy tak się zachowują, raczej nie mają poczucia, że zrobili coś nie tak. Wprost przeciwnie. Gdy zwróci im się uwagę, dostaje się w odpowiedzi „no to co, wcale nie czuję się winny/a”, a gdy powie się, że tu nie chodzi o winę, li o pospolite zachowywanie się zgodnie z zasadami – ojjjj. Generalnie get a life, gurl. Co się czepiasz. Kto ty wogle jesteś, żeby mie uwage zwracać.
Jestem widzem, który uwielbia teatr i dlatego stosuje się do zasad w nim przyjętych. To dość proste. Ktoś, kto się nie stosuje, dla mnie jest kawał buroka, ot i wszystko. Chcesz mieć fotkę przystojnego pana ze sceny? Idź za róg, przywitaj się, poproś, zapewne się zgodzi. Teatr powinien zostać w twojej głowie, nie na zdjęciach. Jeśli nie potrafisz tego pojąć, zostań w domu z popcornem z mikrofali.
Chcemy dokumentować wszystko za wszelką cenę, co może i byłoby dobre, gdyby nie fakt, że zapominamy to przeżywać przy okazji.

I cannot be felt or moved, but as you come closer, i get more distant

Gdy w poniedziałek musicie wstać o piątej i ZNOWU opuścić chałupę z walizką, po czym jechać pociągiem przez kraj posmutniały od zacinającego mokrego śniegu, to naprawdę bardzo miło znaleźć w skrzynce coś, co was uśmiecha od ucha do ucha. Są takie nałogi, którymi dobrze zarażać. Drobne niby rzeczy, które wcale nie są aż takie drobne, jak się okazuje.

Poza tym u mnie dziękuję, po staremu, co oznacza stan zawieszenia i jedno wielkie „nie wiadomo”. Piszę te słowa, ma się rozumieć, w hotelowym łóżku, bo gdzie mogłabym być. Tyle dobrego, że nie muszę martwić się o sprzątanie czy pranie, śniadanie też gotowe. Mam szklane ściany w łazience, z czego pan i władca byłby pewnie bardzo zadowolony, gdyby tu był. Żyć nie umierać. Prawie, no. No.
Udało mi się wywalczyć kilka biletów na spektakle Boskiej Komedii, co poczytuję sobie za ogromny sukces, niemniej z drugiej strony nie wiem, czy te bilety uda mi się wykorzystać, bo przecież mogę nadal być poza Krakowem, co nie byłoby niczym niezwykłym. Mam też inne bilety, bo przecież wieczór sylwestrowy trzeba spędzić w stosownym towarzystwie, ale o tym później.

Ten stan zawieszenia nieco już mnie męczy, przyznaję. Przyłapuję się na zazdroszczeniu ludziom tego, że mogą zaplanować sobie życie towarzyskie czy w ogóle cokolwiek. Niezmiennie powtarzam sobie, że sama chciałam i że nie może być idealnie – nawet gdyby z boku tak wyglądało. Wymarzona codzienność istnieje tylko na Instagramie, w odpowiednio wykadrowanych i przefiltrowanych fotach przyciętych do zgrabnego kwadratu, w postach blogerek lajfstajlowych, które radzą mi, jak mam organizować sobie czas – ten czas, którego nie mam. Wiem, że nie mogę być zachwycona moim życiem 24/7. Jeśli będę zadowolona przez połowę tego czasu, to już będzie dobrze. I generalnie jestem, mimo różnych niespodziewanych zawirowań tego roku. Nie muszę być codziennie – to jedno z odkryć dorosłości; dziołszka, musisz zrozumieć, że nie każdego dnia wszystko będzie pięknie i wspaniale. No i trudno, tak to już działa.

Splendid solitude

Śpieszę donieść, że Wrocław jest bardzo przyjemnym miastem, na mojej ulicy znalazłam krasnala (jak również, na mijanej codziennie wystawie galerii sztuki, grafikę, którą bardzo chciałabym mieć, ale boję się wejść i zapytać o cenę) i ogólnie podoba mi się bardzo. Miasto. I mają wystawę Cranacha, na którą zamierzam wpaść zamiast lunchu, gdyż inaczej to czasu nie znajdę.
Pomińmy może fakt, że usiłując rozgryźć palącą kwestię sterowania klimą i oświetleniem w pokoju hotelowym, rozregulowałam jedno i drugie całkowicie. Pierwszą noc przespałam przy „relaksującym” (tak było napisane w instrukcji) świetle i w narastającym ukropie. Nieważne.

Jedno tylko mnie tu dręczy nieco. Otóż spędzam długie dnie i wieczory z ludźmi. Z raczej przyjemnymi ludźmi, życzliwymi, zabawnymi, błyskotliwymi, to prawda. Pracujemy razem, jemy obiady razem, wyskakujemy na wieczorne drinki razem. Rankiem widujemy się w jadalni, gdy żujemy nieelegancko nasze niezdrowe śniadania, choć oficjalnie, rzecz jasna, spożywamy li komosę ryżową i popijamy takowoż ryżowym mlekiem.

Z drugiej strony cieszy mnie wielce czyjaś obecność. Tęsknię za panem i władcą, zwłaszcza wieczorami, więc dobrze mi robi na głowę towarzystwo.
Z trzeciej – mam tej obecności momentami całkowicie dość i wczoraj wykręciłam się raczej słabo, bo zwyczajnie chciałam pobyć sama. Posiedzieć sobie w moim pokoju owinięta w ręcznik, poczytać i tyle. Nawet przebywanie z bardzo kochanymi ludźmi w nadmiarze mnie męczy – potrzebuję swojego kawałka samotności – cóż dopiero z takimi, których znam od kilku dni. Nie jestem istotą jakoś bardzo społeczną, są chwile, gdy czuję, że muszę odseparować się byle szybciej. Samotność mnie uspokaja.

Na szczęście jutro do Krakowa, w sobotni poranek na lotnisko, jeden wieczór w mieście, którego nie ma (powiedziałam w końcu, że przyjdę znów), powrót, a potem jeszcze kilka dni tutaj. Właściwie to w tym roku z wolna przestaję zauważać różnice między własnym domem a hotelem.

Białe linie

Niewiele rzeczy tak irytuje, jak sprawdzanie służbowej poczty w weekend. Musiałam, bo jutro wyjeżdżam (tiaaa…), a adres biura na miejscu wyleciał mi z głowy. Coś mnie podkusiło, by mail od nadszyszkownika przeczytać – wysłany, jakże sprytnie, w piątek, gdy byłam już poza biurem, żebym wkurwiła się dopiero w poniedziałek. Nie znoszę takich zagrań, zwłaszcza gdy dotyczą spraw, które jednak porządniej byłoby zakomunikować w oczy. Ale to standard w tym wykonaniu.
Mniejsza o to.
Pan i władca pewnie rzekłby „Oleńko, olej” i to właśnie zamierzam zrobić.

Byłam wczoraj w Teatrze Śląskim, na Sztuce (jakie piękne, świetliste te moje Katowice się zrobiły!). Owszem, widziałam tę sztukę wcześniej, w dalekim kraju i z inną obsadą. Tamta wersja podobała mi się nieco bardziej – chyba dlatego, że była prościej, oszczędniej zagrana; nie jestem fanką nadmiernej afektacji, a na naszych scenach zdarza się czasem obserwować emfazę i wyolbrzymianie gestów, zamiast powściągania ich. I to czasami brzmi nienaturalnie. Co nie zmienia faktu, że jest to znakomicie napisana rzecz, rzecz dla trzech różnych aktorów o różnej ekspresji, rzecz opisująca historię przyjaciół, których wieloletnia relacja zostaje wystawiona na ciężką próbę po tym, jak jeden z nich dokonuje osobliwego zakupu.
Kupuje obraz.
Biały.
Za straszne pieniądze.
Może ze snobizmu, jak podejrzewają kumple, którzy uważają, że oszalał, a dzieło jest niewiele warte. Może dlatego, że naprawdę mu się podoba (choć cóż w tym do podobania się – białe linie na białym tle!). Trudno powiedzieć. W każdym razie coś sprawiło, że postanowił wydać szaloną kwotę. Niby jego sprawa, a jednak ten właśnie obraz sprawia, że wieloletnia przyjazń chwieje się w posadach i przez chwilę nawet wydaje się, że z powodu głupiego płótna na dobre się rozpadnie. Ale nie chodzi tylko o płótno. Nagle bowiem wyłazi cała masa skrywanych pretensji – jeden przyjaciel serdecznie nienawidzi żony drugiego. Drugi uważa, że wielkoświatowe aspiracje pierwszego zniszczyły ich przyjaźń, bo poczuł się odtrącony. Trzeci żeni się z kimś, kogo nie kocha, żeby wreszcie reszta towarzystwa przestała drwić z jego nieudacznictwa.
Yasmina Reza pisze wyśmienite, gorzko ironiczne sztuki o drobiazgach, które urastają do rangi wojen i tragedii tylko z powodu ludzkiego uporu, zjadliwości, egoizmu, chęci zaimponowania – albo niechęci do urażenia kogokolwiek, niechęci do zajęcia stanowiska, żeby wszystkim było miło. I mimo, że to pozornie tylko komedia o gościu, który kupuje bohomaz, żeby cieszyć się jego „wibracjami”, to w gruncie rzeczy seria pytań. Czy mamy prawo oceniać czyjeś wybory – w sprawach banalnych i mniej banalnych? Czy mamy prawo mówić komuś, że to, co bardzo chciał mieć i wreszcie ma, jest nic nie warte? Czy możemy zawsze zachowywać wygodny dystans i unikać konfliktów za wszelką cenę?… Przypomina mi się słowo kiedyś namiętnie używane przez jednego z moich wykładowców, a doskonale pasujące do przesłania tej sztuki – paralaksa. To, co widzisz, wygląda inaczej z innego miejsca. Może zatem warto czasem uznać, że to, co dla mnie jest badziewiem, dla kogoś jest bezcenne. Coś, co ja uważam za zbędne całkowicie, komuś jest potrzebne.

Oczywiście jako znana w pewnych kręgach „kolekcjonerka” „sztuki” chichotałam w tych miejscach, w których nikt inny się nie śmiał. Norma.
(Nawiasem mówiąc, mój ulubiony ahtysta wczoraj wyprowadzał lisa – prawdziwego lisa – z teatru, bo się lisek zaplątał. I widzimy się znów za dwa tygodnie. Ale to tylko taki wtręt. W ogóle się nie cieszę).

Tom się nagadała. Świtem natomiast do Wrocławia. Oddam się za bilet na Makbeta w Capitolu, gdyż brak ich w dniach, gdy tam będę.

Talk dirty to me

Wysiadł nam przedwczoraj prąd w mojej części grajdołka. Akurat tego dnia, gdy z zadowoleniem wracałam wcześniej z roboty, myśląc, jak to miło spędzę wieczór. Spędziłam bardzo miło, przy świecach. Bez herbaty, bez piekarnika, bez ogrzewania, BEZ INTERNETU, bez ciepłej wody w kranie (przepraszam za ten wulgarnie polityczny wtręt).
Bez domofonu. Co nie byłoby problemem, gdyby wasza niżej podpisana była lepiej zorganizowana i nie zgubiła klucza do drzwi wejściowych. Uściślając, nie zgubiłam go. Wywaliłam niechcący, wynosząc śmieci. Nieważne, nauczyłam się kodu na pamięć – a tę mam upierdliwie dobrą – więc radziłam sobie świetnie bez rzeczonego klucza. Jak się okazało, nie tylko ze mnie taka dupa wołowa, bo dotarłszy do domu, odkryłam, że przed klatką schodową przestępuje nerwowo z nogi na nogę kilka osób, wyczekując niecierpliwie momentu, aż ktoś postanowi wyjść, ergo drzwi się otworzą.
I wtem się otwarły.
Powiadam, Hiddleston pod stage door marzyłby o takiej ekstazie, z jaką powitany został nasz sąsiad wyprowadzający psa na spacer.

Młodzian z naprzeciwka za to odprowadził mnie pod same drzwi, „bo ja mam jeszcze dużo baterii w telefonie, to poświecę pani, aż pani drzwi otworzy”.

Ale nie o tym chciałam tak naprawdę.

Czytam sobie, wiecie, o tym pisarzu, co się nieładnie wyraził.
Czytam sobie jego obronę. Żarliwą. W wykonaniu kobiet. Pisarek, dziennikarek.
Panowie artysty mają swój język. Bo to taki kod. Tak się w pewnych kręgach mówi. Taki żarcik, poczucie humoru trzeba mieć. Oczywiście nie każdy rozumie seksistowskie żarty, ale żeby zaraz shitstorm urządzać, ojejej.
Że tak przekornie powiem, chuj, a nie kod.
Każdy głupi potrafi posługiwać się wulgaryzmami. Sama to często robię, zbyt często najpewniej, a pan i władca jeszcze to już w ogól przeklina sakramencko, gdy się zirytuje, ale nigdy nie robi tego publicznie. Kuchennej łaciny używają właściwie wszyscy ludzie, których znam. Ludzka rzecz. Natomiast to, w jaki sposób jej się używa, to już inna sprawa. To nie jest tak, że komuś wolno więcej, bo jest cyganerią. To nie jest tak, że można buraczane zachowanie tłumaczyć, iż to takie środowisko, w tym środowisku to norma. To w końcu nie jest tak, że możemy publicznie pieprzyć, co nam ślina na język przyniesie.
Wisienką w tej całej sprawie była reakcja dziennikarki, która pisarza wzięła w obronę, zaprezentowawszy przy tym kilka jego flagowych dowcipów i chyba nie spodziewała się, że ludzie zareagują na jej wpis takim oburzeniem. Te czarownie frywolne grepsy pisarza, które zacytowała, coś tam o dwóch batach, okazały się bowiem nie tyle strzałem w stopę, co upuszczeniem sobie na nią granatu odłamkowego. Zamykając komentarze, strzeliła rasowego focha i napisała coś o nienagannych zasadach moralnych adwersarzy. No lytości. Tu nie chodzi o zasady moralne, bo mój dla przykładu kręgosłup jest giętki i mam na sumieniu czyny od moralności tak odległe, jak Auckland od Krakowa. Tu chodzi o elementarną przyzwoitość i dobre wychowanie. O to, żeby nie być przykrym bucem. Rzecz zrabialna i w sumie całkiem prosta.
Nie znoszę tłumaczenia chamstwa poczuciem humoru, bo jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Jeszcze bardziej nie znoszę stosowania podwójnych standardów. Bo istotnie, gdyby taki tekst padł z ust kogoś, kogo modnie jest nie lubić, wielkie byłoby oburzenie. Ale padł z ust, wicie rozumicie, intelektualisty, reprezentanta bohemy i tak dalej, ogólnie swojego człowieka. A że swój, to będziemy kosztem pogrążania się bronić go za wszelką cenę. Ja wiem, dysonans poznawczy i tak dalej. Zdążyłam w życiu swoim niestety poznać znanych i lubianych, którzy w realu byli tak aroganckimi bucami, że aż bolało.
Tu nie ma czego bronić.
Zawsze zaczyna się od słów, taka prawda.
Zawsze jeden z drugim powie, że jedna z drugą z kijkiem w dupie nie poznała się na żartach.
Bo ci fajni, ci z poczuciem humoru takim, wiecie, to zawsze ktoś się ich głupio uczepi.
Toteż ja się ich czepiam w tym wpisie.

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.

Gezellig

Troszeczkę wieje, co?
Osobiście uwielbiam, gdy wieje, a w Krakowie to już w ogóle ludzie nie posiadają się ze szczęścia, gdy słyszą w radiu, że idzie orkan czy huragan, czy cokolwiek w ten deseń, albowiem oznacza to, że powietrze będzie pachniało powietrzem, a nie czyimiś spalanymi właśnie w piecu odpadkami, skarpetkami lub zwłokami.
Moja miłość do wietrznej pogody jest powszechnie znana, niemniej tym razem modliłam się, by wiater oddalił się do rana, bo rano miałam samolot. Tak. Gdy jeszcze  słodko spaliście, autorka siedziała na lotnisku. Dawno na żadnym nie była. Całe dwa tygodnie. Problem w tym, że na krakowskim lotnisku, choć stało się ono bardzo ładne i nowoczesne, przed piątą rano wszystko jest pozamykane (w każdym razie nie znalazłam żadnej otwartej kawiarni) i siedzi tam człowiek, czując, jak porasta mchem.
Wiatr wcale nie zelżał jakoś bardzo, więc przez pierwszy kwadrans podróży nerwowo wpijałam paluszki w fotel, ale potem się uspokoiło, podano mi upragnioną kawę i życie stało się bardziej znośne. Poprzedni tydzień był okropny, stresujący jak cholera i z lekkim przestrachem myslalam o tej podróży, ale o dziwo (nieprawda) w drodze poczułam się dużo lżej. Na miejscu też.

Lubię ten kraj. Może jest nieco płaski, może mokry, może język brzmi, jakby mówiący się dusił. Ale ludzie mili. Mężczyźni przystojni i wysocy niemożebnie (to nie moje złudzenie, podług statystyk Holendrzy są najwyższym narodem na świecie) – łatwo się tu poczuć jak niewyrośnięty krasnal. Przeszłam się wieczorem na mały spacer, tylko po okolicy hotelu – w knajpach gęsto od ludzi, znajomy ostry zapach w powietrzu, dzwonki rowerów, ktoś łódką płynie po kanale. Takie wdzięcznie kameralne miasto.
Wróciwszy do hotelu, zrzuciłam z siebie z wielką ulgą ubranie, podeszłam do okna i natychmiast odskoczyłam odeń, gdyż odkryłam, że wychodzi na hotelowe patio, po którym chodzą goście. Cóż. Niby nikt mnie tu nie zna, ale już zbyt wielu ludziom w życiu niechcący błysnęłam biustem po oczach.

A teraz pozwolą państwo, że zanurzę się w pościel, bo wstawanie o trzeciej w nocy i praca przez cały dzień mogą człowieka nieco umordować. Hotelowe poduszki natomiast to jedna z największych radości życia. No nie?

Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały

A taki był piękny miniony weekend.
I komu to przeszkadzało.

Tydzień za to był sakramencko dodupny. Zaliczyłam po kolei:
– ponowny napad dusiołka,
– męski foch (nie, nie pana i władcy, on nie stosuje – jak mu coś leży na sercu/wątrobie, to wygarnie żołnierskimi słowy i po wszystkim; inna sprawa, że to drugie również ani razu w życiu mnie nie spotkało, bo stary ma do mnie jakieś niewyczerpane pokłady cierpliwości),
– rzeczonego pana i władcy brak dotkliwy, jak ja tej jego roboty nienawidzę,
– użeranie się z bankiem (serio, ja wiem, że ludzie na infolinii muszą postępować według instrukcji i do tego nie mam pretensji, ale jeśli ktoś jest niemiły, to pretensje mam – bycie sympatycznym jeszcze nikogo nie zabiło, a paru ludziom pomogło, natomiast rzucone na koniec agresywnie słodkim głosem „pozdrawiam i życzę miłego dnia” tak mnie zapieniło, że w odpowiedzi na to rzuciłam na głos do słuchawki sugestią, żeby pani się… oddaliła, jednakże wcześniej się rozłączyłam, więc się nie liczy),
– użeranie się z biurem podróży (przy okazji służbowych wyjazdów muszę z takowego korzystać i jest to zło najgorsze we wszechświecie, bo samodzielnie załatwiłabym w kwadrans to, co zajęło im trzy dni i nadal nie jestem pewna, czy cokolwiek istotnie załatwili, a wyjeżdżam za tydzień),
– wyjazd w góry, który się nie odbył, bo…
– … się rozchorowałam i zdycham na kanapie.
(Oczywiście nie trzeba było latać po Londynie tydzień temu bez płaszczyka, bo ohoho, jak ciepło, ani też spać w ostro klimatyzowanym pokoju bez piżamy, no ale ja wielce roztropna jestem).
Jakby tego było mało, dziś rano – o godzinie siódmej trzydzieści, w sobotę – obudził mnie warkot wiertarek czy innych tam szlifierek. Słowo daję, miałam ochotę rzucić Miauczyńskim z okna, ale tylko jęknęłam i naciągnęłam kordłę na głowę, zadając sobie po raz wtóry pytanie, co ja komu takiego ostatnio zrobiłam, że teraz cały świat się na mnie mści.
Cały mój człowiek jest markotny i wkurwiony, i w dodatku zamiast nosa ma jakąś spuchniętą banię, a zamiast oczu jakieś czerwonawe pinezki, więc gdy spogląda w lustro, to jest jeszcze bardziej markotny i wkurwiony.
Pomaga mi wszakże świadomość, że są ludzie, którzy o mnie dbają i chcą ze mną spędzać czas. Szczerze pisząc, czułam się ostatnimi czasy nieco samotnie. Traci się przyjaciół w życiu, wiecie – takie odkrycie po trzydziestce. Czasami jednak znienacka zyskuje się nowych w zupełnie niespodziewanych miejscach i okolicznościach. I oni pomagają przetrwać.
Oni i mniód w herbacie.

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Brak tlenu osłabia przekonania

Często czytam, że artyści nie powinni mieszać się do polityki. Lub też spraw społecznych w ogóle. Nie powinni też o nich mówić, bo przecież nie od tego są. Oni są od siedzenia na chmurce, wyglądania ładnie i wygłaszania tego, co dobrze brzmi albo z czego da się przyciąć chwytliwy tytuł.
Czytam, że teatr powinien być ucieczką od „bieżączki”. Nie powinien komentować rzeczywistości. Ludzie przychodzą, kultury wysokiej (cokolwiek to jest) chcą zażyć. Dość mają szumu informacyjnego, pasków w telewizorze.

Ale widzicie, ja się z tym głęboko nie zgadzam.

Moim zdaniem teatr jak najbardziej powinien robić to wszystko. Nie powinien być miejscem, do którego przychodzi się posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, wśród ładnie pachnących ludzi, i w którym słucha się grzecznych deklamacji z akcentem położonym gdzie należy. On nie po to jest. On jest po to, żeby nas czasami wytrącić z bezpiecznej równowagi. Żebyśmy wracali do domu z pewnym niepokojem pod kopułą, z natłokiem myśli, z refleksją, że to wszystko może jednak nie do końca tak, jak nam się wydawało.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko czystej rozrywce. Ani przeciwko edukowaniu czy tam umacnianiu wartości (czymkolwiek one są, że się powtórzę). Ale musi być w nim miejsce na prowokację, na rozróbę, na zgagę od nadmiaru gorzkich myśli, na niewesołość. Na poświecenie widzowi po oczach, jakby chciało mu się powiedzieć: „nie, stary, ty nie przyszedłeś tu sobie posiedzieć wygodnie w klimatyzacji, my w tym jesteśmy razem”.

Wróg ludu jest spektaklem bardzo cynicznym. W warstwie tekstu Ibsena i w warstwie adaptacji.
Oto bowiem jest lekarz, który odkrywa, że w uzdrowisku woda zatruta. Pechowo burmistrzem uzdrowiska jest jego brat. Za lekarzem stoi murem jego rodzina (poza bratem, rozkochanym w sławie wielbionego wodzusia) i pewien dziennikarz, za burmistrzem reszta świata, bo wiadomo, władzy się nie podskakuje. I zaczyna się osobliwa gra. Ogłosić prawdę czy pozwolić ludziom żyć w błogiej nieświadomości? Kto o tym zdecyduje? Jakie konsekwencje poniesie?
Wiele w tym przedstawieniu momentów zaskakujących – choćby scenografia, którą możecie podziwiać, moszcząc się wygodnie na widowni, a która… nieważne; choćby dziadzio-metal, ale to trzeba zobaczyć – niemniej najbardziej zaskakuje i porusza monolog doktora, czy właściwie Juliusza Chrząstowskiego, wybitnego aktora sceny narodowej i zarazem aktora kolejnej sceny pod nowym dobrozmiennym szefostwem, mieszkańca Małopolski, który stoi w tych samych korkach co ja i oddycha tym samym PM10 co ja, wyborcy, obywatela Rzeczypospolitej. Gdy zostaje sam z widownią, mówi do niej, prosi o wodę, wspomina ostatnie wydarzenia z kraju i świata, zastanawia się głośno, co jego bohater powiedziałby w XXI-wiecznym Krakowie i co tak naprawdę nas zatruwa, nieuleczalnie – dzieje się coś wyjątkowego. Kiedy ta słynna czwarta ściana pada, widzowie często czują się niekomfortowo. Ja też. Przez większość życia bałam się interakcji, unikałam pierwszych rzędów; gdy znienacka zapalano światła na widowni, myślałam „rany, tylko nie to”. A wczoraj miałam wrażenie, że to sama publiczność, łącznie ze mną, chce tę czwartą ścianę zburzyć. Bo ktoś na scenie, ale taki jak my na widowni, nie tyle mówi do nas, co z nami.
Oczywiście on ciągnie ten spektakl, ale Radosław Krzyżowski jako burmistrz jest palce lizać (Little Drummer Boy w jego wykonaniu to perła, jak i wypowiedziane z cudownym spokojem „kurwa mać”), i Michał Majnicz jako rozdarty dziennikarz, który otwarcie mówi, że nie może pisać tylko o tym, co uważa za słuszne, bo dziennikarze muszą kłamać, by powiedzieć prawdę. Przemycić ją pomiędzy tym, co ludzie chcą przeczytać.

Nie widziałam w Krakowie zbyt wielu owacji na stojąco, bo tu ludzie oszczędni w wyrażaniu emocji. Wczoraj jednakże nie dało się inaczej.

Sunshine Reggae już nigdy nie zabrzmi tak samo, powiadam.

Panie nowy dyrektorze Starego Teatru, nie zazdroszczę wyzwania, ale ten teatr trudno będzie okiełznać. Klata zdążył zbudować wspólnotę. Jeśli będzie trzeba, to i otoczymy kordonem, odmawiając różaniec, choć nie do końca wiem, jak to się robi, bo jedyny różaniec, z jakim miałam do czynienia, znalazłam jakąś dekadę temu na podłodze w Pięknym Psie. Jak na ironię.

Przy tobie dżungli czuję zew

Październik. Co tu dużo mówić. Leje. Zimno w sypialni. Niebo w kolorze nietwarzowym. Studenty najechały Kraków i wszędzie tłok. W mieszkaniu włączyłam ogrzewanie, a w sobie tryb przetrwaniowy. Byle do przodu.
Dusiołek wspominany w poprzednim wpisie został wyzwany na konkretny pojedynek. Zamiast zgrywać bohaterkę i samotnie wymachiwać przed nim szabelką, poszłam do lekarza, wyłuszczyłam, co mi dolega, zostałam uważnie wysłuchana, dostałam skierowania tu i tam, dostałam piguły i zobaczymy. Piguły pomagają spać, to fakt. Wróciłam do roboty (w której na dzień dobry usłyszałam, że będę lecieć dokądś – che sorpresa!) bez wrażenia, że zamiast organów wewnętrznych mam jeden wielki supeł, to też fakt. Nie ma sensu się męczyć, powiadam.
Może to głupie, ale spodziewałam się, że doktór spojrzy na mnie jak na kogoś, kto przyszedł wyłudzić L4 i rzęzi farmazony, niemniej wbrew obawom zostałam potraktowana najzupełniej serio. Właściwie bardziej serio niż wtedy, gdy przyłaziłam z grypą, skręconym kolanem, dyskopatią czy czymkolwiek innym. Najpewniej dlatego, że sprawnie funkcjonującej głowy w sumie potrzebuję bardziej.
To chyba najbardziej dorosła rzecz, jaką w życiu zrobiłam. Uznałam, że potrzebuję pomocy i po nią poszłam.
Ale, ale. Odstawmy znerwicowanie naszej bohaterki na bok. Zajmijmy się czymś przyjemniejszym.

– Jestem zmęczony – wzdycha mi do telefonu pan i władca. – Jestem taki zmęczony, ledwo żyję…
Wierzę. Piękny pracuje dużo i w godzinach wołających o pomstę do nieba, więc wyobrażam sobie, że może odczuwać lekki spadek formy. Ale z drugiej strony znam go nie od wczoraj i wiem, że on ma przynajmniej tyle żyć co porządny kot, a poza tym, jak to mężczyzna i prawdziwy twardziel, uwielbia, gdy mu się trochę powspółczuje – tylko trochę, nieprzesadnie. Zatem, powspółczuwszy odrobinę, zmieniam ton.
– A wiesz – mówię – ostatnio robiłam porządki i znalazłam w szufladzie kajdanki. Kiedyś kupiłam i zapomniałam.
Reakcja zmęczonego, takiego zmęczonego człowieka:
– Naprawdę? Nic nie mówiłaś! Świetnie! Przyślij mi zdjęcie!
– Ty to tylko byś się znęcał nade mną.
– Pewnie, że tak. Bardzo lubię!
Wiem, skarbie, wiem.
Żeby nie było, iż tylko się znęca – zaparzył mi rano herbatę. Z miodem. Jaki to jest kochany człowiek, to ja nie wiem. Tylko mu nie powtarzajcie, bo jeszcze sobie coś pomyśli. Owszem. Wiem, że to banał i to tylko herbata.
Ale z miodem!

Wątek znęcania się zostanie pogłębiony w jednym z kolejnych wpisów, choć w nieco innym kontekście. Wszak skoro dziś środa, to znaczy, że już prawie sobota, a to znaczy, że już trochę nerwowo odliczam. To będzie męczący dzień, pod wieloma względami, ale czego się nie robi. Niestety bar w teatrze otwierają dopiero na 45 minut przed spektaklem – i jak ja zdążę sobie odwagi w płynie dostarczyć, no jak?… Duszkiem przecież nie wypiję, bo wtedy spełniłby się mój sen sprzed kilku tygodni, w którym to poszłam pod stage door pijana. Tego byśmy nie chcieli.
Oj.
Właśnie sobie przypomniałam, że nie zarezerwowałam noclegu.

Fuckin’ John, Paul, George and Ringo could be there with you in the boat doing the whole of Sergeant Pepper, just for you, while you row ’em to safety. But no. Because you saved Led Zeppelin.

Tydzień przed wyjazdem był okropny. Przede wszystkim dlatego, że bardzo źle się czułam. Nagromadzony stresior i spychanie różnych spraw w głąb świadomości – i stresujące spotkania, i pan i władca harujący w dziwnych godzinach, więc i umiarkowanie dla mnie dostępny, oczywiście – sprawiły, że im bliżej wyczekiwanego weekendu, tym gorzej mi było. Wreszcie autorka dotarła do przykrego etapu, gdy już się nie śpi, bo człowieka budzi dusiołek, i brzuch boli, i niedobrze, i płakać się chce, i ogólnie dupa blada.
Ludzie, którzy znają to uczucie nagłego zdenerwowania ogarniającego od stóp do głów, wiedzą, że cholernie trudno to okiełznać, zrzucić tego dusiołka z piersi i zasadzić mu kopas w dupas na pożegnanie. Kiedyś było łatwiej. Z wiekiem niby powinnam stawać się coraz bardziej wyluzowana, ale obawiam się, że odziedziczyłam po mamie skłonność do bezsenności i odchorowywania napięć. Inna sprawa, że obie mamy skłonność do udawania twardzieli („nie nie, wszystko dobrze, ja tak tu sobie przycupnę w kąciku i na chwilę zemdleję, nie zwracajcie na mnie uwagi”). Nie lubimy okazywać słabości i to się na nas mści.
No, ale.
Nadszedł weekend, wstałam i poleciałam.

Wylądowałam. Pokonałam kontrolę graniczną w dziewięćdziesiąt sekund (co prawda do Brytfanny można latać z dowodem, ale zawsze łatwiej z paszportem, bo wtedy zamiast tracić cenne kwadranse, a nawet i godziny życia w kolejce, przechodzicie sobie spacerkiem przez automatyczne bramki, które zmyślnie skanują wasze paszportowe zdjęcie seryjnego mordercy i waszą twarz wymiętą po wczesnoporannym locie, porównują jedno z drugim i uznają jakimś cudem, że można was do tego kraju wpuścić). Wysiadłam na dworcu St Pancras. Ocaliłam pewną duszę, która próbowała kupić bilet w szafie grającej, bo na dworcu St Pancras w pobliżu automatów biletowych stoi szafa grająca właśnie. Jak też pianino, dość popularne wśród pasażerów.
Znalazłam hotel, zasłonięty znakomicie rusztowaniem (no wspaniale, myślę – a tak chciałam się wyspać). Pomyślałam, że spróbuję z gościem w recepcji delikatnie zagadać, czy aby pokój przypadkiem nie jest już wolny, ale niestety obywatel był odporny na mój środkowoeuropejski wdzięk i podkrążone oczy. Musiałam wszak wyglądać na tyle mizernie, że wtem słyszę:
– Właściwie to… może pani wziąć prysznic.
Grazie mille.

Wypiwszy po drodze parę espresso, dotarłam do Gielgud Theatre. Gielgud Theatre to pierwszy teatr, w jakim kiedykolwiek w Londynie byłam. Było to wiosną 2007, gdy byłam jeszcze młoda i piękna, a na scenie oglądałam Daniela Radcliffe’a i jego małego Daniela, jeśli wiecie, co mam na myśli. A bilet na ten spektakl – The Ferryman, w reżyserii samego Sama Mendesa i pióra dość raczej wybitnego dramaturga, Jeza Butterwortha, kupowałam w lutym.
Tak czy inaczej, do teatru dotarłam, obawiając się trochę, czy po niemal nieprzespanej nocy wytrzymam taką atrakcję. Ponad trzy godziny o kryzysie irlandzkim. Rodzina siedzi w kuchni i gada. I o tym spektaklu mówią, że wybitny?… Przecież ja na tym zasnę.
Jest wybitny, co pojęłam w pierwszej scenie, w której para głównych bohaterów przed świtem tańczy w kuchni na bosaka i sprzecza się, o ile Stonesi lepsi od Zeppelinów lub odwrotnie.
Znam to. Wiele wieczorów tak przetańczyłam. Zakochani ludzie tak robią. Jakie to cudne, pomyślałam. Jakie to prawdziwe.
A potem do mnie dotarło, że to czyjś mąż i czyjaś żona.
Zatem mamy jeden dzień w jednej kuchni, w Irlandii Północnej wczesnych lat osiemdziesiątych. Rodzina przygotowuje się do żniw. Niby nic. I jak zwykle w dobrze napisanych sztukach, niby nic to wielka zmyła. Ktoś zaginął. Ktoś kogoś kocha, choć to przeczy rozsądkowi. Ktoś wstępuje do IRA. Ktoś wspomina niespełnioną miłość życia. Ktoś szuka sprawiedliwości. Wszystkie te wątki przedziwnie się łączą, każdy ma tajemnicę, przeszłość, o której nie wspomina. Jak to w rodzinie. Siedzą zatem przy stole, piją whisky, bawią się, za oknem zachodzi słońce. Gdy wzejdzie, nic nie będzie takie samo. Widz to wie, czuje pod skórą, słyszy pomiędzy słowami, że coś, za przeproszeniem, jebnie (wybaczcie, inne słowa nie oddają). Ostatnie sceny sprawiają, że siedzi ów widz na brzeżku fotela, gryzie wargi, łzy mu płyną ciurkiem.
Wychodziłam wstrząśnięta. Poważnie.
Mogłabym oczywiście zrobić sobie wolny wieczór po tak mocnych wrażeniach, ale nie. Podreptałam przez most na południowy brzeg, do Old Vic, który postanowił wystawić spektakl z piosenkami Boba Dylana – Girl from the North Country. Spektakl z piosenkami, właśnie tak. Ani musical, ani dramat, taką osobliwą hybrydę.
Swego czasu posprzeczałam się nieco z pewnym blogerem, który uznał Nobla dla Dylana za zniewagę dla tej nagrody. Sądzę, że powinien obejrzeć ten spektakl, w którym songi Dylana towarzyszące snującej się opowieści wybrzmiewają bardzo mocno i głęboko. To – znowu – prosta historia. Prowincja USA w czasach kryzysu. Znowu tylko rodzina, przybrana córka w ciąży nie wiadomo z kim, syn pijak, matka z demencją (fenomenalna Shirley Henderson, drobniutka, ze swoim arcycharakterystycznym głosem – znacie przecież Jęczacą Martę, nie? Wielkie nieba, jak ona ryczy Like A Rolling Stone). Spektakl oszczędny, skromny, ale z wielkimi głosami – które to głosy potrafią też szarpać struny i walić po garach jak należy. Blues, folk i serce na wierzchu. Oraz – jeden absolutnie magiczny moment. Moment, w którym widownia wzdycha w zachwycie, choć tak naprawdę w tym, co widzi, nie ma żadnych czarów, to prosty zabieg z użyciem czegoś, co można kupić w sklepie i zamontować w domu. Ale to teatr, wiecie. Teatr i jego oszałamiająca nieuchwytność, smoke and mirrors. Magia, która zmyka w mgnieniu oka, a którą – a właściwie emocje jej towarzyszące – pamięta się długo. Bardzo długo.

Tu macie próbkę.
Po tym kawałku audytorium oszalało, płacząc, klaszcząc i gwiżdżąc.
Cała ścieżka dzwiękowa jest dostępna na Spotify. Tak tylko mówię.
Poza tym właśnie doniesiono, że to cudownie proste i poruszające przedstawienie trafi na West End. I to też jest urocze, bo chyba nikt, łącznie z twórcami, nie spodziewał się takiego sukcesu, wyprzedanych spektakli, owacji na stojąco. A należało się to.

W niedzielę, oczywiście, czytanko było.
Zabawne, jak człowieka inni rozpoznają i uśmiechają się doń. To miłe. To jak dom z dala od domu.
Po czytanku pognałam jak szalona przez foyer do bram Globe, gdzie już trwała Boudica. Ostatnie przedstawienie. Modliłam się, by nie padało, bo zgarnęłam bilet na „płytę”, więc deszcz przykro by mnie potraktował. Trochę w końcu padało, ale nieszczególnie zwracałam na to uwagę. Byłam absolutnie zafascynowana tym, co działo się na scenie, do tego stopnia, że przechodzący wśród widzów aktor znowu musiał mnie ostrożnie przesunąć, by dostać się na scenę, bo go nie zauważyłam. Przynajmniej był delikatny – nie jak ten gość parę lat temu podczas Tytusa Andronikusa, który mnie po prostu bezceremonialnie złapał i przestawił. No, ale po to tam się chodzi, nieprawdaż.
Powiem tak. Ginę McKee uwielbiam od zawsze. Ten jej głos niesamowity, złamany, tę charyzmę. Ona z irytującą wręcz łatwością skupia na sobie całą uwagę i ma w sobie coś takiego, że widownia byłaby gotowa za nią pójść. Kto byłby lepszą królową walczącą bezwzględnie z Rzymianami? Prawda taka, że gdyby Boudika – taka, jak Giny McKee – wezwała do powstania tamtego wieczoru, dołączyłabym bez wahania. Kobieta z mieczem i zakrwawioną twarzą, wrzeszcząca aż włos się jeży, a jednak subtelna. Staje przed wrogiem z otwartą przyłbicą. Popełnia samobójstwo, zdawszy sobie sprawę, że przegrała, a wtedy jej przeciwnik bierze ją na ręce i czule mówi, że ona taka drobna. Taki mały człowiek, matka córkom, poszła do powstania.
Dodajmy, że muzyka naprawdę kapitalna (dzika wersja London Calling rozpoczynająca drugi akt i fantastyczny punkowy jig). Trochę mi szkoda, że Emma Rice odchodzi z Shakespeare’s Globe razem ze zmianami, które dla niektórych okazały się zbyt rewolucyjne (mikrofony, światła, takie tam drobiazgi z XXI wieku). Boudica udowodniła, że Emma miała dobry pomysł na to miejsce. Można było dać jej trochę więcej czasu.
Z teatru podreptałam do hotelu, obejrzałam, ma się rozumieć, kolejny odcinek Victorii, raczej ponury (Ernie ma chorobę wstydliwą i leczy się za pomocą fumigacji, który to wątek koronuje wisienka na torcie w scenie z gatunku „nie po oczach!”). Spakowałam się. Poprosiłam pana w recepcji, by mnie obudził, ale nic takiego oczywiście się nie wydarzyło. Mam długie nogi szczęśliwie, zatem wyciągałam je z zapałem i mimo wszystko zdążyłam na pociąg, po czym poleciałam do domu, mierzyć się na nowo z dusiołkiem.
Nie na długo wszakże. I tu wracamy do akapitu powyżej. Będzie wesoło, powiadam.

When the cold rains kept on and killed the spring

Być może państwo ciekawi, jaki u mnie nastrój.
To ja otóż powiem.
Chujowy.

Ach, ta złożoność uczuć damskich. A serio – ci z was, którzy obecnie przebywają w Krakowie lub okolicach, doskonale wiedzą, że czwarty dzień wali żabami z posępnie ołowianego nieba i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek w tej sprawie miało się poprawić. Musiałam włączyć ogrzewanie, a co gorsza, włożyć rajstopy. Od marca rajstop nie nosiłam. Tragedia. Nienawidzę jesieni. Podobno są ludzie, którzy ją nawet lubią. Czy oni wychodzą z domu?… Ja rozumiem, te złote liście bardzo ładne, ale my tu nie mamy złotych liści, my mamy cholerną kurwa pluchę i ziąb, i przepełnione tramwaje, bo studenty już wracają powoli. Jak żyć. Być może w związku z tym, a być może w związku z bezlitośnie funkcjonującym kalendarzem niektórych moich narządów wszystko mnie irytuje, najbardziej rzecz jasna inne istoty i gryzę się w język oraz klawiaturę niekiedy, by temu i owej nie palnąć jakiejś złośliwości. Choć może niektóre byłyby zasadne.
Po drugie, przez trzy dni wracałam do domu po dwunastu godzinach pracy (czternastu w środę, państwo sobie wyobrażą). Zatem wczoraj najzupełniej świadomie, choć z bólem serca odpuściłam sobie transmisję Aniołów w Ameryce – pójdę za miesiąc – bo obawiam się, że ani trochę by mnie to nie cieszyło, tylko bym myślała, że jestem zmęczona i że znowu trzeba będzie wcześnie wstać. Mam naprawdę cholernie dużo pracy, z której w dodatku nadal niewiele kumam i mój poziom stresu rośnie z każdą minutą. Niecierpliwie wyczekuję października – październik powinien być lepszy, z rozmaitych powodów, o których później. Po trzecie jednakże, i to mnie naprawdę martwi, wiekowy jamnik moich praszczurów zachorzał bardzo poważnie i najbliższe dni rozstrzygnąć mogą niestety o losie biednego wrednego tłuściocha. Tymczasem praszczury codziennie wkładają ryżawego, piętnastoletniego tłuściocha do koszyczka i noszą na kroplówkę.
Ech.
Parchate czasem to życie, że aż szkoda tracić cenny czas na myśli o tym, jakie jest parchate.

Przejdźmy zatem do pozytywów.
Znalazłam skitraną tabliczkę czekolady. Nawet nie pamiętałam, że ją kupiłam.
Mój überszef przybył w tym tygodniu z gospodarską wizytą. Jak na kogoś, komu na wizytówce stoi napisane wytwornie zaprojektowaną czcionką „dyrektor zarządzający”, to trochę zaskakująca postać. W pozytywnym sensie. Widzicie, ja w życiu poznałam różnych dyrektorów z zawodu, którzy dla przykładu na zupełnie niczym się nie znali. Albo nie odpowiadali na „dzień dobry” nikogo na znacznie niższym szczeblu (true story!). Albo potrafili dostać napadu wściekłości na spotkaniu, wprawiając zebranych w osłupienie lub panikę, zależy od odporności nerwowej. Z jednym gościem pracowałam przez dwa lata i wyobraźcie sobie, że ani razu z nim nie rozmawiałam – siedzieliśmy na tym samym piętrze. Niemniej mój obecny menago jest inny. Jest przede wszystkim człowiekiem bardzo dostępnym, który trzyma się blisko swoich ludzi, zna ich dobrze, wie, kto nad czym obecnie pracuje. Pamiętam, że na pierwszą rozmowę z nim szłam jak na ścięcie, bo ja lubię denerwować się na zapas, co dobrze wiedzą wszyscy, którzy mnie znają dłużej niż trzy dni. Niemniej zamiast zostać skrócona o głowę, zostałam przywitana bardzo serdecznie, a wczoraj usłyszałam, że bardzo się cieszy z naszej współpracy, że słyszy o mnie same dobre rzeczy, że taka jestem pracowita (przeciwnie – leniwa, dlatego robię wszystko jak najprędzej, żeby potem spokojnie sobie kiwać nóżką), że takie ładne te moje dokumenty, normalnie samo miodzio. Wpatrywałam się weń z niedowierzaniem. Czyli jednak niekiedy warto wypruć sobie żyłę lub dwie.
Dodać należy, że überszef zabrał nas na kolację i cóż zamówił, będąc Włochem? Spritz! W związku z tym ja też. To nie ma szans smakować tak samo, mimo takich samych składników, ale jednak jest to trochę słońca w kieliszku, gdy na zewnątrz zacina deszcz.
Pozytyw drugi: za tydzień lecę do Londynu, bilet wreszcie kupiłam. W samą porę, doprawdy. Jedynym plusem całej tej historii z odwołanymi lotami Ryanaira jest to, że jego konkurenci ochoczo obniżyli ceny. Pewnie zmoknę, ale w sumie to w teatrach na ogół nie pada za bardzo. Tak czy inaczej, pierwszą niedzielę października już po raz czwarty będę spędzać w tym samym miejscu. Tradycja taka. Jakieś trzeba mieć.
Pozytyw trzeci: za trzy tygodnie też udaję się do miasta, którego nie ma i bilet też kupiony. Trochę zacieram rączki, a trochę robi mi się niedobrze. To będą tortury. Czas powoli zacząć obmyślać przemówienie (daruj sobie, stara, i tak zapomnisz).

My moon, my man’s a changeable land, such a lovable land to me

Czwartek. Obudziłam się podejrzanie wyspana w rezydencji pana i władcy.
Pana i władcy obok nie ma, ale słyszę, że coś łazi po rezydencji, a z sąsiedniego pokoju brzęczy kanał informacyjny.
Hm.
Wstał przede mną.
Dziwne.
Sięgam po telefon.
DZIEWIĄTA CZTERDZIEŚCI TRZY.
Jasna cholera.

A to wszystko przez koncert. Pojechałam na wino, jak to zwykle, a trafiłam na koncert. Tego nie było w planach.
Dobra, trochę było, bo męczyłam go o to od ładnych paru lat, ale zawsze się wykręcał, aż tu z niewyjaśnionych przyczyn się zgodził. Nie wiem, czy tak nań podziałało chianti, czy cały wieczór z muzyką („Czytałem jego biografię. Lubi BDSM” – „… Z całej biografii tylko to zapamiętałeś?” – „To ważne!”), czy co, ale wtem pan i władca oddalił się, po czym wrócił, taszcząc bardzo piękny i lśniący sprzęt, na widok którego autorce rozbłysły oczy. Nawet mi pozwolił dotknąć. Nawet mnie nauczył jednego akordu, który nie pamiętam, jak się nazywa.
– Nie musisz tak mocno przyciskać… Nie, teraz za słabo.
– Myślałam, że to jest prostsze.
– Bardzo proste. Jeszcze raz.
Gdy jednakże lekcja dobiegła końca, pan i władca odebrał mi piękny i lśniący sprzęt, by pokazać, jak posługują się nim dorośli ludzie.
On potrafi. On naprawdę potrafi. On tak potrafi, że słów mi brak na opisanie tej niezwykłości. Oczywiście od lat mam fazę „jak on ślicznie pluje”, bo kocham tego łobuza całym sercem, ale w najzupełniej obiektywnej ocenie jest naprawdę dobry w te klocki. Niewielu ludzi o tym wie, bo pan i władca jest skromny chłopak i sam wam o swoich talentach raczej nie opowie, ani też nie będzie się prężył nieproszony (któż nie poznał ludzi, którzy uważają, że umieją różne rzeczy i chętnie to prezentują, a wy siedzicie z zastygłym uśmiechem i w nabożnej nadziei, że ten ból nie potrwa długo), więc prędzej dowiecie się od osób trzecich lub przypadkiem. Ale gdy już się da namówić, gdy się rozpędzi, to szaleje z tymi strunami, że strach. Tak sobie szarpie druty, a przy okazji śpiewa o was piosenkę. Bo akurat nuty płyną mu pod palce, a słowa do głowy i tak samo leci. I tym samym właśnie znalazłam się na najbardziej niesamowitym koncercie w moim życiu. W żadnej tam Tauron Arenie czy innym Wembley, ale w zaciszu czterech ścian, na kanapie, jako jedyny widz i słuchacz. Jako że słuchacz wyraźnie oniemiał i splótł rączki w zachwycie, artysta z zadowoleniem kontynuował do mniej więcej trzeciej nad ranem. Podejrzewam, że sąsiedzi od dawna mu się nie kłaniają, ale teraz nie będą mu się kłaniać jeszcze bardziej.
Autorce oczy się spociły dość poważnie w pewnym momencie, bo ona jest strasznym mazgajem (i pogłębia jej się z wiekiem – dość powiedzieć, że wzruszył mnie niezmiernie koniec transmisji sondy Cassini – a jak ja płakałam nad małym Philae!), więc kolega odstawił pudło i ruszył z odsieczą, by kapiące mi na podołek ślozy suszyć. Ma na to swoje sprawdzone sposoby, o których nie będziemy mówić.
Gwoli ścisłości, to nie pierwszy raz – kiedyś też się rozpłakałam, gdy usłyszałam mojego znajomego, jak śpiewa. Znajomy jednakże nie pocieszał równie intensywnie, tylko bardzo mnie uściskał po wszystkim. Jestem dość żałosną publicznością, na to wychodzi.
Trzeci dzień jestem pod wrażeniem. Myślę, że to nieprędko wydarzy się ponownie, więc będę to pieścić w pamięci bardzo długo.
A poza tym to jednak sexy jest niesamowicie, wiem, nie jest to zdumiewające odkrycie, raczej potwierdzenie znanej prawdy. Nie od wczoraj w końcu dziewczyny robią słodkie oczy do muzyków. No pewnie, że robią.
Wyszłam zatem o tej dziewiątej czterdzieści trzy, napisawszy do szefa z ogonem podkulonym, że ja dziś bardzo przepraszam i proszę o na żądanie (Bogu dziękować, żadnych spotkań nie miałam). Wróć, dziesiąta czterdzieści trzy już zdążyła wybić, gdyż należało zwlec się z ciepłej pościeli, mopsa na gębie zlikwidować, przez kwadrans krążyć po rezydencji w poszukiwaniu dżinsów, butów, telefonu, choć wszystko leżało dokładnie tam, gdzie poprzedniej nocy zostawiłam, a telefon nawet jakaś dobra dusza podładowała, gdy spałam; poprzytulać się po wielokroć – nic milszego, niż wdrapać się na pana i władcę i wczepić weń. Trudno potem wychodzić, niemniej trzeba. Coraz trudniej. Ja nie wiem, ja nie wiem, co to się podziało…

Poza tym zimno. Ciemno. Odwykłam, wszak moje lato zaczęło się wyjątkowo wcześnie tego roku i trwało długo.
Toteż zamiast wytwornego obiadu na mieście planowana jest pizza. Gotowa, o zgrozo, przytargana ze sklepu za rogiem, odgrzana i zjedzona na kanapie.
Z Netfliksem.
I co mi zrobicie.

Przyrzekam uroczyście, następny wpis będzie o czymś ciekawszym.
Bilety do Londynu na przykład muszę kupić w poniedziałek. Co oznacza, że nie będę żywić się niczym bardziej wyrafinowanym niż pizza z pudełka do końca roku.

A decent chap never lets his public down

Wróciłam do biura.

Biuro nadal stoi.

Ja leżę.

Pod naporem roboty, która mnie niecierpliwie wyczekiwała, gdy przez 2 tygodnie kiwałam nóżką leniwie. Dość powiedzieć, że wczoraj przejrzałam około 300 stron papierzysk, z których nie pamiętam nic, rozumiem jeszcze mniej, ale w najbliższych dniach będę musiała nauczyć się ich treści na pamięć. Dacie wiarę, że to lubię? Bo ja sama nie daję niekiedy. Mam takie chwile w życiu, gdy myślę, że chciałabym tak sobie zawodowo sadzić rzodkiewkę, dbać o zieleń miejską, wyprowadzać czyjeś zwierzaki.
A i tak spodziewałam się, że będzie gorzej. Nawet mnie brzuch rozbolał profilaktycznie. I nie pomógł wsysany przez kilka godzin Tom Ellis w Lucyferze (to fajna rzecz mogła być, gdyby tylko była nieco ostrzejsza, jakiś taki zbyt miły ten dzioboł – niemniej jak mówię, wsysałam przez kilka godzin, bo Tom Ellis należy do mężczyzn, na widok których takie melepety jak ja uśmiechają się głupawo i jeszcze głupiej zachowują. Tom jednakże aż tak znowu nie pomógł, bo kiepsko spałam, a brnięcie przez te kilogramy nowomowy przez resztę dnia sprawiło, że ogarnął mnie dojmujący nihilizm.
Na otarcie łez, z tym łbem pękającym od zbędnej wiedzy i przydługich zdań, zatrzasnęłam stanowczo służbowy laptop i obejrzałam wieczorem kolejny odcinek Victorii, ponieważ oczywiście. Bogiem a prawdą, to chyba pierwszy odcinek, który mnie szczerze zainteresował, bo troszeczkę to jednak zbyt gładkie jak na mój gust. Nie tylko dlatego, że Ernie wygląda jak Errol Flynn (nawiasem mówiąc, Errol Flynn, przy całym szacunku dla jego dorobku artystycznego, kojarzy mi się głównie z tym, że ponoć grał na fortepianie… nieważne, nie idźmy tą drogą; każdy gra, czym umie) i spogląda melancholijnie jak mój pies, gdy widzi kawałek chlebka, ale nie może dosięgnąć. I niezamierzenie, lub też wprost przeciwnie, całkiem niezły dowcip udał się scenarzystce, gdy Ernie proponuje, by bal na dworze królewskim miał motyw średniowieczny i mówi bratu, iż ma nogi Plantageneta. Tak, wiem. Tylko ja zapewne miałam natychmiastowe skojarzenia. Przychodzi taki moment, gdy wiecie, że obejrzeliście/przeczytaliście za dużo, bo zauważacie powiązania tam, gdzie ich nie ma. Oglądam za dużo period dramas.
Poza tym Rufus Sewell ma ciągle zniewalająco zielone oczy i głos jak papier ścierny, i zaprawdę rozumiem rozpacz widzów, którzy woleliby – kosztem ogromnych nieścisłości historycznych – żeby został. Nie sposób nie kochać. Takie miłości, nawiasem mówiąc, są bardzo bezpieczne i wygodne, niekłopotliwe, nie jak ten lubieżny gamoń, co mnie obudził dziś esemesem o PIĄTEJ RANO. Cisnęłyby mi się na usta różne ciepłe słowa, gdyby nie to, że przywykłam. O ileż prościej byłoby żyć w komfortowym wielokącie z nieświadomymi niczego bóstwami z telewizora. Ale kto by mnie wtedy tak pięknie wytrącał z równowagi?…

Knights in white satin

„Leżę w łóżku i myślę”, pisze mi pan i władca.

O nie.
Nie rób tego.

Ja go znam, ja wiem doskonale, co wychodzi z jego myślenia.
Obawiam się tym bardziej, że ostatnio mu jojczyłam, jak bardzo bym chciała dokądś pojechać – nie na Seszele, raczej na wielką wyprawę pod Kraków – i zgodził się, że to świetny pomysł.
Z drugiej strony nie musimy donikąd wyjeżdżać. W domu też byłoby dobrze.
W ogóle coś dziadziejemy, powiem wam w sekrecie. To już ten czas, gdy wizja udanego wieczoru przedstawia się następująco: „to ja coś ugotuję, a ty zadbasz o płyty i stare filmy”. Balować do rana (czy raczej od rana…) nadal potrafimy, ale wyłącznie we własnym towarzystwie, w czterech ścianach, w pościeli, w kuchni ewentualnie. Na miasto wychodzić? A po co? Aż takiej palącej potrzeby nie ma. Już byliśmy. Już widzieliśmy. W pewnym momencie siedzenie z kimś na kanapie naprawdę staje się wielką atrakcją. Czymś, o czym się szczerze marzy.
Zabawne. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, sądziłam, że nigdy mnie to nie spotka. Żywo pamiętam, jak się kłóciłam (nnno… może to za duże słowo, bo ja nie kłócę się za bardzo z natury) z moim pierwszym poważnym chłopakiem, który był wielkim domatorem i nie znosił knajp, podróże mało go interesowały – chyba że w góry. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ja, ze swoim „rano na kawę do miasta, poprzyglądać się ludziom i posłuchać ich gadania, a wieczorem na tańce”. Chciałam dużo bywać i chciałam bywać z nim, korzystać z miejskich atrakcji, byle więcej i gęściej. A teraz? Moją absolutnie ukochaną miejscówką jest adres pana i władcy, gdzie mogę robić wszystko, chodzić na golasa, jeśli tak wolę (dziwne, ale gospodarz nie ma nic przeciwko), pić piwo z butelki, zamęczać go folkowymi smętami, a on mnie bootlegami Foo Fighters – i dobrze jest. Wszystko poza tymi ścianami jest całkowicie zbędne.

Oczywiście on może również rozmyślać o tym, jak mnie otruć i utopić w Wiśle, ale jakoś naiwnie wierzę, że myśli o czymś innym.

Resztę urlopu spędzam zaprawdę pasjonująco, to jest śpię do oporu i czytam książki, kilka naraz. Czasami gotuję. Oglądam seriale. Henna na włosy i olejki na facjatę. Pogoda brzydka, więc nie mam wyrzutów sumienia. Robię za nianię dla dwóch nieustannie drących koty psów i przy okazji oswoiłam sobie trzeciego, wiejskiego powsinogę bez jednego oka. Na wsi stacja radiowa gra przeboje sprzed dekad, zawsze jest porządny obiad, a nie sandwich złapany po drodze. Budzik nie dzwoni. Zostały jeszcze dwa dni i trochę się obawiam powrotu do, nazwijmy to, normalności.
Taki był plan, albowiem wszyscy wiemy, jak wyglądały poprzednie cztery miesiące – samolot, samolot, samolot, samolot, samolot. Dziwnie być wyspaną i robić nic. Troszeczkę tyłek mnie świerzbi, to prawda. Obiecuję sobie, że na kolejne wakacje pojadę daleko, byle dalej. Żebyście mieli co czytać.
Na razie muszę trochę normalnie pożyć.
Wcale nie chcę, jeśli mam być szczera, ale wiem, że mój organizm tego potrzebuje. I moja głowa też.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?