I’m with Prada, I’m with Gucci

Nie wiem jak u was, ale u mnie na twarzoksiążce z zatrważającą regularnością pojawia się zachęta do nabycia biletu na musical o Karolu, papieżu w sensie.
Otóż, droga twarzoksiążko, powiem krótko.
Nie.
Po pierwsze – ile można ogrywać te same wątki? Po drugie – czemu mam wrażenie, że to będzie tanio sentymentalne? Znaczy nie wątpię, że bilety się sprzedadzą, ale naprawdę nie można napisać w końcu czegoś świeżego?…

Ale, ale. Żeby tak smutno nie było.
Chanel, Gaultier or Giorgio Armani, Moschino, Alaïa, or Norma Kamali
Jeden z moich ulubionych musicali – jeśli nie ulubiony – idzie na Broadway. Przy tej okazji wypuszczają soundtrack; niektórych kawałków można już w internecie posłuchać. Kompozytor wspominał w internecie, że to zostanie nagrane, tylko że to było ponad dwa lata temu i zdążyłam stracić wiarę. A tu proszę.
Wersja londyńska miała lepszy plakat – tylko słuchawki (Patrick Bateman, jeśli kto czytał książkę, kochał swojego walkmana), po których ściekała krew.
1525672_10203349649087854_891293485_n
Miała też Matta Smitha w głównej roli. Nie wątpię, że jest przemiły we własnej osobie, ale po tym przedstawieniu chyba bym osiwiała ze strachu, gdyby mnie z nim zamknęli w jednym pokoju.
Pamiętam, że mnie ten spektakl zachwycił. Był tak rozkosznie odjechany w kosmos – bo zrobić musical o psychopatycznym mordercy, który za dnia obraca ciężką forsą na Manhattanie (co te korporacje z ludźmi robią), gustuje w nijakim popie, uwielbia opisywać swoje ablucje i nosi tylko stosownie drogie ciuchy, a nocami smaży kobiece piersi na patelni? Śmiałe. Normalnie to w musicalach tańczą z parasolkami i śpiewają do ludu Argentyny, a tu takie coś.
Should I rock the Betsey Johnson or stick with classic Comme des Garçons?
Szczerze wolałabym zobaczyć u nas to niż musical o papieżu, ale wiem – tantiemy. Że o wątkach moralnych nie wspomnę.

A jakby tego było mało, mój jakże kochany Bertie (który ma osobną szufladkę w moim nieszczęsnym sercu i wielbię go ogromnie, jeszcze ogromniej odkąd mu się przedstawiłam – oczywiście najchętniej poświęciłabym temu wydarzeniu kolejny wpis lub dwa, wszak wszyscy wiedzą, że jestem świetna w rozwlekłym opiewaniu swoich kolejnych miłości, ale już o tym było w listopadzie, zamknij ten nawias natychmiast) wraca do teatru, tym razem jako reżyser. Oczywiście, że będę próbowała to zobaczyć. Nieważne, że to poza Londynem, nieważne, że Bertie nigdy wcześniej niczego nie reżyserował, nieważne, że sztuka raczej ciężka (w świetle poprzednich artystycznych wyborów koleżki to mnie akurat nie dziwi). I przede wszystkim nieważne, że wątpię, by reżyser co wieczór był obecny na spektaklu, na wypadek gdyby jakaś dziwna cudzoziemka postanowiła go wyczekiwać. Po prostu chcę, bo staram się oglądać wszystko, w czym moi ulubieńcy w taki czy inny sposób maczają palce, nawet gdyby był to wieczór kałmuckiej poezji śpiewanej. No i trochę myślę, że jeśli gościu potrafi tak odważnie grać, to być może potrafi równie odważnie reżyserować, a to zapowiadałoby coś bardzo interesującego.
Dobra wiadomość, naprawdę dobra.
W ogóle dzisiaj dużo było takich okołoteatralnych – ogłoszono na przykład pierwsze nazwiska biorące udział w imprezce, którą Globe urządza nad Tamizą podczas świętowania czterechsetnej rocznicy śmierci wiadomego barda. To są tylko PIERWSZE nazwiska, więc wyobraźcie sobie, kogo oni mogą jeszcze w rękawie trzymać! Niestety chwilowo wiele wskazuje na to, że nie będę miała szansy uczestniczyć w tym wyjątkowym spacerze, ale pociesza mnie to zdanie: „The Complete Walk will also be brought to other cities around the country and the world”.

Reklamy

It was lovely to have met you

Troszeczkę inaczej miał wyglądać dzisiejszy wpis, ale wszyscy wiemy, co się stało. Budzik mi zadzwonił o trzeciej trzydzieści, z użyciem siły otwarłam jedno oko i sięgnęłam po telefon. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy o Francji piszą. Nie zjadłam śniadania przed wyjściem z domu, bo nie zdążyłam, pochłonięta paskudnymi wiadomościami. A potem pani w dworcowej kasie, do której stałam w ogonku – głodna i bez kawy, o piątej rano, mind you – przez kwadrans, powiedziała mi, że bilety na lotnisko tylko w pociągu. To miło, że mogłam stracić 15 minut życia, by się tego dowiedzieć. Tak czy inaczej, na lotnisko dotarłam, a z lotniska dalej.

Londyn zwykle świeci jasno nocami, ale wczoraj świecił inaczej.

Tak czy inaczej, życie musi toczyć się dalej – niechby po to, by nie dać oszołomom satysfakcji.

Poleciałam do Londynu na dokładnie 30 godzin. Tylko po to, żeby zobaczyć dwa przedstawienia. O pierwszym spektaklu będzie jutro, najpierw będzie o drugim.

Kiedyś czytałam felieton Caitlin Moran, w którym pisała o tym, jak bardzo podziwia ludzi przychodzących się z nią przywitać po spotkaniach autorskich – oni przecież nie wiedzą, do kogo tak naprawdę idą i komu mówią rzeczy często bardzo intymne, a na pewno nasycone emocjami. Ryzykują, że usłyszą „yeah, right” lub w ogóle nic. Ryzykują, że pokażą miękki brzuszek komuś, kto na to nie zasługuje. A jednak idą. Dziękują. Zanoszą prezenty czasami. Caitlin napisała w tym felietonie, że dla ludzi po drugiej stronie to też jest przeżycie i to nigdy nie jest bez znaczenia; że widzi z trudem skrywaną radość na twarzy przejętego fana myślącego „ona już wie, że istnieję…”. To jest ten moment, że zacytuję Amandę Palmer, I see you. Widzę cię. Teraz już się znamy.
Nigdy nie chodziłam pod stage door, z jednym wiadomym wyjątkiem. Nie czuję się zbyt wygodnie z moją nieśmiałością. Raczej dziwna sytuacja, bo normalnie przecież nie zaczepiacie obcych ludzi na ulicy, żeby im powiedzieć, że ich lubicie, prawda? Wczoraj poszłam znów, obejrzawszy Włochatą Małpę. Musiałam.

Bertie Carvel, uważam, jest aktorem wybitnym. Jak pisałam, jego wielką zaletą jest jakaś taka niepodobność do nikogo i niebywała plastyczność. Nie ma posągowej urody (jeśli chce, to potrafi być uderzająco przystojny, ale jeśli nie, to nie), nie ma wielkiej fanbazy produkującej memy z nim – on ma coś lepszego, mianowicie iskrę bożą. Fenomenalny talent. On by was zagrał. On by zagrał książkę kucharską i sprawozdanie roczne firmy księgowej. Zauważyliście na przykład, że on był w Sherlocku? Nie? Właśnie.
Od tego faceta nie sposób oderwać oczu, gdy pojawia się na scenie.
To, robi w tej sztuce, jest niemożliwe. Współczuję nieco ludziom, którzy z nim grają, bo to jak próbować wyścigu z shinkansenem (z recenzji w Variety: The others are big blokes; next to Carvel they look like meerkats – on nie jest najbardziej napakowanym mężczyzną na scenie, choć trochę jest, ale gasi resztę towarzystwa samą obecnością). Gość ma niesamowitą charyzmę. Ma też wielką sceniczną odwagę – jak wspominałam przy okazji Bachantek, on się w publiczność rzuca. Są aktorzy, którzy uparcie trzymają się wizerunku. Bertie nie ma wizerunku. Bertie może być każdym. Korzysta z tego, podejmując raczej śmiałe decyzje zawodowe i wybierając role, których wielu kolegów po fachu by nie wzięło.
I tym razem jest agresywnym prostakiem, mówiącym kaleczoną angielszczyzną, z chamskim akcentem, z głębokiej amerykańskiej prowincji, który próbuje sam siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie jest obrzydliwą bestią, po tym, jak zostaje tak nazwany przez stającą z nim oko w oko panienkę z wyższych sfer. To spocony robol szukający swojego miejsca w wypomadowanym świecie, próbujący rozpaczliwie udowodnić swoją wartość. Trudno uwierzyć, że elegancki, apodyktyczny Penteusz z pierwszych chwil Bachantek (bo co było w chwilach końcowych, to inna historia) i ten muskularny, porywczy, dość odpychający typ z ogoloną głową są tą samą osobą w pozateatralnej rzeczywistości. Że nie wspomnę o pannie Trunchbull.
Ten spektakl zebrał bardzo skrajne opinie, to taki, jak to Angole nazywają, Marmite – czyli coś, co albo się kocha, albo nienawidzi. Jeśli o mnie chodzi, jestem w tej drugiej grupie i nie tknę tego paskudztwa dobrowolnie. Mówię o Marmite, bo przedstawienie podobało mi się bardzo. Rozumiem natomiast, czemu może nie przypaść do gustu. Po pierwsze sam tekst jest dziwny, napisany niewdzięcznym językiem. Po drugie bohater nie od razu wzbudza sympatię. Po trzecie adaptacja jest raczej surowa – okrętowa kotłownia, w której przerzuca węgiel Yank, to tylko drewniany kontener. Jest też moment, gdy scena Old Vic jest całkowicie pusta, co mnie oczywiście zachwyciło, bo uwielbiam przyglądać się tej całej maszynerii, zwykle dla widzów niewidocznej, niemniej zdaję sobie sprawę, że nie każdy tego szuka. Nie każdy chce widzieć odrapane teatralne zaplecza.
Po przedstawieniu skręciłam za róg i odczekałam swoje, aż wyszedł taki niepozorny kolo w szaliku. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że ponownie chciałam przez chwilę uciekać i co prawda nie zapomniałam tym razem, co chciałam powiedzieć, ale kolana to mi tak trochę drżały, właściwie raczej się trzęsły.
Bertie jako Bertie jest bardzo miłym człowiekiem, który mi uścisnął dłoń, wypytał o podróż, gdy usłyszał, że przyleciałam z daleka (that’s quite a journey! – ależ nic takiego, Bertie, dla ciebie mogę), poklepał po ramieniu, bardzo się ucieszył, kiedy mu wyszemrałam, że widziałam też Bachantki, ale wstydziłam się wtedy podejść, powiedział, że jestem słodka (sic!) i uśmiechał się tak, że wszystkie nieszczęścia tego świata na chwilkę zbladły. Długo tego szerokiego uśmiechu nie zapomnę. Temu człowiekowi z oczu wygląda dobra dusza. Powiadam, on zna Józefa.

No mask like open truth to cover lies, as to go naked is the best disguise

Odzyskawszy mój nieoceniony sprzęt, mogę na nowo oglądać wyspiarską telewizję. A w wyspiarskiej telewizji jest akurat coś bardzo dobrego, mianowicie Doctor Foster.
Jest to dobre z dwóch powodów. Po pierwsze scenariusz napisał Mike Bartlett, który jest jednym z najlepszych współczesnych dramaturgów (i jest młodszy ode mnie o 5 miesięcy, co mnie niesłychanie dołuje). To człowiek, który napisał między innymi Karola Trzeciego – sztukę o tym, jak na tron wstępuje syn panującej obecnie królowej i nie za bardzo mu rządzenie Brytanią wychodzi. Wielkim to było przebojem w ubiegłym roku. Co ciekawe, osoby dramatu, czyli rodzina królewska i jej otoczenie, mówią pentametrem jambicznym (diDUM diDUM diDUM diDUM diDUM) – ludzie spoza ich świata porozumiewają się normalnie.
Teraz Bartlett napisał to. Serial. Niby nic. Jest sobie piękna żona lekarka, jest jej przystojny mąż deweloper, mają uroczego synka, mieszkają w pięknym domu, jeżdżą błyszczącymi samochodami i pijają wieczorami wino. Ot, sielanka. Tylko że któregoś dnia mąż pożycza żonie szalik, bo zgubiła swój. Żona, odwieszając szalik na wieszak w swoim gabinecie, zauważa włos. Włos jest blond i długi. A ona jest brunetką.
No i się zaczyna.
Główna bohaterka robi to, co najpewniej zrobiłaby każda kobieta podejrzewająca to i owo, mianowicie rozpoczyna śledztwo. Nie będę dalej pisać, bo nie chcę psuć zabawy tym, którzy zamierzają to obejrzeć. W każdym razie jeśli sądzicie, że to jakiś łzawy smęt – nic bardziej mylnego. No i jest jeszcze drugi powód, dla którego obejrzeć to warto, mianowicie osobnik o wdzięcznym imieniu Bertie (wreszcie wrzucili zdjęcia z ostatnich scen Bachantek – mój rozum z wielkim trudem przyjmuje fakt, że to i to jest tą samą osobą – pisałam przecież, że to fenomen). Widz ma nawet czas na dość wnikliwą obserwację pewnych części ciała Bertiego.
Jak na ironię, po obejrzeniu pierwszego odcinka serialu maglującego wątek zdrady małżeńskiej odbyłam dość ciekawą rozmowę z panem, co mnie onegdaj zapraszał na wycieczkę, pamiętacie go zapewne. Odezwał się wczoraj do mnie z kolejną propozycją spotkania, tym razem bardziej przyziemną, ale mimo wszystko sprowadzającą się do wiadomych czynności. Gdy odpisałam, że bardzo chętnie wypiję z nim kawę czy zjem obiad, jeśli będzie w okolicy, niemniej o niczym więcej mowy być nie może, chłop zamilkł na dwie godziny, po czym tuż przed północą wysmarował mi sążnistą epistołę, z której każdego zdania bił foch, a którą kończyło zdanie, że lepiej, żebyśmy w ogóle nigdy się nie spotykali w żadnych okolicznościach (ależ proszę bardzo) i zachowali tym samym, uwaga, godność.
GODNOŚĆ.
Facet kombinuje, jak zdradzić żonę i ma przy tym czelność pisać o godności.
Gdy już przestałam się śmiać, chciałam mu odpowiedzieć krótko, że życzę dobrej nocy, ale mnie zablokował.
Trzy miesiące temu to był sympatyczny i inteligentny człowiek, z którym naprawdę dało się przyjemnie porozmawiać. Potem nagle pojawiły się dziwne teksty i pomysły, a wczoraj to. Urażony testosteron.
Powiedzcie mi proszę, skąd się to w ludziach bierze?

No, ale żeby zakończyć pozytywnym akcentem, bardzo chcę, żeby było już za dwa tygodnie, albowiem na Globowym blogasku przeczytałam przed chwilą gościnny wpis pani, która reżyseruje ostatnie Read Not Dead w tym sezonie i znalazłam w nim dość frapujące zdanie.
Actually, I’m a lot excited about my cast for this Read Not Dead. We’ve got Read Not Dead veterans, those making their debut and people in between, plus the return of a certain actor, you might say they’re back by popular demand.
Ooo?…
Mogłaby pani rozsypać trochę więcej fasolki, bo chciałabym wiedzieć, czy potrzebuję nowej sukienki, czy też mogę iść w byle czym. Ale żeby się nadmiernie nie ekscytować – skoro na razie wiadomo tylko tyle, ile powyżej – przeczytałam do końca i zmartwiałam, dotarłszy do zdania: I might even throw in a bit of audience participation.
Jezuniu, błagam, NIE.

Magic to make the sanest man go mad

Wierzcie lub nie, ale naprawdę większość piątku spędziłam na oglądaniu – i słuchaniu, z ogromną przyjemnością – ludzi czytających grecki epos. Kiedy musiałam wyjść z domu, by udać się w podróż na zieloną trawkę (nadal nie całkiem do mnie dociera, że istnieje we wszechświecie coś takiego, jak długie weekendy), włączyłam sobie transmisję w telefonie – daj Boże, iż nie zużyłam całego limitu przesyłu danych na grecki epos. Facet w autobusie zaglądał mi przez ramię bez krępacji, licząc być może, że to, co oglądam, umili mu najbliższe nudne godziny, ale w końcu zrezygnował. Widocznie podejrzewał, że oglądam serial z licznymi scenami erotycznymi albo bitewnymi chociaż, a nie jakichś gadających ludzi, którzy od czasu do czasu wymachują rękami albo robią dziwne miny. Trzeba mieć coś z głową, żeby wolny, słoneczny piątek spędzić w taki sposób. Pocieszam się, że z pewnością chodzą po tym łez padole ludzie, którzy mają dziwniejsze zainteresowania. Bardziej niezdrowe również. Moje może są umiarkowanie pasjonujące dla postronnych, ale przynajmniej nikomu nie szkodzą.
Wreszcie, późno wieczorem, doczekałam się tego, na co czekałam od rana. Żywię cichą nadzieję, że ten wycięty fragment streamingu został może opublikowany przynajmniej półlegalnie, za przyzwoleniem kierownictwa teatru i samego wykonawcy (jaaasne…). Tak czy inaczej, jeszcze długo nie przestanę piać nad obezwładniającym talentem tego faceta. Z pewnością są w szołbiznesie przystojniejsi i bardziej popularni, i wiecie co, weźcie ich sobie.

Na zielonej trawce było cudownie, dopóki znienacka mnie, zagłębionej w lekturze na leżaku, ubranej tylko na tyle, żeby sąsiedzi zza płota się nie gorszyli, nie zaniepokoiła podejrzana kropla, która mi spadła z nieba na czytaną akurat stronę. Podniosłam głowę, żywiąc cichą nadzieję, że to przelatujący kos nasiusiał. Zamiast kosa zobaczyłam piętrzące się cumulonimbusy. Chwilę potem wiałam w popłochu, ciągnąc za sobą leżak. A przed zmierzchem mamy już jesień pełną gębą.

Ale, ale. Żebyście nie myśleli, że ja taka ambitna, tylko starożytni, niedziele nad opasłymi tomiszczami i podobne nudziarstwa. Otóż drugim wspaniałym odkryciem minionych dni jest to, iż szczególnie ceniony przeze artysta (dufam, iż nazwisk już nie muszę podawać, ale tak, tak – znany miłośnik sztuk wizualnych, sam zarazem będący sztuką wizualną) założył sobie konto na Instagramie. Chciałabym powiedzieć, że non stop tej aplikacji używam; niestety słabo ją kumam – wiem, nędzny ze mnie bloger, skoro nie jestem oblatana w social media i nie informuję wszelkimi dostępnymi kanałami, w jakiego koloru piżamie sypiam (dla zainteresowanych, w cielistej, hmhm). Niemniej jeśli sprawy tak się mają, to spróbuję się przekonać, bo przecież sobie nie odmówię. Zawartości na rzeczonym profilu na razie niewiele, ale ta, która jest, przyprawiła mnie o szczery kwik. Ot, siedem sekund cenionego artysty miziającego małe, puchate źrebaczki i wybuchającego swoim rozbrajającym gulgotem – i nasza bohaterka od razu jest bardzo zadowolona z życia. Ludzkość by od razu złagodniała, gdyby takie wrzuty pojawiały się w sieci codziennie. Jak to niewiele trzeba do szczęścia…

What seemed likely did not happen. But for the unexpected a god found a way.

Gdy człowiek zrywa się z łóżka o czwartej rano, z brzydkim słowem na ustach, bo znów pomylił guzik „przesuń o 10 minut” z przyciskiem „wyłącz”, przez cały poranek marzy tylko o tym.

image

Niechby z proszku. Byle było gorące i w miarę gorzkie.

Rozespana i półżywa dzięki wrażeniom ostatnich dni, doleciałam cało, przylepiając nos do zimnej szyby, jakbym nigdy wcześniej tego miasta nie widziała. Przyczesałam włos w lotniskowej łazience i wsiadłam do metra, zachodząc w głowę, jak ten cały Lancz będzie wyglądał.
Otóż, proszę ja was, było raczej uroczo. Pan krytyk to nie żadna napuszona persona, ale wielce sympatyczny dżentelmen o ogromnej teatralnej wiedzy i takich też konszachtach. Zjedliśmy obiad, wypiliśmy po koktajlu, pogawędziliśmy sobie o tym i owym, dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy o paru ciekawych ludziach, natomiast przez cały czas, siedząc w tej knajpie, która istotnie jest raczej stagey, miałam wrażenie, że to się nie dzieje naprawdę.
– You’re in for a treat tonight – powiedział mi pan krytyk, gdy się rozstawaliśmy. – Please let me know your thoughts after the show.
Pan krytyk miał na myśli Bachantki, których premiera odbyła się poprzedniej nocy. Kiedy świtem siedziałam na lotnisku, w otchłań internetu wyruszały pierwsze wielogwiazdkowe recenzje i zdjęcia wzbudzające pragnienie zobaczenia tego natychmiast.
Almeida Theatre to taki nieduży teatr w Islington, w północnym Londynie. Znany z tego, że robi dobre rzeczy i nie obawia się pojechać po bandzie. I teraz wystawili w nim Eurypidesa. Grecka tragedia, niby nic nowego, nieprawdaż.
Byłam zachwycona. Rozumiem przy tym, że to nie jest rzecz z gatunku podobających się każdemu i że można opuszczać widownię, mamrocząc pod nosem „co to, k****, było”. Powiedzmy, że ta historia nie jest opowiadana w zwyczajny sposób (choć jednocześnie w najbardziej klasyczny z możliwych, z zachowaniem teatralnych zasad starożytnej Grecji). Mamy tylko trzech mężczyzn grających wszystkie główne role – i chór, złożony z dziesięciu bosych kobiet, wyśpiewujący całą opowieść, zanoszący momentami nieco spazmatyczne, zmysłowe modły do swojego boga i wieszczący nędzną przyszłość tym, którzy się go nie ulękną. Bo bóg, napełniający serca i lędźwie swoich wyznawczyń czystą radością, potrafi okrutnie się zemścić na tych, którzy nie oddają należnego mu szacunku.
Śpiew tych kobiet oszałamia i uwodzi, i dzięki niemu cały spektakl przypomina raczej operę, przetykaną tylko z rzadka dialogami.

Ben Whishaw to jest bez dwóch zdań zwierzę sceniczne, które trochę przegląda się w oczach publiczności i łatwo wchodzi z nią w interakcję, jest też aktorem bardzo zdolnym. I jest w nim coś niebywale uwodzicielskiego.
Co nie zmienia faktu, że spektakl kradnie Bertie.
Bertie, zdobywca Oliviera za rolę panny Trunchbull w Matyldzie, na imprezę po premierze Bachantek przyszedł w małej czarnej. Sukience. To zdjęcie dowodzi, jaki facet ma do siebie dystans. Zaniepokojonych, iż tu jakiś dżęder będzie, pragnę uspokoić, że wczoraj po przedstawieniu Bertie objawił się w całkiem pospolitych dżinsach. Bardzo, ale to bardzo chciałam mu powiedzieć, co myślę o jego robocie w tym spektaklu, ale od razu złapali go w objęcia starsi państwo – rodzice, jak przypuszczam – i nie było okazji. Następnym razem z pewnością to zrobię, kosztem trzęsących się kolan, gdyż ten facet to fenomen.
To jeden z tych aktorów, którzy ani chybi żyły by sobie otworzyli, gdyby rola tego wymagała. Na szkoleniach z team buildingu zwykle jest takie ćwiczenie, które polega na tym, że ktoś rzuca się plecami na podłogę, licząc, że stojąca za nim osoba go złapie. Bertie tak robi z publicznością. Jest cały jej. Jest jak rozpędzony bolid, który, mając mur przed sobą, tylko przyśpiesza. Najpierw niepozorny, znienacka ciska swoim napalmem, przyprawiając widzów o gwałtowny opad szczęki. W pierwszych scenach nic nie zapowiada trzęsienia ziemi – ot, wyżelowany koleś w garniturze. Całkiem przeciętny, taki młody, ale zdolny działacz polityczny albo trzęsący giełdą zza biurka bankier z City, pełno takich w wiadomościach, mówiących okrągłe zdania i pachnących władzą. Zwolennik twardych zasad, komunikujący jasno – pozbądźcie się tych zwariowanych bab, nie pozwolę na taki nieporządek. Tylko że (jeśli wybieracie się na ten spektakl, NIE CZYTAJCIE DALEJ) w ostatniej scenie Bertie gra matkę swojego bohatera ze scen pierwszych; przewodzi temu szaleństwu, jest jedną z bachantek, na wpół zdziczałą kobietą z potarganymi siwymi włosami, z pokrytymi błotem ramionami i stopami, zawodzącą śpiewnie – ma się ten głos – nad ciałem zabitego syna. Jego przemiana jest szokująca. Whishaw, pojawiający się w ostatnich minutach jako rozgniewany Bachus, pół-byk, zadający karę nieposłusznym, jest oczywiście fantastyczny, ale to Carvel zabrał sobie bezczelnie to przedstawienie i zrobił ze swojej roli coś w stylu „a teraz pokażę wam, co potrafię zagrać, cóż, wszystko potrafię, nawet ciebie, i ciebie też”. Jego wielką zaletą jest to, że jest z twarzy podobny do nikogo, to znaczy oczywiście atrakcyjny zeń mężczyzna, ale o ile Whishaw jest niesłychanie charakterystyczną osobą, o tyle Bertie jest taki… zwyczajny, i dzięki temu bardzo plastyczny, zdolny do gwałtownych metamorfoz. To, co z niego na scenie wyłazi, jest nie do ogarnięcia, zwłaszcza gdy po przedstawieniu widzicie takiego tam gostka w szarym sweterku podążającego do teatralnego baru.
Nawiasem mówiąc, jest w tym spektaklu scena, gdy jego Penteusz wydaje rozkazy strażom, a tak naprawdę widzom, mówiąc prosto do nich i celując w nich palcem – w tym w niżej podpisaną, oczywiście wziętą w tym momencie żywcem do nieba. Bertie ma zielone oczy.
Nota bene, panowie Whishaw i Carvel studiowali razem i przyjaźnią się od lat. I to się czuje. Jest między nimi wielka chemia. W ich wspólnych scenach aż dymi. Nie mam tu na myśli efektów specjalnych (choć są – a najlepsze jest oświetlenie, przesuwający się bezgłośnie dysk z reflektorami, płynący nad sceną jak latający spodek czy raczej tarcza słońca), tylko powalającą charyzmę tych dwóch.

I to jest właśnie to. Ta magia. Dziś po południu wróciłam znużona z przedstawienia, które nie mogło się nie udać – osławiony teatr Young Vic, Proces Kafki, wspaniały Rory Kinnear w głównej roli. A jednak. Zamysł dobry, momenty bardzo dobre, ale całość rozłaziła się w szwach do tego stopnia, że facet obok mnie zasnął. Poważnie. Ja też, Bogiem a prawdą, chwilami myślałam tylko o tym, że Kinnear ma bardzo owłosione plecy i o tym, że w sumie głodna jestem, bo nijak nie mogłam skupić się na treści.
A Bachantki, cóż…

image

Women and wine – toxic combination!