Bees do it

Otworzyłam wino z Sycylii, bo leżało sobie w stojaku czwarty miesiąc i marniało. Miało być na inną okazję, ale nie będzie. MOJE wino, MOJA sofa, MOJA fajna płyta, JA się dopieszczam. Muszę. Zapomniałam trochę o mnie. Ostatnio ciągle było mi tylko smutno, smutno i smutno. Dość.
Uczę się myśleć, że MNIE się należy każdy rarytas tego świata. To trudne, ale..
…Ale wino jest świetne, każdy łyk przywodzi na myśl te rozgrzane skały, piasek parzący stopy, śmiesznie tanie faszerowane oliwki wyżerane z torebki na plenerowym koncercie jazzowym. Pachnie cynamonem i smakuje dojrzałą, lipcową wiśnią. Cholera, jak mi brakowało takich wiśni w tym roku! Maliny też dopiero we wrześniu się pojawiły i jakieś blade, i toczyłam o nie walki z pszczołami w malinowym chruśniaku rodziców.
Jeśli już o tym mowa. Mój znajomy tyrolski pszczelarz (a jednocześnie paralotniarz, lotniarz, spadochroniarz i narciarz, człowiek, który miał w życiu połamane absolutnie wszystko, w szpitalu w Innsbrucku każdy jest z nim na ty, a jak tylko go poskładają, od razu kuśtyka na stok, skrzypiąc stalowymi zawiasami w ortezach – inspirujące) organizuje, proszę państwa, kurs pszczelarski w tym Tyrolu. Gość lata, zjeżdża z niemal pionowo nachylonych stoków, a w wolnych chwilach sadzi kwiatki i opiekuje się swoimi Bienchen. Też na początku się dziwiłam. Nie wiem, który z tych sportów jest najbardziej ekstremalnym…
Szkoda, że tak późno się dowiedziałam, bo bym pojechała. Cudny pomysł na urlop. Tyrol zresztą kocham prawie tak, jak nasze Tatry. A zdjęcie w pszczelarskim kapeluszu – bezcenne, byle tylko nie dostało się w niepowołane ręce.
Jak miałam pięć lat, to usiadłam na pszczole.
Pamiętam jak dziś, w kolejce wąskotorowej Żnin-Wenecja.
Pszczoła, zanim oddała ducha zgnieciona moim pulchnym pięcioletnim ciałkiem (tak, był czas, kiedy zaliczałam się do pączusiów), wrąbała mi żądło wiadomo gdzie.

Reklamy

W promieniach słonecznych opalamy się

Miałam wielkie plany na ten weekend, tak wielkie, że mnie przerosły. Koniec końców znowu przyjechałam na wieś. W autobusie, do którego ledwo się zmieściłam (a miałam nadzieję, że studenty nie wstają tak wcześnie) czytałam NPM. Zgadzam się całkowicie z dość gorzkim wstępniakiem o serialowych ucieczkach ‚z miasta do Zakopanego’.

Znowu siedzę w ogródku, na niebie ani jednej chmury, policzki lekko pieką od słońca. W katowickim Empiku, w którym tradycyjnie przeczekuję czas do drugiego autobusu, nie dość, że masa fajnych książek, to jeszcze z głośników przygrywali Fun Lovin’ Criminals. W Trójce w maminej kuchni – Paolo Nutini śpiewający New Shoes. Koncert życzeń mam jakiś?

Rawa Blues mnie ominie, bo nikt nie chciał ze mną pójść. Ani jedna cholerna sztuka znajomego. Wszyscy na słowo ‚blues’ mają sztampowe skojarzenie – kudłate dziady charczące o tym, że piją, bo baba odeszła. Duży błąd. Mogłam dać ogłoszenie na forum. Blondynka, prawie 90-60-90 i tak dalej, na pewno znaleźliby się chętni melomani do zaopiekowania mną… Z tym 60 niestety ostatnio mam problem – będzie ostra zima, bez przerwy jem. W pracy mogłabym zjeżdżać do stołówki co godzinę.

Jeśli już o robocie mowa. Gdy człowiek pracuje na stanowisku kierowniczym, prędzej czy później przenosi ‚fabryczne’ zachowania na życie prywatne. Widzę po sobie. Stałam się wymagająca. Lubię wszystko wiedzieć. Kiedy coś jest nie tak, jak oczekiwałam, protestuję i domagam się poprawek. A parę lat temu można było wleźć mi na głowę.
Wiem, co pozwala najłatwiej uzyskać nad kimś przewagę. Niedopuszczenie go do głosu.

Tak właśnie zrobił. Jest wytrawnym socjotechnikiem, trzeba przyznać. Ma też niebywale dominującą osobowość, która nie od razu ujawnia się w całej krasie, siedzi przyczajona pod tym firmowym niewinnym uśmiechem, pod dość anielską powierzchownością – ale gdy już wylezie na wierzch, człowiek nie ma w starciu z nią najmniejszych szans. Nie ma dyskusji, nie ma negocjacji. Walka o swoje odbywa się na zasadzie kropli drążącej skałę, trzeba więc mieć w cholerę cierpliwości. I fajny biust, choć i ten nie zawsze pomaga.
To, co mam do powiedzenia, nie jest ani niemiłe, ani zaskakujące. Jest – tak przynajmniej mi się wydaje – pozytywne. Bardzo mnie już gryzie w język. Chciałabym to z siebie wyrzucić, no. Może jeszcze nadarzy się szansa. W filmach i piosenkach zawsze się nadarza.
W ogóle tyle mam historii, których jeszcze nie słyszał, tyle wrażeń, którymi chciałabym się podzielić, tyle pomysłów, które zawsze były wysłuchiwane bez cienia pobłażliwości, i co ja mam z tym wszystkim teraz zrobić…
Wcale nie chcę, żeby znikał na zawsze, choćby nie wiem jakim był skurwlem.

Na razie tylko boli mnie głowa. Planuję Tatry albo Spisz w przyszły weekend – bez szaleństw, raczej w stylu ‚to ja tu sobie posiedzę i popatrzę’. Bilet kupiłam do Bolonii za całe 32 złote (plus dwa razy tyle za opłatę kartą, śmiech pusty i wkurw ogarniają). Ale, drogie panie z ojczyzn leprechaunów i Flamandów, co podobno nierozmowni są, to jeszcze nie koniec zakupów, bo nadal mam niezły zapas urlopu.

Niby czuję się nieszczęśliwa, momentami bardzo. Zwykle mi wtedy głupio, bo wiem, że są ludzie, którym gorzej, bardziej pod górkę, którzy rzeczywiście mają o co mieć pretensje do Wielkiego Szefa czy kogo tam. A ja mam właściwie sympatyczne życie, tylko kiepską rękę do miłości.
Z drugiej strony – dopiero od niedawna daję sobie prawo do czucia się źle, do smutku, do wzdychulstwa, do ain’t no sunshine when he’s gone. Już nie chcę udawać największej twardzielki na osiedlu. Czasem człowiek po prostu musi posiedzieć, ponicnierobić, poużalać się nad sobą.