Ciężko ranny ptaszek

Po wszystkim.
Jak podejrzewałam – wcześniej nie docierało. Dotarło bardzo gwałtownie. W pewnej chwili myślałam, że zaraz rozpadnę się na kawałki.
Próbowałam sobie wyobrazić, co by o tym wszystkim myślała. Pewnie spodobałby jej się ksiądz, bo młody i przystojny. Gdyby jeszcze mówił nieco mądrzej i nie próbował nawracać…
Nie chciałaby też, o ile ją znam, żeby nam tu było smutno.

Bodaj buddyści wierzą, że wybieramy sobie rodzinę, w której przychodzimy na świat. Dobrze wybrałam.

A teraz z zupełnie innej beczki, bo Państwo wybaczą, ale to jednak sprawy, które powinno się przemyśliwać w zaciszu własnego sumienia. Dla odreagowania pojechałam w góry. Wstałam o trzeciej trzydzieści. Sama, bez budzika. O siódmej maszerowałam już w kierunku Kuźnic.
Wiem, że w dobrym tonie jest nie lubić Zakopanego, ale ja lubię. Może dlatego, że dość dobrze poznałam je z perspektywy bocznych, sennych uliczek i że jednak kojarzy mi się randkowo.
Miałam szczęście, bowiem szlak na Kondratową był pusty; parę pojedynczych rannych ptaszków. Na miejscu oczywiście przepyszne widoki, trochę chłodno, uroczy panowie remontujący schronisko (no właśnie – gdyby się ktoś wybierał, uwaga, bo jest nieczynne, tylko w oknie działa coś na kształt bufetu), którzy zajechali z Myślenickich Turni imponującą ciężarówą.
– Napijes sie kawy?
– A kurwa napije sie!
Znam ludzi, którzy są w tym schronisku absolutnie zakochani i nie dziwię się im ani trochę. Gdyby wymazać z obrazka tłumy walące w stronę Giewontu (co ciekawe, odgałęziający się w tym samym miejscu szlak na Czerwone Wierchy był raczej wyludniony) – cudowny zakątek. Gorzej tylko, że dzięki oknom w toalecie panowie budowniczy mogli dostrzec blask promienisty mojego gołego tyłka, ale i tak mi się podobało. W górach zawsze mi się podoba.
Znów docierałam na miejsce przed upływem czasu wypisanego na drogowskazach; chodzę szybko – nie dlatego, że chcę jak najprędzej dotrzeć do celu, po prostu znalazłam swoje tempo, tak idzie mi się najwygodniej. Męczę się znacznie bardziej, idąc powoli.
Kolejka do kolejki na Kasprowy wiła się wdzięcznie. Podobno trzy godziny stania. Pieszo idzie się po pierwsze krócej (niedużo, ale krócej), a po drugie szlak jest bardzo ładny. Nie bardzo jarzę, co takiego pasjonującego jest w tym wagoniku dla osób mających dwie zdrowe nogi. Za to zabawnie gapią się z góry na tych idących.
Widziałam masę indywiduów, spośród których dwie zakonnice w pełnym rynsztunku wyprzedzające mnie na szlaku wydały mi się najzwyklejsze. Facet wybierał się na Giewont z dziwnym plecakiem – przyjrzałam się uważniej i zobaczyłam nad jego ramieniem buzię wielkości pomarańczy; jak bardzo trzeba być potłuczonym, żeby zabrać bobasa na taką wycieczkę? Tuż za nim szła grupa niewyrośniętych kolonistów prowadzonych przez panie wychowawczynie z obowiązkowymi torebkami; przewodnika nie widziałam. Pannic w szortach tuż za pupę i koszulkach na ramiączkach (lub stanikach) nie zliczę. Albo nie uważały na lekcjach geografii i myślą, że im bliżej słońca, tym cieplej, albo są jeszcze w wieku, w którym celem nadrzędnym jest podobanie się chłopakowi – niezależnie od okoliczności.

A na koniec i poniekąd a propos, po drodze na dworzec nabyłam letni kombinezon złożony z kawałka szmatki na dwóch gumkach (nie mam pojęcia, gdzie i kiedy go włożę, ale zawsze chciałam taki mieć, a poza tym -70% piechotą nie chodzi). Dostałam też oscypka od miłej pani, u której kupowałam bundz, zje pani sobie po drodze. Przydał się. Cztery godziny w autobusie bez klimatyzacji mnie wykończyły. Myślałam, że nigdy nie wyjdę spod prysznica. Ale prysznic po bardzo długim i męczącym dniu to najwspanialsza sprawa pod słońcem. Uwielbiam.
Mimo wszystko nadal czuję się, jakby przejechał mnie walec. Potrzebuję, żeby mnie ktoś pozbierał, a to nie stanie się prędzej niż za – Jezus Maria – dwa tygodnie, jeśli w ogóle. Mam nadzieję, że arancini, Nastro Azzurro, siedemnastokilometrowy marsz po rezerwacie Zingaro i świeża opalenizna rozwiążą problem.

Reklamy