Krak Uff

Szanowna osobo, która dotarła tu w poszukiwaniu niezobowiązujących randek w moim mieście – to miasto nazywa się KRAKÓW. KRAKÓW. KRAKÓW. PRZEZ Ó. Jeśli nie zapamiętasz, jak pisze się tę nazwę, nikt tu nie pójdzie z tobą do łóżka.
Załamuje mnie to.
Rozumiem, że można robić błędy w słowach niepopularnych, sama niekiedy mam wątpliwości, ale kurza melodia, KRAKUW? Czy z polską edukacją naprawdę jest tak źle?

Jeśli już o Krakuwiu mowa, to po raz wtóry ogromnie się cieszę, że tu właśnie spędzam lato. W Cavie, żując ślimaczki, zapijając winem, patrząc na niebo i migoczącą w dole rzekę.
Ślimaczki pyszne, jako i grzanie się w zachodzącym słońcu z kieliszkiem musującego.
A później pieszo wracam do domu. Gdy bardzo się rozleniwię, płacę 9 złotych za taksówkę.
Wszystkim przyjezdnym polecam zapuścić się w rejony niepopularne, na drugi brzeg, mój brzeg, który staje się miejscem, gdzie warto i wypada. Dodam, że gdy osiem lat temu kupowałam tu mieszkanie, znajomi odsądzali mnie od czci i wiary, bo było ciemno, pusto, podejrzanie i ohydnie.
Co nie zmienia faktu, że po raz pierwszy rozważam poszukiwania pracy poza moim grajdołkiem. A nawet na kontynencie. A nawet na wyspach obok. Myślę o zmianie klimatu na jakiś czas – nie na zawsze, raczej na rok-dwa. Nie mam pojęcia, jak się za to zabrać, ale chcę.

A wiedzą państwo, właściwie to znalazłam dziś wymarzoną pracę dla siebie.
Wyczytałam, że teatr we Wrocławiu ogłosił casting do roli w „Mistrzu i Małgorzacie”. Poszukiwani muskularni mężczyźni powyżej 190 cm wzrostu.
Otóż ja chcę przeprowadzać ten casting. Nie chcę wynagrodzenia, wystarczy zwrot kosztów podróży. Po namyśle stwierdzam, że chętnie sama zapłacę za bilet.

(9).

Reklamy

Blog in the fog

Mojego miasta dziś nie ma.
Znikło pod mgłą. Lotnisko zamknięte, ulice puste. Przejeżdżając przez most, zamiast świateł na drugim brzegu i migoczącej w dole wody widzę ciemność tak gęstą, że prawie da się ją złapać. Dachy, okna i szyldy, które mijam codziennie, jakby ktoś wymazał z obrazka.
Wciskam słuchawki (volume up do końca skali) w uszy i przez otchłań – na pamięć – wędruję do domu.
Krakowski spleen co się zowie.

Państwo wiedzą, że ubóstwiam góry. W górach oddycham, restartuję wyżyłowany mózg, czyszczę sobie myśli, szukam odpowiedzi na gryzące mnie pytania, a czasami po prostu idę przed siebie. Pcha mnie w nie potrzeba, którą nie do końca rozumiem. Wielu ludzi chodzi w góry się modlić, rachować ze sobą, Bogiem, światem. W górach jest się bardzo tu i teraz. I jest się wolnym od wszystkiego, co dręczy w codziennym miejskim życiu, od tłoku, biurowego chaosu, mięśni napiętych do bólu z nerwów, przełykanych łez, lęków przed jutrem, awanturujących się po nocy sąsiadów i poszczekujących w radiu polityków. Tak przynajmniej być powinno.
A tutaj proszę, wyznawcy hasła ‚Ziemia dla ziemniaków’ chcieliby sobie obozy w Dolinie Chochołowskiej organizować.
Wiem, że tatrzańskie doliny wiele już widziały, od jesiennych rykowisk po czarne msze, ale mimo wszystko potworny mój niesmak budzi sama idea. Niesmak i sprzeciw. Czuję, że to się nie godzi, nie można.

Skoro już o górach mowa – jeśliby państwo rozważali lekturę tej książki, to lepiej zainwestować w felietony Malczewskiego (nadal zdumiewająco aktualne, a przy tym pysznie napisane), a jeszcze lepiej w legendarną i arcyciekawą serię tatrzańską, którą można na aukcjach za całkiem przyzwoitą cenę znaleźć. A jeśli państwo czytali drugie i trzecie, i do tego często pod Tatrami bywają, to lekturę tym bardziej należy sobie odpuścić, bo skończy się wertowaniem kartek i mruczeniem: wiem… wiem… to też wiem… I do tego jakieś to pobieżne, powierzchowne, takie ślizganie się po tematach – szkoda, bo niektóre są intrygujące. Oczywiście miło, że ktoś podjął się wyzwania odpaskudzenia tego miasta, jestem za. Jestem też pewna, że kogoś te opowiastki zainteresują i bardzo dobrze, ale nie powinien liczyć, że po przeczytaniu będzie mógł zabłysnąć w rozmowie z kolegą skitourowcem, miłośnikiem Witkacego lub amatorem schroniskowych szarlotek.

Czytam dzisiejsze wiadomości i sierść na grzbiecie mi się jeży. Mam bilet do Tel Awiwu na koniec lutego, bardzo chcę go wykorzystać, nie chcę za to świrować ze strachu na miejscu ani też zaczynać piątku od wysłuchania informacji o tym, ile dzieciaków zginęło w ataku rakietowym. I po co komu te wojny, po co.
Po хуй, nie?

Miłość złe humory ma

Szósta rano. Łódź Fabryczna, peron trzeci. Częściowo przepalony neon mruga na niebiesko. Pociąg czeka. Kraków Główny.
Oeza, pomyślałam. A tak fajnie było.

Nie wiem, o co chodzi z tą aferą pociągową. Przewozy Regionalne – jak w zegarku. Inna rzecz, że dwustu kilometrów nie powinno się pokonywać w cztery i pół godziny, słysząc od konduktora, że to i tak najcieplejszy przedział i marząc o ogromnym kubku mocnej kawy…
Szczęśliwie powrót tym razem rozkoszny, z dworca prosto do Dymu, tam już dziewczyny, piwo, same grzechy. Telefon wyłączony na dobre – wąskie grono wtajemniczonych wie, jak się ze mną kontaktować na urlopie.
– No, jak było, jak było, w teatrze byłaś?
A byłam.
Według Agafii przerysowane, przekolorowane, jak z dziwnego snu. Bardzo przyjemny ten sen na początku, zabawny. Tylko że z każdą minutą coraz więcej w nim koszmaru. Romantyczna komedia o swatach zmienia się w horror o przymusie bycia z kimś. Bo przecież trzeba do ołtarza pójść. Bo ta biała sukienka od tak dawna czeka. Licznik bije. Lepszego nie znajdziesz.
Tak sobie myślę, że wielu ludziom takie przedstawienie Gogola może się bardzo nie podobać. Bo zobaczą w tym własne małżeństwo zawarte dla świętego spokoju, własną samotność, własne dziwactwa. To jest taki teatr, po którym człowiek odwleka powrót do domu i spojrzenie w lustro, snuje się ulicami, może by się czegoś napił.
Miłośnicy teatru na koturnach też mogą sobie lepiej pójść na poranek z lekturą szkolną, bo tu jest totalne pomieszanie – pokaz mody, musical, pastisz bridżytdżonsów różnej maści, groteskowy kryminał, porażające ostatnie minuty przy odwróconej tyłem scenografii, a wszystko bardzo wysmakowane plastycznie.

Nie ma w tym spektaklu normalnego faceta. Wszyscy absztyfikanci to, z przeproszeniem, debile. Dziwaki jakieś. Obleśne dość (ot, Sambor Czarnota w roli nieokrzesanego mydłka z przetłuszczoną plerezą, wpieprzającego kabanosy). Grubasy, onaniści i niespełnione samce alfa. A jedyny, dla którego biedna Agafia traci głowę, jest żonaty, choć – jakże życiowo – nie przejmuje się tym zbytnio. Jak na ironię, tylko ona, ta czterdziestolatka ciągle do wzięcia, pulchna trochę, z rozmazanym makijażem, kocha. Pozostali niekoniecznie.
Traktują ją jak kawał mięsa. Niemal w zęby zaglądają.
Przyznaję jednak – jako, bądź co bądź, panna na wydaniu – że strasznie bym chciała takiego Poradnicę (bo nie, w tej wersji nie ma swatki Fiekły). Wyjąwszy upiorne swaty – cudo. Opowie o witaminach, pocieszy, posłodzi, uratuje od chlania w samotności, nazwie kochaniem, nawet w depilacji pomoże. Oczywiście to czytelna drwina z książkowo-filmowej mazi, w której u boku singielki obowiązkowo tkwi przyjaciel gej. Ten jest niemożebnie przegięty. Wystylizowany na lalkę. Utrefione ślicznie loki, modny płaszczyk, lśniąca papierośnica, głupawa, ale wdzięczna paplanina o zabiegach urodowych.
Ja byłam nim zachwycona, ale na przykład państwo w rzędzie za mną – głęboko zdegustowani. Trochę mnie ich foch zdumiał, bo to owszem, było przerysowane, ale nie wulgarne, dość taktownie zagrane.

Dla mnie to spektakl z mnóstwem aktorskich wiśni na torcie.
I och, Tomasz Schuchardt objaśniający publiczności szkodliwe skutki masturbacji. Fantastyczny jest ten chłopak. A jak śpiewa po rosyjsku…
(Tę piosenkę, gdyby kto był ciekaw).

Wiecie, czemu lubię chodzić do teatru sama? Bo gdy zapalają się światła, nikt nie pyta:
– No i jak, no i co? Podobało ci się? Ale co myślisz, powiedz?
Halo, moment. Moment.
Muszę sobie przetrawić. Im mocniej mnie uderzyło, tym dłużej milczę. Dopasowuję przed chwilą widziane obrazki, usłyszane słowa do historii z własnego życia i jeśli pasują, oj, wtedy dopiero zaczynają się refleksje. Nawet refluksy czasem.

Wieczorem proste uroki sieciowego hotelu, gorący prysznic, zimne piwo, szorstkie pieszczoty wykrochmalonej pościeli na skórze.
Przed snem obejrzałam w Canal Plus niesamowity film dokumentalny – Young @ Heart – o chórze staruszków. Jeśli ktoś z państwa nie widział, oto poruszająca próbka. Paniom sugeruję, żeby najpierw zmyły makijaż…
Mam nadzieję, że w hotelu mają narzędzia do spierania wodoodpornego tuszu z białych poszewek.
Podejrzewam, że nieprzypadkowo emitowali ten film właśnie tego dnia.
Smutno mi trochę było wczoraj, bo w radiu od rana piali o Dniu Babci, wszystkie łódzkie cukiernie oklejone stosownymi reklamami (‚kup babci ciacho’), a ja pierwszy raz nie miałam do kogo zadzwonić z życzeniami. Ciągle mam jej numer w telefonie. Wiem, że wkurzyłaby się za mazgajstwo, więc kupiłam trzy pączki sowicie oblane lukrem i wszystkie zjadłam.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. To, że podczas minionych 36 godzin zdarzyła mi się niebagatelna liczba wzruszeń, nie oznacza, że kiepsko zaczęłam weekend. Przeciwnie. Zachwyt.

Też kiedyś miałam talię

Jak zwykle rano – wychodzę do sklepu odległego o 20 metrów po świeże kajzerki. Jest siódma. Jeszcze cicho, pachnie skoszoną trawą. Takie lato w mieście to ja mogę. Im dalej w dzień, tym bardziej chce się uciec od betonu i kurzu. A stanik coraz bardziej przeszkadza w myśleniu.

Jak zwykle rano – jednocześnie piję kawę, sprawdzam pocztę, przeglądam oferty pracy w Krakowie (cienko) i w Zakopanem (jeszcze cieniej), słucham radia i kątem oka oglądam telewizję śniadaniową. Dziś radzili, jak obliczyć najlepszy czas na zaręczyny – z wzorem i zmiennymi, rozumiecie.
– Ja pierniczę – westchnęłam.
Telewizje śniadaniowe są dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji, ale też często uświadamiają mi, że żyję na innej planecie.

Przeczytałam w „Dużym Formacie”, że Tomasz Zimoch nie pojechał do RPA.
Od razu te mistrzostwa straciły dla mnie połowę uroku. No jakże to tak bez niego.
Ale dziś oczywiście oglądamy, prawda? Sąsiad z góry znowu będzie wrzeszczał…
Z randkami tylko drobny kłopot będzie, bo jeśli już mili wyrwą się z objęć kibicujących kumpli, to i tak nie będą w jakiejś porywającej kondycji, za to zionący jak kadź w browarze.
– Nie nie, to tylko mecz, nic takiego… – powiedzą. – Ale TYLE okazji mieli! TYLE OKAZJI!!

Czy państwo tutejsi już wiedzą, kim są Diego i Bohumil? Jeśli wiedzą, to świetnie. Jeśli nie, należy w te pędy udać się na świętego Sebastiana.
(Przyjezdnym też bardzo polecam – tylko najpierw włożyć spodnie na gumce).
Jest to, proszę państwo, knajpka argentyńsko-czeska. Wbrew pozorom takie połączenie ma głęboki sens. Należy tylko na godzinę lub dwie przestać wierzyć w kalorie i cholesterol. I można sobie do woli mieszać czeskie przystawki z argentyńskimi stekami – albo odwrotnie, na przystawkę wziąć empanadas (w ustach się rozpływają, doskonałe), a na danie główne zażądać smażonego sera. A następnie pęknąć z przejedzenia.
Dodam jeszcze, że mają czeskie piwo i argentyńskie wina – w tym szczepu viognier, który osobiście bardzo lubię, bo jest taki miodowo-kwiatowy, delikatny; to zresztą winorośl ogromnie wrażliwa i trudna w hodowli (prawie jak ja). I za to wszystko zapłacicie wcale niedużo – jak na pobliże Plant.
Jest dobrze. Oczywiście dwie fajne knajpy odkryte w tym roku w blisko milionowym mieście to niewiele, ale wyraźnie idzie ku lepszemu.

Jeśli już o tym mowa – na mojej dzielni otwarli sklep winiarski. Sądziłam, że mnie wzrok myli, fatamorgana w tym upale niemożliwym, ale nie. Prawdziwy.
To znaczy, że w piątki nie będę musiała dźwigać flaszek z miasta, ryzykując dyskopatię, tylko wzuję trampki i zrobię sobie dziesięciominutowy spacerek.
Niedawno – tyle że nieco dalej, ale nadal w zasięgu stóp – powstał też klub, taki z didżejami. Nie byłam (bo zdziczałam i rzadko wychodzę wieczorami), ale widziałam plakaty. To by oznaczało, że życie powoli rozprzestrzenia się z Rynku i Kazimierza na inne dzielnice. Że lokalsi chcą wypić kawę, zjeść albo potańczyć blisko domu, a nie telepać się uprzednio przez pół godziny tramwajem do centrum. Nikt im do tej pory nie chciał umilić życia, więc wzięli sprawy we własne ręce. Ogromnie mi się to podoba.