The lights are on but you’re not home

Nie do końca zgadzam się z wydźwiękiem wysokoobcasowego tekstu o dyskryminowaniu samotnych w pracy, ale gdy weszłam na forum kobiece i przeczytałam opinie, załamałam się. Skrótowo – o co te singielki się plują, przecież im łatwiej robić zastępstwa i nadgodziny, niech urodzą dziecko, to się dowiedzą, co to prawdziwe życie i prawdziwe obowiązki, a tymczasem niech się przymkną.
Od pewnego już czasu uważam, że największym wrogiem kobiety jest inna kobieta.

Weekend przecudowny, sam miód, gdyby nie komary. Front Porch Blues ogromnie mi się podobało – lubię tę leniwą atmosferę, bawiące się dzieciaki, ludzi siedzących na trawie i sączących zimne piwo, zasłuchanych. Pachnie skoszoną trawą, gdzieś tam beczą owce (tak, proszę państwa, w samym środku miejskiej dżungli!). Muzycy grają na łąkach lub gankach skansenowych chałup, a nóżki same chodzą.
Absolutnie oczarowało mnie to. Taki ograny numer, a jak świeżo zabrzmiał, i jak refleksyjnie… Natychmiast zachciało mi się nauczyć grać na gitarze – ostatnie próby skończyły się tym, że gitara wylądowała w piwnicy, ale może teraz byłoby lepiej?

Monkey Business fajni jak zawsze. A z rozkosznego koncertu Los Agentos wygoniły mnie te nieszczęsne moskity, szkoda, bo oni naprawdę przyjemnie grają.
Przepadam za tą imprezą. Jeśli o mnie chodzi, mogłabym spędzać wszystkie letnie weekendy, leżąc w słońcu, słuchając ulubionej muzyki i dyskretnie zezując na atrakcyjnych mężczyzn spod ciemnych okularów. Co prawda wszyscy jak jeden mąż w koszulkach Allman Brothers Band, Lynyrd Skynyrd lub innych niedogolonych gwiazd mezozoiku, aaale.

Niedzieliłam się bez telefonu, a gdy wróciłam wieczorem do domu, aparat już pobłyskiwał światełkiem. Kontrola dociekała, co słychać u tych i owych części mojego ciała. Bardziej owych.
Tym samym wśliznęłam się w nowy tydzień lekko zbudyniała.
Poniedziałkowy ranek doprawdy nie jest taki straszny, jeśli człowiek podejdzie doń z odpowiednim nastawieniem. Oby tego nastawienia wystarczyło do piątku. Dziś około południa miałam już pierwszy kryzys i potrzebę natychmiastowej przeprowadzki w okolice Wołosatego.
Chociaż podobno coraz tam tłoczniej.

Reklamy

Watch the birdie

Jak to przyjemnie, gdy telefon ma się spuchnięty od świństw, które można sobie ukradkiem czytać i oglądać podczas bardzo poważnych spotkań.
Oczywiście trudno zachować spokój umysłu i służbowy chłód, trzymając pod stołem taką kolekcję perwersji. Chce się zabrać torebkę, wyjść do domu i z marszu rzucić się w pościel.

Mit jakiś, że kobiety nie są wzrokowcami. Ja tam jestem bardzo. Tym bardziej, gdy obiekt jest istotą nadzwyczaj harmonijnie zbudowaną i pięknie wygląda nago.

Rany julek. Sto lat temu, żeby zobaczyć ukochanych ust korale, trzeba było wsiadać w kolej żelazną, a dzisiaj wystarczą milisekundy, żeby zobaczyć znacznie więcej niż usta…
Gdy rodzice postanowili mnie obdarować pierwszym telefonem komórkowym, wzbraniałam się bardzo. Mój pierwszy ‚prawdziwy’ chłopak nawet nie marzył o takim luksusie. Żeby umówić się z nim na wieczór, musiałam dzwonić do Collegium Medicum, gdzie wówczas pracował. Nienawidziłam tego, bo zawsze się bałam, że odbierze ktoś obcy.
A teraz noszę w kieszeni ulubioną muzykę, zdjęcia, wyuzdane filmiki, mogę zrobić tym przelew, znaleźć w tym adres austriackiego hotelu i rozkład jazdy szwedzkich autobusów. To małe pudełko jest gwarantem ciągłości mojego życia zawodowego, towarzyskiego i erotycznego. Mimo wszystko bardzo lubię je wyłączać.

Weekend cudny. Udało się przetrwać rodzinny najazd, choć w pewnym momencie pomyślałam, że oszaleję, jeśli jeszcze raz usłyszę pytanie: A czemu ty tak nic nie mówisz?…
Po Front Porch Blues mam wielki niedosyt. Jestem zachwycona tą imprezą i za rok wybieram się znowu. Polecam. Gdyby nie falangi odpornych na wszelkie repelenty komarów, byłoby idealnie. Bezchmurne niebo, urokliwa sceneria – ostatni raz byłam w Skansenie jako dziecko i zdążyłam zapomnieć, jak tam ładnie i jakie to nieprawdopodobne, że w centrum wielkiej aglomeracji leży sobie sielska, dziewiętnastowieczna wioska. A w tej wiosce na stopniach drewnianych chałup przesiadują panie i panowie z gitarami – i grają dla wylegującej się na trawie publiczności. Piknikowa atmosfera, zimne piwo w zachodzącym słońcu, świetna muzyka (jeśli ktoś lubi oczywiście). Można sobie nóżką pokiwać.
No i mój zakoch w Janie Skrzeku jeszcze większy – nie dość, że to muzyk bardzo autentyczny, który rzeczywiście czuje tę muzykę, ba!, on cały nią jest, to jeszcze ma ujmujący dystans do siebie. Natomiast dziewczynie, która z tą kapelą śpiewa, będę długo zazdrościć oszałamiającego głosu.

O wiele bardziej podoba mi się spędzanie weekendów w taki sposób; snucie się po zadymionych knajpach i płacenie 8 złotych za browar z wolna przestaje mnie bawić. A i towarzystwo milsze, choć momentami czułam się jak na zlocie sobowtórów Gandalfa… Liczba długonogich blondynek towarzyszących tym siwowłosym luzakom nie zdziwiła mnie zanadto. Większość to pewnie córki – ja też byłam z tatą.
A jeśli nawet nie córki, to cóż – daj im Boże zdrowie.

Księżyc mi tak zalotnie w okno świeci, że zaraz wyjdę z siebie.