A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Reklamy

What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

Gdy człowiek zrywa się z łóżka o czwartej rano, z brzydkim słowem na ustach, bo znów pomylił guzik „przesuń o 10 minut” z przyciskiem „wyłącz”, przez cały poranek marzy tylko o tym.

image

Niechby z proszku. Byle było gorące i w miarę gorzkie.

Rozespana i półżywa dzięki wrażeniom ostatnich dni, doleciałam cało, przylepiając nos do zimnej szyby, jakbym nigdy wcześniej tego miasta nie widziała. Przyczesałam włos w lotniskowej łazience i wsiadłam do metra, zachodząc w głowę, jak ten cały Lancz będzie wyglądał.
Otóż, proszę ja was, było raczej uroczo. Pan krytyk to nie żadna napuszona persona, ale wielce sympatyczny dżentelmen o ogromnej teatralnej wiedzy i takich też konszachtach. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy po koktajlu, pogawędziliśmy sobie o tym i owym, dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o paru ciekawych ludziach, natomiast przez cały czas, siedząc w tej knajpie, która istotnie jest raczej stagey, miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.
– You’re in for a treat tonight – powiedział mi pan krytyk, gdy się rozstawaliśmy. – Please let me know your thoughts after the show.
Pan krytyk miał na myśli Bachantki, których premiera odbyła się poprzedniej nocy. Kiedy świtem siedziałam na lotnisku, w otchłań internetu wyruszały pierwsze wielogwiazdkowe recenzje i zdjęcia wzbudzające pragnienie zobaczenia tego natychmiast.
Almeida Theatre to taki nieduży teatr w Islington, w północnym Londynie. Znany z tego, że robi dobre rzeczy i nie obawia się pojechać po bandzie. I teraz wystawili w nim Eurypidesa. Grecka tragedia, niby nic nowego, nieprawdaż.
Byłam zachwycona. Rozumiem przy tym, że to nie jest rzecz z gatunku podobających się każdemu i że można opuszczać widownię, mamrocząc pod nosem „co to, k****, było”. Powiedzmy, że ta historia nie jest opowiadana w zwyczajny sposób (choć jednocześnie w najbardziej klasyczny z możliwych, z zachowaniem teatralnych zasad starożytnej Grecji). Mamy tylko trzech mężczyzn grających wszystkie główne role – i chór, złożony z dziesięciu bosych kobiet, wyśpiewujący całą opowieść, zanoszący momentami nieco spazmatyczne, zmysłowe modły do swojego boga i wieszczący nędzną przyszłość tym, którzy się go nie ulękną. Bo bóg, napełniający serca i lędźwie swoich wyznawczyń czystą radością, potrafi okrutnie się zemścić na tych, którzy nie oddają należnego mu szacunku.
Śpiew tych kobiet oszałamia i uwodzi, i dzięki niemu cały spektakl przypomina raczej operę, przetykaną tylko z rzadka dialogami.

Ben Whishaw to jest bez dwóch zdań zwierzę sceniczne, które trochę przegląda się w oczach publiczności i łatwo wchodzi z nią w interakcję, jest też aktorem bardzo zdolnym. I jest w nim coś niebywale uwodzicielskiego.
Co nie zmienia faktu, że spektakl kradnie Bertie.
Bertie, zdobywca Oliviera za rolę panny Trunchbull w Matyldzie, na imprezę po premierze Bachantek przyszedł w małej czarnej. Sukience. To zdjęcie dowodzi, jaki facet ma do siebie dystans. Zaniepokojonych, iż tu jakiś dżęder będzie, pragnę uspokoić, że wczoraj po przedstawieniu Bertie objawił się w całkiem pospolitych dżinsach. Bardzo, ale to bardzo chciałam mu powiedzieć, co myślę o jego robocie w tym spektaklu, ale od razu złapali go w objęcia starsi państwo – rodzice, jak przypuszczam – i nie było okazji. Następnym razem z pewnością to zrobię, kosztem trzęsących się kolan, gdyż ten facet to fenomen.
To jeden z tych aktorów, którzy ani chybi żyły by sobie otworzyli, gdyby rola tego wymagała. Na szkoleniach z team buildingu zwykle jest takie ćwiczenie, które polega na tym, że ktoś rzuca się plecami na podłogę, licząc, że stojąca za nim osoba go złapie. Bertie tak robi z publicznością. Jest cały jej. Jest jak rozpędzony bolid, który, mając mur przed sobą, tylko przyśpiesza. Najpierw niepozorny, znienacka ciska swoim napalmem, przyprawiając widzów o gwałtowny opad szczęki. W pierwszych scenach nic nie zapowiada trzęsienia ziemi – ot, wyżelowany koleś w garniturze. Całkiem przeciętny, taki młody, ale zdolny działacz polityczny albo trzęsący giełdą zza biurka bankier z City, pełno takich w wiadomościach, mówiących okrągłe zdania i pachnących władzą. Zwolennik twardych zasad, komunikujący jasno – pozbądźcie się tych zwariowanych bab, nie pozwolę na taki nieporządek. Tylko że (jeśli wybieracie się na ten spektakl, NIE CZYTAJCIE DALEJ) w ostatniej scenie Bertie gra matkę swojego bohatera ze scen pierwszych; przewodzi temu szaleństwu, jest jedną z bachantek, na wpół zdziczałą kobietą z potarganymi siwymi włosami, z pokrytymi błotem ramionami i stopami, zawodzącą śpiewnie – ma się ten głos – nad ciałem zabitego syna. Jego przemiana jest szokująca. Whishaw, pojawiający się w ostatnich minutach jako rozgniewany Bachus, pół-byk, zadający karę nieposłusznym, jest oczywiście fantastyczny, ale to Carvel zabrał sobie bezczelnie to przedstawienie i zrobił ze swojej roli coś w stylu „a teraz pokażę wam, co potrafię zagrać, cóż, wszystko potrafię, nawet ciebie, i ciebie też”. Jego wielką zaletą jest to, że jest z twarzy podobny do nikogo, to znaczy oczywiście atrakcyjny zeń mężczyzna, ale o ile Whishaw jest niesłychanie charakterystyczną osobą, o tyle Bertie jest taki… zwyczajny, i dzięki temu bardzo plastyczny, zdolny do gwałtownych metamorfoz. To, co z niego na scenie wyłazi, jest nie do ogarnięcia, zwłaszcza gdy po przedstawieniu widzicie takiego tam gostka w szarym sweterku podążającego do teatralnego baru.
Nawiasem mówiąc, jest w tym spektaklu scena, gdy jego Penteusz wydaje rozkazy strażom, a tak naprawdę widzom, mówiąc prosto do nich i celując w nich palcem – w tym w niżej podpisaną, oczywiście wziętą w tym momencie żywcem do nieba. Bertie ma zielone oczy.
Nota bene, panowie Whishaw i Carvel studiowali razem i przyjaźnią się od lat. I to się czuje. Jest między nimi wielka chemia. W ich wspólnych scenach aż dymi. Nie mam tu na myśli efektów specjalnych (choć są – a najlepsze jest oświetlenie, przesuwający się bezgłośnie dysk z reflektorami, płynący nad sceną jak latający spodek czy raczej tarcza słońca), tylko powalającą charyzmę tych dwóch.

I to jest właśnie to. Ta magia. Dziś po południu wróciłam znużona z przedstawienia, które nie mogło się nie udać – osławiony teatr Young Vic, Proces Kafki, wspaniały Rory Kinnear w głównej roli. A jednak. Zamysł dobry, momenty bardzo dobre, ale całość rozłaziła się w szwach do tego stopnia, że facet obok mnie zasnął. Poważnie. Ja też, Bogiem a prawdą, chwilami myślałam tylko o tym, że Kinnear ma bardzo owłosione plecy i o tym, że w sumie głodna jestem, bo nijak nie mogłam skupić się na treści.
A Bachantki, cóż…

image

Women and wine – toxic combination!

I caught you, sunshine!

Ocknęłam się o niemożliwej godzinie, złamałam wszelkie prawa fizyki i zmieściłam moje wielkie zakupy w niewielkiej torbie, dopchnęłam kolanem, przejechałam się zatrważająco pustym metrem,

DSC_0029

przesiadłam w pociąg na lotnisko, zzułam oficerki na prośbę umundurowanego przystojniaka, usiadłam w knajpeczce, zamówiłam śniadanie (oraz kieliszek prosecco, ale nie powiecie nikomu, prawda?) – i wtem usłyszałam z głośników to, czyli moją nową-starą piosenkę przewodnią.
Oniemiałam.
Uśmiechnęłam się do własnych myśli i poczułam, że oczy mnie jakoś dziwnie pieką.
No film, mówię wam, film.

Znowu będzie o teatrze, bardzo przepraszam.
Prosty sposób na wściekle piszczącą widownię – Colin Morgan (Merlin i Dr Who), Ben Whishaw (nowy Q w Bondach plus Atlas chmur i Pachnidło) i Rupert Grint (takie tam filmiki o małym czarodzieju…) na jednej scenie.
Chciałabym umieć tak dotkliwie piszczeć. W życiu nie słyszałam takiej beatlemanii w teatrze i pewnie nieprędko usłyszę.
Muszę tu dodać, że Morgan, z cudownie chamowatym akcentem i obsadzony w roli o lata świetlne odległej od emploi (pawie pióra w teatrze?! a to niby taki pech!), bardzo przyciąga uwagę, w dodatku groteskowo umiera i pięknie, z zawstydzonym uśmiechem powstaje, by się ukłonić – ale show kradnie Ben.
Jak on śpiewa. Matkobosko, jak on fenomenalnie śpiewa, niby od niechcenia, bo jego bohater to taki trochę dżolo, lokalna gwiazdeczka, co to lubi mieć efektowne wejścia (dodajmy, że rzecz dzieje się w klubie muzycznym w latach 50.) i najmodniejsze ciuchy – ale ma kawał pięknego głosu. Obiło mi się o uszy, że ma grać Freddiego – TEGO Freddiego. Teraz rozumiem, dlaczego go wybrali. Podoła.
Oczywiście po drodze okazuje się, że gwiazdeczka jest srogo zaburzona psychicznie i ma swoje na sumieniu. Takich, jak wiadomo, nasza bohaterka kocha najmocniej.
Najbardziej znany z całego towarzystwa, Rupert, z pewnością bardzo się starał, ale trafił między zwierzęta sceniczne, które nie muszą nawet ust otwierać, żeby zahipnotyzować publiczność. Wypadł dobrze… no, po prostu dobrze. Głowy mi nie urwał. Whishaw tańczący z szafą grającą owszem, urwał.
I och, zapamiętajcie nazwisko – niezbyt znany Daniel Mays, aktor głównie teatralny i obłędnie zdolny. To nie tylko moja opinia; wszędzie go chwalą.

Czarowne było to, że aktorzy odklaskiwali (jest takie słowo? bo mi podkreśla) widowni i zamiatali włosami deski, kłaniając się. Żadnego gwiazdorzenia.
I sam teatr jest niebywale piękny, bardzo dostojny. Uczucie, że oto wchodzi się po tych samych schodach, po których kiedyś szła Marilyn Monroe, jest nie do zapomnienia.

A wcześniej tego dnia maszerowałam wzdłuż Tamizy do Tate,

DSC_0019
DSC_0018

gdzie akurat całkiem ciekawą wystawę mają, Art under Attack. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o dzieła sztuki, które próbowano zniszczyć. Od religijnych w epoce reformacji, przez budzące gniew sufrażystek, po współczesne i budzące niedwuznaczne skojarzenia. Szczerze pisząc, pozostawiła we mnie ta wystawa pewien niedosyt, ale tak czy inaczej zobaczyć warto, jeśli będą państwo w Londynie. W ogóle warto wybrać się do Tate, co jest raczej oczywiste.

Nie miałam dziś odwagi sprawdzić stanu mojego konta. Obawiam się, że kwota na nim jest najwyżej dwucyfrowa, jeśli w ogóle jest. Do końca miesiąca nie odbieram żadnych połączeń z numerów zastrzeżonych (i tak nigdy ich nie odbieram, ale teraz nie odbieram ich jeszcze bardziej).