The pines were roaring

Piąta trzydzieści rano. Sobota. Powtarzam, sobota, piąta trzydzieści. Wrzątek bulgocze w kawiarce, radio szemrze i nie ułatwia sprawy, coś niepokojąco kapie za oknami. Trudno powiedzieć, co – bo nic nie widać, na dole i u góry jednakowo gęsta szarość.
Zapinam kurtkę, naciągam kaptur, nabieram powietrza w płuca i wychodzę z domu. Po drodze na dworzec przynajmniej czterokrotnie myślę, żeby zawrócić. Moja ciepła kołderka, moja wanienka z pachnącą pianą, moje nieprzeczytane książki, po co ja się pcham w jakieś góry w taką pluchę i zimno?

Wysiadka na zakopiance, bo do początku szlaku trzeba dojść kawałek poboczem. Szliście kiedyś poboczem zakopianki? W deszczu? Na widok wyłaniającego się zza zakrętu tira należy odskoczyć jak najdalej w krzaki, a i tak oberwiecie fontanną jak z armatki wodnej. Pierwszą litanię kuchennej łaciny (kurwajapierdolęwracamdodomu) odmówiłam po dwudziestu sekundach. Szczęśliwie bardzo to był krótki odcinek, a gdy człowiek skręcił w las, od razu zrobiło mu się lepiej. I nawet jakby mniej padało.
Szlak bardzo przyjemny i łagodny, ale że warunki atmosferyczne od kilku dni były, jakie były, pokonywanie kałuż wymagało niekiedy uwieszania się gałęzi i innych ćwiczeń gimnastycznych. Błota co niemiara.
DSC_0015_9

DSC_0016_9
Tu przerwa na odśpiewanie pieśni miłosnej do moich butów, bo są najwspanialsze na świecie. To germański wynalazek, którego nic się nie ima. Urodę mają może trochę w stylu quadratisch, praktisch, gut, ale to bez znaczenia. One się nie ślizgają. Nie przemakają. A do tego są cieplutkie i lekkie, bardzo dobrze trzymają stopę, ale nie unieruchamiają jej jak w betonie, co niektóre górskie buciszcza robią. Gdyby przyszło mi uciekać z płonącego domu, złapałabym tylko te buty. Poważnie – dla mnie one nawet nie są warte każdej zapłaconej złotówki, one są bezcenne. Szkoda, że nie pasują do biurowych sukienek, bo nosiłabym je codziennie.
Jeśli ktoś zadaje sobie pytanie, po kiego właściwie pchać się w Beskidy w taką pogodę, jeśli ani słoneczka, ani widoczków na niezbyt odległe tatrzańskie szczyty – cóż. Szczerze pisząc, nie wiem. Bo tak?… Góry w deszczu wcale nie są mniej piękne. Wprost przeciwnie. Są puste, są bardzo ciche, trochę baśniowe. Trudno pozbyć się wrażenia, że lada chwila zza mokrych pajęczyn wychynie strzyga czy inna tam driada. W gęstej mgle potężne pnie buków przypominają zapałki i nie widać, co jest za zakrętem.
DSC_0012_12

DSC_0018_9

DSC_0019_9

DSC_0027_4
A poza tym wyłaniające się nagle z oparów zarysy budynku schroniska, oznaczające same nieopisane rozkosze (czyt. wysuszenie kurtki, usadzenie tyłka na ławce i grzane piwo), to jeden z najprzyjemniejszych widoków, jakie można sobie wyobrazić. Radość ogromna – mimo, że schroniskowa toaleta wygląda tak.
DSC_0024_6

W jadalni obok nas biesiadowała grupa wycieczkowiczów. Bardzo byliby sympatyczni, gdyby nie fakt, że z nielicznymi wyjątkami byli nawaleni w sztok. Chcieli się zaprzyjaźnić. Mam niską tolerancję na podstarzałych adoratorów, którzy ukradkiem dolewają wódki do kufla z piwem, sądząc, że siedząca nieopodal żona nie zauważy, toteż pośpiesznie przełączyłam się w tryb jeszcze kulturalnego socjopaty i zasłoniłam się mapą. Towarzystwo na szczęście poszło dalej innym szlakiem niż my.
– Numer do GOPR mają? – zastanowił się chłopak za bufetem, odprowadzając ich wzrokiem. Drugi machnął ręką.
– Po prostym jakoś pójdą. Najwyżej zjadą po tym błocie na sam dół.

Gdy schodziliśmy, upiorny ziąb zmusił do włożenia na siebie wszystkich warstw garderoby (w tym samym czasie w odległym o 60 kilometrów Krakowie świeciło piękne słońce i ludzie spacerowali nad Wisłą), ale wtem cudownie przestało padać i mgła się rozwiała. Nagle okazało się, że rzeczywiście jesteśmy w górach.
DSC_0035_2
W drodze powrotnej oczywiście każdy ciął komara aż miło (nawet ja, choć boję się podróżowania przeładowanymi busikami). Bardzo miałam bogate plany na wieczór, ale gdy dotarłam do domu, okazało się, że właściwie wszystko, na co jeszcze mogę wykrzesać z siebie siły, to natychmiastowe położenie się spać. Co prawda wielce się cieszyłam na rozgrzewającą herbatkę z rumem, ale gdy ją sobie przyrządziłam, wypiłam dwa łyki i padłam bez życia w pościel. Obudziłam się sześć godzin później, tak nabuzowana, że zdążyłam już zrobić pranie – nie jestem pewna, czy moje wysłużone gacie są jeszcze do uratowania po tylu błotnych kąpielach, ale daję im szansę – umyć okna (tak, wiem, przy niedzieli), zapełnić lodówkę i spłodzić wpis. Będzie gorzej. Zbyt dobrze wiem, jak spędzę kolejny weekend, więc jestem głęboko przekonana, że co noc będę spała krócej. Panna Hyde już się uśmiecha.

Reklamy

Amanita muscaria

Napisałam dziś dwadzieścia stron.
Nie, nie mojej wymarzonej powieści gotyckiej. Raportu w pracy. Obiecałam sobie pójść za ciosem i w domu przysiąść nad nieco bardziej twórczą pisaniną, ale po drodze przeczytałam tekst, który boleśnie stępił mi pióro. Niektórzy ludzie są tak obrzydliwie zdolni, że powinni zostać zabronieni. Każde zdanie było idealnie spiętą, melodyjną całością, wdzięcznie i gładko łączyło się z poprzednim i kolejnym, metafory były błyskotliwe i rzucane od niechcenia, a w chwili, gdy czytelnik lekko się zasmucał, autor gwałtownie skręcał w kierunku zabawnej puenty. A co najgorsza, wszystko to sprawiało wrażenie napisanego na kolanie, bez jednego skreślenia, bez gryzienia palców nad klawiaturą, bez tuzina wersji roboczych – ten tekst po prostu płynął. Nagle poczułam się smętną grafomanką z niekończącym się writer’s block.
Umysł człowieka piszącego w taki sposób musi być miejscem nie z tego świata. Niesamowitym. Muszę go kiedyś poznać.

Dlatego właśnie dzisiejszego wieczoru nie będzie fajerwerków literackich, a sucha relacja.
Żeby nie było zbyt sucho, dołożę obrazki.
Dawno w górach nie byłam. Jakoś nie mogłam się zebrać, bo tego lata ciągle coś się działo, ciągle mnie nie było i nie składało się. Wystarczyło krótkie spotkanie z dawno niewidzianymi znajomymi, żeby podjąć śmiałą decyzję – jedziemy. Niedaleko, w Beskid Wyspowy. Ludzie lubią go omijać, jadąc dalej na południe – bo szlaki są dość strome, bo właściwie nie ma schronisk, a wierzchołki bywają zarośnięte (co nie zmienia faktu, że przy odrobinie szczęścia macie Tatry jak na dłoni).
Żeby nie było zbyt lekko i przyjemnie, postanowiliśmy, że nie pojedziemy ot, tak sobie, ubrudzić się i zadyszeć, o nie. My pojedziemy NA GRZYBY.
Tak. To już ten wiek, gdy człowiek jeździ na grzyby lub zaczyna wędkować.

Wstaliśmy bladym świtem, wjechali z krakowskich przedmieść w przepiękne morza mgieł i wreszcie ruszyli z buta w górę.
Całe życie sądziłam, że mam grzybną ślepotę i grzybów zwyczajnie nie zauważam, choćbym się o nie potykała.
Otóż nic bardziej mylnego.
Pojęcia nie miałam, że ich zbieranie to taka frajda. Przez pierwsze minuty w lesie okropnie się nudziłam, wszyscy w euforii znajdowali jakieś muchomory, a ja nic. Chrzanię taką imprezę, poczekam na nich na górze, pomyślałam, GDY WTEM!
Przez kolejne dwie godziny autorka zaglądała pod każdą paproć, rzucała się plackiem na mech, z narażeniem spodni przeskakiwała powalone drzewa i uwieszała się gałęzi. I uzbierała całkiem sporo. Co prawda od części znalezionych trofeów odskakiwała z obrzydzeniem, bo ładny z wierzchu kapelusz krył pod spodem całą falangę glizd wszelakich, a wiele zebranych nie przetrwało późniejszej domowej selekcji, ale i tak duma rozpierała.
I takie rzeczy widziałam po drodze.
SONY DSC
– O, jaki ładny, jaki kosmaty…
– Nie dotykaj! W horrorach takie zawsze skaczą do tętnicy!
(Poniewczasie okazało się, że to jadalna odmiana purchawki).

Pierony sięgają niemal kolan. Ogromne rosną.
SONY DSC

Jeśli macie nieprzystojne skojarzenia, to się nie martwcie – ten grzybek nazywa się sromotnik bezwstydny. Bywają też idealnie wyprostowane. Są trujące, ale ponoć młode po odpowiednim przyrządzeniu można zjeść, coś jak z rybą fugu. Kiedyś z tych grzybków eliksir miłosny przyrządzano. Obawiam się, że mógł zadziałać tylko raz, a dobrze…
SONY DSC

W przyrodzie nic nie ginie, wiecie.
SONY DSC

SONY DSC

I wreszcie gwiazdy – musicie przyznać, urodę mają filmową.
SONY DSC

SONY DSC
Z której strony chcielibyście ugryźć?…

Po drodze popas drobny musiał być. Prawie jak u skautów. Słodycze, kanapki, termos i… nie, to nie woda w moim kubeczku.
SONY DSC
Nalewka. Broń Boże nie zachęcam do opilstwa w górach, ale banieczka na rozgrzanie i w nagrodę za trudy nie zaszkodzi.

Szliśmy pięć godzin. Zgadnijcie, ilu po drodze spotkaliśmy ludzi.
A to naprawdę piękne góry, puste i niebywale malownicze. Salamandra pierzchająca wam spod stóp nie jest w nich zjawiskiem wyjątkowym (dodajmy, że to czterdzieści minut jazdy od Krakowa). Stan szlaków chwilami woła o pomstę do nieba, ale z drugiej strony to, że są trochę pozostawione same sobie, jest ich wielką zaletą.

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Szlak wreszcie się wypłaszczył, poniósł nas w dół przez jabłkowe sady. Zdrowo zmęczeni dotarliśmy do celu, czyli, emm, do browaru. Bo w Szczyrzycu przy nieźle karmiącej restauracji jest malutki browar, który produkuje bardzo dobre piwa. Można je sobie nabyć na wynos – jest świeżuchne, przed chwilą zabutelkowane, kobieta za ladą przy was nakleja etykietki.
Wracaliśmy do miasta krętymi dróżkami, mijając kolejne ogniska – sezon na wykopki – i przystanki pekaesu z wyczekującymi kursu do miasta odprasowanymi młodzianami. Wracaliśmy w ciszy, wszyscy zmęczeni, nie chcąc wracać, bo ubłocone buty, ciuchy do natychmiastowego prania, potargane włosy, nos błyszczący i piegowaty od słońca to zawsze pełnia szczęścia.