I am Burj Khalifa

Mam za sobą okropny, długi i męczący dzień, podczas którego z pewnością nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam (a niedawno odbyłam z kimś rozmowę na ten temat – słusznie zwrócił uwagę, że niepotrzebnie się żyłuję, że niekiedy sama sobie zabieram czas na oddech; i co więcej, naprawdę czuję, że nie zadbałam o siebie tak, jak powinnam). Dlatego dziś wieczorem wracamy do ciepłych krajów jeszcze na momencik, a potem prędziutko spać.

Wiecie, autorka dużo w życiu widziała. Co jak co, ale na brak przygód nie może narzekać. Oczywiście są tacy, którzy widzieli więcej, co do tego nie mam cienia wątpliwości, ale wydaje mi się, że parę przygód po drodze mi się zdarzyło.
Muzea. Teatry jakieś czy coś (przypomnijcie mi, czy byłam w jakimś ostatnio?… ach, tak). Góry. Pustynie. Wiele zdjęć stóp w wodach ciepłych i zimnych.
A potem autorka poleciała do kraju, w którym jeszcze parę tygodni wcześniej nie spodziewała się być i zobaczyła tę smukłą wieżę, nieustannie migoczącą na horyzoncie.

SONY DSC

Przejęta postanowiła wjechać na samą górę (no, prawie, na samą górę nie sposób, bo ostatnie metry to iglica). Cała ta wyprawa – zajmująca dużo więcej czasu, niż mogłoby się wydawać, bo trzeba się nastać w niezgorszej kolejce – dowodzi, że ludzka inteligencja ponad poziomy wylata. Ten budynek, choć istotnie można zadawać sobie pytanie, po co w ogóle coś tak absurdalnie wysokiego budować, to jest cud inżynierii i trudno mieć co do tego wątpliwości. Jest to też, oczywiście, pomnik ludzkiej pychy – ale wiecie, w kraju, którego mieszkańcy naprawdę nie mają co robić z pieniędzmi, można było wydać półtora miliarda dolarów w gorszy sposób (inna oczywiście sprawa, że Burj Khalifa, jak wiele tamtejszych drapaczy chmur, budowali kiepsko opłacani, pracujący w niewdzięcznych warunkach imigranci z Indii i Filipin – wykonujący bardzo często mozolne fizyczne prace w bogatych tygrysach typu Dubaj czy Hong Kong, zwykle niewidzialni, tylko w weekendy urządzający sobie ogromne wspólne pikniki na skwerach, żeby odpocząć).
Tak czy inaczej, ona jest piękna, ta wieża. Zwłaszcza wieczorami. Z daleka nie wygląda tak imponująco – owszem, widać kontrast pomiędzy nią a pozostałymi wieżowcami, ale zdaje się, że to taka chuda trzcinka. Gdy stajecie tuż pod nią, tylko wzdychacie albo zagapiacie się tępo jak mój towarzysz, który po pięciu minutach takiego stania powiedział, że nie może przestać na nią patrzeć, jest tak fascynująca. Jest też tak ogromna, że w całości w kadrze mojego aparatu się nie zmieściła.

Otóż jedziecie windą pokonującą pół kilometra w minutę i wysiadacie w miejscu, z którego widzicie całe to miasto, będące snem wariata, maleńkie w dole, i dech zapiera.

SONY DSC

Wciskacie spust migawki i wtem czujecie coś dziwnego. Czujecie, jakby podłoga pod waszymi stopami bardzo delikatnie się kołysała, coś jak w lecącym samolocie. Burj Khalifa pracuje, ugina się na wietrze – a wiatry w tym klimacie są silne. Musi, bo inaczej złamałaby się jak zapałka.

Jest też inna strona Dubaju, taka, w jego starej części.


Pachnąca przyprawami i kadzidłem, herbatą z imbirem i miętą, smakująca rybą świeżo wyłowioną z morza na kolację. Głośna i już nie tak wymuskana.

I taka też jest.
SONY DSC
Troszeńkę tęsknię, nie powiem, że nie. Lubię chodzić boso po piasku…

Reklamy

Not in Kansas anymore

Mam wrażenie, że o tym mieście łatwiej opowiadać obrazami.
Bo co o nim można napisać.
Że jest niepodobne do żadnego innego? No, jest. Taka marsjańska kolonia. Jak z filmów, w których ludzkość ucieka na inne planety i buduje tam sobie raje pod kopułą wiecznie błękitnego nieba.

image

Że to lunapark ludzi, którzy mogliby kupić całą waszą dzielnicę i nawet by tego wydatku nie zauważyli? Owszem.
Że po horyzont szklane wieże? Wiadomo.

image

Niektóre z nich, jeśli nie większość, to imponujące cuda architektury – albo po prostu bardzo wysokie kurioza – bo tu nic nie może być zwyczajne, nie godzi się wtapiać w tło.
Że aby pokonać skromne półtora kilometra, na ogół trzeba wziąć taksówkę – albo pojechać metrem, bo to nie jest kraj dla pieszych, chyba że lubią ginąć pod kołami pędzących sześcioma pasami samochodów? Było o tym w telewizji.
Że możecie tu kupić wszystko, zjeść wszystko? Ależ tak.
Że upał potrafi przydusić, a kąpiel w morzu nie orzeźwia? Ma się rozumieć.

To wszystko wiadomo.

Czego nie wiadomo, nie od razu, to to, że w tym dziwnym, z pozoru niegościnnym miejscu łatwo poczuć się u siebie.
Tu żyją prawie sami cudzoziemcy. Wszyscy są nietutejsi. Nie jesteście sami w swojej nietutejszości, więc przerażenie „o mój Boże, jak ja się tu znajdę” szybko mija.
Wszyscy są też bardzo mili.
Słońce co rano. Kupujecie nadziewanego croissanta i mocną kawę – albo lemoniadę – i w promieniach słonecznych idziecie przed siebie. Wieczorem zrywa się bryza, kontury drapaczy chmur nieco się rozmazują w wilgotnym powietrzu, ale światła na dachach nieustannie, niestrudzenie migoczą

image

To już zaraz dwa tygodnie, jak tu siedzę. Przyleciałam tu w towarzystwie nieznajomego, który spędził na Bliskim Wschodzie wiele czasu i przez całą drogę zapewniał, że będzie mi się podobało. Na wizytówce nabazgrał maczkiem miejsca, które powinnam odwiedzić.
Odczekawszy swoje w kolejce do pieczątek, wsiadłam do taksówki. Za kierownicą, jak się okazało, siedziała lokalna dziarska dziewuszka, drobniutka, która beztrosko i mimo moich protestów wrzuciła moje ciężkie toboły do bagażnika, mój zmęczony zewłok na tylne siedzenie, po czym z prędkością 130km/h pogrzała do miasta.
Jak wiadomo, dość lubię gawędzić z taksowkarzami. Całkiem jak w Krakowie, dziewczyna powiedziała, że woli jeździć po nocy, bo spokojniej (nie żeby różnica była znacząca…). Zapytana, co najpierw powinnam zobaczyć, zaśmiała się i wskazała na błyszczącą na horyzoncie Burj Khalifa, a potem, poprawiwszy chustkę i posławszy mi w lusterku zawadiackie spojrzenie spod doskonale umalowanych rzęs, powiedziała:
– Ale najpierw musisz na plażę!

O tym wszystkim będzie. W każdym razie nieznajomy miał rację.