Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

Reklamy

Ik spreek geen Nederlands

Poznałam kiedyś kogoś, kto nie lubił Amsterdamu.
Ale jak to, nie mogłam się nadziwić. Jak można nie lubić Amsterdamu? To jak nie lubić weekendowych poranków. Czekolady. Przytulania po rozkoszach. Prysznica po zbyt długim dniu. Śniadania, które ktoś dla was zrobił. Wychodzenia z biura w piątek, krokiem Tony’ego Manero.
I nadal nie mogę się nadziwić. Amsterdam jest bowiem miastem niesłychanie sympatycznym. W odróżnieniu od Londynów czy innych Madrytów jest też uroczo kameralny (pomijając lotnisko, które jest tak ogromne, że zdawać by się mogło, iż połowę Niderlandów zajmuje). Ja tam go lubię.
Przede wszystkim natomiast lubię Holendrów.
Są oni narodem ogromnym.
Dosłownie.
Są tacy, że ja, dumny metr siedemdziesiąt trzy, głowę zadzieram, żeby z jednym czy drugim kontakt wzrokowy jako taki móc utrzymać. Jak wspominałam, według badań Holendrzy są najwyższymi ludźmi na świecie i wierzcie mi, w odróżnieniu od wielu bzdurnych opinii naukowców typu „spanie na lewym boku sprawia, że częściej masz koszmary” jest to absolutna prawda i rzecz, którą bardzo szybko zauważycie. Wiecie, że jesteście w Holandii, bo nagle czujecie się jacyś tacy niewyrośnięci. Mam taką teorię, że oni – mieszkając w kraju jednak płaskim, a nawet wklęsłym – mają dalej do słońca i dlatego tak rosną. No chyba że to przez goudę.
Mniejsza wszak o ich zewnętrzność. Holendrzy są narodem przyjaznym. Uśmiechniętym. Bezpośrednim. Co prawda uścisk dłoni te olbrzymy potrafią mieć miażdżący, ale wolę miażdżący niż zdechłego śledzia (swoją drogą, śledzie też mają fenomenalne). Bardzo łatwo nawiązać z nimi kontakt, żartują, zagadują, ciekawscy są i pomocni. Pomijając roześmianych dryblasów w biurze – wczoraj otóż stoję sobie w kolejce do kasy w supermarkecie. Koszyk wyładowany waflami, serem, piwem, wszak nie wrócę do domu bez prezentów. Kasjerka pyta, czy mam ichnią kartę lojalnościową. No nie mam. Skąd mam mieć. Ja tu przecież tylko na chwilę.
– Powiedzmy, że masz – mówi kasjerka i płacę o kilka euro mniej niż powinnam.
W biurowej kantynie podobnie. Gdy wczorajszego popołudnia koleżanka odbiła się od drzwi, bo przyszła o kwadrans za późno, kucharz zrobił jej kanapkę za jeden uśmiech.

Amsterdam już kiedyś zwiedzałam i w snach najśmielszych nie podejrzewałam, że kiedyś praca mnie tam przywiedzie. A jednak. Nie miałam tym razem czasu na leniwe snucie się po nim – a jest to miasto wymarzone do leniwego snucia – ale udało się troszeńkę wieczorami połazić, zjeść frytki z joppiesaus, czmychać przed falangami rowerów nadjeżdżających znienacka, cebulki tulipanów dla mamy kupić. Dobrze mi zrobił. Amsterdam to takie miasto, w którym człowiekowi kąciki ust bezwiednie się unoszą.

Wczoraj wieczorem siedzę w samolocie niosącym mnie do domu i wyglądam przez okno, za którym spokojnie, miarowo miga światełko na skrzydle. Przypomina mi się kawałek z The Art of Travel de Bottona (można go nie lubić, ale ta książka mu się udała; jak na ironię, kupiłam ją bardzo daleko stąd): The engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, that we do not walk on them and that we feed them „Oil only’. Jednostajny, kojący szum – który w istocie jest potężnym wyciem przecież, ale tego nie mam szans usłyszeć zamknięta w środku – sprawia, że powieki mi opadają. Lądujemy. Kraków. Czterdziesty pierwszy lot w tym roku za mną.
Czterdziesty kurwa pierwszy.
To oznacza osiemdziesiąt dwie wizyty na lotniskach. Gdyby podsumować ten czas, spędziłam na nich łącznie kilka dni.
Zawsze chciałam dużo podróżować i cieszę się ogromnie, że mogę, mimo niewątpliwego zmęczenia, które temu towarzyszy. Ale zaprawdę, gdy sobie policzyłam czas spędzony poza domem w tym roku, odrobinę się zdziwiłam. Rzecz jasna, zawsze sobie tego życzyłam, ale wiemy, jak jest – gdy o czymś marzymy, opatrzność lubi cisnąć w nas całą toną tego. Jakby mówiła: masz, żebyś znowu nie marudziła za jakiś czas. Tylko pamiętaj, złotko, sama chciałaś.

Cabin approved

Niewątpliwą jesieni zaletą jest to, że do mojej skrzynki pocztowej spływają jeden po drugim repertuary teatrów, a słupy ogłoszeniowe tyją od afiszy. Cudownie, bo nie znoszę tej letniej posuchy. Byłam tylko na Bogu mordu i choć owszem, śmiałam się, to właściwie refleksji żadnej do domu nie zaniosłam, a przecież to komedia z gatunku nie całkiem zabawnych.

Inną zaletą jest to, że koniec wakacji oznacza koniec opętańczego zapieprzu pana i władcy. A i ja zasiądę na tyłku na jakiś czas – choć, szczerze pisząc, niedługi, bo za miesiąc udaję się na Kaukaz.

I wreszcie to, że za dni parę mam gości, dawno nie miałam, a bardzo lubię, skwapliwie uzupełniam zatem lodówkę i stojak z winami. Ogromnie się cieszę i staram się nie zaprzątać mojej małej główki tym, że właśnie zepsuła mi się umywalka i że nie mogę znaleźć zapasowych kluczy. Przychodzą mi do głowy jeszcze dwa miejsca, gdzie rzeczone mogą tkwić (oczywiście – obie lokalizacje to moje torebki), ale pomyślę o tym jutro.
Tuż po tym, jak sprowadziłam się do mego przepastnego apartamentu, też do mnie goście przyjechali, a że wówczas miałam do dyspozycji tylko jeden komplet kluczy, dochodziło do dość skomplikowanych zabaw. W sobotnią noc natomiast, wróć, to już był świt – wydelegowałam gości spać do domu, a sama udałam się kontynuować imprezę na sąsiednie przedmieście i tam też nocowałam. Na łyżeczkę ze znajomym gejem. Przed południem z fasonem zajechałam do osobistej kwatery głównej, gdzie goście czekali na mnie, gospodynię bądź co bądź, ze śniadaniem. Ja to się umiem ustawić, nie?
Ależ człowiek durny był…

Zostawiam państwa ze zdjęciami, albowiem mogę trochę skąpa w słowach być tymczasowo.

Gdybym zapomniała, gdzie byłam.

Dużo deszczu padało. Czasami chciało się w ulewie pokonywać kolejne mosty…

A czasami nie.

Bar, w którym ów deszcz przeczekiwałam – a lunęło wściekle – miał na stanie wyjątkowo przystojnego barmana.

W moim hotelu też mieszkał kot. Nie wiem, jak to się ma do BHP, albowiem spacerował po jadalni ten puchaty pers, ale oceniając po powrocie moje lokum na booking.com, przyznałam dodatkowe punkty za kota. Jak to się w korpomowie mówi – zbudowaliśmy relację.

Uitmarkt. Mniejsza o sine chmury, nieźle się człowiek bawił (bo miał frytki, wino i muzykę na żywo – więcej mu nie trzeba).

Gdy słońce w swej łaskawości wychodziło, to się siedziało. Nic się nie działo.

Gdyby już naprawdę jakimś cudem siedzenie się sprzykrzyło, można było na północny brzeg popłynąć.

Dałabym się pokroić za taką klatkę schodową.

Gdyby wszak nie było mnie stać na mieszkanie w dokach, nie pogardziłabym i taką.

A i suterenę przyjmę z uciechą.

Trudy podróży. Och, jakie upiorne trudy…

– Co chciałabyś robić za pięć lat? – usłyszałam podczas bardzo ważnej rozmowy w ubiegły piątek. Za oknem akurat przelatywał samolot, zostawiając za sobą tłuste smugi kondensacyjne. Gapiłam się, aż znikł, a później przeniosłam wzrok na uśmiechniętego pytającego, uśmiechnęłam się też i jakimś cudem przełknęłam odpowiedź:
– Nie być tutaj.
Ale nie wiem, gdzie. Latać sobie, ot co. Ciągle w ruchu.

Zostawiam państwa z klasykiem, którego piosnką mogę ładnie zamknąć.

Pindasaus

Są dwie rzeczy, za które Holandię uwielbiam.
Frytki i Holendrzy.
Te pierwsze są moją wstydliwą miłością i mowy nie ma, żebym przeszła obok nich obojętnie. Mogę mieć do wyboru dziesiątki zachęcających restauracji, a i tak będę łypać pożądliwie w kierunku frytbudy. Tym samym ściśle trzymałam się diety złożonej z frytek suto oblanych sosem orzechowym i piwa, od czasu do czasu robiąc przyjemny wyjątek dla śledzi – i dla wina popijanego z plastikowego kieliszka na koncercie w środku miasta (popijanie łatwe nie było, gdyż co kwadrans należało rozkładać parasolkę, ale któż by się kłopotał deszczem). Sama radość, jeśli przymknie się oko na przykry aspekt obwodu w talii.
Holendrzy natomiast jakimś cudem lubią spełniać wszystkie moje kryteria wdzięku męskiego, poczynając od warunku absolutnie podstawowego – muszę zadzierać głowę, by dostrzec ócz błękity. Któregoś popołudnia, czekając przy zwodzonym moście, gapiłam się w niemym zachwycie na chłopaka biegającego z cumami po przepływającej barce. Patrzyłam na jego rozwiane płowe włosy, solidne ramiona i myślałam, że właściwie to mogłabym zainteresować się żeglugą śródlądową.
Jeśli kiedyś pan i władca straci do mnie resztki swojej świętej cierpliwości i przyjdzie mi znów rozglądać się za porywami serca, kupię kolejny bilet do Amsterdamu.
Skoro już o wilku mowa, lubię też w depresyjnym kraju to, że sklepy z zabawkami dla dorosłych nie są – jak u nas – pochowane w zasikanych bramach, za witrynami okratowanymi i szczelnie zaklejonymi, żeby nikt broń Boże nie zauważył, co jest w środku. Strach wchodzić. Tymczasem tam to zwykle punkt handlowo-usługowy jak każdy inny, tyle że z dizajnerskimi wibratorami zmyślnie wyeksponowanymi na wystawie. Ładne.

(Swoją drogą, horoskop pana i władcy na dziś głosi, że „przed tobą wielkie przyjemności”, a mój, cokolwiek to oznacza, „od chemii do alchemii”. Tym samym po nadchodzącym wieczorze obiecuję sobie raczej dużo).

Muszę być w ciągu, więc dziś zabrałam się za organizowanie sobie kolejnej wycieczki. Czy komuś z państwa udało się pokonać to przeklęte CAPTCHA na stronie Ryanaira? Ja nie mam na tyle sprawnych oczu i w końcu się poddałam. To wyraźnie przeznaczone dla osób bystrzejszych niż niżej podpisana. Zresztą upolować okazję i tak coraz trudniej, ceny lowcostów zbliżają się do tych w tradycyjnych liniach, więc szkoda wysiłku, skoro za kilkadziesiąt złotych więcej można podróżować o niebo wygodniej i nie słuchać nawijki o zdrapkach. Mimo wszystko ubóstwiam przekopywać internet od lewa do prawa, tropiąc promocje. Mam listę wymarzonych celów podróży, ale trzymam się jej niezbyt ściśle. Wolę trafić tam, gdzie mnie wiatr zawieje. Znakomicie się przy tym bawię.

Nee nee

Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy w ogóle lecieć – spłukana, z ciągnącym się od miesiąca zapaleniem gardła. Koniec końców nastawiłam budzik na środek nocy, a godzinę później kółka mojej małej walizki turkotały po chodniku, w drodze do pierwszego porannego tramwaju.

Nie lubię lotnisk, to już państwo wiedzą, ale gdy słyszę please have your boarding pass ready, gdy znajduję swoje miejsce, wrzucam bagaż do schowka i widzę przez okienko, jak ktoś z obsługi pokazuje załodze uniesiony kciuk – znikają wszystkie moje napięcia, wszystkie myśli o tym, co miałam zrobić, do kogo zadzwonić, co załatwić, czego nie zdążyłam, kto się na mnie wkurzy. Cieszę się zawsze tak samo, jak dzieciak na wycieczce. Nieważne, czy wyjeżdżam daleko czy blisko, sama czy z kimś, pociągiem czy samolotem, prywatnie czy nie.
Tuż po starcie z niedowierzaniem przylepiam nos do szyby, bo poranek jest piękny, a nad Krakowem widać całe nasze góry. Aż po Tatry.

Dwie godziny później wciskam się do zatłoczonego pociągu, za mną nieduży człowieczek z ogromną walizą. Do Amsterdam Centraal podróżujemy na stojąco, ściśnięci w korytarzu obok pary Amerykanów i grupki małolatów mówiących w niezidentyfikowanym języku.
– To pociąg do Amsterdamu, prawda? – upewnia się człowieczek. – Daleko?
– Trzecia stacja – odpowiada Amerykanka śpiewnym głosem.
– O, państwo z Ameryki – człowieczek uśmiecha się porozumiewawczo. – Mieszkałem tam kiedyś, w Miami.
– My jesteśmy z Utah. Salt Lake City. Objeżdżamy właśnie Europę, stąd jedziemy do Norwegii.
Facet kiwa głową i trze zaczerwienione oczy. Białka ma zupełnie przekrwione, musiał przylecieć z bardzo daleka. Widać, że jest przeraźliwie zmęczony, ale rozgląda się ciekawie, uśmiecha do wszystkich tłoczących się obok razem ze swoimi bagażami.
– A pan skąd? – pyta Amerykanka.
– Z Buenos Aires. Leciałem jedenaście godzin do Madrytu i stamtąd jeszcze dwie.
Cała nasza grupka wzdycha współczująco.
– Nie mam dużo czasu, więc wezmę tylko prysznic i biegnę zwiedzać – kontynuuje Argentyńczyk, ciągle trąc oczy. Amerykanie potakują.
– To zupełnie jak my. W ogóle tu nie śpimy. Za dużo do oglądania. Gdzie się pan zatrzymał?
– W centrum, obok dworca. Strasznie drogo. Ale u mnie w Argentynie jest drożej, okropne ceny.
Pociągiem rzuca, wszyscy obijamy się o siebie, podnosimy przewrócone toboły.
– Już kiedyś byłem w Amsterdamie – zamyśla się człowieczek. – Z tatą, bo on dużo podróżował. Mały byłem, miałem jedenaście lat. Teraz mam czterdzieści dziewięć i znowu tu jestem. Dużo podróżuję, jak tata. Trzeba podróżować – uśmiecha się do przedmieść za szybą. Może i oczy ma zmęczone, ale tęczówki niesamowite, lazurowe. Zauważam ich głęboki kolor, gdy przenosi wzrok na mnie.
– A ty skąd jesteś?
– Z Polski.
– Ach, z Polski. Jak poprzedni papież!
No tak.
Na peronie, zanim porwie go tłum, macha mi jeszcze energicznie na pożegnanie. Odmachuję mu.
Łapię rączkę walizki i maszeruję przez Zeedijk do Nieuwe Keizersgracht. Dopiero południe, doba hotelowa od szesnastej. Chcę tylko zostawić bagaż, zabrać aparat i pójść zgubić się w mieście, ale gdy mówię w recepcji, że jestem zbyt wcześnie, machają rękami:
– Wcale nie! Pokój gotowy. Jesteś może głodna?…

Też już kiedyś byłam w Amsterdamie. Siedem lat temu i przez sześć godzin; później bywałam w Hadze, bo tam mieszkała przyjaciółka, tam też poczyniłam pierwszy i dotychczas jedyny zakup w coffee shopie. WYDAWAŁO nam się, że słabiutki ten dymek, och, jakże się pomyliłyśmy…
Byłam wtedy w Amsterdamie w przelocie, dosłownie, bo wieczorem tego samego dnia leciałam dalej do ówczesnego chłopaka. Poszłam do Rijksmuseum. Nie wspominam tego dobrze – to jest, nie Amsterdamu samego w sobie, bo to nadzwyczaj urocze miasto, ani tym bardziej nie Vermeerów w muzeum – raczej tamtych czasów i bezsensownego związku. Dość powiedzieć, że ja, zodiakalny Byk, urodzony hedonista, który cielesne przyjemności stawia ponad wszystko i z lubością się w nich doskonali, unikałam wówczas pożycia przeświadczona, że tonę węgla wolałabym przerzucić, tak bardzo było źle. Zostawmy tę przykrą dygresję, niewiele wnosi.

Teraz przyleciałam tylko dla siebie. Na luzie. W pepegach, z rozpuszczonymi włosami, torbą w różową kratkę przewieszoną przez ramię i lustrzanką przewieszoną przez ramię drugie. Z cichą obietnicą, że donikąd nie będę się śpieszyć, nie będę trzymać się żadnego planu, jak mi się zechce, to pójdę zwiedzać, a jak nie, to usiądę nad Amstelem (piwem, choć rzeką też) i będę się gapić na przechodniów. Posłucham muzyki na plenerowym koncercie albo będę tylko łazić mokrymi ulicami.
– Ale masz drobniutki charakter pisma – właściciel maciupkiej i bezpretensjonalnej eetcafé opodal mojego hotelu zagląda mi przez ramię. – Chcesz jeszcze szklaneczkę? A może zupy pomidorowej? Mama robiła…