Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć

Ale w sumie to ja rozumiem tego naszego prezydenta. Też mam ludzi, dla których zrobię dużo, nawet z narażeniem wizerunku, i być może nawet z naruszeniem prawa, gdyby odpowiednio poprosili.
Tylko że ci moi to są chociaż przystojniejsi.
I nie chcą rządzić światem. A szkoda.

Mniejsza.

Boska Komedia się zaczęła i dziś byłam. Widownię opromieniał blask różnych sławnych ludzi (niektórych widuję co roku, podobnie jak niektórych widzów – nawiasem mówiąc, co trzeba zrobić, żeby móc zajmować siedzenia z napisem „industry”? to znaczy, ja wiem, że moja relacja z „industry” jest nieszczególnie profesjonalna, ale do jury mnie z pewnością nie zaproszą, więc może chociaż to?…). Spektakl świetny. O tym, co się dzieje z człowiekiem, gdy żarliwa wiara przeradza się w fanatyzm. Oto mamy nastolatkę wychowywaną samotnie przez ojca, która znienacka ucieka z zajęć na basenie. Ku zaskoczeniu rodzica wyjaśnia, że wspólne pływanie obraża jej uczucia religijne. I nie, to nie jest żart. Dziewczyna nie rozstaje się z Biblią, a jej pobożność się nasila. Jest to przy tym pobożność dość osobliwie rozumiana, bo prowadzone szeptem rozmowy z Najwyższym i chęć czynienia cudów nie przeszkadzają bohaterce traktować tego, co zapisane, całkowicie dosłownie. To nie jest chrześcijaństwo rozumiane jako kochaj bliźniego i nadstawiaj drugi policzek, o nie. To jest „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. To jest karzący miecz. To jest wojna. Dziewczę jest gotowe umrzeć dla Pana Boga. Nawet ksiądz, z początku zachwycony jej religijnym oddaniem, powoli uświadamia sobie, że coś tu jest nie tak. Bo ona owszem, kocha Chrystusa (gdy dowiaduje się, że jej wychowawczyni ma żydowsko brzmiące nazwisko, syczy, że oni zamordowali pana Jezusa) i chciałaby być jak on, ale jest całkowicie głucha na jego nauki. Im bardziej postępuje jej obsesja, tym bardziej agresywna się staje. I jak łatwo się domyślić, jej wstręt do ludzkiej seksualności to czysty mechanizm wyparcia.
Oczywiście przedstawienie dorobiło się protestu w wykonaniu przedstawiciela zgadnijcie której partii, bo ponoć manipuluje tekstem Biblii. Cóż, każdy, kto czytał, raczej zauważył, że Stary Testament i Księga Apokalipsy zawierają od groma makabrycznie krwawych wątków. Pewnie, że Biblia zawiera też bardzo piękne teksty, ale ten spektakl opowiada o osobie, która bardzo źle rozumie chrześcijaństwo i odrzuca wszystkie te jego aspekty, które są związane z byciem blisko innych ludzi, na przykład. Z troską o pokój. Z szacunkiem dla drugiego człowieka, nawet jeśli jest bardzo inny od nas. To przedstawienie nie obraża religii jako takiej, absolutnie. Ono wytyka zaślepienie, świadome odrzucanie kodeksu moralnego, takiego pospolitego, ludzkiego, w imię bliżej niezdefiniowanego lepszego dobra, a wreszcie zło czynione w imię dobra i tę właśnie chęć pójścia na wojnę z całym światem, by zaprowadzić jedynie słuszny, czyli nasz porządek.
I jak dobrze to jest obsadzona rzecz. Głowacki. Kosiński. Tyndyk. Ogrodnik – uch, jak ja go uwielbiam i jak się zdziwiłam, gdy pojawił się jako ogolony na rekruta buńczuczny smyk w luźnych portkach i z plecakiem; nawiasem mówiąc, w najbardziej przejmującej scenie – gdy jego bohater, ogólnie rzecz biorąc, obchodzi się z protagonistką dość brutalnie, najprościej można to opisać jako „to ja ci pokażę, ty głupia zdewociała suko”, zjeżył mi włosy wszędzie. Roma Gąsiorowska, której nie poznałam. Aleksandra Konieczna w roli wychowawczyni-ateistki, która dużo, może zbyt dużo poświęca, by zrozumieć, co siedzi w głowie tej dziewczyny – bardzo kciuki w górę (ba, wiadomo, z takim imieniem!). Wreszcie, ma się rozumieć, Justyna Wasilewska. Ona wygląda jak maleńka niepozorna dziewuszka w tym spektaklu, prawie dziecko, zgarbione, chuderlawe, z plecaczkiem (a ja ją pamiętam z łódzkiego Otella, na którego specjalnie tłukłam się TLK przez pół Polski onegdaj), ale nie dajcie się zmylić. Ma siłę rozpędzonego pociągu i kolosalną charyzmę.
Jednym ten spektakl będzie się bardzo podobał, innym bardzo nie.

Tyle na dziś. Wracam do nerwowego sprzątania, bo jutro w moje progi zajeżdża osobista madre i jak zobaczy te wszystkie sterty ubrań…

Reklamy

Kill the house lights

W sobotni wieczór na Kazimierzu, gdy tłum na ulicach i w knajpach akurat zaczyna gęstnieć, żegnam się ze znajomymi, zakładam płaszcz, wciskam pięści w kieszenie i maszeruję przez most.wpid-dsc_0012_16.jpg
Idę do ICE, żeby na rok zakończyć przygodę z Boską Komedią – w towarzystwie Drugiej kobiety.

Czytałam kiedyś piękny felieton Caitlin Moran o jej spotkaniach z fanami – prawdziwymi fanami, nie łowcami autografów. Napisała, że uważa tych ludzi za niesłychanie odważnych, bo często przychodzą z bardzo intymnymi wyznaniami – odsłaniają miękki brzuch przed zupełnie obcym człowiekiem w nadziei, że chociaż przez 30 sekund będą dla niego tak ważni, jak on dla nich; dziękują za inspirację, za uratowanie życia w trudnym czasie, przynoszą w prezencie szalik, który sami zrobili, wyznają miłość. Potem odchodzą uśmiechnięci jak najszczęśliwsi ludzie pod słońcem. Nie mogą wiedzieć, czy idol w istocie nie okaże się tępym dupkiem zupełnie niezainteresowanym ich historią, ale odkładają na bok strach przed upokorzeniem. Nie ośmielają się nawet pomyśleć, że te krótkie momenty mogą wywrzeć na idolu jednakowo silne wrażenie, co na nich. I od takiego właśnie spotkania, tylko tragicznego w skutkach, zaczyna się ten spektakl.
Szum miasta, cienie przechodniów z parasolkami, chaos i histeria pod stage door. Fanka rzuca się na szyję wychodzącej z teatru gwieździe i woła, że ją kocha. Odepchnięta przez ochronę, chwilę później wpada pod samochód i ginie.
Gwiazda wraca do swojej bezpiecznej samotni, do niewyczerpanych zapasów whisky i fajek, do wiernego, wpatrzonego w nią jak w obrazek garderobianego, który zawsze czeka ze słodkim komplementem i przygotowanym drinkiem. Próby do nowego spektaklu idą fatalnie. Reżyser nie panuje nad tym, co się dzieje, między gwiazdą i jej partnerem zero chemii, zblazowana autorka tekstu ciągle ma pretensje. W sztuce gwiazda ma zagrać kobietę w swoim wieku, ale broni się przed tym jak może, argumentując, że wiek jest nudny. A do tego wszystkiego w lustrze, w którym gwiazda się przegląda, naciągając sobie policzki i pijąc do odbicia – naraz pojawia się duch zmarłej fanki. Nie będzie chciał odejść tak sobie. Zresztą może to wcale nie duch, tylko utracona młodość prześladująca dojrzałą kobietę, samą jak palec, niepogodzoną z metryką.
Na premierę gwiazda dociera spóźniona i zalana w sztok. A jednak wychodzi na scenę, zatłukłszy wcześniej swojego demona. Gwiazda ma jasny, coraz bardziej potargany kok. Jej bohaterka – ciemne, krótkie włosy. Jak Danuta Stenka, która przypadkiem ją gra. Staje przed przejętą publicznością ze śladem łzy na policzku i pyta: „Naprawdę chcecie wiedzieć, ile mam lat? Chcecie?”.
Ciekawe zresztą, że wszyscy bohaterowie – poza nią i jej nemesis w różowej sukience – noszą imiona aktorów. Sceniczny partner, z którym nie potrafi się dogadać, a który robi wszystko, żeby jakoś tę katastrofę odratować, jest Adamem, aktor grający kochanka ma na imię Dawid (szkoda, że tak go mało w tym przedstawieniu, bo jest irytująco utalentowany – nie tylko dlatego, że umie na klarnecie; spójrzcie na jego rolę w „Chce się żyć”, w „Jesteś Bogiem”, w teatralnym „Nietoperzu”; rodzi nam się supernowa). Zrozpaczonego reżysera wołają Roman. A w kąciku siedzi szemrzący przez interkom inspicjent.
Bardzo lubię teatr w teatrze – takie chwile, gdy nie wiem, czy to, co widzę, jest ciągle sceną ze spektaklu, czy już nie. Gdy opadająca kurtyna albo zapalające się nagle światła to może kolejny artystyczny zabieg. Coś mnie w tym dzieciacko ekscytuje, bo to jakby otwierał się świat, do którego zazwyczaj widzowi nie wolno zajrzeć.
Dawno nic mnie tak nie wgniotło w fotel. Wyszłam bardzo poruszona. Zapewne są w tym kraju przedstawienia lepsze i bardziej przejmujące, ale to akurat z jakichś przyczyn wyjątkowo mnie dotknęło.
Główną rolę w tym spektaklu gra Danuta Stenka i wiecie – ona nie jest z tej planety. To postać z innego, lepszego uniwersum. Niebywałe zwierzę sceniczne. Innych aktorów przy niej nie widać. To jest nasze wielkie dobro narodowe. Chapeau bas.

A dzisiaj kocyk, odgrzewana kaczka i książki. „Angole”, którymi próbuję się zniechęcić do wyjazdu – ze zmienną skutecznością – i wspaniała opowieść o Misi Sert. Och, czemuż ja nie mogę być z zawodu protektorką artystów… W odróżnieniu od większości kobiet z jej kręgu rozumiała, że przyjemność tkwi nie w konkretnych rzeczach, ale w sposobie, w jaki się z nich korzysta (…) Unikała nudy i uwielbiała się śmiać, w przeciwieństwie do innych kobiet, które ze strachu przed zmarszczkami rzadko sobie na to pozwalają.
Starała się uciec od nieuniknionego losu. Zagłuszała prawdę marzeniami.
Niepokojąco mi to bliskie.

Czego potrzebujesz, duszeczko, żeby się dostać do nieba?

Dzień na służbowym wygnaniu. W ostatniej minucie ostatniego spotkania autorka łapie laptop, zarzuca szalik i pędzi co koń wyskoczy na dworzec, żeby zdążyć na 18:30 do Krakowa, bo Boska Komedia. Autorka mogłaby co prawda prosto z delegacji udać się do ICE, ale postanawia zadać sobie dodatkowe utrudnienie, gdzie taka zdrożona, upocona, z tobołami będzie leciała obcować z kulturą; otóż wpadnie jeszcze do domu, ździebko się odświeży, toboły rzuci i wyjdzie li z gustowną torebusią.
Plan był idealny, tylko miał jedną wadę.
Zakładał, że żaden z moich środków transportu się nie spóźni.
Jako często podróżująca powinnam była to przewidzieć, ale czasem mam napad optymizmu.
Na szczęście moje napady optymizmu w pewnym sensie usprawiedliwia wieloletnie doświadczenie – ergo, dziesięć minut po przybyciu do domu wybiegałam z niego gotowa na doznania, zdążywszy wziąć ultraszybki prysznic, na nowo upudrować nos, wyszczotkować włosy i zmienić ubranie. I nie spóźniłam się na przedstawienie.

Boska Komedia to w moim grudniowym kalendarzu punkt stały i niezmienny. Co roku idę na tyle spektakli, na ile tylko mogę (nota bene strasznie bym chciała, żeby można było kupować karnety na całość). Z każdym początkiem zimy w tłumie czekającym, aż otworzą się drzwi na widownię, zauważam te same twarze. Oglądam wspaniałe rzeczy. Nie zawsze do końca mi te rzeczy pasują, czasami gryzę palce w przejęciu, czasami wstrzymuję oddech, czasami coś zupełnie nie gra w mojej tonacji i zastanawiam się, ile do następnego tramwaju – ale zachwyca czy nie, oglądam do końca. Nigdy z żadnego spektaklu nie wyszłam.
Nie lubię tylko nienumerowanych miejsc, bo zwłaszcza w obiektach tak dużych jak ICE numerowanie ich ogromnie uprościłoby sprawę i pozwoliło uniknąć sytuacji jak w tanich liniach lotniczych, gdy każdy bieży jak oszalały do wejścia na parterze, depcząc cudze wypastowane stopy i waląc po żebrach.

Czytałam „Dziady”, każdy czytał, każdy wali cytatami niechcący, czterdzieści i cztery, nazywam się milion, ciemno wszędzie, niewinni czarodzieje i tak dalej et cetera – ale wczorajszego wieczoru olśniło mnie, może naiwnie, jak bardzo uniwersalny jest ten tekst. Na dobrą sprawę można go przyłożyć do każdej opowieści, niezależnie od szerokości geograficznej, na której żyją ciemiężcy i ciemiężeni (a teraz spróbujcie takiej szerokości nie znaleźć). Do każdej historii z trupami w szafie i oczami zaciskanymi w ciemności, żeby tylko duchy z kątów nie wylazły.
Te akurat „Dziady” zostały włożone w foremkę amerykańskiej popkultury. Macie swingujące trio w długich rękawiczkach, cheerleaderkę i chłopaków grających w kosza – jak się okaże za chwilę, chłopaki wolą inną, znacznie bardziej brutalną grę. Macie przemówienie Martina Luthera Kinga i gospel w przepięknej scenie. Macie telewizję, popcorn i automat z coca-colą. Macie upiorne dzieciątka z „Lśnienia” recytujące, że do mamy lecą, do mamy… Macie Marilyn, jej falującą sukienkę i jej tęsknoty za JFK. Macie rodzinny obiad u Senatora, z udziałem tęgiej niewolnicy – pani Rollison – i Ku-Klux Klanu. Macie wreszcie Guślarza, który wygląda jak Joker i moim zdaniem kradnie to przedstawienie. Jest fenomenalny. To nie Gustaw/Konrad gra tu główną rolę (choć zblazowany, zarośnięty luzak Gustaw jest świetny), ale właśnie Guślarz, z pięknym głosem, z namalowanym krzywo uśmiechem, szepczący skrzekliwie do ucha nieszczęsnym bohaterom, krążący w tle jak upiór.
Wtem zapada ciemność i słychać tylko dudniący głos Holoubka w słynnym monologu z Lawy. Każde słowo dociera, nie sposób uronić. W pewnym sensie nie macie wyjścia – musicie tego wysłuchać.
W kolejce do szatni nasłuchałam się rozmaitych opinii – że zbyt groteskowe, że krew sika, że po co w ogóle to w jakąś Amerykę wsadzać, gdy to takie polskie…
No, otóż to nie takie polskie, jakbyśmy chcieli myśleć. Nie tylko u nas rodzili się męczennicy. I nie aż tak znowu groteskowe, choć groteskę i przesadę w teatrze akurat lubię bardzo. Chyba po to teatr jest, żeby przesadzać? Kto by chciał oglądać na scenie swoje zwykłe 24/7?…

Is everybody in? The ceremony is about to begin

Czy ktoś z państwa ma ustawione na pulpicie – telefonu, kompa, czego tam jeszcze – swoje zdjęcie jako tapetę?
Nie mam tu na myśli zdjęcia siebie ze swoim misiem-pysiem, ze swoim psem, króliczkiem, wyhodowaną dynią-gigantem, babcią albo kuzynem. Chodzi mi o wasz solowy portret. Bo gdy jeżdżę ostatnio tramwajami i z nudów zaglądam ludziom przez ramię, zauważam, że dziwnie sporo ma. Nie wiem, no, ja już co prawda przywykłam do własnej urody, ale nie aż tak, żeby chcieć się co chwila oglądać…
No dobra. Gdybym wlazła na Matterhorn, to może istotnie z nieopisanej dumy ustawiłabym sobie mój odmrożony nos jako tapetę, niemniej chwilowo jakoś nie mam wyraźnych powodów. Przypuszczam, że niektórzy traktują to jako lusterko. Bo co prawda smarkfony mają opcję ‚lustra’, ale wygląda się w nim, jakby się naprzemiennie piło i narkotyzowało przez tydzień cięgiem. To już lepiej mieć na stałe przytwierdzoną wersję siebie wyglądającego ładnie, a przynajmniej znośnie.

Z cyklu ‚łamiąca wiadomość’ – wyżej podpisana była w teatrze. Któż by się spodziewał, prawda?
Morrison/Śmiercisyn. Wiem, że Opole nie każdemu po drodze, a spektakle nie podróżują bardzo często, ale postarajcie się to obejrzeć, gdyż jest to rzecz 1) absolutnie olśniewająca wizualnie, 2) świetna muzycznie, 3) świetnie zagrana. I przejmująca. Może dlatego tak ją odebrałam, że wychowywałam się na tej muzyce. Oczywiście inaczej słucha się The Doors, gdy ma się szesnaście lat i chce uchodzić za intelektualistkę, a inaczej, gdy ma się trzydzieści trzy – to więcej, niż Morrison miał, gdy zszedł.
Chapeau bas za zakończenie, gdy muzyka cichnie, światła gasną, a Jim mówi półgłosem: „Chciałbym się zabić. Mogę się zabić w spokoju? Idźcie spać. Idźcie się kochać. Idźcie się pierdolić. Idźcie żyć. Idźcie żyć”.
Nie ma dnia, żebym nie zachodziła w głowę, co jest za tymi drzwiami. Nie to, że bardzo chcę je otworzyć – przeciwnie, mam nadzieję przez najbliższe stulecia nie dotykać tej klamki. Ale już nie czuję się nieśmiertelna.
Wejście przeznaczone tylko dla mnie czeka na mnie już od dawna – od początku. Niech sobie jeszcze poczeka.

Ale Sambor. Co za głos, co za charyzma. Trudno patrzeć na innych, choć są w tym spektaklu fantastyczne role.
I do tego, hm, wyględny. Niemniej tym kryterium się nie sugerujcie, to kryterium jest w nawiasie – wiecie, że niewiele mi wystarczy do szczęścia, tylko popatrzę na jakąś piękną, zdolną istotę i już jarzę się jak świetlówka. Uważam, że wikipediowe hasło ‚konstrukcja cepa’ powinno być ilustrowane moim uśmiechniętym zdjęciem. Tym sposobem wracamy do punktu wyjścia.

Y siete y ocho

– To on – szepcze w emocjach blondynka obok mnie, otulona pięknym szalem i zapachem fantastycznych perfum.
– Nie, to nie on – wyrokuje jej koleżanka.
– On, mówię ci.
– Coś ty, za mały.
– Bo telewizja pogrubia. Poczekaj, aż się odwróci, zobaczysz, że to ten profil. Jezu. Muszę go dogonić, jak będzie wychodził do szatni, może mi da autograf.
Takie to rozmowy odbywają się w przerwach boskokomediowych spektakli. Mogę ze spokojem przyznać, że jestem wolna od podobnych rozterek. Z bardzo prostej przyczyny, otóż mam fatalną pamięć do twarzy. Nie rozpoznam gwiazdy, dopóki ktoś mnie nie szturchnie i nie syknie, że to ona. Świetnie zapamiętuję głosy, przywiązuję się do zapachów (nie znoszę, gdy znajomi zmieniają wody kolońskie), ale twarzy nie pamiętam. Mój mózg krótkowidza uznał te dane za zbędne i nie zapisuje ich. Przecież i tak słabo widzę, po co mi zapamiętywać to, co widać, skoro nie po tym rozpoznaję świat?
Światła gasną i znowu zagapiamy się w ciemność, znowu czekamy niecierpliwie, co się z niej wyłoni, a tym razem wyłania się koślawa animacja, dialogi recytowane przez syntezatory mowy, głosy całkiem ludzkie, a zimne, z cudaczną intonacją. Ciemność rozwiewa się na dobre, widz zostaje z widokiem dwóch pieszczących się mężczyzn. Pięknych, dodać trzeba. Kilkadziesiąt minut później poczuje skurcz w żołądku, gdy Porcja – fenomenalna Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, w przydużym męskim garniturze i ‚łysej’ peruce – będzie wpychać w siebie surowe mięso, aż do mdłości. Mięso, funt ciała, o którego ocalenie niedawno z takim zapałem walczyła. I gdy już widz przełknie nadmiar śliny po tej scenie, usłyszy przeraźliwy wrzask Desdemony, zobaczy jej drżące stopy. Zobaczy nagość leniwie relacjonującej swoje smutne miłosne historie jednej z kobiet granych przez Ewę Dałkowską, a może i nie zobaczy, nie zauważy, że jest naga. A później swoje nerwowe monologi rozpocznie Kordelia, próbująca się otrząsnąć z demonów dzieciństwa. Gdy to wszystko widz wchłonie, to wreszcie zobaczy, jak Stanisława Celińska w trykocie brawurowo prowadzi lekcję salsy.
(Ubóstwiam tę kobietę, niezrównana klasa).

No tak, pięć godzin to dużo. Może i można było troszkę to przyciąć. Ale mnie najbardziej umęczyły antrakty. Teraz już prawie ich nie ma w teatrze, odwykłam i trochę mnie wytrącały z rytmu.

Obejrzana dzień wcześniej Burza, choć bardzo efektowna, wizualnie zniewalająca, z ustawieniami hellingerowskimi w tle, nie ruszyła mnie aż tak (choć Michał Czachor i jego cudownie zblazowane ‚ojtam ojtam’ poskładało mnie na niewygodnym krzesełku – przeczytałam gdzieś, że on sobie kiedyś podczas spektaklu, innego co prawda, dwa żebra złamał i z tymi złamanymi dograł do końca). A Warlikowski jednak sprawił, że do domu wracałam jak w transie i nieważne, że od studia TVP Kraków pod własne drzwi mam pięć minut autobusem, a taksówką trzy.
Dziś po pracy kolejny spektakl i tak do środy. Powiem państwu, że to niezła jazda, dość kosztowna emocjonalnie. Wracam późno i nie mogę zasnąć, snuję się po mieszkaniu pobudzona. Królestwo za dobry krem pod oczy.

It is a tale told by an idiot, full of sound and fury

Moim zdaniem przerwa w sezonie kulturalnym powinna następować nie latem, gdy człowiekowi raczej chce się wychodzić z domu, ale zimą, kiedy powietrze zamraża oddech. Tymczasem grudzień jest wyjątkowo bogaty we wrażenia i wygrzebuję się spod ciepłej pierzyny, by nad kolejnym kubkiem parzącej w usta herbaty rozmyślać, co też dziś na siebie włożę. Uprawiam bowiem teatralny bieg maratoński ze względu na Boską Komedię. Nasiąkam teatrem, co wieczór wychodzę z domu poddawać się wiwisekcji, rozgrzebywać w sobie emocje, gryźć palce w ciemnościach, czuć, jak trzewia mi drżą od niskich dźwięków, uciekać myślami gdzieś daleko albo spoglądać dyskretnie na zegarek, bo różnie bywa. Osobne przedstawienia toczą się w foyer. Podsłuchuję rozmowy, westchnienia, że Kraków już nie jest takim Krakowem, jak był kiedyś, szeptane zjadliwe recenzje, ploteczki, wdzięczne literackie żarty, cmoknięcia w upudrowane policzki, nazwiska wymawiane z nabożną czcią. Wszyscy są piękni, niektórzy bardzo znani, pachną niszowymi perfumami. To świat tak inny od tego, w którym przebywam na co dzień, że nie mogę powstrzymać się od patrzenia i słuchania z dziecięcą prawie fascynacją. A jednak istnieje życie poza szklanymi drzwiami i rzędami ciekłokrystalicznych monitorów.
W efekcie tak gwałtownego zanurzenia teatr śni mi się po nocach, śnią mi się przedstawienia, w których biorę udział (choć w rzeczywistości wszelkie interakcje na linii aktor-ja paraliżują mnie, nie znoszę gier i zabaw z publicznością, wbijam wzrok w kolana), dodajmy, że w scenach erotycznych. Biorę w nich udział z wielkim zapałem i bez wstydu. Aż strach wertować senniki.
Dziś Opowieści afrykańskie. Ponad pięć godzin. Ciekawam, z jakich snów jutro się obudzę.

Teatr pozostaje w pierwszej trójce moich największych miłości, obok gór i samolotów unoszących mnie w świat. Przepadam za nim, choć często przez niego czuję się źle, wytrącona z bezpiecznej równowagi, samotna, zmęczona. To dość masochistyczne zamiłowanie.

Chodzi za mną zakup jakiegoś biletu, dawno tego nie robiłam. Powstrzymuje mnie jedynie ogołocone konto. Dokąd ten bilet – nie wiem, mam trzy jednakowo interesujące pomysły, każdy to inny zakątek świata. Zgodnie z daną sobie jakiś czas temu obietnicą nie planuję. Jak się trafi coś fajnego, to kupię. Ale najpierw dokończę napisany do połowy tekst o Gruzji, bo strzela mnie brzydkie słowo, że jeszcze nie udało mi się tego zrobić. Niestety gdy tylko pojawia mi się z tyłu głowy uczucie, że coś zrobić muszę, gwałtownie spada mi poziom samozaparcia. Ale naprawdę muszę? A nie mogę jutro? No dobrze, to jeszcze tylko kawę sobie zrobię.