On the right track

Chyba muszę zmienić fryzurę.
Mam właśnie taką, ale on wygląda lepiej niż ja. To niepokojące.
Co gorsza, lepiej chodzi też na wysokich obcasach.
Na tyle dobrze, że za to chodzenie Złotą Maskę dostał.
Jest w tych piórach i szpilkach bardzo zmysłowy, nawet seksowny, słodko smutny, nie przegina w stronę parodii.
Nie dla każdego to widowisko. Ktoś wyszedł. Chyba mu się nie spodobało, że najpierw na scenę spływa transwestyta przebrany za Matkę Boską, później biskup modli się zagapiony w damskie majtki pod uniesioną spódniczką, a jeszcze później zahukany, znerwicowany typek przeżywa swoje pięć minut spełnienia, ujeżdżając kobietę jak klacz.
Zimno trochę mi się zrobiło przy tej scenie, bo poznałam takiego kiedyś. Też zapięty pod szyję, a we łbie szaleństwo.
Antymieszczańskie rzeczywiście. Może troszkę zbyt grubą kreską narysowane, ale interesujące. Nie dla pruderyjnych.
Nędzne perwersje nam siedzą w głowach. A im straszniej świat wygląda, tym chętniej w nie uciekamy.

Lubię jeździć przez Polskę, słuchać rytmicznego stukania kół i patrzeć, jak za oknem zmienia się krajobraz. Wystarczy spojrzeć na koślawe napisy na dworcowych murach i człowiek wie, gdzie jest. Armia Białej Gwiazdy, Gieksa, Widzew. Komuś w ogródku biega śmieszna, łaciata gęś. Ktoś postawił sobie przed skromną peerelowską ‚kostką’ dwie śnieżnobiałe kolumny a’la pałac. Oeza, myślę i natychmiast biję się po łapach. A co mnie to właściwie obchodzi? Jego dom, jego działka, jego marzenie, może sobie zbudować dom w kształcie namiotu cyrkowego, jeśli mu się tak podoba.
Kiedyś w jednej naszej górskiej miejscowości widziałam ogrodową szopkę bożonarodzeniową. Mało tradycyjną, bo ustawiono w niej wszystkie możliwe gipsowe figurki – paru świętych oczywiście, ale też ze dwa krasnale, żołnierzyka, zwierzątek masę i to wszystko było iluminowane. Kicz, aż zęby bolały. Ale przesympatyczny.

Włócząc się po kraju uświadamiam sobie, że moje miasto wdrukowało we mnie pewne nawyki i że krakowskie lenistwo, przesiadywanie godzinami nad kawą i gapienie się na przechodniów, nie jest szczególnie popularne w innych stronach. Z drugiej strony dokądkolwiek bym pojechała, rachunek za pyszne spaghetti płacę niższy niż w moim grajdołku.

Mało brakowało, a spóźniłabym się na moje tournee, albowiem niespodzianka wciąga mnie bardzo.
Gdy wreszcie zasypiam, chwilę później piszczy budzik. Wlokę się do łazienki, obijając o meble. Wydaje mi się, że maluję sobie rzęsy. Spóźniam się na tramwaj. Na pociąg zdążam. Przedział istotnie pusty, rozciągam się leniwie nad gazety plamą, za oknem w pięknym słońcu miga coraz bardziej płaski kraj.
Kolejnego wieczora zwijam się w kłębek w wykrochmalonej hotelowej pościeli, ciesząc się wielką poduchą z pierza. Napiszę do niego, myślę. Tak tylko delikatnie zagaję. Sięgam po telefon, który w tej samej chwili rozbłyskuje.
No i dobrze. A najlepiej, że niczego nie muszę zmieniać, że mogę nadal wieść taki tryb życia, jaki wiodę. Mogę sobie ruszyć sama, dokąd zechcę – tylko że już nie tak znowu sama się czuję w tej drodze. Och, ty w życiu… dwa miesiące temu nawet sobie nie wyobrażałam takiego zwrotu akcji.
Rankiem znowu pakowanie, szybkie cappuccino, sznurowanie fioletowych jazzówek, przeskakiwanie przez kałuże na Księżym Młynie w drodze na peron, parę godzin podsłuchiwania rozmów pociągowych, poszukiwanie wyjścia z nieistniejącego dworca w Katowicach (ależ dziwnie to miasto wygląda bez Brutala) – i gdzieś ten dzień pomiędzy umyka.

Kupiłam sobie błyszczyk z hormonem szczęścia – uwielbiam nabierać się na reklamy – i pewnie dlatego uśmiech nie schodzi mi z twarzy mimo niewesołych perspektyw przyszłotygodniowych. I pewnie dlatego z niepokojem zauważam, że podoba mi się nowa piosenka Lady Gagi (no co? w wersji country bardzo spoko), a z jeszcze większym – że podoba mi się również piosenka Piasecznego o karmieniu nowym życiem na śniadanie, choć ten tekst budzi u mnie nieprzystojne skojarzenia i sądzę, że nie jestem w tym osamotniona. I pewnie dlatego wszystkie wariackie plany wydają się w zasięgu ręki. Pewnie dlatego.

Reklamy