Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

Reklamy

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

You know what it’s like when you’re in a room with the light on and then suddenly the light goes out? I’ll show you. It’s like this.

Wróciłam.
Nie, też się nie cieszę.

Tak naprawdę to ja poleciałam z powodu tych dwóch.
Obu absolutnie ubóstwiam od zarania dziejów. Ian McKellen robi ze mnie rozchichotaną nastolatkę. Uwielbiam te jego oczy chłopca. Oczywiście, że bardzo chciałam go zobaczyć na własne oczy, ale nie sądziłam, że będzie to prawdopodobne.
Cóż. Jak to zwykle w moim przypadku bywa – opatrzność zrobiła swoje. W marcu kupiłam bilet, w piątek bladym świtem (a właściwie jeszcze po ciemku) wsiadłam do samolotu i poleciałam.
Londyn przywitał mnie zdumiewająco piękną pogodą (żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, po południu padało). Obleciałam znajome kąty, wypiłam kawę, zrzuciłam toboły w mojej kwaterce, ubrałam się ładnie i wróciłam na West End.

Dobrze znam to miejsce. Pozostaje jednym z moich ulubionych w Londynie, chociaż to jest tylko króciutka i niezbyt urodziwa alejka łącząca Charing Cross Road z St Martin’s Lane. Przypadkiem (nie sądzę…) właśnie tutaj znajdują się wyjścia z dwóch teatrów. Wiele długich minut tu spędziłam, przestępując nerwowo z nogi na nogę, więc mam sentyment.
Tu muszę coś podkreślić. Jak wszyscy wiedzą, autorka nie ma śmiałości do ludzi. Co prawda zrobiła kolosalne postępy, ale nadal nie jest osobą, która łatwo zagaja i jeszcze sypie żarcikami (ale jak mi się uda żarcik, trzy dni dumna chodzę). Nigdy w życiu nie poprosiłam nikogo o autograf – a mam dużo okazji, jak widać po blogasku – bo one nie są dla mnie szczególnie istotne. Wolę, jeśli oczywiście mam okazję, z kimś porozmawiać. To przyjemniejsze i zostaje na dłużej w człowieku. Tak, zatem jak wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi, ale gdy naprawdę mi zależy, potrafię się przemóc, czego dowodem fakt, że dokładnie rok temu goniłam pewnego młodziana po ulicy – do tej pory wolę nie myśleć, jak to wyglądało dla postronnych – a w piątek po opuszczeniu widowni skręciłam za róg i ustawiłam się w nie tak znowu dużej kolejce.
Może by coś o spektaklu samym, zanim osunę się w mętne odmęty zachwytów.
Pinter to Pinter. Jedni lubią, inni nie. Niby nic się nie dzieje, ludzie dużo mówią, ciągną swoje monologi – a ile się dzieje. I w tym spektaklu jest podobnie. Tylko czterech bohaterów, jeden wieczór i następujący po nim poranek, masa tekstu, ale najwięcej rozgrywa się gdzieś między słowami.
Wiecie, są aktorzy i aktorzy. Są tacy, którzy gwiazdorzą na wielkim ekranie, ale na scenie kompletnie sobie nie radzą. Są tacy, którzy w ogóle się za nią nie biorą. Są też tacy, którzy ją czują doskonale. I ci dwaj wspaniali panowie niewątpliwie należą do ostatniej kategorii. Co za klasa. Scena, w której grany przez Stewarta pisarz z potężnym problemem alkoholowym wyczołguje się, zalany w trupa, ze sceny… Och.
Oklaskawszy dżentelmenów, poszłam cała w emocjach na zaplecze. Zdążył zgromadzić się tam tłumek, ale nie bardzo duży (być może dlatego, że wywieszone na ścianach komunikaty informowały, że żadnych selfies i panowie podpisują wyłącznie materiały związane z przedstawieniem – programy, bileciki, plakaty, ale nic innego, więc łowcy celebryckich trofeów od razu mogli odejść z kwitkiem). Tak sobie poszłam, bez większych nadziei, że może w te chłopięce oczy uda mi się spojrzeć.

I udało się.

W dodatku jakimś cudem, wypchnięta naprzód przez miłego człowieka, którego imienia nie znam, ale daj mu Boże zdrowie, dostałam podpisy. Ale co ważniejsze, te OCZY.
Nieprawdopodobne.
To jest jednak ujmujące, wiecie, że ludzie tak absurdalnie sławni, którzy mogliby po prostu prześliznąć się do limuzyny, trzasnąć drzwiami i tyle ich maluczcy widzieli, wychodzą do nich co wieczór, wymieniają uprzejmości, uśmiechają się, żartują, cierpliwie składają podpisy, upewniają się, że każdy widz został „zaopiekowany”. I dopiero wtedy odchodzą, w swoich obłędnie niebieskich płaszczach (z McKellenem wyraźnie dzielimy miłość do odjechanych okryć wierzchnich).
Wracałam do hotelu cała w skowronkach.
(Jakby tego było mało, za mną siedział Jude Law. TEN Jude Law. I stał też za mną w kolejce do baru. Niżej podpisana, oczekując na swoje białe wino, rozglądała się, zauważyła faceta metr dalej i pomyślała: „Hm, jaki przyst… O W MORDĘ”. Był w towarzystwie olśniewającej blondynki, która nieustannie bawiła się telefonem. Bawiłybyście się telefonem, spędzając wieczór z takim gościem? Ja też nie).

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Oczywiście.
Okutałam się szczelnie i udałam do Royal Court, bo Bateman. Stary znajomy, można by rzec. Spędziliśmy razem kilka wieczorów.
Obawiałam się troszeczkę, bo moim zdaniem on ma problem z charyzmą, to znaczy nieco mu jej brak, i lubi nadrabiać to szarżowaniem. Na szczęście tym razem już tak nie jest. Rozwinął się chłopak.
Co ciekawe, pojawia się tylko na jakiś czas – sztuka (wyśmienita, nawiasem mówiąc, choć mocna) dzieli się na trzy wyraźne części, i nasz drogi Bateman występuje jedynie w części środkowej, jako wzięty do niewoli kapitan – akcja rozgrywa się podczas Wojny Secesyjnej. Główny bohater, czarnoskóry niewolnik dowódcy, puszcza go wolno. Na pewną śmierć, ale wolno.
Oglądałam z zapartym tchem. Świetnie napisane, świetnie zagrane, muzyka na żywo – z boczku sceny siedzi bluesman z gitarą i przygrywa; przygrywa też w antrakcie, więc publiczność miała okazję, ku swojemu zdumieniu, usłyszeć nagle słynny riff z „Kashmir” Led Zeppelin.
Bardzo mi się podobało.
Chciałabym to samo powiedzieć o drugiej oglądanej tego dnia sztuce, ale niestety nie mogę. Mimo całego powabu Dominica Coopera. Mimo przecudnej scenografii (zmieniające się tło to powiększone fragmenty XVII-wiecznych obrazów). Mam wrażenie, że komuś pary zabrakło, albo przestraszył się w połowie drogi – i w efekcie, zamiast historii ociekającej seksem, lubieżnej i zmysłowej, widownia dostała dość ugrzecznioną powiastkę. Szkoda, bo aż się prosiło – bohater był bardzo ciekawą postacią, znakomitym poetą, który oddalił się na łono Abrahama w wieku lat raptem 33, wskutek chorób wenerycznych i alkoholizmu. Nie mówię, że to było złe. Było tylko zbyt gładkie.

(To pierwsze zdjęcie to nie jest to, co być może myślicie. To kciuk. Tegoroczny czwarty filar na Trafalgar Square – co kilkanaście miesięcy staje na nim inna rzeźba, mniej lub bardziej udana, a raz nawet byli to żywi mieszkańcy miasta, codziennie inny).

Wracałam w towarzystwie panienki, która bardzo bała się latać. Autorka to wiadomo. Trzecią osobą w naszym rządku był pan, który bardzo próbował oczarować panienkę (do autorki nawet nie startował, musi wyglądała nieprzysiadalnie – dajcie spokój, wstałam o czwartej trzydzieści, telepałam się na lotnisko dwiema liniami metra i pociągiem, więc zasłoniłam się książką, którą koniec końców i tak porzuciłam na rzecz urywanej drzemki).
– A jak wysoko lecimy? – pyta panienka pana, który wyraźnie chce sprawiać wrażenie globtrotera, tylko że same farmazony sadzi.
– Och – odpowiada on pewnie. – Dziesięć tysięcy kilometrów.
Nie wiedziałam, że Ryanair lata z przystankiem na ISS.
Pan przez cały lot nawijał biednej dziewczynie makaron na uszy. Które wreszcie, gdy silniki zmieniły melodię na tę, która oznacza, że wracamy na ziemię, zaczęły ją boleć.
– Bo ciśnienie spada – rzecze pan tonem człowieka, który wylądowałby na rzece Hudson, gdyby go kapitan Sullenberger w tym nie wyprzedził.
Rośnie, psze pana, ono rośnie!
Dziewczyna wyraźnie cierpi.
– Och, tak to jest, gdy się rzadko lata – rzecze pan tonem człowieka, któremu mam ochotę podłożyć nogę, gdy będzie wysiadał.
– Proszę spróbować ziewnąć – odzywa się wreszcie autorka znad książki.
– Słucham? – dziwi się dziewczyna.
– Ziewnąć. To pomaga.

Pomogło.

Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

To see yourself as the world sees you may be very brave, but it can also be very foolish

Trochę czasu minie, zanim znowu odwiedzę to miejsce. Tym samym ostatni na chwilę wpis o nim, a raczej o tym, co widziałam. Gdy znowu poczuję ten charakterystyczny, słodkawy zapach powietrza (jeśli to powietrze – raczej jego brak!) w metrze, z pewnością dowiecie się pierwsi.

wp-1465317373169.jpeg

A zatem Rory Kinnear – ten właśnie aktor, za którym nie przepadam, choć nigdy nic mi nie zrobił, po prostu nie na moich falach nadaje – gra w bardzo świetnej Operze za trzy grosze, wykorzystującej całą maszynerię National Theatre (ten słynny drum revolve!), będącej spektaklem niesłychanie widowiskowym i też pysznie zagranym. I ja, wiecie, troszeczkę posypałam głowę popiołem i wycofałam niechęć do niego, oglądając go w tym przedstawieniu, bo jest naprawdę arcyzdolnym aktorem. Ale jednak przyćmiły mi go dwie niesamowite kobiety.

Po pierwsze – Helen McCrory.
Kocham się w niej beznadziejnie, odkąd dwa lata temu zobaczyłam Medeę, w której powaliła mnie na łopatki. Tego roku Helen raz jeszcze sprzymierzyła się z reżyserką tamtej Medei, by opowiedzieć ludziom bardzo smutną historię. Smutną i przejmującą. O kobiecie, która cierpi na najgorszą z możliwych chorób.
Na samotność.
Odrzucona przez mężczyzn, których kochała, żebrząc bezskutecznie o ich miłość – nawet nie o miłość, o uwagę – próbuje popełnić samobójstwo. Na jej szczęście lub nieszczęście w tej samej kamienicy mieszka lekarz, ściągnięty na pomoc. Pierwsza próba niezbyt się udaje. Do drugiej – próbuje otruć się gazem – przygotowuje się znacznie lepiej. Zamyka okna. Kładzie koc pod drzwiami, żeby ograniczyć dopływ powietrza. Mości sobie miejsce na kanapie. Obserwujecie cały ten przerażający, wykonywany jak porządki domowe rytuał i macie ochotę wbiec na scenę i powiedzieć, żeby tego nie robiła – ale z drugiej strony to, dlaczego chce to zrobić, jest boleśnie zrozumiałe…
I powiadam, rozwaliły mnie ostatnie sceny. Otóż bohaterka, znowu powstrzymana przed zrobieniem sobie krzywdy, boso i w szlafroczku smaży sobie jajko. Jedno, samotne. Gdy jest gotowe, wciska się z tym jajkiem na talerzyku pomiędzy kuchenne meble, siada na małym krzesełku i je skulona.
Autorka westchnęła tak, że aż ją zabolało w trzewiach.
Bo ta prosta, cicha scena była chyba najsmutniejszą, jaką w życiu widziała.

Jakby tego było mało, niżej podpisana raptem dzień później poszła na drugą sztukę, której fabuła również kręci się wokół losu kobiety nieopisanie nieszczęśliwej. Nie ma to, jak wprawiać się w dobry nastrój na urlopie. Tak dobry, że tylko żyły sobie czymś tępym otwierać.

O tym przedstawieniu ludzie pieją od miesięcy. Jeden z moich dwóch ulubionych recenzentów teatralnych (bez nazwisk…) szalał z zachwytu. Ponieważ nasz drogi recenzent ma doskonały nos, jeśli idzie o kulturę – i doskonały nos w ogóle, ale zostawmy ten wątek, nim będzie za późno – autorka skwapliwie nabyła bilecik.

To jest bardzo przykry i niewygodny temat; temat, o którym się nie mówi za dużo. Mężczyznę z pociągu do kieliszka jakoś łatwiej rozgrzeszyć niż kobietę. Alkoholizm czy w ogóle wszelkie uzależnienia u kobiet to takie trochę tabu. Inna sprawa, że to kobiece picie czy dawanie sobie w żyłę (lub obie czynności naraz) nie jest takie znowu łatwo zauważalne, w każdym razie dla tych, którzy zauważyć nie chcą. Kobieta z nałogiem jednym czy dwunastoma nie musi być bezzębną, zapuchniętą osiedlową wariatką. Może być człowiekiem znakomicie – na pierwszy i drugi rzut oka – funkcjonującym w społeczeństwie. Dobrze ubranym, pachnącym niszowymi perfumami, dowcipnym i wygadanym. Maskuje się lepiej niż marine na misji. Przynajmniej dopóki nie zostanie sama. Bo to jest właśnie ten moment, jak mówią anglojęzyczni, gdy all hell breaks loose.
I tu mamy kobietę, młodą, odnoszącą sukcesy aktorkę, której coś po drodze idzie bardzo nie tak i trafia na odwyk. Stawia opór oczywiście. Ale jak to. Ja nie mam żadnego problemu. Dajcie mi wszyscy spokój. Masz problem, skoro tu jesteś, odpowiada terapeutka.
To jej zajmie czas. Dużo czasu, żeby się przyznać. Żeby to powiedzieć głośno.
To oszałamiający wizualnie spektakl – zwłaszcza jeśli, jak ja, przypadkiem upolujecie miejsce na scenie i siedzicie w środku akcji tak naprawdę. Co ważniejsze, to doskonale napisana sztuka. Sztuka napisana dość okrutnie, jakby miała widza zaboleć. I boli. Przyznaję, że w finałowych scenach ślozy mi ciekły ciurkiem po twarzy, i już nawet nie próbowałam udawać, że coś mi do oka wpadło.
Rozumiem też, dlaczego Denise Gough była wychwalana pod niebiosa za tę rolę, zdobyła nagrodę Oliviera i w ogóle. Spójrzcie tylko na nią. To jest drobna kobietka z siłą czołgu i niemożebną charyzmą. Hollywood jej pewnie nie zechce, bo nie ma posągowej urody i nie błyska piersiami ochoczo, natomiast jest wyśmienitą, fenomenalną i bardzo szczerą aktorką. Poza tym dlaczego ona miałaby zechcieć Hollywood?…
To jest naprawdę tour de force, powalająca rola. Jak ona daje radę powtarzać to osiem razy w tygodniu, pozostaje dla mnie zagadką, skoro dla mnie, pojedynczej widzki, było to przeżycie bardzo ciężkie. Zabawne momentami, bo ten spektakl jest chwilami groteskowo zabawny, ale głównie jednak mroczny. A nawet przerażający.
Uroczo to wyglądało, gdy Denise wyszła po spektaklu. Jakby taki snopek szedł – była tak obciążona bukietami kwiatów, że nie było jej zza nich widać.

Przysięgam. Następnym razem pójdę tylko na pogodne musicale. Nie zrobię sobie tego znowu. Oczywiście zapewne bardzo kłamię, bo prawda jest taka, że potrzebuję od czasu do czasu zostać przeciągnięta za włosy po podłodze. Potrzebuję poczuć, że życie nie jest taką uroczą opowiastką, jak lubi mi się wydawać. Teatr to bezpieczna metoda przekonywania się o tym – bezpieczna, a zarazem bardzo dotkliwa. On mnie rozluźnia, jak pisałam parę dni temu, ale też pozwala stanąć oko w oko z własnymi koszmarami, powiedzieć „o rany, przecież to jest właśnie to, co ja czuję; jak to dobrze, że takich jest więcej”.

W drodze do domu za to leciałam z panią, która miała wyraźny problem z przestrzenią osobistą ludzi siedzących nieopodal, wetknęła nogi pod mój fotel i oparła torebkę na moim podłokietniku, i powiadam, mój mały wewnętrzny psychopata ocknął się i chciał krwi. Czemu ludzie to robią?…

Though she be but little, she is fierce!

W foyer Shakespeare’s Globe stoi maszyna do pisania.
Maszyna pisze.
Dokładniej, pisze dzieła wszystkie Szekspira. Za każdym razem, gdy ktoś na Twitterze napisze słowo znajdujące się w dramacie Willa, maszyna to słowo znajduje. Ot, taki sprytny gadżet.

Podejrzewam, że znalazłby się ktoś oburzony taką koncepcją. Bard i nowe technologie, świat się kończy.
A jednak.

Piątek był w Londynie okropnie chłodny. Przyjechawszy niemal prosto z kraju, w którym temperatury osiągają wartości absurdalne, bardzo się zasmuciłam, gdy o poranku telefon poinformował mnie, że na zewnątrz jest raptem 10 stopni. A ja miałam przed sobą ładnych parę godzin w plenerze.
Jezuniu, jak ja zmarzłam. Dopóki oglądałam przedstawienie, nawet jakoś bardzo tego nie czułam, ale gdy się skończyło, dotarło do mnie, że jestem sztywna z zimna. Warto jednakowoż było narażać się na zapalenie płuc czy coś, bo spektakl jest po prostu czarujący. Prawdziwy sen nocy letniej. Gdybym miała opisać go jednym słowem, słowo to brzmiałoby „sexy”. To przedstawienie jest barwne, głośne, uroczo kiczowate, przeładowane, niegrzeczne i zmysłowe, i przypomina raczej burleskę niż Szekspira. Co mnie absolutnie zachwyciło. Ale nie każdy zareagował tak samo. Po premierze obóz zwolenników Tradycji przez duże T okopał się na swoich pozycjach i jął protestować – a zważcie, że Wielka Brytania jest jednak dużo bardziej wyluzowana, jeśli idzie o podejście do klasyki – no bo jak to? Czerwony neon z napisem ROCK THE GROUND w świątyni sztuki? Kula dyskotekowa?! Bhangra?!?! Helena jest mężczyzną?!?!?! Gender, ruja, porubstwo i upadek.
Dla niektórych.
Dla innych sama radość.
Obóz tradycyjnych był zgorszony nawet tym, że aktorzy mają mikroporty. No dobrze, ja też tego nie lubię. Co nie zmienia faktu, że ma to nawet sens, gdy gra się pod gołym niebem, gołym i bardzo ruchliwym, bo czasami przelatujący samolot całkowicie zagłusza człowieka. Powiedziałabym zatem, że plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi w tym przypadku.

Po kolei.

Puk w tym spektaklu jest śliczny i nieznośnie figlarny – nie ma cienia litości dla publiki. Strzela do niej z pistoletu na wodę, tarmosi za włosy, szczypie w policzki, rzucił(a) też w kogoś nadgryzionym bananem. Tytania jest nieprawdopodobnie sensualna (zrobiło się pewne zamieszanie pod sceną, gdy poprosiła widownię o pomoc w zdjęciu pończoch). Dwie pary kochanków są bardzo zabawne – jeden jest troszeczkę słabym ogniwem, ale za to przystojnym – natomiast jest też, ma się rozumieć, Oberon. I Oberon, psze państwa, jest powodem, dla którego autorka niemal zemdlała. Gdy przeczytała, kto go gra.
Bo gra go niejaki Zubin Varla.
To nazwisko już się tu pojawiało po wielokroć. Otóż Zubin Varla jest aktorem, którego głos autorkę zafascynował ładnych kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze w liceum. Nieprawdopodobny głos, niemożliwy. Tak potężny, że aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z nie tak znowu dużego człowieka. Zubin onegdaj grał Judasza – naprzeciwko lubianego przez niektóre czytelniczki Steve’a Balsamo – w Jesus Christ Superstar na West Endzie. To jest trudna rola, i wokalnie, i emocjonalnie, bo Judasz, postać kojarzona przecież z czystym złem i zdradą, jest narratorem tej rock-opery i nie sposób nie poczuć doń sympatii. Zubin uprzednio specjalizował się raczej w dramacie, ale wygrał casting i śpiewał tego Judasza z chorym zaangażowaniem. Wydawało mi się, że to musiało go kosztować parę lat życia. Aż w piątek usłyszałam ten szorstki, surowy, nieziemski wokal na żywo. On się z niego wydobywa niemal od niechcenia. Bo tak, on śpiewa w tym spektaklu, ale nawet gdy mówi, ten dźwięk jest… och. Powiadam, gdyby Globe miał sufit, to tynk spadałby widowni na głowy.

Jak wszyscy wiemy, w Śnie nocy letniej najważniejsi są Rude Mechanicals. Trupa aktorów-amatorów złożona z samych nieudaczników, którym trafia się jedyna w swoim rodzaju okazja wystawienia swojego wątpliwego dzieła przed parą królewską. W tym spektaklu są przebrani za obsługę Globe – w koszulkach i fartuchach. Przed spektaklem kręcą się wśród widowni, sprzedają jej wino i orzeszki, upewniają się, że każdy wie, którędy do wyjścia ewakuacyjnego (prosząc przy tym, by najpierw wypuścić aktorów, bo oni nie zachowują się jak normalni ludzie…). Ale tuż przed ich kluczowym występem jeden z nich zaintonował Space Oddity i zerwała się kosmiczna owacja, ludzie klaskali, tupali i gwizdali z całych sił. Co jeszcze dziwniejsze, nad widownią akurat wtedy latał jakiś samotny gołąb. David może wysłał się z powrotem na Ziemię na chwilę?… To był niesłychanie przejmujący moment.

I jig. Jig był fenomenalny. To chwila, na którą każdy w tym teatrze czeka, bo oto widzicie aktorów tańczących i wygłupiających się, i wy też możecie zatańczyć z nimi; i na krótki czas zaciera się granica między sceną a widownią, świat na zewnątrz przestaje istnieć, jest tylko ten okrągły, drewniany budynek i wy w nim.

Pomaszerowałam stamtąd do nieodległego National Theatre, zobaczyć, jak Helen McCrory próbuje popełnić samobójstwo – po wielokroć – a następnego dnia znów wróciłam do tego betonowego monstrum, zobaczyć świetną Operę za trzy grosze (to jednak troszeńkę dyskomfort, gdy aktor, którego nie lubicie – nic wam nie zrobił, po prostu wam nie pasuje – gra tak wyśmienicie, że jakby chcecie się w nim zakochać), ale o tym wszystkim będzie osobno… Lub też nie, bo kogo to interesuje.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

Building castles in the air

Mam wielką prośbę.
Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł wylatywania na wycieczkę pierwszym porannym samolotem po całym tygodniu pracy i wracania ostatnim wieczornym przed całym tygodniem pracy, wybijcie mi to z głowy. Na krakowski dworzec dotarłam kwadrans przed drugą w nocy, a o szóstej zadzwonił budzik. Wyglądam dziś (i czuję się) już nawet nie jak moje zdjęcie w paszporcie, raczej jak portret trumienny. Tym milej ze strony pana i władcy, że wspaniałomyślnie posłodził mi, że kraj od razu wyładniał po moim powrocie. Ten to jednak wie, co babie powiedzieć.

Sama natomiast wycieczka całkiem udana, dziękuję – mimo drobnych perturbacji. Mianowicie gdy w przerwie pomiędzy jednym a drugim sobotnim spektaklem poszłam zameldować się w hotelu, pani w recepcji z podejrzanie przepraszającym uśmiechem rzekła, że cały dzień próbowali się ze mną skontaktować. Oho. Niedobrze.
Okazało się, że w hotelu jest awaria i muszą przenieść część gości w inne miejsca. Autorka trochę się spięła, albowiem za godzinę musiała stawić się w National Theatre i odbyć jeszcze z tej okazji podróż metrem, ale pani w recepcji wyjaśniła, że ten drugi hotel, do którego trafię w zamian, jest zaraz przy sąsiedniej ulicy i nie muszę iść, bo taksówka już czeka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że moja nowa tymczasowa kwatera ma nieporównanie wyższy standard – otwierają przed wami drzwi, windziarz, deszczownica i plazma zajmująca pół ściany, te sprawy – a w dodatku w pokoju zastałam butelkę wina i kosz owoców w ramach przeprosin za niedogodność. Pomyślałam, że z takimi niedogodnościami to ja ewentualnie mogę żyć. Niemniej zamiast pławić się w luksusie, wybiegłam na Oczyszczonych.

Powiem tak.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle penisów w tak krótkim czasie. O ile się nie mylę, żadnemu z aktorów nie udało się zagrać całego przedstawienia w ubraniu.
Czego tam nie było. Wstrzykiwanie narkotyku w gałkę oczną. Elektrowstrząsy. Odcinanie kończyn. Wtykanie metalowego pręta w… no, wszyscy wiemy, w co. Striptiz. Masturbacja. Raczej nieprzyjemnie, za to bardzo dosadnie zobrazowany seks. Upokarzanie. Wycinanie języka. Zmuszanie do jedzenia. Ogólnie rzecz biorąc, niemal dwugodzinny festiwal tortur zadawanych na różne sposoby. Widz zostaje całkowicie wytrącony ze swojej strefy komfortu i przez cały wieczór jest niemal jak Alex z Mechanicznej pomarańczy, zmuszany do patrzenia na okropieństwa. Czy to są rzeczy gorsze niż oglądamy w telewizji/sieci? Gdyby się zastanowić, to nie. Czy dziwię się ludziom, którzy mdleli albo wychodzili w trakcie? Też nie, mimo wszystko. O ile jestem dość odporna na krwawe obrazki i naprawdę trudno mnie zgorszyć, to jednak sama miałam pewien kłopot ze zniesieniem jednej sceny – tej z karmieniem siłą właśnie. To był moment, gdy myślałam: „rany boskie, niech oni już przestaną, przecież on zaraz zwymiotuje”.
Mocne. Nie odważę się mówić, czy dobre, czy niedobre, bo trudno to w ogóle w takich kategoriach oceniać. Zresztą spektakl miał pełną gamę recenzji, od jednej gwiazdki po pięć. Z jakiejś przyczyny bardzo chciałam to obejrzeć – vide wpis poniżej, ja lubię czasem trochę mroku, jest potrzebny – i cieszę się, że udało mi się zdobyć na to bilet. To był trudny wieczór, ale bez dwóch zdań interesujący.
Znałam dwójkę aktorów grających brata i siostrę (sceny, w których oni grają razem, są świetne), ale nie wiedziałam, że pewna znakomita niespodzianka obsadowa mnie czeka. Czytam sobie bowiem przed spektaklem listę płac i widzę nazwisko takie, Matthew Tennyson. Tennyson? Skądś znam. Czytam zatem, w czym osobnik dotychczas wystąpił, a tam stoi, że Sen nocy letniej w Globe. No przecież! Puk!!
(Zbieżność nazwisk ze słynnym poetą nieprzypadkowa, nawiasem mówiąc).

Jakby tego było mało, parę godzin wcześniej widziałam Ibsena. Też nieszczególnie w dobry nastrój wprawiające przedstawienie, ale zupełnie, dramatycznie wręcz inne. Przeszło już do historii, więc nie zepsuję nikomu przygody, jeśli napiszę o zakończeniu, które mnie powaliło. I naprawdę, naprawdę opadła mi szczęka. Dosłownie twarz rozdziawiłam.
Gdyż mianowicie scenografia w ostatniej scenie cała się zawala. TRRRACH. To ostatnia rzecz, jakiej widz się spodziewa – przed sekundami dosłownie przeżywszy tragiczną śmierć głównego bohatera.
I muszę trochę posypać głowę popiołem. Otóż, widzicie, ja nigdy nie byłam fanką Ralpha Fiennesa. Podchodziłam doń z nastawieniem „szanuję, doceniam, ale nie moja bajka”. Gdy obejrzałam wiosną Człowieka i nadczłowieka, moja rezerwa nieco osłabła. Potem obejrzałam parę wywiadów z nim i odkryłam, że to erudyta z dużym dystansem do siebie, rzadkie zjawisko w szołbiznesie, ale zawsze obiecujące. Potem przeczytałam rozmowę o tym, jak grał Koriolana (i jak wywiadującego przyjął we własnym mieszkaniu, robiąc przy tym tosty). A przedwczoraj obejrzałam ten spektakl i od kilkudziesięciu godzin Fiennes ma we mnie oddaną wielbicielkę. To jest tak, że są aktorzy zachwycający w filmach, którzy na scenie sobie nie radzą zupełnie. Są też tacy, którzy wchodzą i jeszcze zanim się odezwą, kradną waszą uwagę całkowicie. Mają taką charyzmę, że nawet gdy stoją w cieniu, chcecie patrzeć tylko na nich – właściwie nie tyle chcecie, co musicie, to się odbywa poza waszą kontrolą. Fiennes to jest ten właśnie przypadek, który potrafi przetrzymać was w nieznośnej ciszy, rozbawić kąśliwą uwagą wypowiedzianą bez cienia uśmiechu i złamać wam serce. Bez szarży, bez prób oczarowania publiczności, bez odstawiania maniany, bo sławny i ludziom i tak się spodoba. Klasa.

Obudziłam się w niedzielę umiarkowanie rano – te wszystkie poduszki były takie cudowne – spakowałam manatki i udałam się ponownie na południowy brzeg. Jakoś tak się zdarzyło tym razem, że wszystkie przedstawienia oglądałam poza West Endem, zatem w sumie nie wiem, czemu tam nie zamieszkałam; nie musiałabym metrem się tłuc.
Do Shakespeare’s Globe się udałam. Wiadomo wszak, że bez Globe wizyta się nie liczy.
Niestety przyszłam na tyle wcześnie, że musiałam coś ze sobą zrobić na miejscu. Globe ma sklep. Nienawidzę tego miejsca.

wp-1458589422896.jpeg

Poszłam na Zimową opowieść do Sam Wanamaker Playhouse – czyli tej ich wewnętrznej, zadaszonej sali teatralnej, która jest miejscem bardzo kameralnym i uderzająco pięknym. Już po wielokroć tu piałam nad jej urokami, więc tym razem pominę, ale niezmiennie polecam wizytę. Mam oczywiście wiele uroczych wspomnień stamtąd, wszak to tam siedziałam przebrana za pirata, ale pomijając sentymenty, to miejsce kojarzy mi się z bombonierką. Albo z pozytywką. Albo z domkiem dla lalek. Jest śliczne, maleńkie, przytulne i pachnące. Tak, pachnące. Teraz już trochę „wywietrzało”, ale gdy byłam tam niedługo po otwarciu, pachniało świeżym drewnem. Poza tym, choć jest tam sztuczne oświetlenie, przedstawienia gra się przy świecach osadzonych w zwisających z tego ich obłędnego sufitu kandelabrach. Teatr używa świec z pszczelego wosku, nie jakichś tam taśmowej produkcji, więc to przy okazji zdrowe.
Szczerze? Ta wersja Zimowej opowieści podobała mi się bardziej niż ta Branagha. Była oczywiście nieporównanie skromniejsza, dużo prostsza, ale przez to uroczo intymna. Plus oczywiście muzyka na żywo, jak zawsze w tym teatrze. Któż nie lubi posłuchać harfy czy innej tam wiolonczeli. Plus John Light (ależ on jest przystojny, przepraszam, musiałam to napisać). Plus interakcja z widownią, też obowiązkowa – szczęśliwie tym razem siedziałam z daleka od bezpośredniego pobliża sceny. A przede wszystkim wyśmienite wykorzystanie niezwykłych atutów tego miejsca i jeden z najbardziej magicznych momentów, jakie przeżyłam. Otóż Zimowa opowieść zawiera takie słynne didaskalia: exit, pursued by a bear. Od wielu lat mądre głowy próbują ustalić, jak niby William S. w swoich czasach wyczarował niedźwiedzia na scenie – możliwe nawet, że był to niedźwiedź prawdziwy, bowiem wówczas South Bank było nie tylko siedzibą teatrów, ale też aren niedźwiedzich zapasów… W każdym razie w Sam Wanamaker Playhouse ta kluczowa scena, która kończy pierwszą część opowieści i zaczyna drugą, rozgrywa się w całkowitych ciemnościach. Zupełnych. Płomyki świec zostają zdmuchnięte, kandelabry odjeżdżają w górę, aktorzy znikają. Nic, absolutnie nic nie widać. Zostaje z wami tylko zapach rozgrzanego wosku. I to jest chwila, gdy wasza wyobraźnia szaleje. Coś pięknego, niesamowitego.
Często bywam pod wrażeniem zastosowania techniki w teatrze, ale tak naprawdę to rozwalają mnie właśnie takie momenty – czarowanie widza bardzo prostymi, przaśnymi niemal środkami.

Wyszłam, popędziłam na dworzec Blackfriars (zawsze będzie mi się kojarzył z Nigdziebądź Gaimana – gdy raz się tę książkę przeczyta, usłyszy słuchowisko albo obejrzy serial, podróże metrem pod Londynem będą inne – Czarni Mnisi, Siedem Sióstr, Słoń i Zamek…), wsiadłam do pociągu, wsiadłam do samolotu, dotarłam do domu. Nadal czuję się wątła, marna, zwiędła i mam worki pod oczami. Ale och, czyż nie było warto.

„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Fakt, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta oraz jedno niemowlę – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was i poklepać w kolano – okaże się, że ten wasz stres jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje. I to jest naprawdę bardzo fajne. A poza tym jeśli macie doła, to też uczestnictwo w tym wydarzeniu wyjdzie wam na zdrowie, bo intensywny masaż przepony w cenie.

A potem znowu stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Tak się składa, że wyjście dla personelu przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i zarazem w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam). Innymi słowy, wykonawców można po wszystkim złapać w kolejce po piwo i powiedzieć, że są świetni. Ponieważ to jest właśnie oczywista rzecz, którą mówi się nieznajomym, nieprawdaż.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.

I met a traveller from an antique land

Najbardziej lubię wyjeżdżać w piątki wieczorem. Ot, przychodzę niewinnie do biura, z nieco tylko większą niż zwykle torebką. Siadam. Klepię w klawiaturę. Przy kawuni i rozmowach o planach na weekend nie wyrywam się z własnymi. Gdy wybija siedemnasta, składam moje zabawki i wychodzę, i jadę prosto na lotnisko.
Owszem, docieram do celu w stanie właściwym dla konia po westernie.
Ale jest w tym coś z przygody, tak po prostu wyjść sobie po szychcie i udać się prosto do innego kraju. Ma się rozumieć, to nie Spitsbergen czy inna Amazonia, ale wszystko w swoim czasie. Poza tym, jak przekonałam się wielokrotnie, przygoda, jeśli się uprze, dopadnie człowieka wszędzie.
Stoję sobie zatem parę godzin później w kolejce pod wielkim napisem UK BORDER, w dłoni dowód, pod pachą książka, na ramieniu mój cały bagaż na 3 najbliższe noce. Za szybkami trzech stanowisk troje urzędników – jeden sympatyczny (na oko) starszy pan, jedna ponura baba z trwałą i jeden młody, uroczy okularnik. Błagam, losie, pchnij mnie do okularnika, myślę, jednocześnie kalkulując swoje szanse. I wyobraźcie sobie, że dwa pozostałe okienka jakoś się zakorkowały, więc oto młody, uroczy okularnik zamachał wesoło do niżej podpisanej, coby doń podeszła.
No przecież nie odmówię.

Ale najpierw był sen.
Sen, który sprawił, że dźwięk budzika – choć bardzo łagodny, nie znoszę terkoczących budzików – przyjęłam z najwyższym niezadowoleniem.
To było coś takiego, jakby moja podświadomość postanowiła na chwilkę wyciągnąć mnie z rzeczywistości, w której robiłam nieco bokami, i osłodzić mi trudy nadchodzącego – teraz już minionego – dnia. Sen, który zgromadził wszystkie moje fetysze, miłości i fascynacje w jednej całkiem realnej historii. Ot, koncert życzeń damskiej wyobraźni. Aż by się chciało, by choć jeden wątek był proroczy.
Usiadłszy na łóżku i przetarłszy oczy – ostrożnie, żeby całego snu nie wytrzeć – stwierdziłam, że wezmę to za dobrą monetę i zapowiedź udanej ucie… wycieczki.
Zaczęło się o tyle przyjemnie, że tuż przed wyjściem z biura przeczytałam, iż planowany na ten weekend strajk w metrze został odwołany. No ba. Jakby wiedzieli, że przyjeżdżam.

Zobaczymy, jak będzie.
Dziś najpierw przedstawienie, o którym pisano, że jest nieprzyjemne, brutalne i poruszające – czyli coś dla mnie – a potem przedstawienie, którego wcale nie chciałam oglądać… do momentu, gdy przeczytałam, że trzeba na nie zabrać tonę chusteczek. Czyli coś dla mnie. 
A pomiędzy… Hmmm, sama nie wiem. Dokądś mnie pewnie nogi poniosą.

Everything that is, is fine

Wczoraj wieczorem, gdy zanurzałam się w urywany sen, wiedząc, że muszę o trzeciej z minutami zwlec się z łóżka, żeby zdążyć na samolot – myślałam, że może jednak odpuszczę. Wyśpię się chociaż. Raz w tygodniu. Powstrzymała mnie myśl, że hotel pewnie już mi zablokował sumę za nocleg i ściągnie ją bezlitośnie, i że  jeśli teraz nie zobaczę tych przedstawień, to nie zobaczę ich już nigdy.
I oto w sobotnie popołudnie pojawiłam się na Charing Cross Road 111, w przeraźliwie zimnej i nieco zrujnowanej kamienicy, niegdyś zajmowanej przez słynną szkołę artystyczną St Martins (Alexander McQueen i tacy tam do niej  uczęszczali).

Widzicie, to jest dość niesamowite w tym  mieście – możecie spędzić parę godzin w zimnych, odrapanych murach, mając na wyciągnięcie ręki bardzo sławnych aktorów, którzy mogliby przechadzać się po czerwonych dywanach, ale z jakiejś przyczyny wolą marznąć razem z jakąś setką widzów w tym osobliwym miejscu.
Ja już kiedyś napisałam, że Andrew Scott to jest zwierzę sceniczne. Jego palącego wzroku się nie zapomina. Jest kompletnie nieprzewidywalny. I jeśli macie go w pamięci jako Moriarty’ego – słusznie skądinąd – albo jako cierpiącego ojca z Sea Wall , to w tym spektaklu zobaczycie go jako pianistę z wyraźnym spektrum autyzmu, jako kogoś tyle genialnego, co bezradnego życiowo, kim przez całe życie opiekuje się brat (wspaniały David Dawson). Brat, który zawsze chciał być sobą, ale siłą rzeczy pozostał tylko  opiekunem tej chimerycznej istoty, potrafiącej spędzić cały dzień, obserwując liść. Nim nigdy nikt się nie zaopiekował. I  to jego historia jest najbardziej wstrząsająca.
O ile Andrew po swojemu szarżuje, o tyle David gra bardzo wycofanie i delikatnie. Moim zdaniem chłopak idzie po wielką sławę. A jeśli nie po sławę, bo tę zyskują nie zawsze najlepsi, to przynajmniej po uznanie, bo bez wątpienia to jeden z najlepszych aktorów pokolenia w anglojęzycznym świecie.
Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło naprawdę. W 1947 roku w Nowym Jorku odnaleziono ciała dwóch zdziwaczałych braci Collyer, pośród ogromu rzeczy, które uzbierali.
Sztuka sama w sobie nie jest wybitna, ale jest wybitnie zagrana.
Ci dwaj naprawdę sprawiają wrażenie, jakby byli braćmi.
I to wszystko zdarza się w tej ciasnej, lodowatej przestrzeni, na którymś piętrze na Charing Cross Road. Za oknem czarne taksówki, autobusy, karetki i neony West Endu. A jakby tego nie było. Ten spektakl, zagrany na dużej scenie, straciłby na intensywności, a w tak kameralnym miejscu, z aktorami poruszającymi się centymetry od was, czując ich ruch, oddech i zapach, jesteście w środku tej tragicznej opowieści o miłości niespełnionej na każdym możliwym poziomie. Widzicie te ciemne, niemal czarne, prawie jak otchłań oczy Andrew i przejmująco smutne, spokojne spojrzenie Davida.
I gdy kłaniają się wam po wszystkim, a przypadkiem siedzicie w pierwszym rzędzie, możecie złapać ich uśmiech i spojrzenie mówiące: o rany, nie płacz, to tylko przedstawienie.

We will never be respectable. We’re actors.

No dobrze. Nie samym Bertiem człowiek żyje (chociaż w zasadzie to jakby trochę tak przez ostatnie kilkadziesiąt godzin).

Muszę powiedzieć, że Londyn tym razem wcale mnie dobrze nie powitał. Po pierwsze lało i wiało – nie pojmuję, dlaczego w tym kraju te dwa zjawiska pogodowe po prostu muszą występować w duecie, inaczej nie potrafią, w związku z czym natychmiast zepsuła mi się parasolka. Po drugie czułam się jakoś tak nieswojo, a wprowadzone naprędce kontrole torebek w Royal Academy wcale mi nastroju nie poprawiły, wprost przeciwnie, poczułam się jeszcze gorzej.
Taki jakiś smutny był ten Londyn. I gdy mijałam tę rzeźbę, musiałam zrobić jej zdjęcie, bo idealnie odzwierciedlała mój stan ducha.

wpid-wp-1447794405438.jpeg

Ożywiłam się nieco, gdy znalazłam się w suchym i ciepłym Theatre Royal Haymarket – teatrze stojącym od XVIII wieku, w którym nie można płacić kartą w barze, bo mają zbyt słaby zasięg sieci, a od czasu do czasu spod podłogi wydobywa się dziwny łoskot. To nie duchy, to przejeżdżające pod wami metro.
Sztuka, wystawiana uprzednio w niezbyt dużym teatrze w Hampstead, miała świetne recenzje i bardzo ubolewałam, że nie udało mi się kupić na nią biletu. Jakże zatem się ucieszyłam, gdy wyczytałam, że postanowiono przenieść ją na West End. Do teatru, który na nią czekał. Do teatru, którym 250 lat temu kierował Samuel Foote we własnej osobie. Ciekawa postać. Bo widzicie, Samuel Foote stracił nogę wskutek wypadku konnego. Wielu ludzi by się załamało, ale Foote był komikiem i uznał, że to dość ironiczne, gdy komuś o takim nazwisku amputują nogę (w XVIII wieku to musiało być raczej przykre doświadczenie…), więc postanowił zrobić z tego swój atut.
Mało tego, Foote po wypadku przeprowadził się do teatru. On w nim nie tylko pracował, ale też mieszkał.
To jest teatr o teatrze. Taki metateatr (kochana, daruj sobie mądre słowa, i tak wszyscy wiedzą, że w twojej przestrzeni między uszami za dużo nie ma). Momentami przypominało mi to Zakochanego Szekspira – te same rozwiązania, aranżowanie sceny w taki sposób, że widz ma wrażenie, iż podgląda przedstawienie zza kulis. Zresztą dokładnie ta sama piosenka błazna z Wieczoru Trzech Króli pojawia się w obu spektaklach – present mirth is present laughter, what’s to come is still unsure, youth’s a stuff will not endure

Simon Russell Beale jest cudowny w tej roli – jego Samuel wzbudza wielką sympatię, rzuca od niechcenia kąśliwe uwagi, przygląda się światu z sympatią, ale i bezlitosnym sarkazmem i nie uznaje świętości. Ale wzbudza też… nie tyle litość, nie lubię bardzo tego słowa, co współczucie i troskę. Bo to się tylko tak wydaje, że on nie cierpi. Cierpi, i to bardzo. Nie tylko ze względu na fizyczną ułomność i jej konsekwencje, w tym nieustający ból, ale też dlatego, że jego sława i zamiłowanie do kontrowersyjnych dowcipów obracają się przeciwko niemu. W czasach, gdy teatry nie mogły działać ot, tak sobie i wystawiać, co by tam chciały, Foote uciekał się do przeróżnych sprytnych i irytujących władze forteli, by móc robić swoje wbrew widzimisię decydentów. Ale w końcu obraził czyjeś uczucia (widzicie, to całkiem aktualna historia…) i zrobiono to, co robi się od wieków, żeby kogoś się pozbyć, czyli dobrano mu się do życia prywatnego. Oskarżono o homoseksualizm – wystarczy powiedzieć, że w Anglii tamtych czasów to oznaczało stryczek.
Przyznaję, trochę zbyt skrótowo przejeżdżają po biografii tego pana i jeśli wcześniej troszkę się o nim nie poczyta, to można momentami mieć drobny kłopot z nadążeniem. Inna rzecz, że nie wszystkie wątki są prawdziwe. Ale – to dobra, z wdziękiem zagrana sztuka – nie ma złej roli; wygląda, jakby całe towarzystwo czerpało pewną frajdę z grania ze sobą. Konkurentem i przyjacielem Foote’a zarazem jest David Garrick, inna bardzo znacząca postać w historii europejskiego teatru, taki trochę mydłek i Gigi Amoroso bolejący, że wygląda na swój wiek (34 lata!), ale też człowiek owładnięty tą samą obsesją, niby śliski, a jednak wyciągający rękę do kolegi po fachu w potrzebie. Garricka gra Joseph Millson, Makbet z Shakespeare’s Globe i nieprzyjemna osoba z The Last Kingdom. Foote szydzi z Garricka niemożliwie, nazywa go słodko i z wyraźną satysfakcją „Davey”, idzie z nim trochę na wojnę w pewnym momencie, ale gdzieś w skrytości ducha zdaje sobie sprawę, że to jeden z najbliższych mu ludzi.

To spektakl bardzo zabawny i bardzo wzruszający. Spektakl o tym dziwacznym miejscu, w którym niby wszystko jest udawane, na niby, a całkiem prawdziwie nas dotyka, i które w niedobrych czasach pozwala ciągle się śmiać, choć niekiedy trudno; które potrafi nas doskonale oczyścić z całego brudu tego świata – przynajmniej na kilka godzin. O tym, że humor jest jednak mocnym orężem. Treść wyjątkowo zagrała z okolicznościami.
Piękne, piękne popołudnie spędziłam.

Wyszłam uśmiana, owszem, ale i dziwnie poruszona.
A gdy dotarłam do hotelu, zobaczyłam w telefonie coś takiego.
Józio.
Też miło.

It was lovely to have met you

Troszeczkę inaczej miał wyglądać dzisiejszy wpis, ale wszyscy wiemy, co się stało. Budzik mi zadzwonił o trzeciej trzydzieści, z użyciem siły otwarłam jedno oko i sięgnęłam po telefon. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy o Francji piszą. Nie zjadłam śniadania przed wyjściem z domu, bo nie zdążyłam, pochłonięta paskudnymi wiadomościami. A potem pani w dworcowej kasie, do której stałam w ogonku – głodna i bez kawy, o piątej rano, mind you – przez kwadrans, powiedziała mi, że bilety na lotnisko tylko w pociągu. To miło, że mogłam stracić 15 minut życia, by się tego dowiedzieć. Tak czy inaczej, na lotnisko dotarłam, a z lotniska dalej.

Londyn zwykle świeci jasno nocami, ale wczoraj świecił inaczej.

Tak czy inaczej, życie musi toczyć się dalej – niechby po to, by nie dać oszołomom satysfakcji.

Poleciałam do Londynu na dokładnie 30 godzin. Tylko po to, żeby zobaczyć dwa przedstawienia. O pierwszym spektaklu będzie jutro, najpierw będzie o drugim.

Kiedyś czytałam felieton Caitlin Moran, w którym pisała o tym, jak bardzo podziwia ludzi przychodzących się z nią przywitać po spotkaniach autorskich – oni przecież nie wiedzą, do kogo tak naprawdę idą i komu mówią rzeczy często bardzo intymne, a na pewno nasycone emocjami. Ryzykują, że usłyszą „yeah, right” lub w ogóle nic. Ryzykują, że pokażą miękki brzuszek komuś, kto na to nie zasługuje. A jednak idą. Dziękują. Zanoszą prezenty czasami. Caitlin napisała w tym felietonie, że dla ludzi po drugiej stronie to też jest przeżycie i to nigdy nie jest bez znaczenia; że widzi z trudem skrywaną radość na twarzy przejętego fana myślącego „ona już wie, że istnieję…”. To jest ten moment, że zacytuję Amandę Palmer, I see you. Widzę cię. Teraz już się znamy.
Nigdy nie chodziłam pod stage door, z jednym wiadomym wyjątkiem. Nie czuję się zbyt wygodnie z moją nieśmiałością. Raczej dziwna sytuacja, bo normalnie przecież nie zaczepiacie obcych ludzi na ulicy, żeby im powiedzieć, że ich lubicie, prawda? Wczoraj poszłam znów, obejrzawszy Włochatą Małpę. Musiałam.

Bertie Carvel, uważam, jest aktorem wybitnym. Jak pisałam, jego wielką zaletą jest jakaś taka niepodobność do nikogo i niebywała plastyczność. Nie ma posągowej urody (jeśli chce, to potrafi być uderzająco przystojny, ale jeśli nie, to nie), nie ma wielkiej fanbazy produkującej memy z nim – on ma coś lepszego, mianowicie iskrę bożą. Fenomenalny talent. On by was zagrał. On by zagrał książkę kucharską i sprawozdanie roczne firmy księgowej. Zauważyliście na przykład, że on był w Sherlocku? Nie? Właśnie.
Od tego faceta nie sposób oderwać oczu, gdy pojawia się na scenie.
To, robi w tej sztuce, jest niemożliwe. Współczuję nieco ludziom, którzy z nim grają, bo to jak próbować wyścigu z shinkansenem (z recenzji w Variety: The others are big blokes; next to Carvel they look like meerkats – on nie jest najbardziej napakowanym mężczyzną na scenie, choć trochę jest, ale gasi resztę towarzystwa samą obecnością). Gość ma niesamowitą charyzmę. Ma też wielką sceniczną odwagę – jak wspominałam przy okazji Bachantek, on się w publiczność rzuca. Są aktorzy, którzy uparcie trzymają się wizerunku. Bertie nie ma wizerunku. Bertie może być każdym. Korzysta z tego, podejmując raczej śmiałe decyzje zawodowe i wybierając role, których wielu kolegów po fachu by nie wzięło.
I tym razem jest agresywnym prostakiem, mówiącym kaleczoną angielszczyzną, z chamskim akcentem, z głębokiej amerykańskiej prowincji, który próbuje sam siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie jest obrzydliwą bestią, po tym, jak zostaje tak nazwany przez stającą z nim oko w oko panienkę z wyższych sfer. To spocony robol szukający swojego miejsca w wypomadowanym świecie, próbujący rozpaczliwie udowodnić swoją wartość. Trudno uwierzyć, że elegancki, apodyktyczny Penteusz z pierwszych chwil Bachantek (bo co było w chwilach końcowych, to inna historia) i ten muskularny, porywczy, dość odpychający typ z ogoloną głową są tą samą osobą w pozateatralnej rzeczywistości. Że nie wspomnę o pannie Trunchbull.
Ten spektakl zebrał bardzo skrajne opinie, to taki, jak to Angole nazywają, Marmite – czyli coś, co albo się kocha, albo nienawidzi. Jeśli o mnie chodzi, jestem w tej drugiej grupie i nie tknę tego paskudztwa dobrowolnie. Mówię o Marmite, bo przedstawienie podobało mi się bardzo. Rozumiem natomiast, czemu może nie przypaść do gustu. Po pierwsze sam tekst jest dziwny, napisany niewdzięcznym językiem. Po drugie bohater nie od razu wzbudza sympatię. Po trzecie adaptacja jest raczej surowa – okrętowa kotłownia, w której przerzuca węgiel Yank, to tylko drewniany kontener. Jest też moment, gdy scena Old Vic jest całkowicie pusta, co mnie oczywiście zachwyciło, bo uwielbiam przyglądać się tej całej maszynerii, zwykle dla widzów niewidocznej, niemniej zdaję sobie sprawę, że nie każdy tego szuka. Nie każdy chce widzieć odrapane teatralne zaplecza.
Po przedstawieniu skręciłam za róg i odczekałam swoje, aż wyszedł taki niepozorny kolo w szaliku. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że ponownie chciałam przez chwilę uciekać i co prawda nie zapomniałam tym razem, co chciałam powiedzieć, ale kolana to mi tak trochę drżały, właściwie raczej się trzęsły.
Bertie jako Bertie jest bardzo miłym człowiekiem, który mi uścisnął dłoń, wypytał o podróż, gdy usłyszał, że przyleciałam z daleka (that’s quite a journey! – ależ nic takiego, Bertie, dla ciebie mogę), poklepał po ramieniu, bardzo się ucieszył, kiedy mu wyszemrałam, że widziałam też Bachantki, ale wstydziłam się wtedy podejść, powiedział, że jestem słodka (sic!) i uśmiechał się tak, że wszystkie nieszczęścia tego świata na chwilkę zbladły. Długo tego szerokiego uśmiechu nie zapomnę. Temu człowiekowi z oczu wygląda dobra dusza. Powiadam, on zna Józefa.

What are you holding, Orestes?…

Nie miałam pojęcia, czemu mi się tobołek nie domyka (dopinałam zamek błyskawiczny z modlitwą na ustach, żeby mi nie pękł w drodze). Przecież nic nie kupiłam.
Nic a nic.
Tylko siedem książek.
Tym samym znowu – to mój stały chwyt – przechodziłam przez kontrolę ze wspomnianymi książkami pod pachą, z miną osoby, która absolutnie nie wyobraża sobie dwugodzinnego lotu bez zaopatrzenia w odpowiednią liczbę lektur. Robię to za każdym razem. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jedną z książek istotnie zaczęłam czytać w podróży i wciągnęła mnie ogromnie.

Ale po kolei, po kolei.
Chyba wiem, dlaczego mnie ten Hamlet pozostawił obojętną niczym Jane Austen wobec swojego jedynego kandydata do ręki. Trochę pozbawiłam go szans na oczarowanie mnie, wybierając sobie inne bardzo dobre przedstawienia. W zestawieniu z pierwszym z nich nie miał szans. Musiał wydać się przy nim bardzo efektowną, ale jednak bańką mydlaną.
Mówię o Orestei.
Właściwie to Oresteje teraz są w Londynie dwie – jedna w Trafalgar Studios, druga w Globe, ale na tę drugą nie miałam jak się załapać. Poprzestałam na pierwszej, na którą, nawiasem mówiąc, zdecydowałam się pójść raptem kilka dni przed wyjazdem – i była to nadzwyczaj dobra decyzja. Czasem tak mam, że coś mnie tknie.
Wybierając się wieczorem na to, włożyłam bladoróżowy sweterek, świeżo nabyty przed wyjazdem. Spokojnie, nie mam ambicji ewoluowania w blogerkę modową slash lifestyle’ową slash co tam akurat teraz jest na topie. Bladoróżowość sweterka to wbrew pozorom dość istotny szczegół, ale o tym za chwilę. Ponieważ jak zwykle dotarłam dużo za wcześnie, zeszłam do baru w Trafalgar Studios, coś przecież trzeba ze sobą zrobić. Byłam pierwsza – ta słowiańska krew, nieprawdaż, w barze zawsze pierwsi – toteż czarująca obsługa uruchomiła dla mnie wcześniej happy hour, z mrugnięciem zawiadamiając, że doniosą mi rachunek za dwadzieścia minut. Miło z ich strony. Wdrapałam się na stołeczek, złapałam mój koktajl i chwilę później usłyszałam miarowe tykanie. Tykanie rozlegało się wszędzie, aż do momentu, w którym zgasły światła na widowni. Ruszało ponownie w antraktach, krótkich i ogłaszanych ze sceny (przy czym dodać należy, że w ostatniej sekundzie wszyscy musieli siedzieć karnie na swoich miejscach, bo inaczej nie zostaliby już wpuszczeni na widownię – dajcie czterystu osobom dziesięć minut na kibelek i odebranie interval drink, i zobaczycie, jak szybko potrafią biegać). To długi spektakl, blisko czterogodzinny. Ani trochę się tego nie odczuwa, bo przez większość tego czasu siedzicie na brzeżku fotela ze splecionymi nerwowo palcami, a parę razy można nawet nerwowo podskoczyć. Ta Oresteja to pełnowymiarowy mroczny thriller, którego bohaterowie balansują na granicy szaleństwa, ba, przekraczają ją nawet. Są w tym momenty, które nieprzyjemnie chwytają za gardło, jak scena poświęcenia Ifigenii – nie to, że krwawa czy w jakikolwiek sposób brutalna, wprost przeciwnie, delikatna, klinicznie zimna i przez to niesłychanie przejmująca. Są sceny wciskające w fotel i wprawiające w oszołomienie, jak furia Agamemnona (jeśliby któryś widz jednak nieco przysnął w pierwszym akcie, obudzi się natychmiast bez wątpienia, w dodatku ze zjeżonym włosem). Są oczywiście morderstwa. Jest nagość. Jest mnóstwo krwi. Są role tak dobre, że nie możecie przestać gapić się z rosnącym zafascynowaniem. Nikt się nie oszczędza. A piękny Luke Thompson, przez pierwszą część spokojnie siedzący na ławeczce bez słowa i kradnący cichutko uwagę swoim powabnym profilem, zmienia się w owładnięte manią zemsty zwierzę wydające nieludzkie wrzaski i wywracające wściekle oczami – momentami, gdy mu tylko białka łyskają spod powiek, jest dość raczej przerażający. A to nie jest najlepsza rola w tym przedstawieniu. Są jeszcze lepsze, w tym zwłaszcza genialna Klitajmestra Lii Williams, najpierw troskliwa matka i kochająca żona, potem niemal Eva Peron przemawiająca do narodu, aż wreszcie oszalała morderczyni męża. Tak. Na początku mamy jedną wielką szczęśliwą rodzinę, na końcu kałuże posoki.
I Elektra, niewinna (?) Elektra, siostra Orestesa, tak niezwykle mu bliska, która może tylko jest wytworem jego wyobraźni.
Doskonała jest scena sądu nad Orestesem, gdy publiczność wchodzi w rolę ławników i – tylko w swoich głowach, po cichu – wydaje wyrok. O losie bohatera zaważy pojedynczy głos.
Rozłożyło mnie to na łopatki, powaliło, pozamiatało. Z dziką rozkoszą poszłabym drugi raz.
Jakoś tak się złożyło, że siedziałam w pierwszym rzędzie. Pierwszy rząd znajduje się bardzo blisko sceny (raczej niskiej zresztą – na tyle niskiej, że wstając po spektaklu, macie oczy na wysokości oczu aktorów, którzy są, czy ja wiem, z pół metra od was; nota bene, gratulacje dla pana, który uznał, że to świetne miejsce na odstawianie swojego kieliszka). Oczywiście przez to cała rzecz wydała mi się jeszcze bardziej porywająca, ale miało to pewien skutek uboczny.
Wspominałam o bladoróżowym sweterku?…
Wyszłam po oklaskach z uczuciem, jakby mnie potrącił pociąg i zaaferowana podreptałam do stacji metra.


Wsiadłam. Jadę. Nudzę się, bo w metrze, jak wiadomo, widoczki raczej trudno podziwiać, przynajmniej dopóki nie wyjedzie na powierzchnię. Z nudów zaczynam skubać nitkę przy rękawie i wtedy właśnie spostrzegam, że rękaw ów jest mniej więcej do łokcia pokryty czerwonymi plamami sztucznej krwi. Drugi też.
Nawet nie zauważyłam, kiedy to na mnie bryzgnęło.
Powiedzcie mi, że to da się sprać. Jeśli nie, cóż, będę miała pamiątkę.

Tyle o Ajschylosie.
Sobota była dniem dość intensywnym i znowu, obawiam się, z motywem przewodnim pod nazwą teatr. Punktem pierwszym wycieczki była wizyta w Noël Coward Theatre – jednym z niewielu, jeśli nie jedynym na West Endzie, do którego umiem trafić, nie zgubiwszy się po drodze (co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, że byłam tam siedem razy i te foteliki obite różowym pluszem bardzo dobrze znam). A tam czekała bardzo ciekawa historia o Rosalind Franklin i jej słynnej fotografii. Charyzmatyczną panią doktor, zmarłą zresztą na raka spowodowanego najpewniej promieniowaniem, zanim za odkrycie podwójnej helisy wręczono nagrodę Nobla jej kolegom po fachu, gra niejaka Nicole Kidman. I powiem wam, że jest to zaskakująco pozytywne teatralne doświadczenie. Parę miesięcy temu upolowałam – bez najmniejszego trudu – bilet za całe dziesięć funtów i nie spodziewałam się Bóg wie jakich wodotrysków. Zawsze mam wątpliwości, gdy w głównych rolach obsadzają ludzi z okładek, bo, bądźmy szczerzy, nie wszyscy się sprawdzają. Czasami okazuje się, że na scenie są wyraziści jak płyty chodnikowe. W tym przypadku na szczęście było inaczej. Z dużą przyjemnością tę sztukę obejrzałam. Dobrze zrobiona rzecz, zwarta, dowcipna, ze sprawną obsadą i w pięknej, choć ponurej scenografii (Franklin dostała laboratorium w piwnicach) – nic tam nie jeździło, nie zapadało się, nie opadało z góry, wystarczyły same zmiany oświetlenia i naprawdę pięknie to działało. Nie spektakl z gatunku zmieniających życie, ale wciągający, przyjemny dla oka i dobrze zagrany.
Dla takich jak ja soboty w Brytfannie są dniami o tyle szczęśliwymi, że można obejrzeć dwa przedstawienia. Zrobiwszy sobie krótką przerwę dla odzyskania energii, poszłam zatem na drugie, pokonawszy piechotką nie tak znowu daleki odcinek między Charing Cross Road a południowym brzegiem. Nie musiałam się śpieszyć, więc od czasu do czasu zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcie, jakbym już nie miała takich pięćdziesięciu.


Słowo, które najlepiej mi pasuje do drugiego sobotniego spektaklu, brzmi „nieprzyjemne”.
National Theatre obok swoich wielkich scen ma też taką niedużą, zwaną tymczasową. Wystawia tam rzeczy, które niekoniecznie przyciągnęłyby tłumy, ale które są interesujące, a czasami nieco kontrowersyjne. Pomona właśnie taka jest.
To takie coś, co albo bardzo się podoba, albo wywołuje niesmak. To bardzo brzydka historia o przemocy, o prostytucji, o handlu żywym towarem (w celach, o których raczej wolicie nie wiedzieć). I to wszystko dzieje się w sercu Manchesteru, w dziwnym, naprawdę istniejącym miejscu zwanym Pomona, postindustrialnym kawałku miasta, którego podążacie za bohaterką, szukającą zaginionej siostry. Nie jest to z pewnością lekkie, łatwe i przyjemne. To raczej kawał mrocznego, dusznego i ciężkiego teatru, zagranego zresztą częściowo w konwencji gry RPG – krążącej po podziemiach Pomony bohaterce towarzyszą pozostałe osoby dramatu (w tym irytująco seksowny i odpychający czarny charakter w postaci kobiety w skórzanym płaszczu – i zobaczcie, jak ona wygląda w cywilu…), rzucając kośćmi i pytając ją: „słyszysz kroki za plecami – ukrywasz się czy uciekasz?”.

O niedzieli już pisałam. Lepiej do tego nie wracajmy.

Poniedziałek obudził mnie koncertową ulewą, w związku z czym część dnia spędziłam na leniwym piciu kawuni i wylegiwaniu się w pościeli. Stwierdziwszy, że wypiłam dość kawuni, ponownie udałam się na stację metra, a ze stacji metra na Sloane Square.
Royal Court to taki fajny teatr, który co prawda znajduje się w szalenie wytwornej części miasta, ale sam zbyt wytworny nie jest. Jest cudownie bezpretensjonalny, ma świetną knajpę z niszowymi piwami z kija i małą, ale naćkaną po sufit księgarnię, w której teksty sztuk (wolę kupować je niż programy, bo w tych drugich zwykle dostajecie dwie strony zdjęć obsady – a i tak można lepsze znaleźć w internecie – maciupki wywiadzik z reżyserem i dwanaście stron reklam) można nabyć za skromne 3 czy 4 funty. Royal Court zresztą specjalizuje się w nowych dramatach, nader często poruszających ważkie i/lub niewygodne społeczne problemy. To nieduże w sumie miejsce jest jedną z najważniejszych i najodważniejszych scen Wielkiej Brytanii, a sztuki, które miały tu premiery, nierzadko zyskują kolejne życia w innych krajach. Bo taki na przykład McDonagh to bardzo znany dramaturg. W moim grajdołku można zobaczyć Jednorękiego ze Spokane, w Poruczniku z Inishmore onegdaj grał Borys Szyc. W Royal Court właśnie niedawno odbyła się premiera nowej sztuki McDonagha, Hangmen – i jestem absolutnie pewna, że niebawem zobaczymy ją u nas, to kwestia czasu jedynie. Fenomenalnie napisany tekst. Zresztą spektakl zebrał całą Drogę Mleczną gwiazdek w recenzjach i bez dwóch zdań jest tego wart.
To naprawdę, ale to naprawdę czarna komedia osadzona w małomiasteczkowych realiach brytyjskich lat 60. (tak, to nie były jedynie czasy Beatlesów i Twiggy), której głównym bohaterem jest, cóż, kat całkiem lubiący swoją pracę, to jest wieszanie ludzi (co ciekawe, jego nazwisko to zbitek nazwisk dwóch rzeczywistych wykonawców egzekucji). Niestety wreszcie musi się przebranżowić, bo zmienione prawo znosi karę śmierci. Ale widzicie, on naprawdę to zajęcie lubił, a że do pubu prowadzonego przez jego żonę któregoś dnia trafia ktoś, kto od razu wydaje mu się podejrzany…
Pyszne, no pyszne po prostu. Taka historia, w której niby nic się nie dzieje, a ile się dzieje. Cięte riposty przyprawiają o ryk śmiechu, choć w sumie śmiać nie ma się z czego. Lubimy.

Być może was to zdziwi, ale po poniedziałku nadszedł wtorek, częściowo już opisany. Ale, ale. Zanim wylądowałam na legendarnym już Hamlecie, poszłam sobie na maleńki i uroczy musical pod tytułem Ushers. Po naszemu to ci ludzie, którzy przedzierają wasz bilecik, wskazują wam miejsce, sprzedają program (a w antrakcie, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lody, bo oni tam mają taką osobliwą tradycję, że w przerwie spektaklu muszą być lody koniecznie), świecą wam latarką, jeśli podczas spektaklu zrobi wam się słabo albo musicie siusiu. To oni, gdy wiadomo, że aktorzy już czekają w kulisach, a opieszali widzowie wreszcie dotarli na swoje miejsca, zamykają drzwi widowni, pokazując sobie uniesione kciuki jak marshallerzy na lotnisku. Ludzie, którzy kochają ten cały jazz i godzą się na fatalnie płatną robotę, żeby tylko być w teatrze. Dodajmy, że – jak łatwo się domyślić – na ogół marzą o karierze scenicznej. Cały poklask i atencja publiczności spływają na gwiazdy, podczas gdy ci niedoceniani ludzie pracują przed, w trakcie i po spektaklu, wierząc głęboko, że w końcu to ich opromienią światła wszystkich reflektorów.
To przedstawienie zebrało fantastyczne recenzje między innymi na festiwalu w Edynburgu, zanim przeniosło się na West End, ale mimo bardzo dobrych opinii radzi sobie na nim, o dziwo, tak sobie – może dlatego, że nie ma w nim wielkich nazwisk, nie reklamuje się też za bardzo. Gdy weszłam na widownię i zajęłam miejsce, chwilę później podszedł do mnie usher (jeden z tych, którzy później tańcowali na scenie – oni rzeczywiście obsługują publiczność, zanim zgasną światła i gdy znowu się zapalą) i powiedział, że nie ma dziś tłoku, więc spokojnie mogę przesiąść się do przodu. Dziesięć minut później podszedł drugi i zaproponował mi to samo, więc pomyślałam, że może jednak skorzystam i popędziłam do jednego z pierwszych rzędów. Smutne to trochę, widzieć tyle pustych miejsc, ale wykonawcy nie sprawiali wrażenia przejętych tym ani też nie jechali na pół gwizdka.
Dla maniaków teatru to półtorej godziny nieskrępowanego chichotu. Wszyscy na scenie mówią branżowym slangiem, co rusz nawiązują do ostatnich plot z Theatrelandu, a przy tym trzeba przyznać, że autor libretta wie, w którym kościele dzwoni i w jaki sposób organizują sobie życie osoby z mniej lub bardziej zaawansowaną teatralną obsesją. Jedna z bohaterek, niebywale oddana swojej pracy (przyczyna jej pracoholizmu jest prosta – otóż ona seryjnie, może odrobinkę maniakalnie podkochuje się w aktorach i jest z tego dumna, śpiewa zresztą wdzięczny kuplet z refrenem: Leading men, I have a thing for them) zdradza sekret, jak się dowiedzieć o tym, co będzie się działo na londyńskich scenach, zanim wyjdą oficjalne komunikaty. My Twitter, my stagey network and some good ol’ stalking!
No, i tak to właśnie działa.

W środowe popołudnie samolot zaniósł mnie nazad na południe Polski. I chociaż mam piękne marzenia podróżnicze na przyszły rok, obawiam się, że skończy się jak zwykle. Jest na to bardzo proste – acz ktoś pewnie uzna, że pretensjonalne – wyjaśnienie, z książki, którą polecałam wam przy okazji poprzedniego wyjazdu.
Places make the best lovers. You can trust a place more than you can trust a person as a lover. A place is more dependable and it has so much depth and stimulation and provides you with the opportunity to realize yourself. The place reflects you, provides you with stimulation, the ability to realize potential. If it’s a good place it makes you feel stronger, makes you cleverer and more powerful.
Having the ability to have that friend, London, as a companion throughout gives you a wonderful extra dimension to anything you do. I think of London as a partner. I’m in love with London and always have been
.

The play’s the thing

No dobrze. Dość piania i trzepotania rzęsami.
Pogoda się zepsuła w Londynie, to znaczy nie tyle może się zepsuła, co wróciła do normy. Innymi słowy, leje. Szczęśliwie nie jest to zbyt dotkliwie odczuwalne, bo po tym mieście można przemieszczać się, nie wychodząc na powierzchnię. A dziś – właściwie, sądząc po zegarze, już wczoraj – musiałam troszkę się najeździć. Najpierw stacja Leicester Square, żeby zobaczyć bardzo skromny i ogromnie sympatyczny musical o ludziach pracujących w teatrze (będzie o tym więcej w swoim czasie), później Barbican, ten upiorny, kolosalny, betonowy labirynt. Nota bene, przed wyjazdem znalazłam na Airbnb kwaterkę w Barbicanie, całkiem dobrze wyglądała i nawet droga nie była, ale odmówiłam sobie przyjemności z tej przyczyny, że zapewne za kilka lat ktoś znalazłby w korytarzach kompleksu zasuszone zwłoki autorki, która się zgubiła na śmierć. 
Tak czy inaczej, tym razem szłam tam w celach oczywiście teatralnych. Na Hamleta. Na TEGO Hamleta

Ten spektakl zaczyna się jedną z moich ukochanych piosenek – Nature Boy. Znacie na pewno. To taki piękny, nieco smutny i niepokojący kawałek. Tu w wersji najpiękniejszego męskiego głosu na globie, tu w wersji Elli, tu mojej szczególnie ulubionej.

There was a boy
A very strange enchanted boy
They say he wandered very far
Very far, over land and sea

A little shy and sad of eye
But very wise was he

And then one day, a magic day
He passed my way, and while we spoke
Of many things, fools and kings
This he said to me
„The greatest thing you’ll ever learn
Is just to love and be loved in return”.

Kurtyna podnosi się i widzicie siedzącego na podłodze człowieka, pochylonego nad gramofonem. Obracająca się płyta odtwarza właśnie ten numer. Ściana za plecami człowieka – tak, Hamleta, dobrze zgadliście – znika i pojawia się NAJWIĘKSZA SCENOGRAFIA, JAKĄ W ŻYCIU WIDZIAŁAM.
Nie zaciął mi się Caps Lock. Tego po prostu nie da się opisać małymi literami. Jest wspaniałe, oszałamiające. To ogromne pałacowe przestrzenie, zaprojektowane z wielką dbałością o szczegóły. Wizualny orgazm, przepraszam, inaczej się nie da. Trudno właściwie ogarnąć całość oczami. Sądzę, że jedną z brytyjskich teatralnych nagród mamy już rozdaną w tym sezonie.
Problem w tym, że scenografia kradnie show.
Aktorzy wśród niej nikną. I co więcej, większości z nich trzy godziny po opuszczeniu widowni zwyczajnie nie pamiętam. Laertes świetny, owszem. Grabarz również. Cumberbatch – fakt, ma charyzmę, talent i warsztat, nie sposób mu odmówić (przy czym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że przemawiając do widzów po zakończonym spektaklu był bardziej przekonany co do własnych słów niż jako Hamlet). Ale coś nie trybi.
Gdy pojawiły się umiarkowane recenzje tego spektaklu, rozległy się też głosy, że to taki snobizm, „jestem taki cool, że nie podobał mi się CumberHamlet„. Ale to nie snobizm. Ta rzecz nie podnosi ciśnienia, nie odbiera oddechu.
Widzicie, to jest tak, że czasami idziecie na przedstawienie tylko dlatego, że macie wolny wieczór, nie spodziewacie się niczego niezwykłego i nieoczekiwanie kwiczycie z zachwytu. Czasami tydzień wcześniej prasujecie kieckę/garnitur. Myślicie – wow, tak fenomenalna ekipa razem? To będzie rewelacyjne. Zasiadacie na widowni, oczekując mocnego uderzenia, po czym w pewnej chwili przyłapujecie się na tym, że myślicie o tym, czy jeszcze sklepy będą otwarte, gdy wyjdziecie. Albo o tym – spojler – że ciekawe, jak oni te tony gruzu ze sceny uprzątają co wieczór i jakim cudem go tak cichutko rozrzucili w antrakcie. Albo o fajnym koledze z pracy. Bez ubrania. Bo czasami jest tak, że teoretycznie wszystko powinno zadziałać, a wy powinniście być wniebowzięci, ale nie działa i nie jesteście. Zabrakło tego magicznego składnika. Tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że widz zapomina o bożym świecie.
Zmierzam do tego, iż ten Hamlet to piękne, dobrze zagrane przedstawienie, które nie wciąga. W ogóle. Jakbyście oglądali je przez szybę – czuć bardzo tę czwartą ścianę. Domyślam się oczywiście, jak trudno wystawić taką kobyłę, najważniejszą sztukę w historii teatru. To wyzwanie. Podejść na kolanach – bez sensu. Wywrócić do góry nogami i na lewą stronę – ryzykowne. Szekspir jednak umiał pisać i wyzywanie jego tekstów na pojedynek to zabawa dla mocnych graczy.
No właśnie. Abstrahując już od tej adaptacji, Hamleta ogląda się o tyle zabawnie, że to przecież same cytaty. To idiomy, których nieustannie używamy, mówiąc po angielsku, nie wiedząc nawet, że mówimy Szekspirem. I owszem, podczas sceny z czaszką i Alas, poor Yorick przez audytorium przebiegł zduszony chichot. Mamy to w naszym kręgu kulturowym tak wryte w głowy, tak dobrze to znamy.
Wygląda to, jakby kogoś zawiodła ambicja – zbudujemy wielką scenę, obsadzimy wielką gwiazdę, będzie hit. Tylko że nie jest. Jasne, pod względem frekwencji i wzbudzanego zainteresowania jest. Ale to po prostu chłodny spektakl, który pozostawia widza obojętnym. Nie chwyta go za gardło. Nie sprawia, że macie ochotę rozmawiać o nim godzinami (chyba że o tym naprawdę obłędnym designie). Nie ma chemii.

Tak czy inaczej, była owacja na stojąco i okrzyki. Pod wyjściem stosowna kolejka do gwiazdy.

image

Nie czekałam. Deszcz padał. Następnym razem.

The amorous alphabet

Śliczny był wczorajszy dzień, pocztówkowy prawie. Spędziłam przedpołudnie w Alexandra Palace, pięknym miejscu, z którego widać całe miasto, jeśli pogoda ładna. Można się opalać i karmić wiewiórki.

Tu muszę dodać, że jestem zagorzałą fanką londyńskich parków. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była przecież Mary Poppins, a Janeczka i Michaś ciągle chodzili z Mary do parku, i zawsze zdarzała im się tam przygoda. Chodzę zatem szlakami wytyczonymi przez wyobraźnię dziewczynki, która bardzo chciała kiedyś znaleźć się w magicznym miejscu zwanym Londyn. Zdarzało mi się rezygnować z ambitnych turystycznych planów, żeby poleżeć na trawie.

Po południu natomiast włożyłam sukienkę, rzęsy podmalowałam i ruszyłam do Shakespeare’s Globe.

image

Pierwszy raz wylądowałam na Read Not Dead dwa lata temu. I, jak to ponoć często bywa, już zostałam.
Od tamtej pory staram się tak planować wizyty w Londinium, żeby zahaczyć o to. Owszem, West End lśni i czaruje – te gwiazdy,  te efekty specjalne – ale tam jesteście tylko jednym z tysiąca widzów. Jesteście jakimś tam nazwiskiem na miejscu D22. Jutro to miejsce zajmie ktoś inny, kto pewnie też przyjechał z daleka, jutro odleci w jednym z setek samolotów startujących z londyńskich lotnisk. Na Read Not Dead jesteście częścią wydarzenia. Nie jesteście anonimowym widzem, jesteście gościem. Mile widzianym gościem, a wasz głośny śmiech w tragicznych scenach jest jak najbardziej w porządku. Atmosfera jest bardzo luźna. Owszem, chodzi o przywracanie do życia zapomnianej dramaturgii (nie zawsze dobrej), ale nikt przecież nie powiedział, że to musi być na serio…
Moja przyjaciółka, gdy jej z grubsza opowiedziałam, o co w tym chodzi, spytała, czy płacą mi za udział. Ja ją rozumiem. Mało kto chciałby spędzić niedzielę w jakże atrakcyjnym mieście na czytaniu sztuki, którą ostatnio wystawiono z dwieście lat temu, jeśli w ogóle. Można przecież do muzeum pójść. Do parku. Na zakupy. Fotek trochę natrzaskać. Ale jakieś  czytanie sztuki? Słownikowa definicja nudy.
image

Otóż nie. Read Not Dead to owszem, są w sumie czytane dramaty, ale nie do końca,  ponieważ celem reżysera jest, by w pięć godzin sklecić z tego w miarę normalne przedstawienie. Oczywiście to nie ma prawa się udać i w tym właśnie cały urok.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy się gotują, potykają, nie wiedzą, kiedy zacząć lub rozpędzają się za bardzo i czytają kwestie kolegów, przysiadają wśród publiczności. Pogubieni zupełnie, szyją czasami na poczekaniu i wtedy możecie zobaczyć fantastyczne aktorskie rzemiosło. Publiczności to zupełnie nie przeszkadza. Publiczność tupie i klaszcze jak na koncercie rockowym. Łatwo rozpoznać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz, bo zdumiony wodzi wzrokiem po ryczących ze śmiechu ludziach, jakby chciał powiedzieć: „ale o co chodzi…”. Gdy przychodzi trzeci raz, też ryczy. Gdy przychodzi po raz piąty, odkrywa z uciechą, że ludzie po obu stronach sceny posyłają mu skinienie. Tym samym macie wrażenie, że nie przyszliście do teatru, tylko na jakieś przyjemne popołudniowe spotkanie ludzi dzielących wspólne zainteresowania (ewentualnie zjazd terapeutyczny osób, które, że tak powiem, nie mają wszystkich w domu).
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy grają po kilka ról – nawet cztery – więc nie tylko widownia, ale oni sami momentami nie wiedzą nawet, kim właściwie w danej scenie są i wtedy na ich twarzach pojawia się rozkoszny wyraz mówiący: „nie mam pojęcia, co robię”.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że scena walki zostaje przerwana, bo wygrażający szabelką bohater nie ma jak przewrócić strony w swoim skrypcie. Bywa, że prosi wtedy swoją ofiarę o to, żeby mu przez chwilę broń potrzymała. Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.
Tym razem była muzyka na żywo, tańce częściowo nawet widowiskowe – było prawie dobrze do momentu, gdy jeden z wykonawców zapomniał kroków i postanowił improwizować, i poszedł w Travoltę – cudnie sprośne żarty, jeden Francuz chowający się w krzaku (wspominałam o sprośnych żartach?), a na końcu wszyscy okazali się swoimi braćmi, siostrami i kuzynami. Francuz też.

Tak sobie stałam pod drzwiami przepięknego Sam Wanamaker Playhouse, sącząc winko i emanując moim środkowoeuropejskim wdziękiem, wsparta elegancko o filar, gdy wtem zobaczyłam frunące przez foyer włosy. Niedobrze.
Uwaga, będzie dygresja.
Wszyscy wiedzą, że nabawiłam się onegdaj pewnej wstydliwej słabości, którą uparcie zwalczam metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę”. O dyskusyjnej skuteczności tej metody porozmawiamy innym razem. Słabość jest tym dotkliwsza, że jest raczej miłą i łagodną postacią, a ponadto od czasu do czasu powiadamia internet, iż właśnie wypłakuje sobie karmelowe oczy nad książką lub filmem, co u niżej podpisanej wywołuje efekt przekrzywienia główki i westchnienia. Nawet mi się udało zapaść jej w pamięć, choć naprawdę wolę nie domyślać się, z jakiego powodu. W każdym razie jeszcze nie zwiewa pędem w przeciwnym kierunku, gdy tylko mnie kątem oka zauważy, ani też nie wystosowała wniosku do odpowiednich służb o zakaz wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa dla tej panienki.
W pewien sposób zresztą jesteśmy ze sobą związani na całe życie, bo niechcący zostałam pierwszym w historii nabywcą pracy tego sympatycznego stworzenia (bo ono, gdy akurat nie obcina palców nastolatkom, nie podpala/wiesza/dusi ludzi ani nie paraduje po scenach West Endu w gustownych rajstopkach, lubi sobie rysować, zwierzątka głównie).

Włosy tym razem nie brały udziału w spektaklu, ale zasiadły za mną i od czasu do czasu dawały znać o sobie, wybuchając zaraźliwym gulgotem. Po przedstawieniu włosy zrobiły to, co zwykle robi publiczność po przedstawieniu, czyli wyszły.
I cóż wtedy uczyniła nieśmiała, zazwyczaj bardzo ułożona i zdystansowana autorka.
Otóż pognała kurcgalopkiem przez ogromne foyer Globe na ulicę i dogoniła Bogu ducha winne chłopię.
– Sorry to chase you down the street, that’s a bit awkward…
– That’s all right.
Nienawidzę.
– Thank you for the drawing. I, eh, urrmm…
– My pleasure. I’m glad it’s found a good home.
Autorka zagapiła się tępo na rozmówcę. Jak zwykle. Gdy odzyskała rezon, nastąpiła zwyczajowa kulturalna gadka-szmatka, po czym autorka pożegnała się grzecznie i usłyszała:
– See you soon. Buh-bye!
Ale jak to, see you soon. Jakie soon. Znaczy że co? Że ja tu znowu wyląduję niebawem?…
Cóż. Z pewnością są gorsze powody do odwiedzania Londynu.

Ladies and gentlemen, please remain seated, this is a standard procedure

No, jestem.
Doleciałam. Łatwo nie było, bo najpierw odstąpiłam maluchowi obok moje miejsce przy oknie (przy oknie najlepiej się śpi, zwłaszcza o szóstej rano i bardzo na to liczyłam, ale mały współpasażer chciał oglądać chmury, więc się z nim zamienilam – wiem, jakie to fajne), potem siedzieliśmy karnie, czekając, aż nas odlodzą (dopiero październik!), a podczas lądowania odlecieliśmy na niesławny drugi krąg, bo zamgliło się na lotnisku. Wreszcie dotarłam.
W domu zostawiłam coś takiego.

image

Gwoli ścisłości, to jest praca Tracey Emin w Tate. Miałam nieco czasu do godziny wejścia do Sensorium (tak, załapałam się I to bez kolejki, mimo fatalnie spóźnionego samolotu – jak mawia moja mama, głupi ma zawsze szczęście ), więc troszeczkę się posnułam.
Ludzi niezbyt wielu, toteż całą galerię Williama Blake’a i grafiki prerafaelitów miałam dla siebie. Cudnie.
A samo Sensorium – choć maleńkie – jest arcyciekawym doświadczeniem. To trochę wystawa, trochę eksperyment naukowy. Wchodzi się czwórkami do ciemnej sali, w ktorej każdy dostaje elektroniczną opaskę na nadgarstek I instrukcję, żeby się odprężyć. Pomieszczenie jest pogrążone w całkowitych ciemnościach, a cztery obrazy są oświetlane tylko wtedy , gdy człowiek zbliży się do nich. Ale to nie tak, że on ma na nie tylko patrzeć, o nie. Przyglądając się płótnom, może posłuchać dziwnie pulsującej, hipnotycznej muzyki, położyć dłoń na wibrującej membranie, dostać po nosie słodkimi damskimi perfumami albo zapachem rozgrzanego asfaltu. A nawet zjeść może. Stoi przed obrazem Francisa Bacona w potężnych słuchawkach na uszach i kładzie ostrożnie na języku czekoladkę.
– Nie bój się – zachęca kobiecy głos w uchu. – Weź.
Troszkę jak w Alicji w Krainie Czarów, nieprawdaż?
Wybitny chocolatier na okoliczność tej wystawy skomponował małe dzieło sztuki, które najpierw istotnie smakuje jak 85-procentowa czekolada, ale po chwili smak w ustach zmienia się w jakiś dziwny, trudno powiedzieć, czy przyjemny, czy nie (węgiel…), potem w słony, potem rozkosznie kakaowy, a wreszcie wyraźnie wędzony, ziemisty trochę, jakby tytoń, jakby herbata (lapsang souchong). Ja tam nie wiem, jak można zmieścić tyle smaków w jednej niewinnej pralince, ale wrażenie jest nieprawdopodobne – zmysły są bombardowane.
Na zakończenie oddałam opaskę I podczas gdy wypełniałam kwestionariusz, drukarka wypluwała wykres mojej aktywności elektrodermalnej. Wyszło na to, że najsilniej reaguję na dotyk I dźwięk. Coś podobnego! Od wczoraj mam papiery na moje fetysze, więc mogę legalnie zakochiwać się w wibrujących barytonach.

image

Bardzo, bardzo się cieszę, że mi się udało o to zahaczyć.

Wyszłam z galerii prosto nad Tamizę, nad którą słoneczko przyświecało, jakby się słoneczku coś pomyliło, to przecież Anglia, mgły i wichrowe wzgórza. Tak było ładnie, że zamiast jechać do hotelu metrem, postanowiłam iść pieszo.
Duży błąd. Bo szłam przez Charing Cross Road. Miłośnicy książek na tej ulicy słyszą syreni śpiew. Celowo ominęłam kolosalną księgarnię Foyles i dumna z siebie dreptałam dalej, gdy wtem moje oko zjechało na witrynę mijanego akurat antykwariatu. 

image

Trzydzieści sekund później byłam w środku sklepiku, prosząc o książeczkę z witryny.
Książeczka jest obłędna. Dużo w niej obrazków – z których łatwo wywnioskować, że w wieku dwudziestym pierwszym mamy nieco przystojniejszych aktorów, choć może się  mylę?…

image

Oh our meeting, it lit a fuse in my heart

Troszkę się zirytowałam dzisiaj, wiecie, bo jak już kiedyś wspominałam – nie lubię naśladownictwa. Jeśli czegoś, człowieku, nie umiesz, to tego, człowieku, nie rób. Ja może nie wyglądam, ale tępa nie jestem i umiem rozpoznać własną pracę, gdy podpisuje się pod nią ktoś inny.

No, a poza tym czuję się już jak przed randką. Wiem doskonale, że przez pierwsze godziny wszystko będzie mnie wkurzało, ale czemu tu jest tylu ludzi, ale czemu oni się na mnie pchają, ale czemu tu tak brudno i tak dziwnie pachnie, na cholerę te podwójne krany – ale kilka dni później znowu będę z niezrozumiałym smutkiem przyklejała nos do zimnej szyby, spoglądając w dół na Morze Północne i moją stronę kontynentu na horyzoncie. Jestem podekscytowana, budzę się coraz wcześniej i nie wiem, jakie ubrania spakować. I nie potrafię tego wytłumaczyć, bo wracam w to miejsce po raz, jeśli dobrze liczę, dwudziesty pierwszy. Mogłabym zmarszczyć nos i prychnąć, że wszystko już widziałam. Ale otóż nie. Cały problem z tym miastem polega na tym, że ono jest samymi pierwszymi razami. Zdążyłam sobie w nim wydeptać moje dróżki i właściwie mogłabym tylko tymi dróżkami krążyć, i mieć zajęcie na jeszcze wiele urlopów, ale cały problem z tym miastem polega na tym, że nieustannie kusi innymi drogami. Muzeami, o których nigdy nie słyszeliście. Parkami, o których nikt wam nie wspomniał, a w których cudownie się opala/czyta pod drzewem/pije wino/karmi wiewiórki/niepotrzebne skreślić. Niepozornymi pubami, które pędzą własne piwo. Teatrami z dala od West Endu (West End to raptem czterdzieści scen – w całym mieście jest ich około dwustu pięćdziesięciu, nikt nie potrafi powiedzieć ile, bo liczba jest płynna; to żebyście wiedzieli, z jaką klęską urodzaju zmagam się, planując moje wycieczki). Cały problem z tym miastem polega na tym, że musicie ciągle czegoś sobie odmawiać, bo zwyczajnie nie jesteście w stanie dopieścić się wszystkim, czym ono was częstuje.

Tym razem mój dzienniczek zawiera następujące punkty.
Trzy godziny czterdzieści minut greckiej klasyki po angielsku.
Północ w ruinach siedemnastowiecznego teatru. Pojęcia nie mam, jak po tej imprezie dostanę się na przeciwległy kraniec miasta, mając na uwadze późną, a raczej wczesną godzinę i moją fatalną orientację w przestrzeni.
Wybitną panią naukowiec. Jestem bardzo ciekawa, choć bilet kupowałam bez szczególnego przekonania.
Koszmar. Jeśli coś jest opisywane jako surreal thriller, to ja to raczej muszę zobaczyć, najwyżej będę się bała po ciemku wracać.
Czytanko (bez komentarza, dobrze?).
Katów. Same kipiące gwiazdkami recenzje.
Hamleta. Nawiasem mówiąc dobrze, że coś mnie tknęło i zajrzałam wczoraj wieczorem do skrzynki pocztowej, bowiem znalazłam w niej kopertkę niedużą ze stemplem par avion i następującą zawartością.
wpid-2015-09-30-09.52.45.jpg.jpeg
Czyli oni naprawdę wysyłają bilety pocztą. Na każdym stoi napisane, że nabywca powinien się wylegitymować i nie może tego dobra odsprzedać. Innymi słowy, nie wzbogacę się jako konik. Ojej.
I na zakończenie musical o ludziach pracujących na zapleczu teatrów – właściwie nie tyle na zapleczu, co na linii frontu, codziennie stawiających czoła publiczności.
Oraz sześć wystaw.
Raptem sześć.
Tak sobie po cichu myślałam, że może w poniedziałek rano wstanę i pojadę do Winchester, zobaczyć katedrę, ale nie wygląda, żeby to się dało zrobić.
Znowu wrócę niewyspana z wakacji. Bez sensu. Następnym razem lecę na jakąś plażę. Będę tylko leżeć i wciągać brzuch.

It was a great pleasure to have met your acquaintance

There are certain times when you’re flying into London and you’re held – the skies are that busy – and it’s just like bees around the honeypot. You hit the London frequency on the radio and suddenly everyone’s jabbering away. There’s a million and one voices on and a controller’s not got five seconds to take a breath. You get a frequency, talk and then get off the frequency. They’ll tell you what you need to do, and then you get out the way. It’s busy, you’re gonna hold, everybody wants to get into London. Those planes are heading to London for a reason, and the people on board want to be there for a reason.

Wróciłam. Cieszycie się? Ja też nie.
Możemy za to jechać dalej z relacją.

O piątkowym Lanczu już było, zachwyty nad Bertiem były, czas zatem wspomnieć o sobocie.
Wycierpiawszy potworną nudę podczas Procesu, obawiałam się trochę, co mnie czeka wieczorem i nie spodziewałam niczego dobrego.
Tym bardziej nie spodziewałam się, że wychodząc po mojego tradycyjnego interval drink po pierwszym akcie, będę sobie wycierała oczy.
Recenzje Człowieka-słonia były umiarkowane – nie to, że złe, ale bez zachwyconych kwiknięć. Ja to rozumiem, bo tekst sztuki sam w sobie wybitny nie jest, to nie Ibsen czy coś. Co nie zmienia faktu, że Bradley Cooper jest w swojej roli bardzo dobry.
Publiczność najpierw widzi go w samych gatkach – widzi przystojnego, muskularnego mężczyznę. Widzi hollywoodzkie ciacho, nie widzi Merricka, cierpiącego na rzadki zespół Proteusza. Aktor grający lekarza i opiekuna człowieka-słonia, też dobry Alessandro Nivola, wyczytuje z medycznego raportu problemy pacjenta, jeden po drugim. Jedną po drugiej, Cooper przyswaja fizyczne wady swojego bohatera. Wykrzywia usta. Wygina się. Kuleje. Nienaturalnie zgina prawą rękę, jakby nie w pełni wykształconą, zwiniętą, przyklejoną do tułowia. Bełkocze. Prycha (Merrick nie mógł położyć się na plecach, bo nie byłby w stanie oddychać – podług jednej z teorii on nie umarł, w wieku raptem 27 lat, przypadkiem przybrawszy fatalną pozycję podczas snu, ale świadomie odebrał sobie życie, sam się skazując na uduszenie, i ten zresztą motyw wykorzystano w sztuce). I nagle hollywoodzkiego ciacha już nie ma. To ciekawy zabieg, obsadzić w roli istoty budzącej odrazę aktora regularnie mianowanego jednym z najseksowniejszych ludzi świata. I on daje radę, naprawdę daje. Inna sprawa, że on już może sobie pozwolić na ryzykowne wybory, nie obawiając się tego, że porzucenie emploi może oznaczać koniec miłości fanek i producentów. Kończąca pierwszy akt scena, w której Merrick w ciemnościach sceny jęczy: I have nobody… przyprawiła autorkę o wyciek spod powieki. Wrażliwa jestem na historie o samotności, a według autora sztuki tego nieszczęśliwego, delikatnego człowieka zabiła właśnie ona, nie jego fizyczne deformacje.
Tyle o spektaklu. Nawiasem mówiąc, gdy opuszczałam widownię, minęła mnie zdążająca za kulisy Nicole Kidman. Poważnie. No dobrze, skoro już taki celebrycki wieczór, z ciekawości poszłam zobaczyć, co się wydarza pod stage door.


Szaleństwo, krzyki, piski. To zabawne momentami było, bo piski rozbrzmiewały za każdym razem, gdy ktoś pojawiał się w drzwiach, by od razu przejść w rozżalone westchnienia – e, to nie on… (jest prawdą powszechnie uznaną, że gwiazdy nigdy nie wychodzą pierwsze). Podejrzewam, że ci, którzy dopchali się do zasieków, w ogóle nie byli na spektaklu, bo nie zdążyliby inaczej zająć takich miejsc. A tylko ci stojący najbliżej, co oczywiste, mieli szansę na wymianę uprzejmości lub też zdobycie jakiegoś trofeum, bo gdyby facet ambitnie chciał zadowolić wszystkich, musiałby tam stać do rana. Zawinął się w pięć minut. W sumie miło z jego strony, że w ogóle to robi, bo taki Cucumber – który dziś zaczyna Hamleta – nie będzie, aczkolwiek przypuszczam, że pod Barbicanem i tak będą się działy rzeczy straszne. Ciekawie będzie to zobaczyć. Podobno już wczoraj jakieś zagubione dusze ustawiły się w kolejce po dzienne bilety na dzisiejszy pierwszy szoł. Do aż takich poświęceń nie byłabym zdolna dla nikogo.

Co nie znaczy, że nie jestem do nich zdolna w ogóle.
Być może myślicie, że czegoś na tym blogasku dawno nie było, a autorka przecież była w Londynie, więc pewnie by sobie nie odmówiła okazji do szczególnie uroczej radości. Słabości należy w końcu pielęgnować. Śpieszę tym samym uspokoić, iż specjalnie dla was (no, poniekąd) udałam się na daleki wschód miasta Londyn, obejrzeć wystawę. Wystawa jest malutka, mieści się w miejscu dość nietypowym, bo na stacji metra i w sumie nie jest to wybitne wydarzenie kulturalne, ale z pewnej przyczyny jakoś chciałam ją zobaczyć. Ekhm.
Proszę bardzo, oto przyczyna.
Dla odważnych tutaj zbliżenie, które wykonałam, upewniwszy się, że ani z lewej, ani z prawej nikt nie nadciąga. Coś pięknego po prostu.
Jeśli jesteście ciekawi, jak to możliwe, że nie opublikowałam dotychczas maniakalnie entuzjastycznej recenzji spektaklu, z którego to zdjęcie pochodzi, odpowiedź jest prosta – ten spektakl nie istnieje. Na wystawie prezentowane są fotografie z przedstawień, które nigdy nie powstały.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że byłam też na innej wystawie, Savage Beauty mianowicie. Miałam szczęście, bo załapałam się na ostatni dzień, czyli niedzielę. Tłumy przeupiorne. Mimo tego drobnego dyskomfortu wrażenie oszałamiające. Jest coś niebywale teatralnego w kreacjach McQueena, coś pobudzającego wyobraźnię. Są olśniewające (nie powiem, że nie chciałabym jednego z prezentowanych płaszczy, być może wszystkich płaszczy, ewentualnie zadowoliłabym się kurteczką), to absolutne dzieła sztuki. Nie wolno było robić zdjęć, szkoda troszeczkę, ale z drugiej strony to słuszna decyzja, bo gdyby każdy pstrykał fotkę każdej sukience, wystawa zakorkowałaby się kompletnie. Szczęka opada, gdy wchodzi się do jednej z sal, nazwanej gabinetem osobliwości, i widzi bezlik obracających się manekinów, od podłogi po sam wysoki sufit. Nie wiadomo, na co patrzeć. Tak, jest to wszystko olśniewające, ale jest w tym jakiś niepokojący mrok. Alexander McQueen, jak pewnie wiecie, popełnił samobójstwo.
Taki był mój niedzielny poranek. Opuściwszy V&A, podreptałam – tak, podreptałam, sześć kilometrów piechotką, bo dzień ładny – na drugi brzeg miasta, do Globe. Bez wizyty w Globe wycieczka by się nie liczyła. Nabyłam Globe Ale (tak, oni mają swoją markę piwa, tacy są fajni) i ustawiłam się w kolejce do wejścia. Bo oczywiście siedzieć po wielkopańsku nie zamierzałam.
wpid-2015-08-04-19.08.43.jpg.jpeg
Atmosfera wśród groundlings była iście plażowa, zrzucone japonki, kapelusze, lemoniada – gdyż słońce przygrzewało nieźle, a po kilkudziesięciu minutach stania w takiej lampie człowiek ma przeraźliwą ochotę zacząć pozbywać się części garderoby. Dlatego w Globe są fontanny z wodą do picia, a obsługa rozdaje takie papierowe czapeczki tym, którzy obawiają się udaru słonecznego. Trochę się pozmieniało od czasów Szekspira i spółki. Z drugiej strony jakby nie zmieniło się nic, bo tuż przed spektaklem na widownię wparowali hałaśliwi aktorzy, czyli prostytutki i ich rubaszni klienci, i się zaczęło. Jeden z aktorów krzyknął: Could someone finish me off? i jął przechadzać się wśród publiczności, zaglądając jej żeńskiej części głęboko w oczy i zachęcając do ulżenia mu, bo przed chwilą zapłacił w lupanarze, ale niezbyt wiele z tego wyszło. Widzki gwałtownie wbiły wzrok w podłogę i udawały nieobecne, niemniej i tak udało mu się jakąś spurpurowiałą biedaczkę dorwać i nagabywać. Dziewczyna miała barwy jak flaga ZSRR i raczej nie od słońca. Nie jest to najlepsze z Globowych przedstawień, niemniej jest przezabawne, momentami lubieżne na granicy dobrego smaku (zresztą drewniane tabliczki przed wejściami ostrzegają, że spektakl zawiera goliznę – męskie pośladki, znaczy – i naughtiness of a sexual nature), czyli jest dokładnie tym, czego człowiekowi trzeba w letnie popołudnie. Cała ta ucieszność nie jest bez drugiego dna, bo chodzi w tej opowieści o nasze moralne wybory i o naszą hipokryzję.

Jakby mi jeszcze nie było dość niedzielnych wrażeń, wróciłam do hotelu, przebrałam się w elegantsze – bo uznałam, że wieczorem w podartych dżinsach i kwiecistym podkoszulku to może jednak nie bardzo korzystnie będę się prezentować – i ruszyłam do Sadler’s Wells. Nieopodal całkiem, więc znowu pieszo. Zbyt gorąco, by metrem jeździć, a Islington budzi żywe skojarzenia z „Nigdziebądź” Gaimana, więc aż miło się przejść tymi ulicami w nadziei, że coś choć troszkę magicznego się wydarzy.
Miejsce jest piękne. Teatry West Endu, w większości dziewiętnastowieczne budynki, są tyleż śliczne, co ciasne i niewygodne, pełne ciasnych korytarzy i wąziutkich schodów. Spróbujcie się dostać do toalety w antrakcie. Garderoby bardzo często nie mają okien. Sadler’s Wells też ma swoje lata, ale to teatr całkowicie przebudowany, świetnie zaprojektowany, przestronny, z widownią mieszczącą półtora tysiąca widzów – i siedząc na tej widowni, można nogi wyciągnąć. W sensie dosłownym, nie przenośnym, Boże uchowaj.
Na balety poszłam.
The Car Man jest luźno osadzoną w realiach Ameryki lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku adaptacją opery Bizeta. Tylko że nikt nie śpiewa Habanery, bo to absolutnie obłędny balet. Doskonała rzecz. Zrobiona z wielkim rozmachem, ale to nie skala ma znaczenie, tylko niewyobrażalny wysiłek tancerzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby tak sobie pląsali od niechcenia i jakby przerzucenie sobie nad głową ważącego 80 kg kolegi było najprostszą sprawą w życiu. To wybitnie zmysłowy, seksowny spektakl – uchh, te mięśnie, i włosy, i pot, i ramiona, i stopy. Niezmiernie przyjemnie się to ogląda. Ale nie ogląda się tego łatwo, bo historia jest poruszająca i nie kończy się dobrze.
Gdy światła po ostatniej scenie zgasły, nastąpiła frenetyczna owacja na stojąco. Się nie dziwię. Też bym sobie zatańczyła z Marcelo Gomesem; to jeden z najbardziej uznanych tancerzy baletowych naszych czasów. Cóż, może kiedyś.

I to był ostatni oficjalny punkt w moim grafiku. Wdrapałam się na moje pięterko, wzięłam prysznic, spać jak zwykle nie mogłam, a następnego ranka poszłam czytać w parku, bo cóż lepszego od czytania w parkach.
wpid-2015-08-04-19.21.01.jpg.jpeg
Bardzo polecam tę książkę – to zbiór reportaży o ludziach (autor oddaje im głos, nie doszlifowując ich nie zawsze wyrafinowanego języka czy takiej sobie gramatyki), którzy są w nim zakochani i którzy z niego uciekli, którzy znaleźli w nim ziemię obiecaną albo piekło na ziemi, o tych w przelocie i tych na zawsze. O bezdomnych, o ludziach sukcesu; o imigrantach, o turystach, którzy tam pierwszy raz, o ludziach, którzy nigdy wcześniej nie jechali pociągiem i na stacji Victoria sparaliżowało ich przerażenie; o aktorach i didżejach, rykszarzach, dominach, prawnikach, policjantach, hydraulikach, o tych, których głos słyszycie, jadąc tamtejszym metrem, o pilotach, którzy przez długie minuty okrążają londyńskie lotniska w niekończących się kolejkach do lądowania, a startując, muszą opuścić jego zatłoczoną przestrzeń jak najszybciej. The climb out of London is tricky but then you fly through this cloud, which takes almost five seconds to get through, and all of a sudden upstairs is blue skies, brilliant sunshine. You’re still listening to the London frequency but there’s this sunshine. You can see the dots of other airplanes. You do feel as you’re leaving behind the beehive. You change to another frequency and you know it’s going to get quieter. But then, of course it would. You’re leaving the energy behind.

Za dwa miesiące nazad. Przy okazji, mam taką gorącą prośbę do przyszłych współpasażerów, ażeby NIE miażdżyli kolan ludziom siedzącym za nimi i NIE wieszali marynarek na fotelach ludzi siedzących przed nimi, którzy bardzo cenią skromne centymetry swojej samolotowej przestrzeni. I jeszcze żeby nie zajmowali tym ludziom miejsc, opuszczając je później z fochem. Powiadam, lot powrotny to był jakiś dramat, cały wachlarz umiarkowanie cywilizowanych zachowań. A że miałam za sobą cztery bardzo intensywne dni i był późny wieczór, byłam nieziemsko zmęczona i obawiałam się, że sama lada moment zachowam się grubiańsko.

Is this a dagger that I see before me?

Bogu niech będą dzięki za przyjaciół, którzy czekają z niżej podpisaną do czwartej nad ranem, oglądając z nią koncerty The Jacksons na jutubie, by wsadzić ją wreszcie do taksówki na lotnisko. I za tych, którzy czekają po drugiej stronie Kanału, z koktajlami i plotkami, dając jej przyjemne poczucie bycia prawie w domu.
Poleciałam na bardzo krótko tym razem. Właściwie tylko na herbatę z mlekiem, księgarnię i wizytę w teatrze.


Zachodzę w głowę, co się stało z niebieskim kurakiem, który uprzednio zajmował słynny czwarty cokół na Trafalgar Square, bo to nowe kościste coś to jakaś straszna paskuda. Ale nie o tym chciałam.
Wizyta w teatrze, właśnie. Właściwszym sformułowaniem byłoby „wizyta w sądzie”, bo tak to wyglądało. Szekspirowscy aktorzy zmierzyli się z londyńskimi prawnikami w procesie Makbeta i jako świadkowie dali się przesłuchać, a przysięgli mieli zdecydować, czy oskarżony idzie pod topór, czy nie. W słusznej wierze, bo to dobroczynna impreza była – zorganizowała to instytucja, która stara się docierać do dzieciaków przez Szekspira i kształcić ich teatralnie niezależnie od tego, w jakim otoczeniu dorastają i z jakim balastem. Makbetem – nawiasem mówiąc, uniewinnionym w końcu – był niejaki Christopher Eccleston, Lady Makbet – cudowna Haydn Gwynne. Oprócz upiornej pary przed ławą przysięgłych stanęli Macduff, Banquo i jedna z wiedźm.
Jeśli myślicie, że była to rzecz poważna i nadęta, nic bardziej mylnego. Aktorzy dostali zarys scenariusza i oczywiście znali los swoich postaci (to Makbet, więc sprawa jest prosta: wszyscy nie żyją), ale nie wiedzieli, o co zapytają przesłuchujący, więc cała zabawa polegała na wielkiej improwizacji z jednej strony i bardzo skutecznym zapędzaniu w kozi róg z drugiej. Mecenasi nie dawali zbić się z tropu absurdalnym odpowiedziom świadków, którzy, zaskakiwani stawiającymi ich pod ścianą pytaniami, brnęli w coraz większą konfuzję.
– So what was he doing?
– He was wending with witches.
– Wending with witches?
– Correct.
– And when was he wending with witches?
– When?…
– Yes, when?
– Wednesday – odpowiada ze śmiertelną powagą przesłuchiwany, po czym zanosi się śmiechem, jak i cała publiczność. Słodki był też Macduff odpierający argument, jakoby nie było świadków morderstwa i tłumaczący, że jeśli ktoś kogoś zabija, to przecież sam przy tym jest zazwyczaj, więc z której strony by nie patrzeć, jest jeden świadek, morderca znaczy.
– When you commit a murder, then you’re a witness to this murder. Are you not?
Swoją drogą, cudownie błyskotliwy ten aktor. Czasami lepiej nie wiedzieć, jacy oni są, gdy są sobą, bo to bywa piekielnie rozczarowujące – wygląda taki jak z żurnala, w roli jest olśniewający, a potem udziela wywiadu i z waszego oczarowania nie zostaje ani mizerny strzęp, bo zastanawiacie się, jakim cudem tak porażająco tępa strzała w ogóle skończyła szkołę. Ale do udziału w tym wydarzeniu chyba celowo nakłoniono takich, którzy mają co nieco do powiedzenia i lubią to robić, używając długich słów.
A że oskarżonym był Eccleston, wyobraźcie sobie liczbę nawiązań do Doktora Who. Niewiele zostało z szekspirowskiego oryginału, może poza Lady Makbet histeryzującą z powodu plam.

Gdyby ktoś zachodził w głowę, co mnie zainteresowało w takim wydarzeniu – poza osobliwą adaptacją Szekspira – odpowiedź jest prosta i, że tak powiem, urocza. Oczywiście poszłam się przywitać, jakżeby inaczej. Przepchnęłam się przez tłum wyczekujący Ecclestona pod tylnym wejściem do naszych drogich karmelowych ocząt usiłujących na próżno przemknąć niepostrzeżenie wśród tuzinów fanek Time Lorda – prawie by się biedactwu udało, gdyby nie pewna stuknięta Polka – i, gdy już przypomniałam sobie, że umiem po angielsku, pogadaliśmy sobie chwilkę o muzyce (tego trzeba słuchać z zamkniętymi oczami, zaprzestawszy wszelkich czynności, inaczej nie zadziała; ale uprzedzam, jeśli zadziała, będziecie męczyć ten kawałek w kółko przez kilka wieczorów z rzędu, albowiem jest piękny – gdy za pierwszym razem mi to zagrało w słuchawkach, po prostu usiadłam i tak siedziałam oszołomiona).
– It was lovely to see you again – palnęła autorka na zakończenie swojej jak zwykle chaotycznej przemowy.
– Likewise.
Och.
OCH.
Autorka nie pamięta, co odpowiedziała, bo jej mózg wykonał w tym momencie hard reset – więc obawia się, że nic.

Żeby nie było, że tylko wzdychałam – poszłam również na wystawę obrazów Rubensa i innych, dziełami Rubensa zainspirowanych. Sama wystawa świetna, mniej świetny był fakt, że odwiedziłam ją w niedzielę, więc żeby w ogóle zobaczyć jeden czy drugi obraz, należało odczekać swoje w kolejce. Ludzi jak mrówków. Tak czy inaczej, zdecydowanie warto. Uciesznie zmysłowe.
Ryanair w drodze powrotnej usadowił mnie między ojcem i synem, lecącymi do Krakowa na citybreak. Panowie byli ujmująco gadatliwi i natychmiast się ze mną zaprzyjaźnili. Poopowiadałam im trochę o mieście, zapisałam im w telefonach najlepsze miejsca na obiad i drinka, oni mnie poinstruowali odnośnie ciekawych katedr w Anglii, pogawędziliśmy o zabranych w podróż książkach, bo cała nasza trójka po zajęciu miejsc wydobyła z bagażu podręcznego prawdziwe, drukowane, nieco tylko wymięte tomiszcza – gdy wtem ojciec stuka palcem w pokryte szronem okno i mówi:
– You have some gorgeous mountains down there.
Patrzę i oczom nie wierzę. Całe pasmo Tatr jak na dłoni. Czasami Tatry z Krakowa widać, owszem, gdy wiatr jest tak silny, że przewiewa smog – ale na ogół nie. A dziś niczym w National Geographic, Rysy pokazały się z najlepszej strony. I Gerlach. I Łomnica. Ośnieżone szczyty na tle błękitnego nieba. Pocztówka.
– Yup, the Tatras.
– They’re beautiful.
– Yes they are.
Dawno takiego rzutu uczuć patriotycznych nie miałam. Przydadzą mi się, bo jak słowo daję, przez najbliższe trzy miesiące siedzę na tyłku w moim grajdołku.

Can you love? Can your blood bubble, flesh melt, thighs twitch, heart burst for love?

Prawda jest taka, że z urlopów w Londynie zawsze wracam zmęczona. Niewyspana, bo kładę się późno i nie mogę zasnąć, a potem nagle niebo za oknem jaśnieje, ptaki śpiewają, śmieciarki się tłuką. I wrażeń za dużo. Znajomi. Koktajle. Tłok w metrze, tłok na ulicach. Bezmiar frustracji w księgarniach, które mają zbyt dużo pięter i działy poświęcone musicalom. Codziennie spektakl, dwa w niektóre dni. Chwilami nawet chcę już polecieć do domu i odpocząć.
Ale gdy samolot mnie unosi i widzę rzędy wiatraków obracających się miarowo w kanale La Manche, podbródek mi drga i jestem najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie. Widok tych wiatraków z drugiej strony jest jakiś ładniejszy. Zostawiam za sobą coraz więcej.
Nie chcemy o tym mówić. To coś, co niżej podpisana musi rozwiązać sama i w życiu pozablogowym.

Gotowi na długi wpis? Zresztą nieważne, gotowi czy nie, i tak będzie.
W sześć dni zobaczyłam osiem przedstawień – gdy człowiek rusza się z domu, chce wycisnąć z wakacji jak najwięcej. Ale to nie był dobry pomysł. Oczywiście szkoda sobie odmówić, ba, chciałoby się obejrzeć jeszcze więcej, tylko że… Tylko że to dość wyczerpujące. Może gdybym wybierała sobie same leciuchne musicale i ucieszne farsy, nie byłoby problemu, ale znacie moje upodobania. Masochizm w czystej postaci. Najlepiej, gdy spędzam dwie godziny, siedząc przejęta na brzeżku krzesła, podczas gdy przedstawienie łapie mnie za włosy i wali moją głową o futrynę, obrazowo rzecz ujmując. Jak niby miałabym dobrze się czuć po blisko tygodniu tak intensywnych doświadczeń?…
Zaczęłam od nocy z Regiem – i z nim też zresztą skończyłam, ale o tym później. Obudziłam się 14 lutego zupełnie nieświadoma faktu, że ten dzień będzie jednym z najprzyjemniejszych w mojej dotychczasowej karierze; wcale nie dlatego, że ktoś z czerwoną różą w zębach na wycieraczce stał. O nie. Coś znacznie lepszego. Można jednak powiedzieć, że nasza bohaterka troszeczkę się jakby zakochała.
(Jeśli uważacie, że w tym miejscu stosowny byłby komentarz „Boże, znowu” – to proszę bardzo).
Po kolei.
Sobota w Londynie oznacza na ogół, że na ulicach kłębią się dzikie tłumy i czasami człowiek porusza się w osobliwym ludzkim korku. Ale – może przed tym przerażającym chwilami tłokiem w bardzo prosty sposób uciec, bo sobota w Londynie oznacza również, że można pójść na dwa przedstawienia, jedno po południu i kolejne wieczorem, przerwę pomiędzy wykorzystując na przekąskę lub drinka. I tak właśnie na ogół robię.
Pierwsze było The Nether. Rzecz w najczystszym tego słowa znaczeniu przerażająca i poruszająca tematy najbardziej niewygodne z niewygodnych.
Jeśli zastanawiacie się, czy w ogóle da się wystawić na scenie cyberthriller, odpowiedź brzmi – da się. Rozwiązania wizualne wciskają w fotel, to jest niebywale efektowne, momentami wręcz zachwycające. Szkoda mrugać, powiedziałabym. Ale w tej oszałamiającej scenografii rozgrywa się historia absolutnie paskudna, przyprawiająca widza o niepokój, o obrzydzenie, o szok nawet. Wychodząc, czułam się, jakbym była brudna.
Opowieść toczy się w niezbyt dalekiej przyszłości, w świecie niemal całkowicie zwirtualizowanym, w którym internet doczekał się swojej policji. Dociekliwa pani detektyw (Amanda Hale, bardzo przejmująca, tak drobna, że niemal tonie w swoim czarnym ubraniu, ale z wielką mocą przykuwania na sobie uwagi) przesłuchuje człowieka, który w tytułowym The Nether – w sieci, znaczy – stworzył kryjówkę dla poszukujących przyjemności, wyglądającą jak sielska wiktoriańska posiadłość. Goście kryjówki pod postacią awatarów mogą spędzać w niej czas w towarzystwie słodkich dziewczynek. Mogą robić z nimi, co zechcą. Po wszystkim mogą je nawet zatłuc. One same podadzą im narzędzie.
Widz zostaje z masą nieprzyjemnych pytań. Czy wirtualna zbrodnia popełniana w wirtualnej rzeczywistości to nadal zbrodnia, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Czy dzieci w kryjówce naprawdę istnieją – a jeśli są tylko awatarami, to czy w ogóle można je skrzywdzić? Czy gdy podaję się za kogoś, kim nie jestem, żeby dostarczyć komuś perwersyjnej przyjemności, to ponoszę część winy? Czy w internecie naprawdę wszystko jest dozwolone i mogę przybrać dowolną tożsamość, tak dla zabawy? I czemu detektyw jest tak obsesyjnie zaangażowana w śledztwo?
Dzieci w tym spektaklu są grane przez dzieci – podobno chronione na wszelkie sposoby przed jakąkolwiek możliwością zapoznania się z całością tekstu. To dokłada ciężaru, bo gdy widzicie dziewczynkę zsuwającą ramiączko sukienki przed dorosłym mężczyzną… Ugh.
Mocne, powiadam. Bardzo mocne. Wyszłam, powłócząc nogami i z uczuciem, że potrzebuję długiego, gorącego prysznica oraz szorstkiej gąbki, żeby z siebie zmyć to wszystko.
I taki właśnie w mojej opinii powinien być teatr. Powinien jechać po bandzie i mówić widzowi „nie obchodzi mnie, że unikasz tego tematu – PATRZ”.
Jeżeli chcecie sami sprawdzić, jak to jest, możecie się zalogować.
Pozbierawszy się do kupy, ruszyłam w kierunku Trafalgar Square.
Nie miałam ogromnych oczekiwań związanych z tym przedstawieniem. Pierwsze sceny nieszczególnie mnie ruszyły. Ale potem na scenie pojawiła się niezbyt wysoka postać w mnisim kapturze i przepadłam. Trudno nie zapałać sympatią do głównego bohatera, choć to bez dwóch zdań psychol myślący, że jest Chrystusem, relaksujący się na krzyżu i odpowiadający „Yes?” na cudze westchnienia „My God…” – co prawda zostaje z tego przekonania uleczony, ale od razu rodzi się w nim inne, znacznie gorsze.
You deserve a big kiss.
– Not here in the garden. Last time I was kissed in a garden – it turned out rather awkward.

McAvoy, niezależnie od tego, czy w samych majteczkach zasuwa na jednokołowym rowerku z podziwu godną wprawą, czy w jedwabnym surducie wymachuje strzelbą, ma tak niebywałą charyzmę, że uwodzi natychmiast. Jesteście cali jego. Nic nie da się zrobić, medycyna jest bezradna. Ale on jest też cały dla was. 150% sił witalnych wkłada w pracę. Chłopak od razu łapie kontakt z publicznością, między nią a nim wytwarza się jakieś takie elektryczne porozumienie, które owocuje tym, że każdy jego geścik czy uśmieszek wywołuje u widzów błyskawiczną reakcję (i euforyczną owację na stojąco, na którą mały bez dwóch zdań zasłużył). Tu trzeba zaznaczyć, że dotychczas nie byłam jego zagorzałą fanką – właściwie to był mi całkowicie obojętny. Tymczasem w sobotę miałam dzięki niemu absolutnie fantastyczne Walentynki i szłam wieczorem przez miasto rozpromieniona jak po nadzwyczaj udanej randce.
Nawet mi pobłogosławił mój interval drink, o.
wpid-dsc_0038.jpg
I ten uśmiech, mój Boże, gdy on się uśmiecha do widowni, to aż chce się zabrać go do domu. Tak się cieszył z oklasków, że prawie świecił.
To szalone i groteskowe. W kosmos odjechane. Mamy morderstwa, wyuzdane praktyki autoerotyczne, zjadane żarówki, potwory, a przede wszystkim głęboko zaburzonych przedstawicieli wyższych sfer, którzy nie cofną się przed niczym, by obronić miejsce na świeczniku. Całe to barwne wariactwo podszyte jest nieprzyjemnie gorzką ironią. Naprawdę wyśmienity wieczór.
– How do you know you’re God?
– Simple. When I pray to Him I find I’m talking to myself.
Następnego dnia było to nieszczęsne rozdanie nagród, vide poprzedni wpis, a potem nastał poniedziałek. Brzydki, mokry poniedziałek i autorka miała ochotę spędzić go w całości pod kołdrą, ale przecież nie po to leci się 1300 kilometrów, żeby się w pościeli wylegiwać. Udając, że nie dotyczy mnie kapiący z nieba paskudny deszcz, powędrowałam na południowy brzeg. Bardzo lubię tamte okolice, bo są pełne skarbów i cudnych zakątków, można świetnie zjeść na Borough Market, a poza tym widok gotyckiej wieży stareńkiej katedry Southwark na tle migoczących szklanych ścian zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Nawet w ponury poniedziałkowy wieczór, gdy czuję, jak przecieka mi kaptur.
wpid-dsc_0006.jpg

wpid-dsc_0011.jpg
Southwark Playhouse to jest bardzo sympatyczne miejsce, zupełnie inne od całej tej oszalałej, jazgotliwej karuzeli West Endu. Mają arcyprzyjemną knajpeczkę – gdybyście przyszli zziębnięci, służą herbatą za funta – i znani są z wystawiania bardzo dobrych, niesztampowych przedstawień. To, które widziałam, istotnie było bardzo dobre, choć nie mogę powiedzieć, żebym opuściła widownię uśmiechnięta – wprost przeciwnie.
Gods and Monsters to podkolorowana opowieść o ostatnich dniach Jamesa Whale’a, reżysera słynnego Frankensteina z Borisem Karloffem w roli monstrum; o bardzo smutnych dniach, bo Whale, mocno podupadły na zdrowiu i samotny, ogromnie cierpiał – w końcu popełnił samobójstwo. Utopił się we własnym basenie (mimo przygasłej sławy ciągle był zamożnym człowiekiem). Sztuka opowiada o tym, jak emerytowany reżyser, który odsunął się od blichtru Hollywood, przeżywa krótką, ale intensywną fascynację ogrodnikiem, eksżołnierzem zbudowanym jak grecki bóg, którego zachęca do pozowania mu do szkiców. Niestety nic dobrego z tego wyjść nie może, choć dwaj skrajnie różni mężczyźni mimo wszystkich napięć i dramatycznego zwrotu akcji jednak zbliżą się do siebie. Nawet nowe oczarowanie i niespodziewana późna przyjaźń nie uratuje głównego bohatera przed tragedią.
To taki spektakl, w którym nie ma żadnych fajerwerków i gwiazd, ale tę historię człowieka rozstającego się z życiem, udręczonego chorobą sprawiającą, że rzeczywistość myli mu się z wytworami wyobraźni i nawiedzanego przez bolesne wspomnienia utraconej miłości ogląda się z zapartym tchem. Przy okazji ogląda się mnóstwo męskiej nagości w bardzo śmiałych konfiguracjach, ale znowu, to nie jest błyskanie tyłkiem dla samego błyskania tyłkiem. Nawiasem mówiąc, obiekt zachwytów głównego bohatera ma więcej mięśni w jednym ramieniu niż ja w całym ciele. Patrzenie na niego momentami jest aż niekomfortowe. Co nie zmienia faktu, że to świetny i wzruszający spektakl.
Obejrzałam, podążyłam pustym Millennium Bridge (jak ja lubię mieć cały ten widok dla siebie)
wpid-dsc_0012.jpg
do wygodnego łóżka i zasnąć oczywiście nie mogłam, choć bardzo chciałam być wypoczęta przed obfitującym w dalsze wrażenia wtorkiem. A wtorek był wyjątkowo piękny, niebo bez jednej chmurki, można było iść przez Bankside w rozpiętym płaszczu i czuć się jak pani wszechświata czy coś w tym guście. Poczucie zdecydowanie wzmacniał fakt, że wczesny lunch z przyjaciółką zakończył się deserem, bez dwóch zdań cudownym deserem, ale było dla mnie pewnym zaskoczeniem, iż głównym składnikiem żurawinowego crème brûlée był gin. Tak czy inaczej, przez cały dzień nieco unosiłam się nad ziemią, bo och, wieczorem Closer, och, Rufus Sewell we własnej osobie, och, z tym przeszywającym spojrzeniem, och! Umościwszy się w ciasnej przestrzeni Donmar Warehouse, byłam podekscytowana jak dziecko… i cała moja ekscytacja niedługo później była mglistym wspomnieniem, a ja coraz dotkliwiej odczuwałam, jak niewygodnie mi się siedzi. Jeśli sztuka jest dobra, jeśli do was trafia, zapominacie o bożym świecie i tym, że architekt projektował widownię z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. Jeśli nie, z każdą minutą utwierdzacie się w przekonaniu, że projektował ją z myślą o pozbawionych czucia w ciele karzełkach. To przykre jest, wiecie, gdy staczacie walkę o bilet, przez długie tygodnie nie możecie się doczekać, a gdy wreszcie nadchodzi godzina zero, zachodzicie w głowę, czy to wasze oczekiwania były tak rozbuchane, czy może po prostu coś tu nie do końca się udało.
Nie kumam. Tekst jest poruszający, dla wielu to coś w rodzaju manifestu pokolenia, które samo nie wiedziało, czego szuka w relacji z drugim człowiekiem. Wszystkie te zdania, tak bliskie, że aż chciałoby się je sobie wytatuować.
I love everything about you that hurts.
What’s so exciting about truth? Try lying for a change.
Men want a girl who looks like a boy. They want to protect her but she must be a survivor; and she must come like a train but with elegance.

Have you ever seen a human heart? It looks like a fist, wrapped in blood.
Tyle mocnych słów, tacy świetni, charyzmatyczni aktorzy. Można było mieć nadzieję, że z takiego połączenia wyjdzie czysty dynamit, że to będzie eksplozja i wielokrotny teatralny orgazm. No i ja miałam. Nadzieję. A czułam się, jakby ktoś do mnie wystrzelił najwyżej z tuby confetti.
To nie było złe, ale chyba nawet wolałabym, gdyby było wyraźnie spieprzone od początku do końca, skoro już nie mogło mnie porwać. A było po prostu letnie. Grzech letniości jest trudny do wybaczenia.
Ale – przy kolejnej wizycie Postman’s Park, tak ważne miejsce w tej sztuce, koniecznie odwiedzę.

Na szczęście nadeszła środa, kolejny z podwójnych dni. Podwójny wskutek zbiegu okoliczności, przy czym o tym za chwilę.
Miałam iść tego dnia tylko na Widok z mostu, choć byłam na nim już raz, w maju ubiegłego roku. Ku mojej radości spektakl postanowiono wznowić – z tą samą fenomenalną obsadą, ale w innym teatrze. A że miejsce inne, to i ludzi trzeba było usadowić inaczej. W oryginalnej wersji widownia otaczała scenę z trzech stron. W dostojnym XIX-wiecznym Wyndham’s Theatre takiego rozwiązania zastosować się nie dało, więc pokuszono się o inne.
Część miejsc dla widzów umieszczono mianowicie na scenie. Niżej podpisana właśnie takie miejsce dla siebie zorganizowała. Oczywiście była wniebowzięta – choćby dlatego, że tym sposobem po raz trzeci w ciągu roku znalazła się na scenie na West Endzie (niezły wynik, ech?). To fascynujące, bo rzędy siedzeń umieszczono dokładnie w miejscu, w którym scena przechodzi w kulisy i z jednej strony widzicie zapełniającą się w dole widownię, wspinające się wysoko balkony, kryształowe żyrandole i złocone stiuki – a z drugiej odrapane cegły, hydrant, telefon, jakieś frapujące pokrętło z napisem DANGER 400 VOLTS, plątaninę kabli, wajchy Bóg wie czemu służące, strome stalowe drabinki wysoko nad sceną, reflektory obracające się z cichym szmerem. Gdy w finałowej scenie z sufitu spływa zabarwiona na czerwono woda, czujecie jej ohydny, chemiczny zapach. Jesteście tak blisko, że widzicie włoski jeżące się na przedramieniu aktora. Niesamowite. A jeszcze bardziej niesamowity był Mark Strong metr ode mnie. Słowa nie opiszą geniuszu i zwierzęcości tego człowieka.
Ktoś o tym przedstawieniu napisał, że to tak, jakby siedziało się na torach i wpatrywało w nadjeżdżający szybko pociąg, ale nie mogło się ruszyć. Zazwyczaj publiczność jakieś tam dźwięki wydaje – ktoś kaszlnie, ktoś odkręci butelkę z wodą, ktoś zaskrzypi fotelem. A tu momentami panowała cisza tak absolutna, jakby widownia bała się oddychać. Co zresztą jest prawdą. To przedstawienie wstrząsa i sprawia ból. Doskonale się to ogląda, ale nie ogląda się tego miło.
Jest taka przykra scena, w której Eddie Carbone jest okładany pięściami przez swoją ulubienicę, osieroconą siostrzenicę żony. Z bliska to wygląda strasznie, bo aktorka naprawdę wali weń z całych sił. Jest od niego mniejsza o połowę, on ją nosi prawie jak kubek czy gazetę, ale w tej jednej scenie ona go z całą energią bije. Słyszycie ten głuchy dźwięk zaciśniętych dłoni uderzających z impetem w ciało. Potworne.
Sponiewierana i zapłakana publiczność nagrodziła wykonawców owacją jak huragan. Przy okazji byłam świadkiem jednego z najbardziej kuriozalnych zachowań, o jakie może się pokusić czyjś wielbiciel. Brrr. Podziwiam czasem ludzi za odwagę – czy może raczej za brak poczucia obciachu – natomiast zatrważa mnie pragnienie natychmiastowego bratania się z idolem. Może i lubi nam się wydawać czasami, że ich znamy; tyle razy ich widzieliśmy, że to prawie starzy kumple. Nic tylko po pleckach klepać. Tylko że oni nas nie znają. Nie wiem, co musiałoby się stać, jak bardzo musiałabym być odurzona, by rzucać się z rękami do obcego człowieka (nie żebym parę razy w życiu nie miała na to ochoty).

– W tym spektaklu nie ma przerwy, więc przepraszam, ale muszę spytać, czy pani była w łazience, bo miejsc na scenie nie można opuszczać w trakcie, chyba że będzie ewakuacja – powiedziała miła dziewuszka z obsługi. – Gdyby pani na przykład źle się poczuła i jednak musiała wyjść, to ja siedzę tu z tyłu na krzesełku, proszę dać mi dyskretnie znać…
I rzeczywiście, siedziała. Codziennie sobie siedzi na krzesełku, oglądając Stronga zza kulis. Dziewczyno, masz najlepszą pracę na świecie.

Wyszłam z teatru i już miałam dreptać do hotelu, gdy coś mnie tknęło. Zamiast pójść prosto do stacji metra tuż obok, skręciłam nazad w Shaftesbury Avenue.
Strasznie chciałam zobaczyć My Night With Reg jeszcze raz – wątpiłam w powodzenie tego chcenia, gdyż bilety drogie, a spektakl prawie wyprzedany. Pomyślałam mimo wszystko, że wstąpię do teatru i spytam o coś, co się zowie day seats, czyli bileciki wypuszczane w dniu przedstawienia, zwykle dużo tańsze i nierzadko w przednich rzędach.
– Nie ma – powiedziała miła pani w kasie. – Ale zwolniło się miejsce w loży, tuż przy scenie. Chce pani?
Wyobraziłam sobie cenę takiego biletu i zmartwiałam na chwilę. Mimo wszystko przybrałam minę osoby, która nocuje w Ritzu i grzecznie spytałam, ile za to.
– Dziesięć funtów – odrzekła pani, a autorka w ułamku sekundy wysupłała stosowny banknot.
Powiem wam, że jest to nawet dość przyjemne, gdy obsługa otwiera przed wami drzwi do waszej prywatnej (no, trzyosobowej raptem), intymnej, ciemnej loży znajdującej się na wyciągnięcie ręki – dosłownie – od sceny. I oglądacie sobie, siedząc jak jakaś wielka persona, łapiąc spojrzenia aktorów. Myślę, że to było najlepsze zakończenie wycieczki, jakie mogłam sobie wyobrazić. A chłopaki naprawdę są cudowne. Gross indecency! – takie wznoszą toasty, aż się chce je pożyczyć. Nawet ubolewam nieco, że nie pobiegłam na tyły po spektaklu, żeby im napiszczeć, jacy są wszyscy fajni, ale mnie takie rzeczy trochę za dużo nerwów kosztują. Za to przynajmniej wiem, jak Lewis Reeves mówi, gdy nie mówi z akcentem z Birmingham, wybitnie antykoncepcyjnym moim zdaniem. To przedsięwzięcie nie mogło się nie udać, jeśli zebrało się inteligentnych aktorów, między którymi wytwarza się zaraźliwa chemia i którym wspólna praca wyraźnie sprawia przyjemność. I widzicie, to jest właśnie ta wielka zagadka teatru – ze spektaklu, w którym teoretycznie nic nie miało prawa zawieść, najlepiej zapamiętałam znakomite Mai Tai w teatralnym barze i to, że bałam się, że zakładając nogę na nogę, kopnę w głowę widza rząd niżej; a z innego, który opowiada historię pozornie przeterminowaną, odpuszcza sobie ruchomą scenografię i inne wodotryski, w ramach dodatkowych atrakcji serwując widzom tylko znane na pamięć dźwięki Bowiego i The Police, wychodziłam oczarowana.
What I really want to do is join the police.
– Are you musical, then?

Potem już tylko hotel, rozbebeszona walizka, mokre włosy na poduszce, budzik ustawiony na czwartą trzydzieści – ale zamiast jak najszybciej zasnąć, gapiłam się bezmyślnie to w Sky News z wyłączonym dźwiękiem, to w sufit, to w wieżę zegarową St Pancras za oknem, słuchając w kółko tej samej piosenki.

I to wszystko. Gratuluję, ściskam rękę, składam pocałunek w stylu Breżniewa i wręczam osobisty order każdemu, kto dojechał do końca.
Teraz trzeba tylko będzie powoli, pomaleńku wrócić do moich pospolitych realiów – i do mieszkania, w którym zastałam rozkoszną temperaturę 14 stopni Celsjusza, bo oszczędnie wyłączyłam ogrzewanie przed wyjazdem. Obawiam się, że wcale nie wróciłam nie na długo, ale to osobny rozdział.
Znam już chmury po drodze; koło tej dużej w lewo, i zaraz będzie dom… wpid-dsc_00272.jpg.jpeg

What’s off stage

Trzeba być mną, żeby w drodze na upstrzone celebrytami wydarzenie (czerwony dywan, flesze, piski, te sprawy) prawie zgubić obcas. Bucik mi się zepsuł. Chwiejnym bardzo krokiem, ale z podniesionym czołem weszłam do teatru. Ubolewam po fakcie, że bucika nie porzuciłam, wychodząc, bo akurat stały tam moje dwa ulubione książęta, och, panie Bateman, jaki pan wysoki z bliska, a ten niepozorny okularnik obok to kto?… Achh, tak. Na zarumienioną od ginu, podekscytowania, gorąca i wysiłku wkładanego w zachowanie równowagi na rozkołysanym obcasie twarz autorki wypłynął odruch warunkowy. Ot, moje szczęście – zawsze wpadnę na kogo trzeba.
Do hotelu nie tylko wróciłam w obu pantofelkach, ale jeszcze skrzypiącym metrem zamiast karocy. Muszę chyba trochę popracować nad moją kopciuszkowatością.
Przechodziłam pod teatrem, w którym cały ten cyrk miał miejsce, przed południem i jakież było moje zdziwienie, gdy pod zamkniętymi jeszcze na trzy spusty drzwiami spostrzegłam przykryte śpiworami małolaty. O osiemnastej stężenie małolat przekraczało wszelkie dopuszczalne normy; ochrona wyłuskiwała spomiędzy tej hordy publiczność z biletami unoszonymi w garści nad głową.
Wieczór był słodki – towarzystwo, koktajle, wspaniałe śpiewające głosy, sławni ludzie ocierający się o mój płaszczyk w foyer, czarujący we własnej osobie Tom Hiddleston, który ku ogromnemu zaskoczeniu widowni wparował na scenę, żeby odebrać nagrodę za best play revival, to jest „Koriolana”… (on na żywo wygląda jak przecinek, dłuuuugi i cienki). Niemniej niżej podpisana jest zirytowana niezmiernie, bo wygrali nie ci, którzy wygrać powinni byli.
Wygrali najbardziej popularni.
Nie dziwi mnie to, ale szkoda trochę. Nasza biedna wstydliwa słabość (och, te kujońskie pingle, i jeszcze z mamą się przyszło; mówię przecież, że toto jest urocze nie do zniesienia) nie miała szans, choć zapracowała. Mark Strong, który samym spojrzeniem wgniata widza w podłogę i rozciera po niej to, co z wstrząśniętego widza pozostało, przegrał z Doktorem Who. Helen McCrory, nad której Medeą rozpływałam się tu przynajmniej dwukrotnie, przegrała z towarzyszką Doktora Who. Facet siedzący obok mnie parsknął, gdy to ogłoszono. I to najlepsze podsumowanie.
Otoczka była bardziej fascynująca niż sama impreza, która w sumie sprowadzała się do wymieniania sponsorów i błyskawicznego przechodzenia od kategorii do kategorii. Byłam, widziałam, zapisałam w pamiętniku, wnukom opowiem, ale nie będę drzeć szat, jeśli więcej tam nie trafię.
Tak czy inaczej, to ciekawe doświadczenie, bardzo absurdalne i troszkę baśniowe – przeciskając się przez tłum przed wejściem w rytmie trzasku migawek, przez chwilę macie wrażenie, że jesteście w centrum wszechświata. Bardzo pięknego, pachnącego, lśniącego wszechświata, w którym nie istnieją żadne mroki i zmartwienia.

First Aid Kit Marlowe

Wróciłam. Mówiłam przecież, że zaraz będę z powrotem. Mam kolosalny deficyt snu, bo nie było czasu na coś tak banalnego. Najchętniej uderzyłabym w kimono, ale muszę spisać wszystko, nim zapomnę. No, może nie wszystko.

Przyleciałam do Zjednoczonego Królestwa z duszą na ramieniu, bo huśtało nami tak, że ja – która latać się nie boję – zaciskałam kurczowo palce na poręczy fotela, ubolewając, że testamentu nie spisałam. Koszmar. Wysiadałam blada i ziemię gotowa całować.

Otrząsnęłam się, owinęłam moim dłuuugim szalikiem i wsiadłam w pociąg, żeby dojechać na południowy brzeg – musiałam spotkać mojego Golema.
To jest rzecz, której słowami nie da się opisać. Coś, czego dotychczas nie było. Animacja, w którą ‚wchodzą’ żywi aktorzy (połączenie jednego z drugim dech w piersi zapiera) i pyszna muzyka na żywo – każdy z wykonawców potrafi na czymś grać, więc przy okazji widz dostaje trochę niezłego punka. Olśniewający wizualnie teatr, przepiękna rzecz. I mądra do tego. Oto jest mały, nieśmiały, niedoceniany przez nikogo człowieczek. Oto jest Golem, gliniana kreatura, która może spełnić każde jego żądanie. Może za niego pracować, znacznie wydajniej, niż człowieczek kiedykolwiek dałby radę. Ale co, jeśli Golem zacznie się uczyć? Jeśli nauczy się mówić? Jeśli zacznie człowieczkowi wmawiać potrzeby? Jeśli zacznie nim rządzić?… Golem ewoluuje z pokracznej, niemej figury z gliny (z dość komicznym przyrodzeniem) maszerującej bezmyślnie za właścicielem, by wreszcie przybrać formę wszczepianego do głowy czipa, który właścicielem sprytnie steruje. Zabawka kręci życiem posiadacza. Dość znajome, prawda?
Gdy zapaliły się światła na widowni, byłam rozbawiona, bo to prześmieszne, i wstrząśnięta, bo to gorzkie i bardzo mocne. Wszyscy mamy swoich Golemów. Te Golemy szepczą nam do ucha, co powinniśmy robić i jak, chcesz tego, kup to, musisz to mieć, myślisz tak, jak ja ci mówię. Golem to cała nasza współczesna kultura – wydaje nam się, że to my wybieramy sobie z niej to, co nas kręci, ale już dawno zdecydowano za nas.
Rzecz nie do zapomnienia. Jedna z tych, które zbierają tylko dwa rodzaje recenzji – entuzjastyczne i takie pytające „WTF”. Osobiście należę do pierwszego obozu, bo jak wiadomo, lubię rzeczy dziwne. Golem niebawem rusza w trasę po kontynencie; naszego kraju na razie w planach nie mają, ale Chryste Panie, niech ich ktoś zaprosi.
Wyszłam z teatru, znów zamotałam mój niebezpiecznie długi szalik (powiadam, skończę kiedyś jak Isadora Duncan), pofrunęłam metrem do hotelu, żeby zrobić się na bóstwo i godzinę później biegłam na kolejny spektakl, dość wyjątkowy, choć z zupełnie innych przyczyn.

W naszym pięknym kraju pokutuje przekonanie, że teatr jest czymś niesłychanie poważnym, świątynią niemal. Do teatru trzeba ładnie się ubrać. Teatr jest z definicji nudny i nie wiadomo, o co chodzi (poza tym, oczywiście, rządzi nim lobby homoseksualne), a artyści to dziwni ludzie.
Za Kanałem sprawy mają się nieco inaczej. Na przykład nikt do teatru ładnie się nie ubiera – czasami nawet nie ma to szczególnego sensu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby przez trzy godziny stać na dziedzińcu Globe w szpilkach. Natomiast jedno się potwierdza. Artyści to dziwni ludzie.
W dobie mediów społecznościowych nikogo nie dziwi, że trailery spektakli są wrzucane na Jutuba, żeby widz mógł upewnić się, czy w ogóle chce wydać swoje ciężko (lub nie) zarabiane pieniądze na bilet. Nikogo też nie dziwi, że teatry mają profile na wszystkich tych Facebookach i Instagramach. Wreszcie nikogo nie dziwi, że aktorzy w owych czasach mają smartfony i nie wahają się ich używać. Tym samym widzowie pewnego spektaklu przez osiem miesięcy niemal codziennie dostawali bonus w postaci zdjęć zza kulis, publikowanych w wielkiej obfitości przez trzech panów z Gertie Dressing Room. Większość tych obrazków wywołuje w oglądającym reakcję „na co ja w ogóle patrzę”. Bo oto człowiek zyskuje cudowną możliwość obejrzenia sobie bożyszcza kobiet w rajstopkach. Albo zbliżenia na krocze jego wesołego kolegi (chciałam wrzucić, ale po przemyśleniu stwierdziłam, że uratuję resztki mojej już i tak sponiewieranej godności). Albo trzech mężczyzn siedzących wspólnie w wannie, ponieważ dlaczego nie. I całej masy innych zdumiewających scen. Dodajmy, że odtwórca głównej roli był ofiarą nieustannego dokuczania i niewybrednych żartów, gdyż towarzysze z garderoby korzystali z każdej szansy, żeby podkraść mu telefon i w jego imieniu publikować kretyńskie wpisy na Twitterze, strzelać mu z ukradka kompromitujące fotki albo parodiować jego sesje zdjęciowe. Bardzo się nad nim znęcali.
Będzie mi szczerze brakowało tej dokumentacji. Niestety w sobotni wieczór została wrzucona ostatnia fotografia, już wcale nie zabawna, bo wtedy też odbyło się ostatnie przedstawienie w tej obsadzie. Ostatnie przedstawienia mają na ogół bardzo specyficzną i poruszającą atmosferę, bo z jednej strony pełno w nich psikusów i mrugania okiem do widowni, z drugiej – jest smutno. To nie film, który można sobie odtwarzać dowolną liczbę razy. Wiecie, że widzicie coś po raz ostatni w życiu; to coś za chwilę przejdzie do historii.
Dowiedziałam się o dacie tego wydarzenia na tyle wcześnie, że ze spokojem mogłam kupić bilet i miałam niezbite wrażenie, że ogromna większość ludzi siedzących na widowni oglądała to po raz przynajmniej trzeci. Nie wiem, czyją mamą była pani obok mnie, ale podczas przeraźliwie długiej owacji nieszczęsna się popłakała – zresztą było coś takiego w powietrzu. A później niektórzy czym prędzej pośpieszyli na zaplecze, żeby wymienić tradycyjne pozdrowienia i niektórzy są z siebie bardzo dumni, bo wreszcie udało im się poprowadzić całkiem normalną konwersację, nawet pokusić się o żarcik, mimo że uroczość jak zwykle bezdusznie ich bombardowała uśmiechami, pachnieniem jak pierniczek i byciem niestosownie miłym. Co więcej, niektórzy są już przez uroczość rozpoznawani (khhh… nie jestem pewna, z jakiego powodu, ale to nie ma znaczenia). Co jeszcze więcej, gdy niektórzy już się żegnali, usłyszeli: love your jacket, by the way. Tak, ja też kocham mój płaszczyk, a teraz będę chciała zostać w nim pochowana, dzięki. Też mi się podoba bardzo, przywiozłam go dawno temu z Madrytu, ździebko ekstrawagancki jest, ale to dobrze – papuzie kolory to świetna tarcza dla nieśmiałych.
Przedstawienie będzie wystawiane jeszcze przez kilka miesięcy i gorąco polecam, gdyby ktoś akurat wybierał się do Albionu – za nową obsadę nie ręczę, bo nikogo z nich nie znam, ale jeśli będzie w połowie tak postrzelona i zżyta ze sobą, jak ta, która właśnie rozjechała się na zasłużone wakacje, to będzie dobrze.

W niedzielę, gdy już wygramoliłam się z łóżka (bo poprzedniej nocy, zamiast pójść po bożemu spać po powrocie do hotelu, zabrałam się za świńskie rozmówki i nagle zrobiła się czwarta nad ranem), ruszyłam obcować ze sztuką. Wreszcie wyszło słońce i wiatr nieco się uspokoił.
wpid-dsc_0007.jpg
wpid-dsc_00082.jpg.jpeg
Pechowo po drodze zalazłam do księgarni, ale nie chcemy o tym mówić. Ponieważ zakupione tomiszcza nie miały prawa zmieścić mi się do wypchanej „dozwolonej jednej sztuki bagażu podręcznego” (co poradzę, że zawsze mi po drodze jakiś Primark wyskoczy), podczas odprawy nonszalancko trzymałam je pod pachą z miną mówiącą „tak, jestem taką intelektualistką, że nawet dwugodzinnego lotu nie zniesę bez pięciu opasłych książek – i tak, jest mi zimno, dlatego mam na sobie dwa sweterki”. Znacie ten ból. Tak czy inaczej, najpierw koniecznie chciałam zobaczyć wystawę Allena Jonesa i na wystawę Allena Jonesa poszłam.
Wiele lat temu Allen Jones zaprezentował światu rzeźbę pt. Krzesło. Skandal był wielki. W latach osiemdziesiątych zostało toto poważnie uszkodzone przez wojujące feministki i musiało zostać odrestaurowane. Bogiem a prawdą, sama będąc feministką, wystawą byłam zachwycona od chwili, gdy weszłam do pierwszego pokoju. Stały w nim stoliki – takie kawowe, jakie większość z nas ma w domu, ze szklanym blatem. Tylko że te blaty opierały się na klęczących manekinach w gorsetach i sznurowanych butach.
To jest piękny, olśniewająco kolorowy, figlarny, perwersyjny, przesiąknięty erotyką pop-art.
Na wystawie nie wolno było robić zdjęć – a szkoda – ale poświęciłam się i kupiłam wam katalog. No dobrze, sobie kupiłam. wpid-dsc_0021.jpg
wpid-dsc_0019.jpgwpid-dsc_00222.jpg.jpeg
Ta leżanka, hm. Spoko leżanka.

Z Królewskiej Akademii Sztuk pognałam co koń wyskoczy nazad na Strand, żeby obejrzeć sztukę, która poszła źle. Dosłownie.
To wielki hit, rzecz niby niezbyt ambitna, ale jednak imponująca, zrobiona przez małą grupę świrów, którzy przez długie miesiące objeżdżali z nią Anglię, aż zyskali taki rozgłos, że dostali teatr na West Endzie i jakoś do jesieni będą to codziennie grać. W skrócie – to teatr w teatrze. Mój najbardziej ulubiony gatunek. Jest sobie otóż trupa teatralna, która usiłuje wystawić spektakl w stylu Agathy Christie, czyli „kto zabił”. Niestety trupa składa się z samych fatalnie grających nieudaczników, zakochanych w sobie i ślących widowni uśmiechy nawet jako zwłoki, lub też nieporadnych, złapanych w korytarzu w ostatniej chwili i zmuszonych do wejścia na scenę. Nieudaczna jest też obsługa techniczna. Scenografia się rozpada, pożar wybucha, rekwizyty się psują albo znikają, inspicjent jest zajęty bawieniem się telefonem, więc nikt nie wie, kiedy ma wejść, a gdy zapomina tekstu, musi sobie radzić sam; wreszcie femme fatale dostaje drzwiami w czółko i trzeba na gwałt znaleźć zastępczynię, bo przedstawienie musi trwać… I przedstawienie trwa. Jest koszmarne, ale trwa. Pies mający grać w drugim akcie gubi się w przerwie, więc aktor dostaje samą smycz. Nosze, na których miał być wyniesiony nieboszczyk, urywają się, toteż nieboszczyk usiłuje niepostrzeżenie wyczołgać się za kulisy. Wykonawcy wyglądają, jakby myśl „kurrrwa, co za żenada” walczyła w ich głowach z myślą „OK, opanuj się, jedziemy dalej” – wiedzą, że to całkowita klęska, ale ciągną rzecz do końca z jakimś desperackim entuzjazmem kamikaze. Cudnie się to ogląda, bo to popis wielkiego aktorskiego profesjonalizmu. Owszem, to slapstickowy humor, ale wszystko wali się tak perfekcyjnie i cała ta pozorna improwizacja jest pod tak doskonałą kontrolą, że chapeau bas. Dodać trzeba, że Mischief Theatre, czyli towarzystwo odpowiedzialne za całą tę produkcję jest bardzo konsekwentne i z jednakowym urokiem zawala również swój PR.
Niedawno w Bagateli odbywało się polskie czytanie tej sztuki; bardzo bym chciała, żeby ją wystawili u nas.
Z teatru ruszyłam prosto na lotnisko, na którym oczywiście mój z trudem spakowany bagaż został wybebeszony, a kremy sprawdzone pod kątem zawartości materiałów wybuchowych (dlaczego zawsze ja…), po czym mruczące silniki zaniosły mnie do domu.
wpid-dsc_0018.jpg
Pod własną kołdrę wlazłam po trzeciej w nocy. Będę odsypiać ten weekend przez tydzień.