Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

Reklamy

Safe words are for sissies

W sobotę, w godzinach morderczo rannych, siedziałam na lotnisku, zachodząc w głowę, po co ja to sobie w ogóle robię. Mogłabym mieć normalny weekend. Wyspać się. Ale nie.
Samolot zaniósł mnie do Londynu. Takie miasto, położone na siedmiu wzgórzach, zupełnie niczym Rzym. Miasto przecięte wieloma rzekami, czego nie widać, bo większość z nich już dziś płynie pod ziemią. Wylądowałam. Wypiłam okrutnie cienkie espresso na dworcu St Pancras – Anglicy jednak nie umieją w kawę za bardzo, choć się starają. Po drodze do hotelu zaliczyłam bardzo dobrą wystawę – czy wiedzieliście, że Dali pracował z Hitchcockiem? Ja nie, przyznaję. Nieduża to wystawa i troszkę zbyt mało czasu zajmuje jej obejrzenie, ale jest fascynująca, głównie dlatego, że nieco perwersyjna. Co pozwala mi płynnie przejść do zasadniczego powodu mojej wycieczki.
Cztery lata temu poleciałam do Londynu, żeby w Regent’s Park obejrzeć Dumę i uprzedzenie. Był to przemiły wieczór i wielki błąd. Napisałam wówczas, że cokolwiek ta osoba znowu zrobi, natychmiast kupuję bilet i po dziś dzień słowa dotrzymuję. Ponieważ życie plecie się w sposób nieco nieprawdopodobny czasami, przez kolejne lata osoba nie tylko zdążyła dowiedzieć się o moim istnieniu, ale też z jakichś przyczyn nadal nie złożyła wniosku o zakaz zbliżania. Tyle tytułem wprowadzenia. Tak czy inaczej, gdy w maju dowiedziałam się, że osoba wraca na scenę – nie zgadniecie! – natychmiast kupiłam bilet i kolejne pięć miesięcy okropnie mi się dłużyło, choć były raczej interesujące.
„Wenus w futrze” to sztuka luźno osnuta na, trudno uwierzyć, „Wenus w futrze” Leopolda von Sacher-Masocha. Czytałam tę książkę. Podobnie jak „120 dni Sodomy” markiza de Sade. Jeśli połączycie nazwiska obu dżentelmenów, dostaniecie pewien wywołujący rumieniec termin. Według badań jedna trzecia ludzi ma takie upodobania. Granica pomiędzy bólem a rozkoszą jest bowiem dość płynna, więc czego tu nie lubić. Z psychologicznego punktu widzenia BDSM jest jednak rzeczą zabawnie nieoczywistą, a dowcip w tym, że paradoksalnie to osoba dominowana jest dominującą. Bo to ona decyduje, jak daleko sprawy zajdą. To ona rozdaje karty w tej osobliwej grze. Czego ta sztuka dowodzi. To gra, a w grze role się zmieniają. To gra, więc można ją w każdej chwili przerwać. Przynajmniej w teorii.
Otóż to nie jest sztuka o BDSM.
Mimo gorsetu, obroży i monologu o biczowaniu.
No owszem, troszeczkę jest. Niemniej w gruncie rzeczy ten wątek to wielka przenośnia, bo względnie bystry widz prędziutko się zorientuje, że chodzi o dominację innego rodzaju. Taką codzienną. Wszystkie wiemy, jak jest. Wiele z nas było w sytuacji, gdy czułyśmy się podle zależne. Gdy wiedziałyśmy, że komplement jest w istocie pobłażliwy, że nie miał nam poprawić samopoczucia, tylko nas obrazić. Gdy czułyśmy się nie dość ładne, cycki za małe, nogi zbyt krótkie. Nie dość młode. Nie dość dojrzałe. Nie dość mądre. Po prostu nie dość. To męski świat. Rzeczy powoli się zmieniają, ale powoli. Nie mówimy o tym, bo nam głupio, bo nam wstyd, bo w sumie to się przyzwyczaiłyśmy. Ze sceny w pewnym momencie pada tekst „you fucking idiot woman” i wtedy z damskich gardeł na widowni dobywa się zbiorowy wzdech oburzenia. Zwłaszcza, że akcent pada na ostatnie słowo, jakby to była obelga. Oglądałam ten spektakl w sobotę dwukrotnie i dwukrotnie słyszałam to westchnienie.
Jest to bardzo zabawne, i owszem. Ale zabawne w sposób taki trochę nieprzyjemny, gorzki momentami.
Z pewnością ostatnie wydarzenia wpłynęły na wydźwięk tego spektaklu i nałożyły nań drugą warstwę, czyniąc z niego opowieść o seksizmie naszym codziennym.

Jest zatem sfrustrowany autor, któremu żadna przesłuchiwana się nie podoba, bo połowa z nich wyglądała jak dziwki, a połowa jak lesbijki (jego słowa, nie moje), i jest niezbyt dobra aktorka, która wpada po skończonym przesłuchaniu z ogromną torbą i połamaną parasolką, i, gdy autor zamierza wywalić ją za drzwi, bierze go na litość. Przeczytajmy tylko jedną scenę. Dwie. Trzy.
Jakimś cudem dziewczyna ma przy sobie cały skrypt. Ale tylko przewertowała w pociągu. Oryginalnej powieści nie zna, choć w pewnej chwili powie: „sprawdziłam, tego nie ma w książce”.
Jakimś cudem zna tekst na pamięć.
Jakimś cudem w ogromnej torbie ma nie tylko suknię dla siebie, ale i płaszcz dla niego – uszyty w Wiedniu, ponad sto lat temu.
Jakimś cudem pozbywa się prowincjonalnego, chamskiego akcentu i brzmi jak arystokratka.
Jakimś cudem wie wszystko o partnerce autora. Wie również, że związek jest przyjemny, lecz raczej letni. Wreszcie sugeruje, że jego bohater to on sam.
Kim ona jest? Po co się fatygowała w tej ulewie?
Bohater/autor w ostatniej scenie dowie się, kim ona jest. Oj, jak bardzo on się dowie.

Po spektaklu skręcam za róg i ustawiam się w kolejce – w kolejce, mój Boże, pamiętam czasy, gdy byłam jedyna! Przestępuję z nogi na nogę, nerwy po kokardę. Nienawidzę tego. I wtem, nim zdążę otworzyć buzię, słyszę:
– Olaaa! Jak się miewasz, miło znów cię widzieć!
He?…
Cała moja misternie rzeźbiona, wyuczona na pamięć przemowa poszła w… no, tam właśnie. Jak zwykle. Tymczasem jakiś niedogolony wycirus w kraciastej koszuli stoi naprzeciw i bezczelnie gulgocze.
– A jak motyle? – pyta ten wycirus.
– Świetnie, rudzik też.
Koleś obok mnie, czekający na Dormer i udający, że nie słucha, spogląda na mnie z wyrazem twarzy mówiącym „coś dziwna ta rozmowa, ona się opiekuje jego zwierzątkami czy jak?”.
– Wiesz, że byłaś pierwszą osobą, która… – i tak dalej, wypowiedziane z wielką szybkością i bardzo anglozowym akcentem.
Tak, wiem. Już mi mówiłeś. I w sumie to taki był zamiar. Drugą Peggy Guggenheim raczej nie będę, ale jestem i tak niebywale dumna z mojej kolekcji. Nieważne, że zapewne to do muzeum nie trafi. Ważne, że komuś zrobiłam miłą rzecz i ktoś zrobił miłą rzecz dla mnie, i dzięki temu świat stał się odrobinę przyjemniejszym miejscem.
– To ja przyjdę znowu w listopadzie – mówię – jeśli nie masz nic przeciwko.
– Przyjdź i powiedz, co myślisz!
– Dobrze. To cześć.
– Cześć!
Powiadam wam, to najmilszy człowiek na tym łez padole. To jest człowiek, który powinien być zapisywany na receptę, bo jest serdeczny, uroczy, jeśli jesteście nieśmiali i zapominacie słów, to za was zdanie dokończy, wlepia te gały karmelowe tak, że gdyby obok grzyb atomowy wyrósł, to byście nie zauważyli, ma ten swój gulgot zaraźliwy – jego śmiech jest jak wróżki u Barriego, jak rozsypane koraliki. Nie tylko ja tak uważam. Mało tego, znam heteroseksualnych mężczyzn nieodpornych na ten czar. To jest człowiek, który powiedziałby wam, że chciałby, byście napadli na bank, a wy tylko skinęlibyście głową i spytalibyście, na który.
Ma też przy tym bardzo dobrze poukładane w głowie, może czasem brzmi przemądrzale, ale daj Boże, by wszyscy aktorzy udzielali takich wywiadów.
I ładnie pachnie.
Koszmarna, koszmarna postać.

W samolocie do domu natomiast zakolegowałam się z przemiłym dżentelmenem, który – od słowa do słowa… – zna pana i władcę. Był to jeden z momentów, gdy pomyślałam, że stężenie absurdu większe już być nie może, ale wiecie, ilekroć tak właśnie się pomyśli, opatrzność się zaśmiewa i mówi: „a założymy się?…”. Tak sobie rozmawialiśmy o tym, co nas rzuciło do Albionu i z powrotem, co porabiamy, gdy w Albionie nie jesteśmy, jakieś tam wspólne wątki się pojawiły i WTEM. I to była absolutna wiśnia na torcie.

Cuidado con mi corazon!

Nocą ze środy na czwartek, wróciwszy z egipskiej świątyni (tak, Madryt ma taką – prawdziwą, otrzymał ją od rządu Egiptu w podziękowaniu za pomoc w ratowaniu tamtejszych zabytków; polecam wizytę o zachodzie słońca), załamywałam ręce nad walizką, która w pewnym momencie odmówiła współpracy. Co prawda mam pewne doświadczenie w pakowaniu się, niemniej jeszcze nie rozwiązałam kwestii praw fizyki, dokładniej pojemności bagażu, która jednak jest ograniczona. A ja, obok butelek wina i Pedro Ximenez, opuszczałam Madryt z sześcioma (sic!) parami butów i całą masą nowych ciuchów. I jak tu włożyć coś większego w coś mniejszego?
Da się.
Wymaga to pewnych poświęceń, na przykład podróżowania na lotnisko w cholernym płaszczu mimo 20 stopni Celsjusza, ale da się.

Z moim wyjazdem dziwnie zbiegło się załamanie pogody – potworna burza nocą, chmurny dzień, a wreszcie, gdy już zapakowano mnie do samolotu, ulewa wręcz biblijna. Mnie samej chciało się płakać trochę i nos do szyby przylepiałam, och, żegnaj, mój kochany Madrycie, kocham cię za budzenie mnie o poranku słońcem i usypianie mnie ciepłym wiatrem, za przygarnięcie tej cudzoziemki i oczarowanie jej. Ale Madryt popłakał się bardziej.

Mimo dziesięciu minut na przesiadkę w pięknym Monachium ja i moja walizka dotarłyśmy szczęśliwie do domu, by się rozbebeszyć, wyprać i zapakować nazad, bo jutro rano odlatuję na wakacje, z których jadę prosto do pracy – na kolejny półwysep. Padłam w pościel i zasnęłam natychmiast, ocknęłam się rano, spędziłam poranek na nudnych czynnościach organizacyjnych, gdy wtem mój telefon zatrzepotał. Czego znowu, myślę. Wszyscy wiedzą, że mam wakacje. Kto śmie mój święty spokój zakłócać. 
Widzicie, ja mam ustawione powiadomienia o działalności niektórych ludzi w mediach społecznościowych. Ilekroć oni coś opublikują, niezależnie od pory i wagi przekazywanych treści, ja się dowiem od razu. To ma skutki uboczne – zdjęcie żywopłotu o trzeciej w nocy to nie do końca jest coś, przez co chciałabym być wyrywana ze snu, ale godzę się na to. Dziś jednakowoż mój telefon informował mnie o czymś niesłychanie ważnym, mianowicie o tym, że jesienią, choćby skały i tak dalej, choćbym była wówczas w Melbourne/Montevideo lub pod kroplówką, jadę do Londynu i nie ma przebacz.
Autorka uśmiechnęła się półgębkiem, jakby wieść nie zrobiła na niej szczególnego wrażenia, po czym pognała do laptopa i natychmiast kupiła bilety.
Dopiero wtedy ją olśniło, dlaczego przez kilka ostatnich dni wspomniane powiadomienia dotyczyły głównie rozmaitych portretów Wenus. Cwaniak.
Cieszę się ogromnie i zacieram moje małe rączki, bo bite dwa lata czekałam, aż włosy wrócą na scenę wraz ze swoim obezwładniająco uroczym właścicielem, a i cały spektakl dobrze się zapowiada (czytałam oryginał, zresztą to troszeczkę moja bajka, cały ten klimacik… nieważne).

Coś jest mocno nie tak z tym 2017. On jest zbyt dobry dla mnie.

Narysuj mi baranka

No dobra, przyznam się.

Ci z P.T. czytelników, którzy zaglądali niedawno na twarzoksiążkę autorki, znają trochę jej perypetie i są świadomi, że ma nader pojemne serduszko, niektórzy ludzie mają w tymże oddzielne szufladki, inni całe komódki, a paru okazałe szafy – już wiedzą, co zmalowałam.
To nie jest do końca właściwe określenie, bo na razie to jeszcze nic nie zostało zmalowane, ale zostanie, tylko że nie przeze mnie.

Jak wiadomo, autorka półtora roku temu niechcący została mecenasem. I to w dodatku wyjątkowym, bo pierwszym. Łatwe to nie było – podejrzewam, że był to jeden z najbardziej partyzanckich zakupów „dzieł sztuki” w historii – ale się udało. Tym samym od ubiegłego maja łypie na mnie ze ściany upierzone stworzenie.
No i od pewnego czasu autorka rozważała nieśmiało powiększenie kolekcji, no bo umówmy się, jeden eksponat to jakby szału nie ma, nieprawdaż. Niestety nie miała ostatnimi czasy okazji do poinformowania o tym oko w oko, ale od czegóż mamy internet. Druki można nabyć trzema kliknięciami, niemniej autorka nie chciała druku. Autorka chciała mieć kolejny oryginał. A że życie ją tej jesieni kopie w oba pośladki z impetem, uznała, że czas sobie wynagrodzić wszystkie wylane w październiku ślozy. Toteż w poniedziałkowy wieczór usiadła i wypełniła formularzyk na stronie internetowej, przeczytała trzykrotnie, skasowała, napisała od nowa, czynność powtórzyła, wreszcie kliknęła „send”. No trudno. Założyła, że najgorsze, co może się zdarzyć, to że jej wypieszczone dwa zdania nie dotrą do adresata lub też jeśli dotrą, to ów plaśnie się uroczą rączką w czoło i westchnie w swoim narzeczu: „rany boskie, tylko nie ta wariatka znowu”. Niemniej ponieważ ostrożności nigdy za wiele, autorka przez dwa dni omijała szerokim łukiem swojego Gmaila.
Wreszcie wczoraj zajrzała.
I podskoczyła z przerażenia.

Czy ja już kiedyś wspominałam, że ten człowiek jest bardzo miły?

Odpisałam w lansadach oraz prawdopodobnie całkowicie bez sensu, toteż wolę nie czytać tego, com wysłała z powrotem – wystarczy mi, że czasami muszę słuchać tego, co mówię. Tym samym znów bałam się mojej skrzynki pocztowej, ale otworzyłam przed chwilą i znalazłam cały elaborat, złożony z długachnych zdań i wysublimowanych konstrukcji gramatycznych, zakończony wdzięcznym pytaniem „So – what do you have in mind?”…
Tak czy inaczej, negocjacje w trakcie. Byłyby dużo prostsze, gdybym wiedziała, czego w ogóle chcę (bo ten obrazek jeszcze nie istnieje, widzicie – to jest najzabawniejsze). Za dużo ośmiorniczek to ja się w najbliższych miesiącach nie najem, bo aż oczy przetarłam, gdy zobaczyłam cenę wyjściową, ale.
Warto.
Z przyczyn tak wielu, że trudno je wymienić. Jedną z nich jest też oczywiście moja pospolita próżność, nie ma czym się chwalić, ale tak jest. Co ważniejsze jednak, mogłabym wydać ten piniondz na masę innych zbytków, które za parę lat wyniosę na śmietnik. Ten ze mną zostanie na zawsze. A co najważniejsze – bardzo, przebardzo fajnie jest wspierać ludzi, których się lubi i fajnie jest czuć, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Poza tym dużo, dużo więcej.

I dlatego mówię – nie chodzić do teatru, nie guglać ludzi, pod żadnym pozorem nie próbować się z nimi przywitać, a jeśli nawet, to zrobić to raz i nie wracać, bo skończycie jak ja.
Wiecie co, to wszystko jest tak absurdalne, że gdyby ktoś mi podobną historię opowiedział, to bym mu nie uwierzyła. Z drugiej strony przecież nikt by czegoś takiego nie wymyślił, chyba że po dużej dawce meskaliny.

Poza tym wszystko po staremu, dziękuję.

The amorous alphabet

Śliczny był wczorajszy dzień, pocztówkowy prawie. Spędziłam przedpołudnie w Alexandra Palace, pięknym miejscu, z którego widać całe miasto, jeśli pogoda ładna. Można się opalać i karmić wiewiórki.

Tu muszę dodać, że jestem zagorzałą fanką londyńskich parków. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była przecież Mary Poppins, a Janeczka i Michaś ciągle chodzili z Mary do parku, i zawsze zdarzała im się tam przygoda. Chodzę zatem szlakami wytyczonymi przez wyobraźnię dziewczynki, która bardzo chciała kiedyś znaleźć się w magicznym miejscu zwanym Londyn. Zdarzało mi się rezygnować z ambitnych turystycznych planów, żeby poleżeć na trawie.

Po południu natomiast włożyłam sukienkę, rzęsy podmalowałam i ruszyłam do Shakespeare’s Globe.

image

Pierwszy raz wylądowałam na Read Not Dead dwa lata temu. I, jak to ponoć często bywa, już zostałam.
Od tamtej pory staram się tak planować wizyty w Londinium, żeby zahaczyć o to. Owszem, West End lśni i czaruje – te gwiazdy,  te efekty specjalne – ale tam jesteście tylko jednym z tysiąca widzów. Jesteście jakimś tam nazwiskiem na miejscu D22. Jutro to miejsce zajmie ktoś inny, kto pewnie też przyjechał z daleka, jutro odleci w jednym z setek samolotów startujących z londyńskich lotnisk. Na Read Not Dead jesteście częścią wydarzenia. Nie jesteście anonimowym widzem, jesteście gościem. Mile widzianym gościem, a wasz głośny śmiech w tragicznych scenach jest jak najbardziej w porządku. Atmosfera jest bardzo luźna. Owszem, chodzi o przywracanie do życia zapomnianej dramaturgii (nie zawsze dobrej), ale nikt przecież nie powiedział, że to musi być na serio…
Moja przyjaciółka, gdy jej z grubsza opowiedziałam, o co w tym chodzi, spytała, czy płacą mi za udział. Ja ją rozumiem. Mało kto chciałby spędzić niedzielę w jakże atrakcyjnym mieście na czytaniu sztuki, którą ostatnio wystawiono z dwieście lat temu, jeśli w ogóle. Można przecież do muzeum pójść. Do parku. Na zakupy. Fotek trochę natrzaskać. Ale jakieś  czytanie sztuki? Słownikowa definicja nudy.
image

Otóż nie. Read Not Dead to owszem, są w sumie czytane dramaty, ale nie do końca,  ponieważ celem reżysera jest, by w pięć godzin sklecić z tego w miarę normalne przedstawienie. Oczywiście to nie ma prawa się udać i w tym właśnie cały urok.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy się gotują, potykają, nie wiedzą, kiedy zacząć lub rozpędzają się za bardzo i czytają kwestie kolegów, przysiadają wśród publiczności. Pogubieni zupełnie, szyją czasami na poczekaniu i wtedy możecie zobaczyć fantastyczne aktorskie rzemiosło. Publiczności to zupełnie nie przeszkadza. Publiczność tupie i klaszcze jak na koncercie rockowym. Łatwo rozpoznać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz, bo zdumiony wodzi wzrokiem po ryczących ze śmiechu ludziach, jakby chciał powiedzieć: „ale o co chodzi…”. Gdy przychodzi trzeci raz, też ryczy. Gdy przychodzi po raz piąty, odkrywa z uciechą, że ludzie po obu stronach sceny posyłają mu skinienie. Tym samym macie wrażenie, że nie przyszliście do teatru, tylko na jakieś przyjemne popołudniowe spotkanie ludzi dzielących wspólne zainteresowania (ewentualnie zjazd terapeutyczny osób, które, że tak powiem, nie mają wszystkich w domu).
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy grają po kilka ról – nawet cztery – więc nie tylko widownia, ale oni sami momentami nie wiedzą nawet, kim właściwie w danej scenie są i wtedy na ich twarzach pojawia się rozkoszny wyraz mówiący: „nie mam pojęcia, co robię”.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że scena walki zostaje przerwana, bo wygrażający szabelką bohater nie ma jak przewrócić strony w swoim skrypcie. Bywa, że prosi wtedy swoją ofiarę o to, żeby mu przez chwilę broń potrzymała. Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.
Tym razem była muzyka na żywo, tańce częściowo nawet widowiskowe – było prawie dobrze do momentu, gdy jeden z wykonawców zapomniał kroków i postanowił improwizować, i poszedł w Travoltę – cudnie sprośne żarty, jeden Francuz chowający się w krzaku (wspominałam o sprośnych żartach?), a na końcu wszyscy okazali się swoimi braćmi, siostrami i kuzynami. Francuz też.

Tak sobie stałam pod drzwiami przepięknego Sam Wanamaker Playhouse, sącząc winko i emanując moim środkowoeuropejskim wdziękiem, wsparta elegancko o filar, gdy wtem zobaczyłam frunące przez foyer włosy. Niedobrze.
Uwaga, będzie dygresja.
Wszyscy wiedzą, że nabawiłam się onegdaj pewnej wstydliwej słabości, którą uparcie zwalczam metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę”. O dyskusyjnej skuteczności tej metody porozmawiamy innym razem. Słabość jest tym dotkliwsza, że jest raczej miłą i łagodną postacią, a ponadto od czasu do czasu powiadamia internet, iż właśnie wypłakuje sobie karmelowe oczy nad książką lub filmem, co u niżej podpisanej wywołuje efekt przekrzywienia główki i westchnienia. Nawet mi się udało zapaść jej w pamięć, choć naprawdę wolę nie domyślać się, z jakiego powodu. W każdym razie jeszcze nie zwiewa pędem w przeciwnym kierunku, gdy tylko mnie kątem oka zauważy, ani też nie wystosowała wniosku do odpowiednich służb o zakaz wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa dla tej panienki.
W pewien sposób zresztą jesteśmy ze sobą związani na całe życie, bo niechcący zostałam pierwszym w historii nabywcą pracy tego sympatycznego stworzenia (bo ono, gdy akurat nie obcina palców nastolatkom, nie podpala/wiesza/dusi ludzi ani nie paraduje po scenach West Endu w gustownych rajstopkach, lubi sobie rysować, zwierzątka głównie).

Włosy tym razem nie brały udziału w spektaklu, ale zasiadły za mną i od czasu do czasu dawały znać o sobie, wybuchając zaraźliwym gulgotem. Po przedstawieniu włosy zrobiły to, co zwykle robi publiczność po przedstawieniu, czyli wyszły.
I cóż wtedy uczyniła nieśmiała, zazwyczaj bardzo ułożona i zdystansowana autorka.
Otóż pognała kurcgalopkiem przez ogromne foyer Globe na ulicę i dogoniła Bogu ducha winne chłopię.
– Sorry to chase you down the street, that’s a bit awkward…
– That’s all right.
Nienawidzę.
– Thank you for the drawing. I, eh, urrmm…
– My pleasure. I’m glad it’s found a good home.
Autorka zagapiła się tępo na rozmówcę. Jak zwykle. Gdy odzyskała rezon, nastąpiła zwyczajowa kulturalna gadka-szmatka, po czym autorka pożegnała się grzecznie i usłyszała:
– See you soon. Buh-bye!
Ale jak to, see you soon. Jakie soon. Znaczy że co? Że ja tu znowu wyląduję niebawem?…
Cóż. Z pewnością są gorsze powody do odwiedzania Londynu.

Rockin’ Robin

Nie wiem, od czego mam zacząć. Trochę muszę spuścić powietrze, żeby nie eksplodować, a trochę muszę to i owo zatrzymać – na razie – dla siebie.
W ciągu skromnych dwudziestu czterech godzin wydarzyło się tak dużo, że chyba zrezygnuję z opisywania tych przygód. Powiem wam tylko, iż opuszczanie strefy komfortu nie jest tak trudne, jak się wydaje, i czasem już po pierwszym kroku czujecie w powietrzu zmianę. Owszem, mniej więcej raz na kwadrans zadaję sobie pytanie, co ja w ogóle robię. Odpowiedź brzmi: nie mam pojęcia, ale nie czuję się z tym źle. Wprost przeciwnie, fruwam metr nad ziemią, mentalnie biegam po łące i tak dalej. A najlepsze jest to, że cokolwiek się wydarzy, i tak zyskam.
Zamknijmy może ten enigmatyczny wątek, bo zdecydowanie zbyt wcześnie, by cokolwiek na temat pisać – zwłaszcza że nie znoszę chwalić dnia przed zachodem słońca – i przejdźmy do części ilustrowanej.
Teraz już naprawdę mam obrazek. Leży w zasięgu wzroku i się prostuje, bo parę dni przesiedział w tubie. Ze wstydem przyznam, że prawie wlazłam do okienka na poczcie, taka byłam zniecierpliwiona. Tak czy inaczej, oto następuje moment, w którym możecie pokręcić głową, zadając w przestrzeń pytanie: I o takie coś było tyle zamieszania?… Owszem, wiem, że ten anonimowy, co lekką rączką kupił Picassa za 179 milionów dolarów, to dopiero może się przechwalać. Przyznam, że nawet ładny ten Picasso, dużo niebieskiego i w ogóle. No, ale jakby nie ta skala, prawda.

Rozbroiłam pakunek z użyciem nożyczek i energicznych rękoczynów, wytrząsnęłam cholerstwo z tuby – i oj, jak się zdziwiłam. Będzie mi trudno oprawić ten szkic, bo na odwrocie… no, sami zobaczcie.

Mówiłam przecież, że on jest nie do zniesienia.
No i widzicie, tak mi się ostatnio toczy. Prawie zupełnie zwyczajnie, tylko że za tą zwyczajnością nie nadążam.

To może na koniec drobna wstawka muzyczna, bo i tak nic więcej nie mam do napisania. Otóż jeśli potrzebujecie ścieżki dźwiękowej na dzisiejszy wieczór lub jutrzejszy łagodny poranek i jeszcze nie słyszeliście nowej piosenki Tame Impala, domagam się stanowczo, żebyście jej posłuchali, bowiem jest absolutnie urocza, uwodzicielska i uzależniająca. Przez cały dzień słuchałam w kółko, a z towarzyszeniem burzy za oknami brzmi upajająco.
Proszę bardzo. Nawet nie wiedziałam, że znam tyle słów na U.

Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

First Aid Kit Marlowe

Wróciłam. Mówiłam przecież, że zaraz będę z powrotem. Mam kolosalny deficyt snu, bo nie było czasu na coś tak banalnego. Najchętniej uderzyłabym w kimono, ale muszę spisać wszystko, nim zapomnę. No, może nie wszystko.

Przyleciałam do Zjednoczonego Królestwa z duszą na ramieniu, bo huśtało nami tak, że ja – która latać się nie boję – zaciskałam kurczowo palce na poręczy fotela, ubolewając, że testamentu nie spisałam. Koszmar. Wysiadałam blada i ziemię gotowa całować.

Otrząsnęłam się, owinęłam moim dłuuugim szalikiem i wsiadłam w pociąg, żeby dojechać na południowy brzeg – musiałam spotkać mojego Golema.
To jest rzecz, której słowami nie da się opisać. Coś, czego dotychczas nie było. Animacja, w którą ‚wchodzą’ żywi aktorzy (połączenie jednego z drugim dech w piersi zapiera) i pyszna muzyka na żywo – każdy z wykonawców potrafi na czymś grać, więc przy okazji widz dostaje trochę niezłego punka. Olśniewający wizualnie teatr, przepiękna rzecz. I mądra do tego. Oto jest mały, nieśmiały, niedoceniany przez nikogo człowieczek. Oto jest Golem, gliniana kreatura, która może spełnić każde jego żądanie. Może za niego pracować, znacznie wydajniej, niż człowieczek kiedykolwiek dałby radę. Ale co, jeśli Golem zacznie się uczyć? Jeśli nauczy się mówić? Jeśli zacznie człowieczkowi wmawiać potrzeby? Jeśli zacznie nim rządzić?… Golem ewoluuje z pokracznej, niemej figury z gliny (z dość komicznym przyrodzeniem) maszerującej bezmyślnie za właścicielem, by wreszcie przybrać formę wszczepianego do głowy czipa, który właścicielem sprytnie steruje. Zabawka kręci życiem posiadacza. Dość znajome, prawda?
Gdy zapaliły się światła na widowni, byłam rozbawiona, bo to prześmieszne, i wstrząśnięta, bo to gorzkie i bardzo mocne. Wszyscy mamy swoich Golemów. Te Golemy szepczą nam do ucha, co powinniśmy robić i jak, chcesz tego, kup to, musisz to mieć, myślisz tak, jak ja ci mówię. Golem to cała nasza współczesna kultura – wydaje nam się, że to my wybieramy sobie z niej to, co nas kręci, ale już dawno zdecydowano za nas.
Rzecz nie do zapomnienia. Jedna z tych, które zbierają tylko dwa rodzaje recenzji – entuzjastyczne i takie pytające „WTF”. Osobiście należę do pierwszego obozu, bo jak wiadomo, lubię rzeczy dziwne. Golem niebawem rusza w trasę po kontynencie; naszego kraju na razie w planach nie mają, ale Chryste Panie, niech ich ktoś zaprosi.
Wyszłam z teatru, znów zamotałam mój niebezpiecznie długi szalik (powiadam, skończę kiedyś jak Isadora Duncan), pofrunęłam metrem do hotelu, żeby zrobić się na bóstwo i godzinę później biegłam na kolejny spektakl, dość wyjątkowy, choć z zupełnie innych przyczyn.

W naszym pięknym kraju pokutuje przekonanie, że teatr jest czymś niesłychanie poważnym, świątynią niemal. Do teatru trzeba ładnie się ubrać. Teatr jest z definicji nudny i nie wiadomo, o co chodzi (poza tym, oczywiście, rządzi nim lobby homoseksualne), a artyści to dziwni ludzie.
Za Kanałem sprawy mają się nieco inaczej. Na przykład nikt do teatru ładnie się nie ubiera – czasami nawet nie ma to szczególnego sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przez trzy godziny stać na dziedzińcu Globe w szpilkach. Natomiast jedno się potwierdza. Artyści to dziwni ludzie.
W dobie mediów społecznościowych nikogo nie dziwi, że trailery spektakli są wrzucane na Jutuba, żeby widz mógł upewnić się, czy w ogóle chce wydać swoje ciężko (lub nie) zarabiane pieniądze na bilet. Nikogo też nie dziwi, że teatry mają profile na wszystkich tych Facebookach i Instagramach. Wreszcie nikogo nie dziwi, że aktorzy w owych czasach mają smartfony i nie wahają się ich używać. Tym samym widzowie pewnego spektaklu przez osiem miesięcy niemal codziennie dostawali bonus w postaci zdjęć zza kulis, publikowanych w wielkiej obfitości przez trzech panów z Gertie Dressing Room. Większość tych obrazków wywołuje w oglądającym reakcję „na co ja w ogóle patrzę”. Bo oto człowiek zyskuje cudowną możliwość obejrzenia sobie bożyszcza kobiet w rajstopkach. Albo zbliżenia na krocze jego wesołego kolegi (chciałam wrzucić, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że uratuję resztki mojej już i tak sponiewieranej godności). Albo trzech mężczyzn siedzących wspólnie w wannie, ponieważ dlaczego nie. I całej masy innych zdumiewających scen. Dodajmy, że odtwórca głównej roli był ofiarą nieustannego dokuczania i niewybrednych żartów, gdyż towarzysze z garderoby korzystali z każdej szansy, żeby podkraść mu telefon i w jego imieniu publikować kretyńskie wpisy na Twitterze, strzelać mu z ukradka kompromitujące fotki albo parodiować jego sesje zdjęciowe. Bardzo się nad nim znęcali.
Będzie mi szczerze brakowało tej dokumentacji. Niestety w sobotni wieczór została wrzucona ostatnia fotografia, już wcale nie zabawna, bo wtedy też odbyło się ostatnie przedstawienie w tej obsadzie. Ostatnie przedstawienia mają na ogół bardzo specyficzną i poruszającą atmosferę, bo z jednej strony pełno w nich psikusów i mrugania okiem do widowni, z drugiej – jest smutno. To nie film, który można sobie odtwarzać dowolną liczbę razy. Wiecie, że widzicie coś po raz ostatni w życiu; to coś za chwilę przejdzie do historii.
Dowiedziałam się o dacie tego wydarzenia na tyle wcześnie, że ze spokojem mogłam kupić bilet i miałam niezbite wrażenie, że ogromna większość ludzi siedzących na widowni oglądała to po raz przynajmniej trzeci. Nie wiem, czyją mamą była pani obok mnie, ale podczas przeraźliwie długiej owacji nieszczęsna się popłakała – zresztą było coś takiego w powietrzu. A później niektórzy czym prędzej pośpieszyli na zaplecze, żeby wymienić tradycyjne pozdrowienia i niektórzy są z siebie bardzo dumni, bo wreszcie udało im się poprowadzić całkiem normalną konwersację, nawet pokusić się o żarcik, mimo że uroczość jak zwykle bezdusznie ich bombardowała uśmiechami, pachnieniem jak pierniczek i byciem niestosownie miłym. Co więcej, niektórzy są już przez uroczość rozpoznawani (khhh… nie jestem pewna, z jakiego powodu, ale to nie ma znaczenia). Co jeszcze więcej, gdy niektórzy już się żegnali, usłyszeli: love your jacket, by the way. Tak, ja też kocham mój płaszczyk, a teraz będę chciała zostać w nim pochowana, dzięki. Też mi się podoba bardzo, przywiozłam go dawno temu z Madrytu, ździebko ekstrawagancki jest, ale to dobrze – papuzie kolory to świetna tarcza dla nieśmiałych.
Przedstawienie będzie wystawiane jeszcze przez kilka miesięcy i gorąco polecam, gdyby ktoś akurat wybierał się do Albionu – za nową obsadę nie ręczę, bo nikogo z nich nie znam, ale jeśli będzie w połowie tak postrzelona i zżyta ze sobą, jak ta, która właśnie rozjechała się na zasłużone wakacje, to będzie dobrze.

W niedzielę, gdy już wygramoliłam się z łóżka (bo poprzedniej nocy, zamiast pójść po bożemu spać po powrocie do hotelu, zabrałam się za świńskie rozmówki i nagle zrobiła się czwarta nad ranem), ruszyłam obcować ze sztuką. Wreszcie wyszło słońce i wiatr nieco się uspokoił.
wpid-dsc_0007.jpg
wpid-dsc_00082.jpg.jpeg
Pechowo po drodze zalazłam do księgarni, ale nie chcemy o tym mówić. Ponieważ zakupione tomiszcza nie miały prawa zmieścić mi się do wypchanej „dozwolonej jednej sztuki bagażu podręcznego” (co poradzę, że zawsze mi po drodze jakiś Primark wyskoczy), podczas odprawy nonszalancko trzymałam je pod pachą z miną mówiącą „tak, jestem taką intelektualistką, że nawet dwugodzinnego lotu nie zniesę bez pięciu opasłych książek – i tak, jest mi zimno, dlatego mam na sobie dwa sweterki”. Znacie ten ból. Tak czy inaczej, najpierw koniecznie chciałam zobaczyć wystawę Allena Jonesa i na wystawę Allena Jonesa poszłam.
Wiele lat temu Allen Jones zaprezentował światu rzeźbę pt. Krzesło. Skandal był wielki. W latach osiemdziesiątych zostało toto poważnie uszkodzone przez wojujące feministki i musiało zostać odrestaurowane. Bogiem a prawdą, sama będąc feministką, wystawą byłam zachwycona od chwili, gdy weszłam do pierwszego pokoju. Stały w nim stoliki – takie kawowe, jakie większość z nas ma w domu, ze szklanym blatem. Tylko że te blaty opierały się na klęczących manekinach w gorsetach i sznurowanych butach.
To jest piękny, olśniewająco kolorowy, figlarny, perwersyjny, przesiąknięty erotyką pop-art.
Na wystawie nie wolno było robić zdjęć – a szkoda – ale poświęciłam się i kupiłam wam katalog. No dobrze, sobie kupiłam. wpid-dsc_0021.jpg
wpid-dsc_0019.jpgwpid-dsc_00222.jpg.jpeg
Ta leżanka, hm. Spoko leżanka.

Z Królewskiej Akademii Sztuk pognałam co koń wyskoczy nazad na Strand, żeby obejrzeć sztukę, która poszła źle. Dosłownie.
To wielki hit, rzecz niby niezbyt ambitna, ale jednak imponująca, zrobiona przez małą grupę świrów, którzy przez długie miesiące objeżdżali z nią Anglię, aż zyskali taki rozgłos, że dostali teatr na West Endzie i jakoś do jesieni będą to codziennie grać. W skrócie – to teatr w teatrze. Mój najbardziej ulubiony gatunek. Jest sobie otóż trupa teatralna, która usiłuje wystawić spektakl w stylu Agathy Christie, czyli „kto zabił”. Niestety trupa składa się z samych fatalnie grających nieudaczników, zakochanych w sobie i ślących widowni uśmiechy nawet jako zwłoki, lub też nieporadnych, złapanych w korytarzu w ostatniej chwili i zmuszonych do wejścia na scenę. Nieudaczna jest też obsługa techniczna. Scenografia się rozpada, pożar wybucha, rekwizyty się psują albo znikają, inspicjent jest zajęty bawieniem się telefonem, więc nikt nie wie, kiedy ma wejść, a gdy zapomina tekstu, musi sobie radzić sam; wreszcie femme fatale dostaje drzwiami w czółko i trzeba na gwałt znaleźć zastępczynię, bo przedstawienie musi trwać… I przedstawienie trwa. Jest koszmarne, ale trwa. Pies mający grać w drugim akcie gubi się w przerwie, więc aktor dostaje samą smycz. Nosze, na których miał być wyniesiony nieboszczyk, urywają się, toteż nieboszczyk usiłuje niepostrzeżenie wyczołgać się za kulisy. Wykonawcy wyglądają, jakby myśl „kurrrwa, co za żenada” walczyła w ich głowach z myślą „OK, opanuj się, jedziemy dalej” – wiedzą, że to całkowita klęska, ale ciągną rzecz do końca z jakimś desperackim entuzjazmem kamikaze. Cudnie się to ogląda, bo to popis wielkiego aktorskiego profesjonalizmu. Owszem, to slapstickowy humor, ale wszystko wali się tak perfekcyjnie i cała ta pozorna improwizacja jest pod tak doskonałą kontrolą, że chapeau bas. Dodać trzeba, że Mischief Theatre, czyli towarzystwo odpowiedzialne za całą tę produkcję jest bardzo konsekwentne i z jednakowym urokiem zawala również swój PR.
Niedawno w Bagateli odbywało się polskie czytanie tej sztuki; bardzo bym chciała, żeby ją wystawili u nas.
Z teatru ruszyłam prosto na lotnisko, na którym oczywiście mój z trudem spakowany bagaż został wybebeszony, a kremy sprawdzone pod kątem zawartości materiałów wybuchowych (dlaczego zawsze ja…), po czym mruczące silniki zaniosły mnie do domu.
wpid-dsc_0018.jpg
Pod własną kołdrę wlazłam po trzeciej w nocy. Będę odsypiać ten weekend przez tydzień.

‘Tis Pity She’s a Whore, czyli autorki rok w pigułce

Twarzoksiążka uparła się, że zrobi dla mnie przegląd roku. Dziękuję ci, twarzoksiążko. Wolę mimo wszystko zmajstrować swój własny kalejdoskop.
Nadal mieszkam pod tym samym adresem. Nadal nie dostałam obiecywanej podwyżki, w związku z czym z imponującą łatwością rozpuszczam wszystko, co udaje mi się zaoszczędzić. Nadal mam niepoukładane życie uczuciowe – choć właściwie przed 2014 wyglądało dużo bardziej schludnie, prawie zwyczajnie. Nadal kupuję za dużo książek i nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Jakby nihil novi sub sole. A jednak nie do końca.

Zdarzyło mi się tego roku trochę historii z gatunku „w najśmielszych snach bym nie przypuszczała…”. Zdarzyło się w ogóle dużo. Poznałam bardzo wielu ludzi, a pojawienie się w moim życiu części z nich wywołało niezgorsze zamieszanie. Wlazłam w raczej osobliwe środowisko, które dba o to, żeby nie zabrakło mi wrażeń. Nie wyjechałam tym razem poza Europę, ale pokonałam ponad 21 tysięcy kilometrów i znalazłam się w wielu niezwykłych miejscach. Brałam udział w wydarzeniach, które zmuszały mnie do zadania sobie pytania „jak to się stało, że ja tu jestem i co w ogóle się dzieje?”. Przytrafiło się kilka niespodzianek, kilka celów zostało odłożonych na świętego Nigdy. Podjęłam trochę za dużo spontanicznych decyzji, ale za mało decyzji znaczących. Stawiłam czoła paru zawodowym wyzwaniom, których potwornie się bałam. Uwierzyłam w palec boży – musiałam, bo tak niewiarygodne zbiegi okoliczności mi się przytrafiały. Karmiłam moje obsesje tak wytrwale, że w końcu zaczęłam czerpać z nich korzyści. To był przedziwny rok. Parę bardziej niecenzuralnych określeń ciśnie mi się na klawiaturę, ale zostańmy przy tym, że przedziwny.
Minione miesiące w gruncie rzeczy sprawiły mi mnóstwo radości. Nie samej radości, bo na mojej małej planecie bywało bardzo ciemno i zimno, ale że cierpię na ostry syndrom Pollyanny, ani mi w głowie poświęcać zbyt wiele czasu i słów moim smutkom, rozterkom i innym wątkom egzystencjalnym.
Nie czuję się na siłach, by wskazywać wydarzenie roku, sukces roku, uśmiech roku, pocałunek roku, restaurację, spektakl, powieść itepe. Pojedziemy jak ostatnio, miesiąc po miesiącu. Dla ubarwienia postanowiłam wspomnienie każdego z nich przyprawić piosenką, której w danym czasie nie mogłam pozbyć się z uszu.

Styczeń. Niewinna sylwestrowa kolacja u przyjaciółki kończy się na tyle interesująco, że kolejne dni spędzam na bezwstydnym flirtowaniu z przyjaciółkowym kolegą, który nie miał gdzie się podziać, więc się przyplątał na tę imprezę i niestety poznał mnie. Sprawy rozwijają się bardzo dynamicznie, by jeszcze dynamiczniej się zwinąć. Następnie udaję się do Londynu, obejrzeć genialne American Psycho i czytanie sztuki, które być może też było genialne, ale nic z niego nie pamiętam, bo byłam bardzo zajęta kompromitująco głupawym szczerzeniem się do osobnika w przeciwległym kącie, szczegóły w archiwach, nie polecam.

Luty. Autorka wychodzi z pracy w piątkowy wieczór i ze swoim małym bagażem ponownie zasuwa do Londynu, żeby przekonać się na własne oczy, iż niejaki Jude Law naprawdę istnieje. Otóż istnieje. I łysieje. W poniedziałkowy ranek autorka grzecznie siedzi w biurze, jakby nigdy nic.

Marzec. Rzecz niebywała, autorka zasuwa do Londynu, wylewa hektolitry łez na musicalu, na który wcale nie chciała pójść, cieszy się szturmującą miasto wiosną i udaje jej się wrócić do domu tylko dlatego, że samolot nie odlatuje o czasie. Jak pokaże przyszłość, takie szczęście można mieć tylko raz w roku.

DSC_0004_8

Kwiecień. Mnóstwo roboty, ot i wszystko. Kwietnie zawsze przemykają niepostrzeżenie, bo zawsze czekam na maj.

Maj. Autorka ponownie zasuwa. Urodzinowy weekend w najgorszym, ale to najgorszym hotelu świata. Na samo wspomnienie trzęsę się z obrzydzenia, Chryste Panie, cóż to za nora była, a człowiek w recepcji ani chybi był zombie, niemniej weekend sam w sobie był przeuroczy (w dużej mierze dlatego, że odjeżdżałam z hotelu pierwszym metrem i wracałam ostatnim). W przestawianiu licznika towarzyszyły mi pewne wspaniałe istoty (chyba) ludzkie, proszę, oto istota pierwsza, druga i trzecia. Zwłaszcza mi się podobał ten potężny rzymski żołnierz w Globe, co mnie, Bogu ducha winnego widza unikającego jak ognia interakcji na linii aktorzy-publiczność, złapał i przestawił bezceremonialnie, bo mu na drodze stałam. A potem jeszcze na mnie nakrzyczał.
Ależ byłam zachwycona.
Z tej akurat wycieczki autorka wraca samolotem bardzo ciężko rannym. Ratując się przed zaśnięciem, gawędzi w lotniskowym barze z miłym nieznajomym, który też czeka na swój lot. Biedaczka nie zdaje sobie sprawy, że jej życie właśnie się rozszczepia i od tej chwili będzie biegło dwoma torami, odległymi od siebie o wiele mil, a ona nie będzie potrafiła wybrać żadnego z nich.

Czerwiec. Autorka jedzie na wakacje. Do Włoch, bo regularne bywanie we Włoszech jest człowiekowi potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego (przy czym ważne jest, by człowiek nie był nadmiernie przywiązany do obwodu w talii). Wychodząc z terminalu lotniska im. Galileusza, widzi rzeźbę.
wpid-dsc_00022_12.jpg.jpeg
Tak niesłychanie serdecznie Italia ją wita. Niewzruszona autorka wsiada do taksówki, która dowozi ją do centrum bardzo sprawnie, tak sprawnie, że nie zatrzymuje się na czerwonym świetle, ale jest już po północy i któż by się przejmował. Autorka mieszka w trzynastowiecznych pałacach, pija prosecco, siedząc na stopniach przed knajpą, moknie do suchej nitki podczas oberwania chmury w Pizie, szaleje z zachwytu w średniowiecznych kościołach Lukki i nawet udaje jej się poleżeć trochę na gorącym piasku.

Lipiec. Autorka jedzie na wakacje – znowu. Pytana przez znajomych, dlaczego w ogóle wybiera się dokądś, gdzie nic szczególnego do oglądania i przeżywania nie ma, odpowiada, że właśnie dlatego. Okazuje się, że to „nic szczególnego” oznacza przecudowne śniadania w ogrodzie, pejzaże jak z Muzeum d’Orsay i przeżycia absolutnie niesamowite. Ze wsi nasza bohaterka zasuwa do wiadomego miasta, gdzie wyleguje się w parkach,

DSC_0060_1
przesiaduje nocami na balkonie z widokiem na wieżę zegarową dworca St Pancras, nawiedza teatry, goni uroczych młodzieńców po ciemnych uliczkach na tyłach tychże teatrów (ponieważ na blogu może dowolnie naciągać rzeczywistość, niech będzie, że goni – opis wiernie oddający realia tamtej sytuacji brzmiałby „dostaje napadu paniki i chce zwiewać w przeciwnym kierunku, ale już za późno”), by wreszcie spóźnić się na samolot. Po raz pierwszy doświadcza tak ogromnego wścieku na siebie samą, ale koniec końców zyskuje bardzo miły dzień.
W lipcu również autorka słyszy słowa, które wżerają się w nią mocno, najmocniej ze wszystkich do tej pory usłyszanych.

Sierpień. W sercu naszej bohaterki – wydawać by się mogło, że zajętym na dobre i niewzruszonym – znienacka coś drga. Telefon też jej drga. Drgania owocują bezsennymi nocami, gapieniem się w księżyc, trudnymi rozmowami i słuchaniem romantycznych smętów. Nic ciekawego.

Wrzesień. Ot, pospolity miesiąc. Żywot osładzają sobotnie wypady w Beskidy, raz w palącym słońcu, raz w ulewnym deszczu. Jedynym novum w życiu niżej podpisanej jest to, że pierwszy raz zbiera grzyby, które na domiar szczęścia okazały się jadalne (czego dowodem fakt, że autorka produkuje dzisiejszy wpis o własnych siłach, spożywszy osobiste zbiory w wigilijnym barszczyku). We wrześniu również la dolce vita zostaje zakłócone przez grom z jasnego nieba i idącą w ślad za nim przykrą świadomość, że nic już nigdy nie będzie takie samo. W głowie naszej bohaterki pojawi się niepokój, który do końca roku jej nie opuści.

Październik. Autorka wraca z miasta do swego przepastnego apartamentu i wyjmuje z papierowej torby nabytą przed chwilą koszulkę w marynarskie paski. Siada na kanapie, sięga po nożyczki i bezlitośnie odcina rękawy, starając się ciąć jak najbardziej krzywo i niedbale. Dokonawszy zniszczeń, składa koszulkę starannie i wkłada ją do czekającej już walizki.
Trzy dni później stoi w pustoszejącym foyer, międli rąbek nieszczęsnej koszulki i modli się w duchu, by grom z jasnego nieba skrócił jej mękę, to jest najpewniej jedną z najbardziej koślawych konwersacji w historii ludzkości.
I don’t think I know a proper English word to describe what I’ve just seen… – rzecze autorka do ślicznego reżysera dzieła, które było tak frymuśne, że to się w głowie nie mieści (jedyna znaleziona recenzja tego wydarzenia opisuje je jako frantic, chaotic, exuberant mess i to wyczerpuje temat).
I don’t think I know a proper English word to describe it either – odpowiada reżyser, dyplom z literatury angielskiej, mind you.
It was fantastic. OK, I’ll be off now. Bye.
– OK. Bye. See you next time.
– OK. Bye
– odpowiada autorka. Taka jest wygadana.
Bhyyye – cholerne skaranie boskie posyła jej powłóczyste i podejrzanie rozbawione spojrzenie. I co cię tak cieszy, ty zmoro (zapewne to, że z perspektywy zmory autorka wygląda następująco). Autorka czym prędzej odwraca się i ucieka, prawie wpadając na filar po drodze.
A ponieważ coś wyraźnie wisi w wilgotnym angielskim powietrzu, autorka spędza kolejne wieczory na spacerkach i kryciu się po ciemnych kącikach w miłym towarzystwie i w zamiarach jawnie lubieżnych. Nie samą kulturą człowiek żyje przecież (choć w temacie kultury – nocne zwiedzanie ukrytych za pospolitą fasadą biurowca ruin The Rose stanie się najpiękniejszym teatralnym doświadczeniem życia i jednym z najbardziej mistycznych w ogóle). Ogólnie rzecz biorąc, wydarzenia tych kilku październikowych dni bez trudu zapełniłyby średnio grubą książkę, ale na pisanie memuarów jeszcze przyjdzie czas.

Listopad. Przemknął jakoś. Zaczął się bardzo pięknie, efektownie i zmysłowo, a potem jakoś tak się stało, że ciągle tylko załamywałam ręce. Mnóstwo pracy, panie dziejku, a pomiędzy pracą właściwie nic, o czym chciałoby się pamiętać. Ot, pełnowymiarowa biurwa. Jakby mnie ktoś ściągnął za nogi spod obłoków. Z całym impetem rąbnęłam tyłkiem o twardą glebę. Przez cały miesiąc, każdziuchnego dnia, rzeczywistość pokazywała mi, co o mnie myśli. Pokazywała mi to głównie środkowym palcem.

Grudzień. Fenomenalny koncert Gogol Bordello, na który wcale nie miałam ochoty, ale przekonana skakałam i śpiewałam w głos, co nie jest dla mnie zachowaniem typowym. Ja publicznie takich rzeczy nie robiłam dotychczas. Boska Komedia i urocze przedświąteczne spotkanie z kimś dawno niewidzianym, a bardzo mi potrzebnym. To po stronie plusów, cała reszta po stronie, niestety, minusów. Przetrwałam, taka wańka-wstańka łatwo się nie poddaje i nawet ostrzelana z ciężkich dział jakoś tam wraca do pionu, choć niekiedy posiniaczona.

Plany na przyszły rok na razie kończą się na marcu. Postanowień noworocznych jak zwykle brak. Co będzie dalej – nie wiem. Wiem tylko, że powinnam w końcu coś postanowić, bo w rozkroku niezbyt jest wygodnie.
Plany na ostatni wieczór roku ciągle trwającego są bardzo proste: białe winko z najbliższymi, może na Kazimierzu, ale raczej w domu któregoś z nas. Żadnej wielkiej imprezy. Posiedzieć, pogadać, wznieść toast (o ile dotrwamy do północy), wsiąść do taksówki, zasnąć grzecznie w ciepłym łóżku, obudzić się w 2015 i czekać, co się wydarzy. Najbliższe dni zamierzam spędzić tak spokojnie, herbacianie i kanapowo, jak tylko się da, bo czuję się, jakbym wysiadła z kręcącej się szybko karuzeli. A później… Cóż, nie można za dużo odpoczywać. Ale to już inna historia, którą – mam nadzieję – będę mogła zamieścić w przyszłorocznym podsumowaniu. No to, szanowni, oby nam się. Prost!

AVAST!!!

What shall we do with a drunken sailor?
We’ll put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Early in the morning!

Tutaj będzie wpis o piratach. Takie przynajmniej jest założenie, a co mi w istocie z tego wpisu wyjdzie, to się okaże w praniu. Myślę, że do rzeczy przejdę jakoś w ostatnich linijkach.
„W sztuce teatralnej autorem, dekoratorem, twórcą kostiumów, kompozytorem, aktorem, tancerzem – powinien być właściwie jeden człowiek. Tak wszechstronny tytan nie istnieje. Jednostkę trzeba więc zastąpić tym, co jest najbardziej podobne do jednostki: grupą przyjaciół”.
Tak kiedyś powiedział Jean Cocteau. I tak najkrócej da się opisać niedzielne czytanka w Globe. O co w nich chodzi, wyjaśniałam już parę razy, więc dziś tę sekcję pominę.
Najpierw obszerna dygresja NIE o piratach.
Uwaga, będę kwikała teraz.
Wszyscy wiedzą, że mam słabość, do której nie przyznam się łamana kołem. Nabawiłam się jej kilkanaście miesięcy temu i nie miałam wówczas pojęcia, ilu dziwnych ludzi dzięki niej poznam i w ilu niezwykłych wydarzeniach wezmę udział.
Znacie taką starą piosenkę, Sunshine Superman się nazywa? I’ll pick up your hand and slowly blow your little mind? Jakoś mi się skojarzyła.
Jeżeli kiedykolwiek zostanie ogłoszony konkurs na najmilszego człowieka we wszechświecie – ja go nie wygram. Ani, przykro mi, nikt z was. Ale wiem, kto wygra i to jeszcze zanim się odezwie.
Przy czym ja nie do końca jestem pewna, czy to jest człowiek. Tak czy inaczej, jest absolutnie nieznośny.
To stworzenie sfrunęło z innej planety, ale abstrahując od zaawansowanego zwariowania i hermetycznego poczucia humoru, jest chodzącą uroczością w powalającym stężeniu. I nie chodzi mi tu wcale o obnoszoną z nonszalancją urodę porcelanowej laleczki od szyi w górę i Popeye’a po szpinaku od szyi w dół. Ani o deprymującą erudycję. Ani o to, że stworzenie powinno dostać jakiś międzyplanetarny medal za dobre serduszko. Toto jest nieopisanie miłe i uprzejme, wyluzowane jak tybetański mnich i bardzo, ale to BARDZO łagodne, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy stoicie pół metra odeń, otwieracie buzię i wtedy właśnie uświadamiacie sobie, że zapomnieliście, co chcieliście powiedzieć.
Gdy nie daj Boże wspomnicie cokolwiek o zamiłowaniu do teatru, zainteresowanie rzeczonego waszą skromną osobą wyraźnie wzrośnie. Jeśli tym bardziej nie daj Boże wspomnicie trzy magiczne słowa, chłopaczek rozjarzy się jak żarówka, w karmelowych oczętach błyśnie porozumiewawcza iskierka i od razu inna rozmowa, aż w pewnej chwili z przerażeniem zauważycie wyciągniętą w waszym kierunku łapkę. Chłopak wymiędli wam rączkę i będzie się domagał, żebyście przyszli się przywitać następnym razem. Być może ktoś inny odmówiłby, ale ja mam bardzo słabą wolę, więc potulnie chodzę się witać. Mam też bardzo słabe nerwy i odwagę królika, toteż każde takie spotkanie rozpoczyna się minutą ciszy, podczas której nasza bohaterka rozpaczliwie usiłuje przypomnieć sobie dowolne słowo w języku angielskim. Kiedyś też zabłysnę swadą. Ewentualnie napiszę sobie tekst wcześniej na dłoni.
Pod żadnym pozorem nie należy niczym go obdarowywać, bo będzie wylewnie dziękował przez kwadrans. Nie należy też się przedstawiać, gdy zapyta, bo można się bardzo zdziwić niedługo później, jeśli występujecie w mediach społecznościowych.
To jest nie do wytrzymania. Jakby was ktoś ptysiami bombardował albo masował watą cukrową.
I ta właśnie wysoko stężona słodycz została przez swoją własną publiczność skazana na wyreżyserowanie sztuki właściwie niewystawialnej. Jak zwykle w przypadku tych osobliwych wydarzeń – dostała na to pięć godzin.
(Nawiasem mówiąc, podtrzymuję opinię ze stycznia, sweterek musi odejść. A w ogóle kto nosi Christmas jumpers na początku października?).

Słodycz zemściła się na publiczności bezlitośnie.
Po pierwsze kazała widzom przebrać się za piratów.
Po drugie zmontowała obsadę z aktorów przyprawiających o migotanie komór (bardzo miły człowiek i bardzo mi się podobało, gdy czaił się u moich kolan) lub przedsionków (facet wygląda doskonale piracko – jakby która była zainteresowana, to ten pan zajmuje się również treningiem personalnym), ale też zatrzymała ekipę, która zawsze w tych wesołych czytankach bierze udział.
Po trzecie, usiadłszy sobie skromnie w kąciku, demonstrowała cały repertuar swoich numerów popisowych, to jest dręczyła niewinnych ludzi regularnym hair porn, zalotnym kręceniem nóżką obutą w znające trudy życia najki, marszczeniem się z przejęcia, rumieńcami, gryzieniem palców (czy oni mogliby ustawowo tego zabronić w tym kraju) i zaraźliwym gulgotem.
Po czwarte naprawdę dobrze jej to wyszło, jak na taką partyzantkę. Widzowie dostali trzy godziny bezdechu, czkawki, łez i bólu brzucha.
Jak zwykle bohaterowie jeden za drugim kopali w kalendarz w męczarniach – literaci czterysta lat temu byli trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza i uważali, że dramatis personae powinny koniecznie umrzeć – i jak zwykle było to przeraźliwie śmieszne. Bo taki też jest koncept całej zabawy.
Nie podejmuję się streszczenia, ale to z pewnością jest bardzo złe dzieło. Być może najgorsze w historii dramaturgii europejskiej. Ono jest tak DURNE, że tego się nie da wystawić serio. Jest antysemickie, antyislamskie, antyfeministyczne, anty co tam jeszcze zechcecie. Wątki pokręcone i urwane w połowie, zero spójności, masa przemocy, masa seksu, a gdy autorowi brakowało wyobraźni do opisania czegoś dialogiem, sięgał po pantomimę, zostawiając aktorom luźne wskazówki, co mają pokazać. Efektem była najbardziej kuriozalna scena, jaką w życiu widziałam. Całkowicie improwizowana, niema scena konwersji na islam, w której aktorzy dobrowolnie zgłaszali się do robienia za księżyc, kapłana, hurysę, małpę, osła, kielich wina lub tron. Biedny tron trochę się namęczył, osioł, będący drobniutką kobietą o połowę mniejszą od dosiadającego go jeźdźca, jeszcze bardziej. Scena kończyła się obrzezaniem głównego bohatera. Publika płakała ze śmiechu, wykonawcy również.
Były też inne cudeńka.
Wszystkie śmierci były bardzo okrutne, bardzo. Ale znowu – trudno nie parskać, gdy leżące na scenie zwłoki zakładają nogę na nogę. Albo gdy czarny charakter każe swojemu umyślnemu się związać, po czym informuje, że teraz on zwiąże jego.
– Jak? – pyta przytomnie umyślny.
– Nie wiem, przewróć mi stronę, to ci powiem…
Zwłoki głównego bohatera, koszmarnie ugodzonego w tętnicę, opadają na zwłoki uprzednio zabitego (mieczem w jelito grube, że to tak ujmę). Uprzednie zwłoki czule obejmują zwłoki główne. Publiczność bezwładnie zwisa z ławek i rzęzi.
Jeden z bohaterów wygłasza żarliwy, przydługi monolog.
– Mam nadzieję, że zrozumieliście cokolwiek z tego – dodaje na końcu, sam nieco skonfundowany.
Groźny pirat z pluszową papugą przyszytą na okrętkę do rękawa każde swoje wejście rozpoczyna złowrogim „haHAA!”.
Aktor, który za chwilę zginie (straszną śmiercią, nie inaczej), pośpiesznie zdejmuje okulary.
Żona jednego z głównych bohaterów zdradza – za kulisami, ale głośno i dynamicznie – męża z tym, co zaraz będzie okulary zdejmował. Jego spodnie lądują na scenie, mąż je znajduje, pożar, sodoma i gomora. W kolejnej scenie pojawia się mufti w turbanie na głowie… udrapowanym z tychże gaci. Widownia wyje.
Nie każdego to bawi, bo to jednak odjechana prowizorka, nader często ocierająca się o granice dobrego smaku – być może dlatego na ogół widzę te same twarze – ale jeśli wessie, to na dobre. Poza tym czasami jest niespodziewanie magicznie i pięknie. No i nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej kooperacji widzów z aktorami, tak niesamowicie życzliwej, kumpelskiej wręcz atmosfery; nawet gdyby miała nastąpić całkowita katastrofa, ludzie i tak wiwatują, jakby Bóg wie co zobaczyli. Szaleństwo i stężenie absurdu nie do opisania.
Dopadłszy reżysera na schodach po wszystkim i odbębniwszy tradycyjne nieszczęsne h…h…he…hello, wyjąkałam jedynie, że nie jestem pewna, czy znam stosowne angielskie słowo na określenie tego, co właśnie widziałam. Reżyser trzepnął rzęsami, zagulgotał i odparł, że on takiego słowa też nie zna.

Ta sztuka jest osnuta na faktach. No, w każdym razie opowiada o kimś, kto naprawdę istniał. John Ward rzeczywiście był piratem, który z miłości przeszedł na islam. Przez pewien czas działał całkiem legalnie pod auspicjami Elżbiety I, obrabiając hiszpańskie statki w czasie, gdy Anglia toczyła wojnę z Hiszpanią, ale potem wojna się skończyła i źródło dochodów również. Ward olał zatem ojczyznę i został piratem pełną gębą, na Morzu Śródziemnym. Kradł okręty, łupił, mordował, a jedną ze swoich łajb zatopił (razem z liczną załogą…), bo zainstalował na niej zbyt ciężkie działa.
A tak, wybuchy też były. Bardzo imponująca bitwa morska była. Na confetti i serpentyny. Wszyscy siedzący na dole wytrzepywali z włosów bitewne odłamki.
Ward był podobno pierwowzorem Jacka Sparrowa.
Nie wiem czemu, ale bardzo mnie rozbawiła informacja o tym, że w rzeczywistości ten wielki pirat owszem, liczne miał przygody, ale w końcu osiadł w Tunezji, by zająć się hodowlą kurcząt.

Rzeczywistość dodała swoje trzy grosze. Pierwszy akt kończył się – jakżeby inaczej – dramatyczną śmiercią. Wszyscy potulnie opuścili widownię w antrakcie, żeby obsługa mogła sprzątnąć pozostałości po wspomnianej bitwie… i zobaczyli, że na zewnątrz, przed wejściem do teatru stoi ambulans. Nieśmieszna oczywiście sprawa, ale towarzystwo, mając żywo w pamięci ostatnią scenę, zbiorczo ryknęło śmiechem.

Taak, wiem. Nuda. Ale bądźcie dla mnie wyrozumiali, proszę. Jestem bardzo nieszczęśliwa, że wróciłam. A poza tym mam katar.
Kolejny urlop spędzam nad ciepłym morzem, sącząc daiquiri i unikając wszelkich wydarzeń choć trochę kulturalnych. Tak mi dopomóż.

Shagspear & Morelove

„Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death? Don’t mention death!
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą.
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale dla tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – spłodził Marlowe, doskonały poeta i tłumacz, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej; jedno i drugie w jego czasach było grubym przewinieniem, ale jakby tego było mało, był sądzony za fałszowanie pieniędzy i oskarżany o morderstwo). I w sztuce Marlowe wyłania się z ciemności w ostatniej scenie, żeby zajrzeć piszącemu Willowi przez ramię i na jego przerażone: ty nie żyjesz! odpowiedzieć z bezczelnym uśmiechem: no, tak mówią… W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Romeo is Italian, always in and out of love. He falls for Juliet, the daughter of his enemy.
– What about Ethel?…
– Oh, she gets married to the Moor who strangles her with a handkerchief.

Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący. Proszę, dwa zdania.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Scena balkonowa, w której biorą udział nie dwie, ale trzy osoby, jest histerycznie zabawna. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.

On the road to imminent disaster

image

– To miejsce jest fascynujące – mówię najzupełniej szczerze do poznanego kwadrans wcześniej człowieka. Śmieje się.
– Wiem – mówi. – Pracuję tu od trzydziestu lat i ciągle odkrywam coś nowego. Poza tym codziennie poznaję ciekawych ludzi – mruga do mnie. – Też macie średniowieczną katedrę w Krakowie, prawda?
Och, proszę pana, średniowiecza to my mamy na hurt i na detal.

Serce mnie bolało, gdy wlokłam się na dworzec. Ociągałam się, wstąpiłam na jeszcze jedną pintę, żeby wreszcie odkryć, iż ostatni autobus do Londynu odjechał godzinę temu, toteż pozostaje pociąg – dwa razy szybszy i trzy razy droższy. W mordę. Nie będzie nowej torebki.
Pola malowane zbożem rozmaitem z wolna ustępowały miejsca zagonom niewyraźnych szeregowych domków, centrom handlowym i piętrowym parkingom; wreszcie na horyzoncie wyrosły szklane wieże. We are now approaching London Waterloo, this train terminates here.

Żeby złagodzić szok, porzuciłam plecaczek w hotelu i ruszyłam obcować z przyrodą. Mogłam oczywiście spodziewać się, że w tak słoneczny dzień na ten sam pomysł wpadnie każdy turysta oraz wszystkie londyńskie matki, ale na szczęście Kew Gardens są na tyle duże, że można snuć się po nich chwilami tylko we własnym towarzystwie. No to się snułam.

Jak widać, że względu na bliskie sąsiedztwo Heathrow obcowanie z przyrodą jest mniej więcej raz na minutę zakłócane przez lądujący samolot, ale po pewnym czasie człowiek przestaje to słyszeć. Po prostu idzie przed siebie albo siada pod krzakiem lawendy, albo pod drzewem tak ogromnym, że nie sposób dostrzec czubka.

A później nadeszły godziny szczytu i obsługa monitoringu na stacji King’s Cross St Pancras mogła zobaczyć prawie ten sam co zawsze ludzki strumień, te same mundurki. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Granatowy. Czarny. Wtem błąd w matriksie pod postacią maszerującego dziarsko malinowego różu.
Wysączyłam gin z tonikiem, obejrzałam sobie cudowne przedstawienie, po zakończeniu skręciłam w kierunku przeciwnym niż reszta wychodzących i pogawędziłam z bardzo miluchnym chłopcem, który zdążył znaleźć mnie na Twitterze (nie mam pojęcia, jak – I stand in awe, sir!) i wysłać mi arcyuprzejmą wiadomość z ukłonami za konwersację, zanim dotarłam do hotelu. Z wrażenia potknęłam się o własną szczękę.
Chyba
natychmiast
muszę
się
położyć…

A miałam takie spokojne życie, czyli o naszej bohaterki planach na jesień

Chyba powinnam do czegoś się przyznać.
Trafiłam do sekty, drodzy państwo. Od dawna to podejrzewałam, ale teraz jestem już pewna.
Patrzcie, co mam.

RND

Najlepsze jest to, że gdy kupowałam bilet z początkiem ubiegłego tygodnia, to nie miałam pojęcia, na co właściwie go kupuję – stąd wpis „TBC”. Tak czy inaczej – potrzeba zakupu była silniejsza ode mnie i zanim zorientowałam się, co robię, miałam już potwierdzenie rezerwacji w skrzynce.
Najpierw muszę zarysować wam tło.
Ta akurat sztuka miała zostać wybrana w konkursie. Startowały cztery drużyny – w każdej drużynie jeden reżyser, jeden specjalista od literatury i kilkoro aktorów. Wszystkie sztuki odpowiednio pokręcone: jedna o knowaniach rzymskich bóstw miłości, jedna o piratach nawróconych na islam, jedna o kieszonkowcu i alfonsie (tak, tak…) i jedna o kobiecie straconej za zdradę, zaczynająca się od tekstu What shall we do in this countess’ dark hole? – to żebyście mieli pojęcie o tym, jakiego rodzaju to dzieła. Każda drużyna musiała przygotować fragment sztuki i mocne argumenty za wystawieniem całości, a w miniony czwartek odbyło się głosowanie.
W związku z tym w pewnych mrocznych zakątkach internetu przez wieczór rzeczone głosowanie poprzedzający trwała werbalna nawalanka pomiędzy dwoma obozami, które od początku dominowały w konkursie, a dokładniej pomiędzy kapitanami tychże. Kapitanowie wzajemnie, nie przebierając w słowach i wielkościach czcionki, obiecywali sobie totalne upokorzenie (dialog wyglądał mniej więcej w stylu „ZMIAŻDŻĘ WAS” – „tia, sam się zmiażdż, samochwało”), a ich obozy obserwowały wymianę zdań ze łzami w oczach. Łzami śmiechu, rzecz jasna. Nie można było głosować online, ale można było demonstrować poparcie, więc demonstrowałam, oczywiście. Dla obu kapitanów. Bo obu lubię. Jeden jest absolutnie przemiłym człowiekiem, a drugi moim wielkim powodem do wstydu i rumieńca, więc byłam rozdarta wewnętrznie jak stare prześcieradło.
Jak wspomniałam, kolejnego wieczoru odbyło się głosowanie i niezmiernie ubolewam, że nie mogłam na nim być – oczywiście musiałam podzielić się swoim żalem i pięć minut później dostałam wiadomość nakazującą mi wykrzykiwać nazwę popieranej drużyny jak najgłośniej stamtąd, gdzie jestem. Na szczęście nieoceniony internet oferował relację na żywo. Podziękowałam za propozycję wyjścia do kina i z orzeszkami zasiadłam przed laptopem. To nie jest normalne, koleżanko.
Jeden z kapitanów ubrał się w obcisłe, jakby to mu mogło jakoś pomóc. No, ja nie wiem. Co gorsza – jak widać na załączonym obrazku, znowu gryzł palce, a to uważam za dyskwalifikujące zagranie poniżej pasa, takich rzeczy się ludziom nie robi.

Dziś po południu konkurs rozstrzygnięto.
Wygrali piraci. Tak podejrzewałam. Dzięki tym palcom zapewne. Ja tam się cieszę.
Będzie grubo – choćby dlatego, że wystąpi w tym chyba więcej osób, niż usiądzie na widowni. Ponadto sztuka zawiera scenę bitwy morskiej. Mam nadzieję, że obędzie się bez wody i porywania publiczności (chociaż z drugiej strony…).
Jeszcze sobie pierwszy rząd królewna zaklepała. Przypomnijmy, że przez lata unikała go za wszelką cenę, bo się bała, że zostanie wciągnięta w przedstawienie.

No rozumiem, rozumiem. To wcale nie jest interesujące. Już przestaję.
I pomyśleć, że wkręciłam się w to wszystko przez zupełny, głupi przypadek. Rok temu nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje. I że tacy kosmici istnieją. Uważajcie, czego szukacie w internecie, bo nigdy nie wiadomo, co znajdziecie…
Już przestaję, naprawdę.

Na zakończenie – żeby nie ględzić w kółko o tym samym – dodam, że mój kumpel złożył właśnie śluby czystości. W miniony weekend, gdy niżej podpisana akurat źle się prowadziła (cóż, ktoś musi). Szczerze się zdziwiłam, ale skoro to ma go uszczęśliwić…

Pish! One must lie a little

Tym sposobem doszliśmy do ostatniej atrakcji.
Niebo nad Londinium się rozpogodziło.
wpid-dsc_0002_203.jpg.jpeg

wpid-dsc_0005_152.jpg.jpeg
Nasza bohaterka również się rozpogodziła i ośmieliła wystawić gołe łydki na zewnątrz. Tak, miała balkon. Za to gorącej wody nie miała.
wpid-dsc_0007_132.jpg.jpeg
I na tych gołych łydkach pomaszerowała przez piękne, słoneczne miasto na czytanie sztuki.

Kiedyś czytałam recenzję, której autor pokrzykiwał, że jak płaci za bilet do teatru, to nie chce oglądać prowizorki.
Cóż.
Ja chcę.
Mnie prowizorka kręci.
Jeśli Read Not Dead odbywa się akurat wtedy, gdy jestem w Londynie, to idę.
W skrócie chodzi o to, że ktoś w Shakespeare’s Globe wpadł na pomysł, żeby wystawić wszystkie sztuki powstałe w czasach okołoszekspirowskich – nieważne, czy były literackimi arcydziełami, czy totalną grafomanią. Żeby nie było zbyt prosto, sztuki są wystawiane metodą ‘play in a day’, czyli publiczność przybywa o szesnastej, by zobaczyć coś, do czego próby zaczęły się o dziesiątej. Nie ma znaczenia, czy udało się je skończyć. O szesnastej przedstawienie musi ruszyć.
Jeśli przyjdzie się trochę wcześniej, można zobaczyć, jak obsada pali papierosy przed wejściem lub biega z obłędem w oczach po korytarzu, nosząc krzesła, wiążąc krawaty, sznurując tenisówki, wypijając duszkiem kawę.
Nigdy nie wiem, co zobaczę. To może być absurdalna komedia omyłek, może być tragedia przerobiona na makabryczną farsę, może być oniryczny, wzruszający spektakl w półmroku, a może być „Gorączka sobotniej nocy”. Nigdy też nie wiem, kogo zobaczę, bo obsada i reżyseria ujawniane są na parę dni przed całym wydarzeniem – w najlepszym wypadku. Rdzeń uczestników jest jednak mniej więcej niezmienny.
Jak pisałam, impreza się przeniosła z podnajmowanej salki w pobliskim biurowcu do tego cudeńka, co ma swoje minusy, ale miejsce jest naprawdę śliczne, maleńkie i przytulne, z malowanym sufitem, pachnie jeszcze świeżym drewnem i naprawdę przemiło się tam siedzi. No i można sobie w przerwie przynieść wino z baru. To ważne w razie problemów z oddychaniem. [Tu był rozwlekły akapit o muskułach, fruwających włosach, niemożliwych minkach, zmysłowym zaroście, dźwięcznie chrapliwym barytonie, kamizelce i mojej burzy hormonalnej, ale postanowiłam jednak go usunąć. Wiedzcie tylko, że znów wracałam do hotelu, obijając się o ściany mijanych budynków. Tylko że hotel również minęłam i nietomnie poszłam dalej. To nie jest żart].

Ta akurat sztuka była o miłości. A dokładniej o damsko-męskich gierkach, bo każda z płci usiłowała wywieść w pole tę drugą (i kto wygrał? oczywiście, że kobiety!). Oto jest wdowa, do której zaleca się – w dość koński sposób – jej własna pokojówka, oczywiście facet w przebraniu. Jest gardząca męskim miotem dziewica, która wreszcie się zakochuje i dla odmiany przebiera za chłopaka, żeby być bliżej ukochanego. Jest mąż, który nie dowierza w wierność żony i postanawia ją sprawdzić, namawiając własnego przyjaciela, żeby ją uwiódł. Przyjaciel nosi wdzięczne nazwisko Subtle, ale nie jest ani trochę subtle, ponieważ nie tylko zgadza się na tę zabawę, ale jeszcze idzie do wspomnianej żony, żeby jej naściemniać, jak on to tego męża zna od lat i wie, że to łobuz (nie to, co wspaniały Subtle), oraz by złożyć genialną propozycję – ty się ze mną prześpij, a ja mu nic nie powiem i wszyscy będą zadowoleni. Mężowi natomiast, wciskającemu mu sonety i błyskotki mające ułatwić zadanie, radzi, by żonę pobił, to wtedy on, wspaniały Subtle, wkroczy i będzie ją pocieszał. Brawo. Pan Subtle raczej by się nie nadał do prowadzenia kącika złamanych serc.

Całość była cudownie lubieżna, pełna niedwuznacznych żarcików, męskich pocałunków, przebieranek, nazwisk w stylu Whorebang i znaczących gestów w stylu leniwego poruszania w przód i w tył przypiętą do paska szpadą.
Jak na ironię, autor tej komedii był synem purytańskiego duchownego. Widocznie musiał odreagować, że napisał coś takiego…
Now, sir, by this time she began to kiss somewhat more openly, and familiarly, her resistance began to slacken, and my assault began to stiffen; the more her bulwark decayed the more my battery fortified.

I oczywiście nie wszystko szło zgodnie z planem.
Po pierwsze, podczas sceny bójki chłopaki tak się zapamiętali w walce, że połowa rekwizytów poleciała ze sceny na widownię, która kuliła się wtedy w panice, by nie dostać blaszanym dzbankiem w czoło, ale nadal się śmiała.
Po drugie, reżyser postarał się o muzykę na żywo, więc na górnym balkonie siedział człowiek z gitarą, przygrywając w chwilach, gdy jedni ze sceny znikali, a drudzy jeszcze nie weszli. W pewnej chwili człowiek z gitarą przerywa zatem brzdąkanie i wpatruje się w drzwi. Nic się nie dzieje. Wpatruje się bardziej. Nic. Publiczność chichocze. Człowiek z gitarą wraca do szarpania strun, by uniknąć krępującej ciszy, gdy wreszcie drzwi się otwierają i na scenę wbiega nieco zdezorientowany aktor. Jego dezorientacja uroczo się pogłębia, gdy uświadamia sobie, że jest sam. Kogoś brakuje. Współaktora, z którym miał prowadzić dialog, na scenie jakby nie ma. Skonsternowany rozgląda się na wszystkie strony, ale gościa nadal i z całą pewnością nie ma. Podnosi krzyk, za kulisami rozlega się niepokojący łomot, gwałtownie otwierają się drugie drzwi i wypada zza nich zaginiony, próbując sprawić wrażenie, że to tak miało być. Publiczność wybucha spazmatycznym śmiechem. Pokryty rumieńcem zaginiony odwraca się do niej i zamiast przeczytać swój kawałek, unosi rączkę, by zamachać do widowni z tekstem:
Hi everyone!
Jeszcze głośniejszy kwik i owacja.
Widzicie, jak ludziom niewiele trzeba do szczęścia?
Tak jest zawsze – ktoś się pogubi w tekście, ktoś coś upuści, zapomni, że teraz jego kolej, język mu się zaplącze. Ktoś komuś celowo wywinie numer, żeby go ugotować. Ktoś grożący mieczem wrogowi da mu na chwilę ostrze do potrzymania, żeby przewrócić kartkę. Nikt nie oczekuje, żeby było idealnie. Przychodzi się właśnie na te wpadki, ale też na wyśmienity teatr.
Usłyszałam w barze, że gdy uruchomiono tę inicjatywę, na spektakle przychodziło po sześć osób. Teraz – dziesięć razy tyle, ale ciągle nie jest to niesamowicie popularne wydarzenie. I dobrze. Lepiej, żeby utrzymał się ten familiarny, intymny klimacik.
Istnieje pewna szansa, że tym razem będę mogła wam pokazać zdjęcia. Istnieje też pewna szansa, że ja również na nich jestem.

Hi everyone, a niech cię…

A bit of a smiler

Ostrzegam.
To jest ten moment, gdy należy wykonać z głośnym plaskiem facepalm i pośpiesznie zamknąć okno przeglądarki. Zróbcie to od razu, nim będzie za późno. Bo zaraz tu będzie taka budynioza, że was zemdli i stracicie resztki poważania dla mojej skromnej osoby, jeśli jakiekolwiek jeszcze macie.

Słowo wstępu dla niezorientowanych – otóż w lipcu minionego roku również byłam w Londynie. Tak się złożyło, że poszłam do teatru i nie wyszłam sobą. Z wrażenia aż się zgubiłam w drodze powrotnej do hotelu.
Gdy planowałam tę ostatnią wycieczkę z początkiem grudnia, nie miałam pojęcia, że jedna z atrakcji niespodziewanie okaże się dużo bardziej atrakcyjna ze względu na to, kto śmiało podjął się jej reżyserii. Dowiedziałam się tydzień przed wyjazdem i prawie spadłam z krzesła.
Że niby mam przesiedzieć parę godzin zamknięta w jednym pomieszczeniu z tą istotą? Motyla noga, musiałam zrobić coś bardzo dobrego w poprzednim życiu.
Po bajkowym, śnieżnym piątkowym wieczorze i sobocie spędzonej z obłędnym seryjnym mordercą nadeszła czarownie słoneczna niedziela. Nasza bohaterka przywdziała swój malinowy róż, wytuszowała rzęsy, wetknęła słuchawki w uszy i pomaszerowała w stronę światła, żeby sobie pooglądać. Przedstawienie. W pewnym sensie. A że dotarła na miejsce zbyt wcześnie (bo szła pieszo, zamiast jechać metrem i sądziła, że to dużo dalej), zajrzała jeszcze do Tate Modern i postawiła sobie lampkę wina w wielce przyjemnej knajpeczce w Sackler Studios. Właściwie to była szklanka, bo tam wino w szklankach podają. Dobrze robią.
Już kiedyś pisałam o tych performances with scripts, prawda? Ja wiem, to nie jest dla każdego interesujące, bo ludzie o zdrowych zmysłach nie spędzają niedzielnych popołudni, oglądając napisane 300 lat temu tragedie, na domiar szczęścia zainscenizowane w ciągu 5 godzin. Garstka niezdrowych płaci dychę, żeby sobie posiedzieć w kiepsko ogrzewanym, wątpliwej urody pomieszczeniu, w atmosferze dość familijnej i popatrzeć, jak aktorzy wzbijają się na wyżyny absurdu – to do złudzenia przypomina domową zabawę w teatrzyk – a obserwujący całe zdarzenie reżyser gryzie palce.
Dosłownie. Gdyby panie widziały, jak on sobie bezwiednie wkłada palec wskazujący do buzi i przygryza, o przyjdź Panie Jezu… To dopiero jest fascynujący spektakl, wszystkie te minki, próby naciągnięcia dolnej wargi na nos i szarpanie się za włosy. On jest przekomiczny.

Zwykle unikam miejsc w pierwszym rzędzie – panicznie boję się interakcji, bardzo się wstydzę. Byłam raz na przedstawieniu, świetnym zresztą, podczas którego protagonista wszystkie monologi wygłaszał do mnie; wyszłam zdeprymowana, zestresowana i potwornie zmęczona.
Szkopuł w tym, że tym razem nie miałam wyjścia, co skonstatowałam ze szczerym przerażeniem. Reżyser perfidnie ustawił krzesła dookoła. Przechodnie zerkający przez okna pewnie sądzili, że to jakaś cudaczna forma terapii grupowej. Niemniej tym sposobem bardzo, bardzo nieliczna publiczność widziała nie tylko aktorów, ale i siebie nawzajem.
Tym również sposobem przez blisko trzy godziny mogłam patrzeć na siedzące parę metrów dalej arcyurodziwe bóstwo, które było tak zafrasowane przebiegiem spektaklu pod jego batutą, że międliło zapamiętale swoje niedogolone policzki, wyrywało sobie grzywkę lub zarzucało nią zalotnie, marszczyło się na dwieście sposobów, szczypało w podbródek, czerwieniło jak panienka, chichotało zaraźliwie lub wybuchało wdzięcznym gulgotem, słało nieznośne uśmiechy i strzelało oczami do widowni, która bardzo wówczas cierpiała, bo czuła się, jakby jej przypiekano źrenice rozpalonym żelazem, a jednocześnie niebezpiecznie dryfowała w kierunku fazy plateau.
Koszmar.
Ten szczególny typ koszmaru, z którego bardzo nie chcecie się obudzić.
Tylko ten sweterek musi odejść. Przez grzeczność nie podlinkuję sweterka. Z drugiej strony z tak ujmującą powierzchownością to sobie można nawet w worku pokutnym paradować.

Owszem, byłam niesłychanie zajęta wymianą spojrzeń i zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób po wszystkim znalazłam się z powrotem w Camden, ale wbrew pozorom zarejestrowałam, o czym traktowała sztuka. No, mniej więcej (w dużej mierze dlatego, że przeczytałam ją wcześniej…). Była sobie owdowiała księżna, której wredni bracia nie pozwalali wyjść ponownie za mąż, więc postanowiła zrobić to w sekrecie – a potem wszyscy po kolei się wymordowali. Zapewne nie zdziwi was to, że podczas sceny straszliwej, podwójnej zbrodni i agonii zabijanych zgromadzeni kwiczeli ze śmiechu, łącznie z wykonawcami. I reżyserem, który siedział z twarzą w dłoniach i cały się trząsł, co rusz błyskając przez palce roześmianym czekoladowym okiem. Eee. O czym to ja? No, więc wszyscy się wymordowali, tylko księżna – inaczej niż w oryginale, taki mały twist – przeżyła, by wygłosić do kobiet monolog o tym, jak to nie należy pokładać nadmiernej wiary w facetach.
Święta Dymfno. Nie wiem, czy będę chciała zrobić to sobie jeszcze raz.
Chyba mam chorobę popromienną.

A teraz zapomnijcie o tym, co przeczytaliście. Wpis ulegnie samozniszczeniu za 5 sekund.

In vain have I struggled

Cudowna pogoda, śniadania w kawiarni na Stolarskiej, zakupy na Kleparzu („małosolne chcesz, kochanie, takie bardziej czy mniej złapane?”), wieczorne tsinandali. Rozwiane włosy i gołe łydki. Tak to ja mogę codziennie. Na wszelki wypadek przełączyłam telefon w tryb samolotowy, by zyskać pewność, że absolutnie nikt nie będzie mnie niepokoił. Krewni i znajomi królika wiedzą, jakimi kanałami z królikiem się kontaktować.
Gdy szłam rano do miasta, na szczycie Kopca Krakusa trwała ślubna sesja fotograficzna. Z oddali państwo młodzi wyglądali jak cukrowe figurki na torcie.

Pozwolę sobie jeszcze na chwilkę wrócić do Jane Austen. Obiecuję, że to już ostatni raz.
W wersji telewizyjnej Dumy i uprzedzenia pojawiła się pewna scena, której nie ma w powieści. Dzięki tej scenie niezbyt wcześniej znany aktor stał się bożyszczem kobiet po obu stronach Atlantyku – oraz Bridget Jones.
Jak wspomniałam, sceny nie ma w książce. Nie ma jej również w adaptacjach teatralnych.
Przynajmniej nie było do wczorajszego wieczoru. A że publiczność wytrwale się domagała…

Teraz rozluźnimy sobie trochę mięśnie twarzy. Panowie nie klikają.
Wersja 1995. Nuda, rzekłabym.
Wersja 2013. Komentarz zbędny. Replay.

Jak pisałam w piątek – mnie się uwodzi poczuciem humoru.

To ostatnia porcja budyniu. Wybaczcie mi go. I doceńcie, bo to naprawdę mógł być Bieber…

The only one who could ever reach me was the son of a preacher man

Trudno mi w to uwierzyć, ale wróciłam z ramionami i łydkami czerwonymi od słońca. Z Wielkiej Brytanii!

Postaram się, żeby ta notka była o teatrze, ale nie wiem, czy mi się uda. Bogiem a prawdą – nie sądzę.

O tym, że jest w Londynie takie miejsce, dowiedziałam się przypadkiem. Nie wymienia się go jednym tchem z tutejszymi atrakcjami, a moim zdaniem należy. Bo jest to teatr wyjątkowej urody, okolony gęstą zielenią, z naturalną, kwitnącą i pachnącą słodko scenografią. Publiczność sączy drinki na widowni (Lavender Fizz! rewelacja, choć w tej sytuacji ów zdradliwy napitek powinien nazywać się raczej Lavender Fitzwilliam…) i trzyma się za ręce w blasku zachodzącego słońca. Czasem gdzieś zaśpiewa ptak. A gdy zapada zmierzch, w porośniętym bluszczem foyer rozbłyskują setki maleńkich lampek, romantyzm do siódmej potęgi. Przedstawienie natomiast kończy się w całkowitych ciemnościach. Oszołomionemu i lekko wstawionemu widzowi trudno później odnaleźć drogę do hotelu, zwłaszcza, że Regent’s Park zajmuje ładnych parę hektarów, 166 dokładnie. Klimat, powiadam, czarowny i niezapomniany.
Powinniśmy mieć taki zakątek w Krakowie. Teatr na wolnym powietrzu to świetna sprawa.

Tylko że to nie była Duma i uprzedzenie.
W każdym razie nie dla mnie. To była Udręka i ekstaza.
Teraz, państwo wybaczą, pokażę miękki brzuszek. Uprzedzałam przecież, że będzie notka a’la Belieber.

Nie jest to teatr, który najbardziej lubię, choć oglądało się to przyjemnie, w cudnych okolicznościach przyrody. Neurotyczny mr Collins w pończoszkach na cieniutkich łydkach – przezabawny. Ot, gustownie i z przymrużeniem oka zaserwowana klasyka. Ale, skoro już o tym mowa, jest w tym spektaklu coś, co sprawiło, że przez blisko trzy godziny ani razu nie zamrugałam.
‚Coś’ to nie do końca stosowne określenie.
Jedno tylko słowo opisuje stan głębokiej hipnozy, w którym się znalazłam.
Oakes.

Chryste Panie, jaki on jest piękny.
On jest doskonały.
A widziałam go z dokładnie takiej odległości, jak na zdjęciu powyżej, więc wiem, co mówię. Olśniewające stworzenie.

Rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się absolutny zachwyt czyjąś urodą – może trzy, cztery razy dotychczas (innymi słowy, raz na dekadę), natomiast jeśli już mi się zdarzy, tracę rozum. Tym razem, gapiąc się na to cudo stojące metr ode mnie, wystylizowane na ożywiony XIX-wieczny portret, poczułam, że zaraz będę potrzebować tlenu. Rozejrzałam się po pobliskich rzędach, zajętych w 80 procentach przez kobiety – każda z nich miała na twarzy taki sam wyraz tępego szczęścia, jakby właśnie zobaczyła zorzę polarną.
Uwielbiam u mężczyzn taki trochę niewinny, trochę szelmowski półuśmiech. To nigdy nie wróży nic dobrego, ale łapię się na to natychmiast. W ogóle lubię ludzi, którzy uśmiechają się w ten sposób, bo sama to robię. Szelmy są fajne.
I te oczy. Niby wolę niebieskie, ale on ma oczy szczeniątka. Spójrzcie tylko.
(Swoją drogą, Matthew Macfadyen też jest niczego, oj niczego sobie, bardzo charyzmatyczny i to jego rrrrr, i też grał Darcy’ego; i boski Rufus Sewell w tle – mogłabym to oglądać wciąż i wciąż, przepiękna zresztą scena).

Niemniej w tych oczach jest coś dziwnego, jakaś taka niepokojąca żarliwość. Niby urocze to szczeniątko, ale coś z nim nie tak. Ten wzrok może wzbudzać stany lękowe. Nic dziwnego, że koleś ląduje głównie w rolach psychopatów, którzy w opiumowo-syfilitycznym szale torturują nastolatków, a następnie prowadzą urzekające konwersacje z własnym penisem. Albo poją ludzi kwasem akumulatorowym. Albo podpalają niedoszłą narzeczoną (bogowie, ten koń, ta pochodnia…). Albo oblizują się niedwuznacznie z własną matką – i żeby tylko to… – by później udusić ją za pomocą szmacianej lalki należącej do swojej trzynastoletniej, regularnie maltretowanej żony. To już nie jest przepiękna scena, ale proszę bardzo.
A najgorsze, że zamiast plwać na ekran, przyłapujecie się na perwersyjnej nadziei, że ten świr w kolejnej scenie znów się pojawi i zrobi komuś coś okropnego.
Intrygującego smaczku jego choremu emploi dodaje fakt, że papa tego młodzieńca jest w istocie pastorem. Co to śpiewanie w kościelnym chórze robi z człowiekiem… Swoją drogą, wyobrażacie sobie dorastanie w takim miejscu?

Tu jest wręcz – rzekłabym – rozczarowująco grzeczny, nikogo nie dręczy, choć i tak to wycofany, nastroszony, przeraźliwie bucowaty Darcy. Ani jednego uśmiechu. Tylko się snuje i łypie wymownie tymi czekoladowymi oczami, i z rzadka palnie coś uroczo kąśliwego. Przy całym swoim powabie to osobnik, którego nie chcielibyście zaprosić na obiad, chyba że lubicie, gdy ktoś patrzy na was jak na coś, co mu się przyczepiło do fraka. W którejś recenzji pojawiło się określenie creepier version of Colin Firth. Cóż, na pewno głos ma lepszy – Firth skrzeczy jak kapłon, no przepraszam bardzo, ale to prawda. Może sobie mieć Oscara, cudne loki i ganiać w mokrych koszulach, ale gdy się odzywa, czar pryska. Ten młody tymczasem ma soczysty, dźwięczny, chrapliwy wokal. Amen.
Poza tym, że to wypisz, wymaluj bóstwo, zdolny też zeń chłopiec. Zdjęcia tego nie oddają, ale potrafi ledwo dostrzegalnym grymasem wyrazić całą gamę paskudnych uczuć. To była najpiękniejsza pogarda, jaką w życiu widziałam.
Yours et cetera, Darcy.
Przedstawienie za kilka dni przejdzie do historii, ale gdy bóstwo weźmie się za coś nowego, natychmiast robię rezerwację, przysięgam.

I uwielbia folk, i chciałby mieć berneńczyka. No, to już jest naprawdę sam budyń, lukier i toffi – facet, który marzy o berneńskim psie pasterskim, nie o szybszym samochodzie, prywatnym odrzutowcu ani graniu w FC Barcelona, nie, panie sobie wyobrażą, on by chciał pieska.
Westchnęła nasza bohaterka, po czym grzecznie wsiadła do samolotu i wróciła do domu. Do Londynu leci jednak ponownie w lutym. Wtedy wszak z powodu innego przystojnego mężczyzny.

Tak sobie kombinuję w szale uniesień, że skoro to aktor (i reżyser) głównie teatralny, to trzeba wymyślić w Krakowie kolejny festiwal, żeby go zaprosić. Albo o. WIEM. Zróbmy go jurorem Boskiej Komedii. Boska Komedia ma przecież międzynarodowe jury. Tak, trochę młody jest, ale kształcony, da radę. Ja go z wielką chęcią oprowadzę po mieście, świetnie oprowadzam po mieście. Bardzo dużo pokazuję, bardzo. Niektórym bardziej.
Może lepiej tu postawię kropkę.

Udajmy teraz, że ja tej notki nigdy nie napisałam, a państwo nigdy jej nie przeczytali.
Och. Dizzy blur of ecstasy.

Idę do kąta, płonąć ze wstydu.
(Ciekawe, czy ktoś z KBF-u czyta mój blog).
((Żartowałam)).
(((Ale jakby co, to był mój pomysł))).