Happy Birthday Ms President

Po wczorajszych zawodowych nerwach i mdłościach dziś ani śladu. Zdążyłam przygotować sobie wściekłą notkę, ale później wyszłam na ten fajny obiad i do teatrum, i jakoś zapomniałam. A dziś, w tej chwili, tu i teraz, ani mi w głowie truć się złymi myślami.
Bladym świtem zagnało mnie do lekarza. Wracałam okrężną drogą przez centrum; dochodziła ósma. Przedmieścia stoją wtedy w potężnych korkach, a Rynek świeci pustkami – poza dostawczymi samochodami, kwiaciarzami i niedobitkami imprezowymi nikogo nie ma. Można sobie podziwiać miasto w pięknym świetle, cała przestrzeń dla nas. Ogromnie lubię takie chwile. Później drepczę na Stolarską, przeczytać gazetę, zjeść kanapkę i wypić latte, takie samo od 10 lat. Zawsze zazdrościłam dawnej cyganerii tego przesiadywania przy kawiarnianych stolikach, och, chciałoby się być takim literatem piszącym na serwetce i dyskutującym przy kawie z pliską o nowym porządku świata. Właściwie to w Krakowie nadal żywe, wystarczy do Zwisu pójść.
Moi rodzice czasem się ze mnie śmieją, że zkrakowściałam. Bo mam już słynny syndrom „siedzimyyyy” – jak idę do knajpy, to zasiadam, obserwuję, piszę, gadam, kawa, lampka wina, może jeszcze jedna, a może dwie. Powolutku. Nie potrafię przełknąć szybko lanczu i wyjść. Poza tym jak to tak. Trzeba się rozejrzeć. A nuż ktoś znajomy będzie przechodził. A nuż się usłyszy ciekawą rozmowę.
Ja się bronię, ale rzeczywiście – jakoś już mi to miasto wlazło pod skórę, czy mi się to podoba, czy nie. Ciągle na nie narzekam, ostatnio bardzo często z niego wyjeżdżam, był przecież czas, gdy mieszkałam tam jedną nogą i wpadałam do zakurzonego mieszkania tylko, żeby kwiatki podlać. Znakomicie to zrobiło naszemu związkowi.
A jak ja lubię po tych ulicach ludzi oprowadzać!

Kawa wypita, więc biegiem na dworzec i na wieś. Zieleń ciągnie się po horyzont. Kosy nie dają za wygraną. Pies prowadzi mnie na spacer. Rozkładam leżak, łapię książkę, włączam głośno znakomitą płytę, leję czerwone wino do kieliszka. Nikogo nie ma w domu. Telefon wyłączony. Świętuję sobie po cichu.
Zeszłego roku miałam drobny kryzys urodzinowy, teraz – ani trochę. Jestem tu, gdzie widocznie powinnam być. Mam jeszcze trochę do zrobienia, ale zrobię, po kolei. Trudno. Nie ma co się napinać.

Panie Bourdain, pan by przestał pisać o tym zlizywaniu kawioru z sutków, gdy mam w perspektywie dwa tygodnie postu.
(Notabene bardzo bym chciała pójść z nim kiedyś na kolację, tylko boję się, że spadłabym z krzesła – bo on ciągle pisze o zmrożonej wódce, vinho verde, bordeaux, i to wszystko na butelki…).

Reklamy

Bardzo nieruchome ma mordę

Nie znoszę pierwszego rzędu.
Zwłaszcza, gdy sala jest malutka, a scena znajduje się pół metra od moich stóp. Nauczona doświadczeniami z Korezu, od razu obawiam się, że zostanę wciągnięta w tzw. obserwację uczestniczącą. Bo w Korezie na przedstawieniach Schaeffera publiczność traci torebki i buty. A ja się wstydzę okropnie w takich sytuacjach. Gdy ktoś na mnie patrzy, do mnie mówi, mam ochotę skulić się w fotelu. Nie robię tego, rzecz jasna, bo to byłoby nie w porządku.
Sprawdziły się moje obawy co do joty.
Wielkie nieba. Pod koniec sama czułam się zmęczona.

Ale taka fajna chemia się wytwarza czasami, gdy człowiek jednak da się wciągnąć w tę grę…
Jest w tym coś podniecającego.
Poza tym przecież jedno bez drugiego nie istnieje.

Nie znoszę pierwszego rzędu, ale to kokieteria. Lubię, gdy ta niewidoczna granica między sceną a widownią jest przesuwana do ekstremum. Bo nudzi mnie siedzenie w teatrze jak w kinie, przyglądanie się z założonymi rękami, śmiech w wyznaczonych momentach. Lubię odbierać komunikat: ‚o nie, kochana, nie myśl, że tak sobie posiedzisz, ty tu razem ze mną popracujesz’.
To może być zdumiewająco intymne doświadczenie.

W drodze czytałam tekst Pietrasika w „Polityce” – o tym, że aktorzy w teatrze często odpierniczają swoje, byle jak najmniejszym wysiłkiem, i pędzą co koń wyskoczy na plan telenoweli czy innego tam tańca na lodzie.
Na szczęście nie wszędzie tak jest. Przez półtorej godziny obserwowałam człowieka, z którego pot lał się wartką strugą. Niemal kapał mi na ręce.
Klasa.

Ogromnie mi się podobało.
(I przepraszam bardzo, ale muszę to napisać – to się wytnie – jak widzę te loki, to mam ochotę tak ostrożnie pociągnąć…).

Bardzo lubię kontrast między surowym, stylowym wnętrzem tego teatru i wszystkimi czarami, które się tam odbywają, a otoczeniem – odrapanymi kamienicami, zakurzonymi witrynami od dawna nieczynnych sklepów, zasikanymi bramami.
No i właśnie, idę sobie z okiem podmalowanym, dzierżąc moją torebusię, a tu z okna wychyla się koleś i wrzeszczy na żulika chwiejącego się na chodniku:
– Stary! Ale jak jeszcze raz będziesz tu w bramie lał…
Żulik w obronnym geście przyciska ręce do wątłej piersi.
– Tak, do ciebie mówię!
– Ale że niby ja tu leję? – wzbrania się żulik, niedyskretnie poprawiając rozporek. Chłop w oknie prycha:
– A niby kurwa kto, ja?!
Nie wiem, jak się rozmowa skończyła, bo do teatru weszłam.

Hotel za to wyjęty z innej epoki, wysokie sufity i windziarz, który czatował na mnie za każdym razem, gdy wchodziłam do lobby. Mieszkałam raptem na drugim piętrze, jeździć windą nie planowałam, ale bardzo poważnie traktujący swoje obowiązki pan windziarz miał inne zdanie w temacie.
Mój fryz a’la Zula Pogorzelska był jak znalazł w tym otoczeniu.
Tylko te świetlówki w korytarzach, no.
Interesujące to było doświadczenie (tym bardziej, że przy śniadaniu zdybałam filmowców dyskutujących żywo o scenografii – nie da się zapomnieć, w jakim mieście się jest). Zresztą ja nie jestem szczególnie wymagająca, a po zakopiańskim hotelu Gromada, w którym niegdyś nie zmrużyłam oka przez całą noc, każda noclegownia wydaje mi się szczytem luksusu. Chociaż nie, było jedno gorsze miejsce w Londynie, ale wtedy byłam tuż po studiach, bardzo kiepsko zarabiałam i widziały gały, co brały.

W drodze towarzyszył mi Karel Čapek – fantastyczne te jego listy; na dzień dobry, siedząc przy obiedzie, przeczytałam 130 stron (dobra, są obrazki, dlatego tak szybko mi szło). Co najciekawsze, prawie wcale się to nie zestarzało, a on przecież podróżował w latach 20. i 30. Miał niebywały zmysł obserwacji, pióro bardzo ostre. Można by tę książkę zabrać zamiast przewodnika, gdyby nie to, że to opasłe tomiszcze w twardej okładce.
Kupiłam też nowego-nienowego Bourdaina, bo lubię faceta i jego rozpasany hedonizm. On pije, pali, przeklina, jada rzeczy niekoniecznie zdrowe, ale świetnie się na nich zna. W paru miejscach opisywanych przez niego już byłam (ach, zatęskniło się za chatkami ostrygowymi), parę innych nasunęło mi myśl, że warto by się wybrać, odkryć nowe widoki, nowe smaki.
Mógł co prawda ten Bourdain darować mi opis zarzynania jagnięcia, ale i tak znakomicie się czyta. Weganom nie polecam, jeździ po nich jak po łysej kobyle.

Nocą obudziła mnie oszałamiająca burza. Uwielbiam – pod warunkiem, że ona i ja jesteśmy od siebie oddzielone ścianami i dachem. Oczywiście troszkę wolałabym też być w innym łóżku…
Zwlokłam się o siódmej rano, spodziewając się, że znów będę musiała w moich baletkach na gołych stopach lecieć przez deszcz, a tu niebo lazurowe. Szkoda wyjeżdżać.
I proszę sobie wyobrazić, że bardzo zaskoczyło mnie PKP. Pozytywnie. Takimi nowymi, klimatyzowanymi, wygodnymi pociągami to ja się po Austrii rozbijałam, w Polsce gapię się na nie jak na UFO. Cóż z tego, że jechał trochę dookoła, skoro i tak przyjechał punktualnie? Ale współtowarzysze podróży mimo wszystko znaleźli sobie mnóstwo powodów do narzekania.
Wiosna w kraju wybuchła z całą mocą, pola zielone aż miło, bociany.
A gdy płaski krajobraz za oknem lekko się fałduje, wiem, że niebawem będę w domu i zrobię sobie wielki kubek parzącej w usta kawy.

Zapomniałabym. Proszę o uwagę państwa ze stolicy. Obiecałam, że nagłośnię, to i nagłaśniam, bo warto. 3 czerwca w Teatrze Polonia wspomniany już dziś Korez wystawi Cholonka. Trzeba zobaczyć.
Przezabawne i bardzo gorzkie zarazem, i z żadnej książki nie dowiecie się tyle o Ślązakach. Aktorstwo wyśmienite.
Nie zniechęcajcie się tym, że nie znacie gwary.
Zrozumiecie, o co chodzi.