Bardzo nieruchome ma mordę

Nie znoszę pierwszego rzędu.
Zwłaszcza, gdy sala jest malutka, a scena znajduje się pół metra od moich stóp. Nauczona doświadczeniami z Korezu, od razu obawiam się, że zostanę wciągnięta w tzw. obserwację uczestniczącą. Bo w Korezie na przedstawieniach Schaeffera publiczność traci torebki i buty. A ja się wstydzę okropnie w takich sytuacjach. Gdy ktoś na mnie patrzy, do mnie mówi, mam ochotę skulić się w fotelu. Nie robię tego, rzecz jasna, bo to byłoby nie w porządku.
Sprawdziły się moje obawy co do joty.
Wielkie nieba. Pod koniec sama czułam się zmęczona.

Ale taka fajna chemia się wytwarza czasami, gdy człowiek jednak da się wciągnąć w tę grę…
Jest w tym coś podniecającego.
Poza tym przecież jedno bez drugiego nie istnieje.

Nie znoszę pierwszego rzędu, ale to kokieteria. Lubię, gdy ta niewidoczna granica między sceną a widownią jest przesuwana do ekstremum. Bo nudzi mnie siedzenie w teatrze jak w kinie, przyglądanie się z założonymi rękami, śmiech w wyznaczonych momentach. Lubię odbierać komunikat: ‚o nie, kochana, nie myśl, że tak sobie posiedzisz, ty tu razem ze mną popracujesz’.
To może być zdumiewająco intymne doświadczenie.

W drodze czytałam tekst Pietrasika w „Polityce” – o tym, że aktorzy w teatrze często odpierniczają swoje, byle jak najmniejszym wysiłkiem, i pędzą co koń wyskoczy na plan telenoweli czy innego tam tańca na lodzie.
Na szczęście nie wszędzie tak jest. Przez półtorej godziny obserwowałam człowieka, z którego pot lał się wartką strugą. Niemal kapał mi na ręce.
Klasa.

Ogromnie mi się podobało.
(I przepraszam bardzo, ale muszę to napisać – to się wytnie – jak widzę te loki, to mam ochotę tak ostrożnie pociągnąć…).

Bardzo lubię kontrast między surowym, stylowym wnętrzem tego teatru i wszystkimi czarami, które się tam odbywają, a otoczeniem – odrapanymi kamienicami, zakurzonymi witrynami od dawna nieczynnych sklepów, zasikanymi bramami.
No i właśnie, idę sobie z okiem podmalowanym, dzierżąc moją torebusię, a tu z okna wychyla się koleś i wrzeszczy na żulika chwiejącego się na chodniku:
– Stary! Ale jak jeszcze raz będziesz tu w bramie lał…
Żulik w obronnym geście przyciska ręce do wątłej piersi.
– Tak, do ciebie mówię!
– Ale że niby ja tu leję? – wzbrania się żulik, niedyskretnie poprawiając rozporek. Chłop w oknie prycha:
– A niby kurwa kto, ja?!
Nie wiem, jak się rozmowa skończyła, bo do teatru weszłam.

Hotel za to wyjęty z innej epoki, wysokie sufity i windziarz, który czatował na mnie za każdym razem, gdy wchodziłam do lobby. Mieszkałam raptem na drugim piętrze, jeździć windą nie planowałam, ale bardzo poważnie traktujący swoje obowiązki pan windziarz miał inne zdanie w temacie.
Mój fryz a’la Zula Pogorzelska był jak znalazł w tym otoczeniu.
Tylko te świetlówki w korytarzach, no.
Interesujące to było doświadczenie (tym bardziej, że przy śniadaniu zdybałam filmowców dyskutujących żywo o scenografii – nie da się zapomnieć, w jakim mieście się jest). Zresztą ja nie jestem szczególnie wymagająca, a po zakopiańskim hotelu Gromada, w którym niegdyś nie zmrużyłam oka przez całą noc, każda noclegownia wydaje mi się szczytem luksusu. Chociaż nie, było jedno gorsze miejsce w Londynie, ale wtedy byłam tuż po studiach, bardzo kiepsko zarabiałam i widziały gały, co brały.

W drodze towarzyszył mi Karel Čapek – fantastyczne te jego listy; na dzień dobry, siedząc przy obiedzie, przeczytałam 130 stron (dobra, są obrazki, dlatego tak szybko mi szło). Co najciekawsze, prawie wcale się to nie zestarzało, a on przecież podróżował w latach 20. i 30. Miał niebywały zmysł obserwacji, pióro bardzo ostre. Można by tę książkę zabrać zamiast przewodnika, gdyby nie to, że to opasłe tomiszcze w twardej okładce.
Kupiłam też nowego-nienowego Bourdaina, bo lubię faceta i jego rozpasany hedonizm. On pije, pali, przeklina, jada rzeczy niekoniecznie zdrowe, ale świetnie się na nich zna. W paru miejscach opisywanych przez niego już byłam (ach, zatęskniło się za chatkami ostrygowymi), parę innych nasunęło mi myśl, że warto by się wybrać, odkryć nowe widoki, nowe smaki.
Mógł co prawda ten Bourdain darować mi opis zarzynania jagnięcia, ale i tak znakomicie się czyta. Weganom nie polecam, jeździ po nich jak po łysej kobyle.

Nocą obudziła mnie oszałamiająca burza. Uwielbiam – pod warunkiem, że ona i ja jesteśmy od siebie oddzielone ścianami i dachem. Oczywiście troszkę wolałabym też być w innym łóżku…
Zwlokłam się o siódmej rano, spodziewając się, że znów będę musiała w moich baletkach na gołych stopach lecieć przez deszcz, a tu niebo lazurowe. Szkoda wyjeżdżać.
I proszę sobie wyobrazić, że bardzo zaskoczyło mnie PKP. Pozytywnie. Takimi nowymi, klimatyzowanymi, wygodnymi pociągami to ja się po Austrii rozbijałam, w Polsce gapię się na nie jak na UFO. Cóż z tego, że jechał trochę dookoła, skoro i tak przyjechał punktualnie? Ale współtowarzysze podróży mimo wszystko znaleźli sobie mnóstwo powodów do narzekania.
Wiosna w kraju wybuchła z całą mocą, pola zielone aż miło, bociany.
A gdy płaski krajobraz za oknem lekko się fałduje, wiem, że niebawem będę w domu i zrobię sobie wielki kubek parzącej w usta kawy.

Zapomniałabym. Proszę o uwagę państwa ze stolicy. Obiecałam, że nagłośnię, to i nagłaśniam, bo warto. 3 czerwca w Teatrze Polonia wspomniany już dziś Korez wystawi Cholonka. Trzeba zobaczyć.
Przezabawne i bardzo gorzkie zarazem, i z żadnej książki nie dowiecie się tyle o Ślązakach. Aktorstwo wyśmienite.
Nie zniechęcajcie się tym, że nie znacie gwary.
Zrozumiecie, o co chodzi.

Reklamy

On the right track

Chyba muszę zmienić fryzurę.
Mam właśnie taką, ale on wygląda lepiej niż ja. To niepokojące.
Co gorsza, lepiej chodzi też na wysokich obcasach.
Na tyle dobrze, że za to chodzenie Złotą Maskę dostał.
Jest w tych piórach i szpilkach bardzo zmysłowy, nawet seksowny, słodko smutny, nie przegina w stronę parodii.
Nie dla każdego to widowisko. Ktoś wyszedł. Chyba mu się nie spodobało, że najpierw na scenę spływa transwestyta przebrany za Matkę Boską, później biskup modli się zagapiony w damskie majtki pod uniesioną spódniczką, a jeszcze później zahukany, znerwicowany typek przeżywa swoje pięć minut spełnienia, ujeżdżając kobietę jak klacz.
Zimno trochę mi się zrobiło przy tej scenie, bo poznałam takiego kiedyś. Też zapięty pod szyję, a we łbie szaleństwo.
Antymieszczańskie rzeczywiście. Może troszkę zbyt grubą kreską narysowane, ale interesujące. Nie dla pruderyjnych.
Nędzne perwersje nam siedzą w głowach. A im straszniej świat wygląda, tym chętniej w nie uciekamy.

Lubię jeździć przez Polskę, słuchać rytmicznego stukania kół i patrzeć, jak za oknem zmienia się krajobraz. Wystarczy spojrzeć na koślawe napisy na dworcowych murach i człowiek wie, gdzie jest. Armia Białej Gwiazdy, Gieksa, Widzew. Komuś w ogródku biega śmieszna, łaciata gęś. Ktoś postawił sobie przed skromną peerelowską ‚kostką’ dwie śnieżnobiałe kolumny a’la pałac. Oeza, myślę i natychmiast biję się po łapach. A co mnie to właściwie obchodzi? Jego dom, jego działka, jego marzenie, może sobie zbudować dom w kształcie namiotu cyrkowego, jeśli mu się tak podoba.
Kiedyś w jednej naszej górskiej miejscowości widziałam ogrodową szopkę bożonarodzeniową. Mało tradycyjną, bo ustawiono w niej wszystkie możliwe gipsowe figurki – paru świętych oczywiście, ale też ze dwa krasnale, żołnierzyka, zwierzątek masę i to wszystko było iluminowane. Kicz, aż zęby bolały. Ale przesympatyczny.

Włócząc się po kraju uświadamiam sobie, że moje miasto wdrukowało we mnie pewne nawyki i że krakowskie lenistwo, przesiadywanie godzinami nad kawą i gapienie się na przechodniów, nie jest szczególnie popularne w innych stronach. Z drugiej strony dokądkolwiek bym pojechała, rachunek za pyszne spaghetti płacę niższy niż w moim grajdołku.

Mało brakowało, a spóźniłabym się na moje tournee, albowiem niespodzianka wciąga mnie bardzo.
Gdy wreszcie zasypiam, chwilę później piszczy budzik. Wlokę się do łazienki, obijając o meble. Wydaje mi się, że maluję sobie rzęsy. Spóźniam się na tramwaj. Na pociąg zdążam. Przedział istotnie pusty, rozciągam się leniwie nad gazety plamą, za oknem w pięknym słońcu miga coraz bardziej płaski kraj.
Kolejnego wieczora zwijam się w kłębek w wykrochmalonej hotelowej pościeli, ciesząc się wielką poduchą z pierza. Napiszę do niego, myślę. Tak tylko delikatnie zagaję. Sięgam po telefon, który w tej samej chwili rozbłyskuje.
No i dobrze. A najlepiej, że niczego nie muszę zmieniać, że mogę nadal wieść taki tryb życia, jaki wiodę. Mogę sobie ruszyć sama, dokąd zechcę – tylko że już nie tak znowu sama się czuję w tej drodze. Och, ty w życiu… dwa miesiące temu nawet sobie nie wyobrażałam takiego zwrotu akcji.
Rankiem znowu pakowanie, szybkie cappuccino, sznurowanie fioletowych jazzówek, przeskakiwanie przez kałuże na Księżym Młynie w drodze na peron, parę godzin podsłuchiwania rozmów pociągowych, poszukiwanie wyjścia z nieistniejącego dworca w Katowicach (ależ dziwnie to miasto wygląda bez Brutala) – i gdzieś ten dzień pomiędzy umyka.

Kupiłam sobie błyszczyk z hormonem szczęścia – uwielbiam nabierać się na reklamy – i pewnie dlatego uśmiech nie schodzi mi z twarzy mimo niewesołych perspektyw przyszłotygodniowych. I pewnie dlatego z niepokojem zauważam, że podoba mi się nowa piosenka Lady Gagi (no co? w wersji country bardzo spoko), a z jeszcze większym – że podoba mi się również piosenka Piasecznego o karmieniu nowym życiem na śniadanie, choć ten tekst budzi u mnie nieprzystojne skojarzenia i sądzę, że nie jestem w tym osamotniona. I pewnie dlatego wszystkie wariackie plany wydają się w zasięgu ręki. Pewnie dlatego.

Miłość złe humory ma

Szósta rano. Łódź Fabryczna, peron trzeci. Częściowo przepalony neon mruga na niebiesko. Pociąg czeka. Kraków Główny.
Oeza, pomyślałam. A tak fajnie było.

Nie wiem, o co chodzi z tą aferą pociągową. Przewozy Regionalne – jak w zegarku. Inna rzecz, że dwustu kilometrów nie powinno się pokonywać w cztery i pół godziny, słysząc od konduktora, że to i tak najcieplejszy przedział i marząc o ogromnym kubku mocnej kawy…
Szczęśliwie powrót tym razem rozkoszny, z dworca prosto do Dymu, tam już dziewczyny, piwo, same grzechy. Telefon wyłączony na dobre – wąskie grono wtajemniczonych wie, jak się ze mną kontaktować na urlopie.
– No, jak było, jak było, w teatrze byłaś?
A byłam.
Według Agafii przerysowane, przekolorowane, jak z dziwnego snu. Bardzo przyjemny ten sen na początku, zabawny. Tylko że z każdą minutą coraz więcej w nim koszmaru. Romantyczna komedia o swatach zmienia się w horror o przymusie bycia z kimś. Bo przecież trzeba do ołtarza pójść. Bo ta biała sukienka od tak dawna czeka. Licznik bije. Lepszego nie znajdziesz.
Tak sobie myślę, że wielu ludziom takie przedstawienie Gogola może się bardzo nie podobać. Bo zobaczą w tym własne małżeństwo zawarte dla świętego spokoju, własną samotność, własne dziwactwa. To jest taki teatr, po którym człowiek odwleka powrót do domu i spojrzenie w lustro, snuje się ulicami, może by się czegoś napił.
Miłośnicy teatru na koturnach też mogą sobie lepiej pójść na poranek z lekturą szkolną, bo tu jest totalne pomieszanie – pokaz mody, musical, pastisz bridżytdżonsów różnej maści, groteskowy kryminał, porażające ostatnie minuty przy odwróconej tyłem scenografii, a wszystko bardzo wysmakowane plastycznie.

Nie ma w tym spektaklu normalnego faceta. Wszyscy absztyfikanci to, z przeproszeniem, debile. Dziwaki jakieś. Obleśne dość (ot, Sambor Czarnota w roli nieokrzesanego mydłka z przetłuszczoną plerezą, wpieprzającego kabanosy). Grubasy, onaniści i niespełnione samce alfa. A jedyny, dla którego biedna Agafia traci głowę, jest żonaty, choć – jakże życiowo – nie przejmuje się tym zbytnio. Jak na ironię, tylko ona, ta czterdziestolatka ciągle do wzięcia, pulchna trochę, z rozmazanym makijażem, kocha. Pozostali niekoniecznie.
Traktują ją jak kawał mięsa. Niemal w zęby zaglądają.
Przyznaję jednak – jako, bądź co bądź, panna na wydaniu – że strasznie bym chciała takiego Poradnicę (bo nie, w tej wersji nie ma swatki Fiekły). Wyjąwszy upiorne swaty – cudo. Opowie o witaminach, pocieszy, posłodzi, uratuje od chlania w samotności, nazwie kochaniem, nawet w depilacji pomoże. Oczywiście to czytelna drwina z książkowo-filmowej mazi, w której u boku singielki obowiązkowo tkwi przyjaciel gej. Ten jest niemożebnie przegięty. Wystylizowany na lalkę. Utrefione ślicznie loki, modny płaszczyk, lśniąca papierośnica, głupawa, ale wdzięczna paplanina o zabiegach urodowych.
Ja byłam nim zachwycona, ale na przykład państwo w rzędzie za mną – głęboko zdegustowani. Trochę mnie ich foch zdumiał, bo to owszem, było przerysowane, ale nie wulgarne, dość taktownie zagrane.

Dla mnie to spektakl z mnóstwem aktorskich wiśni na torcie.
I och, Tomasz Schuchardt objaśniający publiczności szkodliwe skutki masturbacji. Fantastyczny jest ten chłopak. A jak śpiewa po rosyjsku…
(Tę piosenkę, gdyby kto był ciekaw).

Wiecie, czemu lubię chodzić do teatru sama? Bo gdy zapalają się światła, nikt nie pyta:
– No i jak, no i co? Podobało ci się? Ale co myślisz, powiedz?
Halo, moment. Moment.
Muszę sobie przetrawić. Im mocniej mnie uderzyło, tym dłużej milczę. Dopasowuję przed chwilą widziane obrazki, usłyszane słowa do historii z własnego życia i jeśli pasują, oj, wtedy dopiero zaczynają się refleksje. Nawet refluksy czasem.

Wieczorem proste uroki sieciowego hotelu, gorący prysznic, zimne piwo, szorstkie pieszczoty wykrochmalonej pościeli na skórze.
Przed snem obejrzałam w Canal Plus niesamowity film dokumentalny – Young @ Heart – o chórze staruszków. Jeśli ktoś z państwa nie widział, oto poruszająca próbka. Paniom sugeruję, żeby najpierw zmyły makijaż…
Mam nadzieję, że w hotelu mają narzędzia do spierania wodoodpornego tuszu z białych poszewek.
Podejrzewam, że nieprzypadkowo emitowali ten film właśnie tego dnia.
Smutno mi trochę było wczoraj, bo w radiu od rana piali o Dniu Babci, wszystkie łódzkie cukiernie oklejone stosownymi reklamami (‚kup babci ciacho’), a ja pierwszy raz nie miałam do kogo zadzwonić z życzeniami. Ciągle mam jej numer w telefonie. Wiem, że wkurzyłaby się za mazgajstwo, więc kupiłam trzy pączki sowicie oblane lukrem i wszystkie zjadłam.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. To, że podczas minionych 36 godzin zdarzyła mi się niebagatelna liczba wzruszeń, nie oznacza, że kiepsko zaczęłam weekend. Przeciwnie. Zachwyt.