A party in Vienna

W niedzielę lało.
Przez „lało” rozumiem ścianę wody przez całe popołudnie. A ja musiałam wyjść, bo przecież nie ma to tamto, nieważne, że niedziela, trzeba iść do teatru. Wypiłam herbatę w łóżku, skonstatowałam pod prysznicem, że żebra nadal całe, choć zatrzeszczały minionego wieczoru (powiadam, takie uściski to trzeba umieć, dziękuję ponownie, panie Goodwin, za tak miłe odcięcie mnie od świata na chwilę), zasznurowałam pepegi. I w zacinającym deszczu, walcząc z parasolką powędrowałam z powrotem na południowy brzeg, prosto w ciepłe i suche progi Menier Chocolate Factory.

Olbrzymi sukces Hamiltona (byłam, widziałam, podobało mi się, ale nie poddałam się histerii) zainspirował wielu twórców, ale nie tylko tych, którzy postanowili w taki czy inny sposób złożyć hołd Mirandzie i jego nowatorskiemu podejściu do musicalu. Można było w pewnym sensie oczekiwać, że prędzej czy pózniej powstanie jego parodia – Spamilton.
I jest to parodia udana – może niektóre żarty są nieco naciągane, ale wykonanie jest mistrzowskie. Nie tylko Hamiltonowi i jego twórcom się oberwało, nawiązań do innych hitów jest wiele, pojawia się nawet Liza Minnelli próbująca wyżebrać bilet. Bardzo jest to absurdalne, nieco głupie, niemniej po emocjonalnym tornado, które przeżyłam poprzedniego wieczoru, półtorej godziny śmiechu było mi niezbędne.

Następnego dnia wczesnym popołudniem udałam się do motylarium w muzeum Hornimana (kto nie był – koniecznie, przepiękny widok na Londyn, oszałamiające motyle, a w samym muzeum stoi okropnie wypchany, komiczny mors) i spędziłam tam parę cudownie relaksujących godzin. Pociąg zawiózł mnie z powrotem do centrum, przemaszerowałam na West End i zasiadłam w fotelu w moim jakże ukochanym Noel Coward Theatre – ech, wspomnień czar – by obejrzeć na własne oczy Aidana Turnera w Poruczniku z Inishmore.
Uwielbiam Martina McDonagha, uwielbiam czarny humor w ogóle, a w tej sztuce humor jest tak czarny, że bardziej już się nie da. I nigdy nie sądziłam, że zabicie zwierzątka – a nawet dwóch – przyprawi mnie o liczne wybuchy śmiechu.
No bo istotnie. Ginie kot. Przykra sprawa. Tym bardziej przykra, że właścicielem kota jest Padraic, członek organizacji paramilitarnej i młodzieniec nieco… nerwowy. Sąsiad jego ojca, który podejrzewa siebie o przejechanie kota, oraz sam ojciec są w totalnej panice, bo wiedzą, co będzie, gdy Padraic się dowie, że jego ukochany futrzak zginął tragicznie. Ośmielają się zadzwonić do niego, zajętego akurat torturowaniem pomniejszego dilera narkotyków, i mówią, że Wee Thomas (kot) kiepsko się czuje. Padraic zalewa się łzami, rzuca wszystko, daje torturowanemu pieniądze na autobus do szpitala i rusza do domu, sprawdzić, jak mają się sprawy z Tomaszkiem.
W tym samym czasie rodzina starannie naciera czarną pastą do butów innego znalezionego kota, licząc, że Padraic się nie zorientuje. Nikt by przecież się nie zorientował. Są przy tym zgodni w ocenie, że jeśli sprawa się rypnie, to obaj rozstaną się z tym światem.
W tle mamy jeszcze zakochaną dziewczynę, morderców ścigających głównego bohatera i z każdą minutą jest coraz bardziej krwawo, ale też coraz śmieszniej. Finał przynosi nieoczekiwaną niespodziankę i wielki wybuch śmiechu na widowni.
Świetne.
No i przyznać trzeba, że Aidan Turner radzi sobie w komedii znakomicie, a jego irlandzki – czyli naturalny – akcent jest rozkoszny. Bywa, i to wcale nierzadko, że sławni ludzie na scenie wypadają słabo, ogląda się ich z poczuciem, że ładni są na żywo, ale w sumie to wszystko, co możecie o nich powiedzieć. O nim szczęśliwie mogę powiedzieć więcej.
Oczywiście przy stage door były tłumy absolutne i wielu ludzi w stanie agonalnym. Aidan zniknął równie szybko, jak się pojawił. Zdążyłam jednakże zaobserwować, że jest całkiem wysoki.

Wyśmienicie.
Dzień kolejny.
Znowu pobiegłam na południowy brzeg, zobaczyć Marka Rylance’a w Otellu. To jest bez dwóch zdań wyśmienity aktor, zresztą niegdysiejszy dyrektor artystyczny Shakespeare’s Globe. Miejsce, jak wiadomo od lat, szczerze kocham, czuję się w nim wyjątkowo komfortowo. To jest teatr dla ludzi. Trochę mnie rozczarowało nagłe rozstanie z poprzednią dyrektor artystyczną, Emmą Rice, która wprowadziła w to miejsce bhangrę, punk i intensywność – spektakle są na nowo dość zachowawcze – ale oczywiście, Mark Rylance to Mark Rylance, a i przepiękna Sheila Atim (czy tylko ja mam wrażenie, że ona wygląda jak bogini?…) była znakomita. I świetny, charyzmatyczny Andre Holland w roli tytułowej (czy możemy porozmawiać o tym płaszczu? Czy Shakespeare’s Globe może urządzić wyprzedaż kostiumów?).
Stamtąd już tylko po sąsiedzku do National Theatre – efektywnie planuję moje wycieczki – na Home, I’m Darling. Wiedziałam, że muszę zobaczyć, bo po pierwsze Katherine Parkinson, którą uwielbiam od czasów IT Crowd, a po drugie lata 50.! Sam plakat do spektaklu był zachwycający, a spektakl to czysty miód na oczy fanów designu z epoki. I w dodatku jest uroczy, choć nie tak uroczy, jak mogłoby się wydawać. Bohaterka bowiem jest klasyczną panią domu, kręci się po kuchni w sukienkach z halką, przygotowuje śniadanie dla męża, piecze ciasta, parzy herbatki, wszystko cudownie. Mąż o włos od awansu.
Tylko że.
Tylko że rzecz wcale nie dzieje się w latach 50. Dzieje się obecnie. Bohaterka jest tak zafascynowana tą dekadą, że fascynacja rozwinęła się w obsesję. Obsesję w dodatku kosztowną, co Judy skrzętnie ukrywa przed mężem – na tyle kosztowną, że bank grozi odebraniem domu. Mąż ma cierpliwość świętego, ale i jemu wreszcie żyłka zaczyna pulsować. Matka bezskutecznie tłumaczy dziewczynie, że ta żyje w komiksie, że jej wykreowany świat koktajli i tańców nie ma nic wspólnego z rzeczywistymi latami 50., powojenną biedą, dyskryminacją, wszechobecną szarością, i że może czas skończyć tę zabawę.
Słodkie to było, zabawne, ale z całkiem… dorosłym przesłaniem. Każdy z nas w coś ucieka przed problemami, czasami tylko ten nasz azyl staje się kolejnym problemem.
Pyszne.

No dobrze.
Dzień ostatni.
Obudziło mnie potworne wycie. Coś wyło tak upiornie, że niemal wwiercało mi się w uszy. Jasna cholera. Alarm pożarowy. Wiecie, ja na ogół śpię w stroju urodzinowym, więc nie jestem gotowa do wyjścia jak stoję i prawie dokonałam spektakularnego samouduszenia, naciągając pośpiesznie koszulkę. Szczęśliwie hotel nie stał w płomieniach (raczej jakiś kmiot zapalił papierosa pod czujnikiem) i wkrótce mogliśmy wejść znów do środka. Nie powiem, lekko mnie to zestresowało, ale nie na tyle, bym porzuciła moje plany.
Dwa przedstawienia, nie inaczej. I to pierwsze znowu mnie rozdarło, może nie tak bardzo, jak sobotnie, ale zdecydowanie poruszyło czułą strunę.
Fun Home. Musical na podstawie graficznej autobiografii Alison Bechdel, opowiada historię dziewczyny z małej mieściny w USA – narratorem jest dorosła Alison, komentująca wydarzenia kolejnymi rysunkami, zza swojego pulpitu kreślarskiego albo siedząc gdzieś w tle z ołówkiem w dłoni. Gdy ją poznajemy, jest dzieckiem, wychowującym się w całkiem szczęśliwym, choć ekscentrycznym domu. Ojciec kolekcjonuje antyki, uczy angielskiego w lokalnej szkole i… prowadzi dom pogrzebowy. Alison dorasta i z wolna odkrywa, że chyba jest lesbijką. Na początku nie chce się do tego przyznawać. Otwiera ją dopiero pierwsza miłość. Rodzice, cóż, nie reagują dobrze, ale z przyczyny zgoła innej niż zwykłe uprzedzenia. Przyczyną jest pewna tajemnica. Mianowicie ojciec Alison jest gejem. Przez całe życie miał romanse z mężczyznami, często zbyt młodymi.
I to on jest prawdziwie tragiczną postacią w tej opowieści. Udręka podwójnego życia doprowadzi do tragedii.
Znowu spektakl z gatunku przykrych, ale oczyszczających.
Pięknie zagrany, pięknie zaśpiewany.
A ojca świetnie grał Zubin Varla, niepodobny do siebie w charakteryzacji małomiasteczkowego belfra, dając widzom pewne wskazówki co do natury jego bohatera, ale były one bardzo, bardzo subtelne. Aktorom grającym gejów zdarza się popadać w nieznośne zmanierowanie, tu nic z tych rzeczy się nie pojawiło. To był faktycznie obraz człowieka, który spędził całe życie, udając kogoś, kim nigdy nie był.
Zubin, wiecie, ma głos, który was wyrywa z butów. Głos trochę jak papier ścierny, głos przepotężny. To mój ukochany Judasz. On płuc w tym spektaklu używa bardzo oszczędnie jak na swoje możliwości.
Oczywiście po przedstawieniu stałam obok niego przez 10 minut w barze Young Vic i nawet się nie zorientowałam. Dopiero, gdy jakaś dziewczyna podeszła do niego i nieśmiało poprosiła o podpis na programie, a on się odezwał i roześmiał, odwróciłam się w lekkim szoku. Trzeba przyznać, że ma wyjątkowo piękne oczy, śmiech też.
Nadszedł wreszcie czas spektaklu ostatniego. Aristocrats w Donmar Warehouse.
Z Donmar Warehouse mam ten problem, że nigdy nie mogę go znalezć – ilekroć tam idę, to się gubię. Mniejsza. Dotarłam.
Arystokraci to sztuka z gatunku „nic się nie dzieje, a ile się dzieje”. Oto bowiem mamy rodzinę, która zjeżdża się na wesele do popadającej w ruinę posiadłości. Trzy siostry i brat, nieco osobliwy (grany świetnie przez Davida Dawsona, tego samego, co mnie do łez doprowadził wespół ze swoim kolegą Andrew Scottem w The Dazzle lat temu parę – mnie naprawdę ten brytyjski teatr szkodzi na oczy). Do wesela nie dojdzie, ale mniejsza o to. Bohaterowie, wyraznie tyranizowani przez obecnie śmiertelnie chorego ojca, nieszczęścia ukrywają głęboko pod skórą, nadrabiają miną, żartują, kłamią, zapijają nędzę swojej egzystencji alkoholem. Pozornie sielskie życie to taka sama ruina jak ten ich nieszczęsny dom, niby piękny, ale rozpadający się w oczach. Niegdysiejsza potęga nie istnieje. To już tylko sen, podobnie jak snem są rodzinne relacje. O dziwo, nie jest to rzecz ciężka i przytłaczająca – wprost przeciwnie, pełna gorzkiej ironii. No i znaczna część historii rozgrywa się między słowami. Widz wielu rzeczy musi się domyślić.
Nie zmieniło to mojego życia – ale było intrygujące.
– Jak myślisz – pyta zaaferowany facet za mną swojego współoglądacza, gdy wychodzimy – czyje to było dziecko?…

I koniec.
Hotel. Budzik na piątą rano. Pociąg. Lotnisko. Dom.
Do następnego razu.
Cheers.

Reklamy

I came to heal you

Myślałam, że nigdy tu nie dotrę.
Przesiedziałam kilka długich godzin na lotnisku, gapiąc się ze smutną rezygnacją na odlatujące samoloty. Rodzina siedząca obok mnie posłała mi zbiorowe spojrzenie mówiące „patologia”, gdy przyniosłam sobie kieliszek wina z baru przed jedenastą. Nie wasz interes. Poza tym to lotnisko, odrębny świat w świecie.
Wreszcie rozległo się długo oczekiwane „samolot jest gotowy na przyjęcie pasażerów” i autorka pofrunęła do Londynu.
Londyn jak Londyn. Padało, więc owinęłam się moim ponczo, które dziesięć minut później zdejmowałam, ubolewając, że nie zabrałam okularów przeciwsłonecznych.
Dziś też by mi się przydały, choć jest pochmurno. Głównie po to, by zasłaniać moje zapuchnięte powieki.

Jeśli państwo myślą, że wydarzyła się jakaś tragedia, to nic z tych rzeczy. Właściwie to wydarzyło się coś pięknego i raczej oczyszczającego.

Czasami jest tak, że po prostu musicie kupić na coś bilet. Odczuwacie jakiś niezrozumiały przymus. I robicie to, choć potem przychodzi myśl: „Hmm, czemu ja właściwie to sobie robię?”.
Jak wiecie, ja jestem trochę masochistką, jeśli chodzi o moje teatralne wybory (i nie tylko w sumie). Lubię, gdy mnie spektakl trochę przeciora. Lubię czasem łzę uronić albo siedzieć sparaliżowana. Czasem się przestraszyć nawet. Lubię teatr, który mną wstrząsa.
I wczoraj wstrząsnął tak, że płakałam jeszcze w drodze do hotelu.
Nie byłam jedyna, sądząc po zbiorowym pociąganiu nosem i urywanych oddechach na widowni.

A Monster Calls to opowieść ogromnie przykra – o trzynastolatku, którego matka jest w terminalnym stadium raka i który znajduje nieoczekiwane wsparcie na granicy jawy i snu – ale w jakiś paradoksalny sposób ogrzewająca. Książkę wydano u nas pod tytułem Siedem minut po północy. Film też powstał. A w tym roku na motywach powieści napisano sztukę, która trafiła do Old Vic – najpierw w Bristolu, później w Londynie. W roli głównej – nastolatka, który nie może się pogodzić z umieraniem najbliższej mu osoby – obsadzony został Matthew Tennyson. Jadę, pomyślałam natychmiast.
Matthew Tennyson, którego możecie pamiętać z roli Puka w Śnie nocy letniej z Shakespeare’s Globe, pokazywanego u nas w kinach i dostępnego online, to mężczyzna o ślicznej twarzy dziecka, drobniutki, kruchy – ale o zdumiewająco potężnym głosie i ogromnym talencie. Matthew nie wybiera sobie łatwych ról – grał na przykład w Oczyszczonych Sarah Kane. Scena, w której był karmiony siłą, do końca życia mnie nie opuści jako jedno z bardziej traumatycznych teatralnych doświadczeń.
W każdym razie.
Kupiłam bilet na ostatnie przedstawienie i poszłam.

Conor, chłopak nieszczęśliwy, gnębiony w szkole, dręczony koszmarami, żyje nadzieją, że mama wyzdrowieje. Tak jak każdy z nas, patrząc na kogoś, kto gaśnie w oczach. Wiemy, że nie ma szans, ale oszukujemy się, bo wydaje się, że tak łatwiej. A potem przychodzi ta straszna, straszna myśl – niech to się już skończy.

Your mind will believe comforting lies while also knowing the painful truths that make those lies necessary. And your mind will punish you for believing both.

Którejś nocy, o 12:07, Conora odwiedza potwór. Potwór-ożywione drzewo cisu z ogrodu, które chce opowiedzieć mu trzy historie.
– Czwarta będzie twoja. I wtedy powiesz prawdę.
Historie nie przekonują chłopca, są dziwne, niejednoznaczne, pozbawione jasnego morału. Nic w nich nie jest takie, jakie się wydaje. Jak niby mają mu pomóc?…
Conor nie boi się potwora – postaci imponującej, w tym spektaklu półnagiego, muskularnego mężczyzny zaplątanego wśród lin poruszanych przez ensemble, genialnie imitujących koronę drzewa; zresztą w ogóle aktorzy w tym spektaklu spędzają sporo czasu w powietrzu. Potwór nie może go przestraszyć, bo dzieciak zmaga się z innym, znacznie paskudniejszym. Zresztą potwór nie zjawił się po to.
– Wylecz moją mamę.
– To nie ją przychodzę wyleczyć.

Fascynujące było to monstrum – emanacja surowej siły i zarazem łagodności, przerażająco dudniący głos cichnący powoli, od dzikiego, niepokojącego żywiołu po postać niemal ojcowską w ostatnich scenach. Ktoś, kogo się boicie, a jednocześnie ucieklibyście do niego, żeby was ochronił. W którejś recenzji napisano „a Grimm weirdo and a wise psychoanalyst”. Gdy położył ręce na ramionach słabiuchnej już matki chłopca, miałam wrażenie, że cały teatr jak zahipnotyzowany patrzy na jego powolutku podnoszącą się i opadającą klatkę piersiową, i oddycha razem z nim, coraz spokojniej.
Fascynujący był to spektakl, intensywny, olśniewający wizualnie, dynamiczny, ze świetną muzyką na żywo (powinni ją wydać). Scenografia minimalna, ale po co nam scenografia, jeśli mamy ogromną scenę Old Vic, sprawnych fizycznie aktorów, trochę lin, światło i cień?
Fascynująca to opowieść. Niby baśniowa, a jednak najbardziej prawdziwa. Łatwo popaść w rzewność i sentymentalizm, mówiąc o sprawach ostatecznych, ale to przedstawienie trzymało się od tego z daleka, uwalniając bolesne emocje u widza, zamiast je w niego wpychać.
A te emocje to coś, co każdy zna. Albo pozna niedługo, inaczej nie będzie. Tak, będziesz patrzeć na twoich bliskich, gdy będą umierać. I umrą. Taka kolej rzeczy. Nie zatrzymasz ich siłą. Musisz pozwolić im odejść, a jeśli czujesz, że właściwie tego chcesz, to też coś bardzo naturalnego. Nie ma sensu udawać, że nie cierpisz, nie boisz się i cię nie boli, bo cierpisz, boisz się i cię boli. Wszystko, co się w tobie dzieje, jest normalne, jest ludzkie, jest straszne, ale… uleczalne.
You were simply wishing for the end of pain. Your own pain. It is the most human wish of all.
Dziewczyna siedząca obok mnie schowała twarz w dłoniach po tych słowach.
Koszmar, który ci się śni, w którym ktoś, kogo kochasz, wyślizguje ci się z rąk – to jest właśnie twoja prawda. I można poradzić sobie z tym koszmarem tylko w jeden sposób.

And so the story ends with the boy holding tightly on to his mother. And by doing so, he could finally let her go.

Zapłakana widownia zerwała się na równe nogi w burzliwej owacji, a zapłakana autorka poleciała pod stage door, choć wcale nie miała takiego zamiaru. Nie chodzę często. Nie zbieram trofeów, a poza tym moja nieśmiałość daje dwustuprocentową pewność, że albo palnę coś głupiego, albo w ogóle nic nie powiem, więc po co mi stres. Oczywiście wiem, że brytyjscy aktorzy zapewne widzieli wielu dziwoków i jakaś jąkająca się nerwowo panienka to nihil novi sub sole, business as usual, i wiem też, że są bardzo mili i przystępni, ale…
No właśnie.
Poszłam wczoraj. Pusto. Szkoda, bo twórcy tego spektaklu byli absolutnie warci tego, by im gorąco dziękować (i Boże, jaki ten Matthew jest maleńki, jaki uroczy).
No i wyszedł Stuart Goodwin, rzeczony potwór. Niżej podpisana podeszła do niego ostrożnie, ocierając ciągle mokre policzki i wydarzyło się coś bardzo dziwnego, czego nigdy nie zapomnę.
– Ja tylko… chciałam podziękować, to było absolutnie poruszające.
– Oooch, dziękuję, to bardzo miłe. Dla nas to też była niezła podróż.
– Przepraszam, pewnie mam tusz do rzęs na całej twarzy.
– Not at all – odrzekł uprzejmie „potwór”.
I wtem niżej podpisana usłyszała ze zdumieniem i przerażeniem swoje własne słowa:
– To może głupio zabrzmi, ale… czy ja mogę pana przytulić?
– Ależ oczywiście! – i nim się zorientowałam, tonęłam w długim, mocnym, męskim uścisku.
I to dla mnie był naprawdę ostatni akt tego przedstawienia. Opowieść piąta.
– Też chciałabym mieć takiego potwora… – mówię cicho, wypuszczona powoli z objęć, nagle jesteśmy z powrotem w Londynie, trochę mży, samolot huczy, gdzieś wyje karetka, ktoś naciska klakson.
(Ty już lepiej nic już nie mów, dziewczyno).
– Nie wiem, co moja żona na to, ale na pewno coś dałoby się zorganizować.

Popłakałam się znowu, pisząc to wszystko.
Dziś tylko Spamilton – właściwie od teraz tylko rzeczy lekkie. Ale rany julek, czuję się… Czuję się tak bardzo inaczej po tej sztuce. To jest właśnie cała, znana od wieków moc dobrego teatru. Katharsis.

You would have imagined her at one moment a maniac, at another a queen

Alors.
Nadal jestem w Paryżu. Nadal nie pałamy do siebie miłością, ale muszę przyznać, że latem jest bardziej znośny. W weekendy można włóczyć się po nim w sukience i espadrylach, zatrzymując się tu i tam na drogi i rozcieńczony Spritz.

Żeby jednak zachować równowagę emocjonalną, czasem trzeba zwiać.

Gdy dowiedziałam się, że mój leworęczny kolega Andrew Scott wraca na scenę z monodramem Sea Wall, napisanym specjalnie dla niego, gdy nie był jeszcze sławny, uznałam, że muszę tam być, choćby nie wiadomo co. Mniejsza o finanse i logistykę. Toteż w minioną sobotę wstałam o piątej rano i poturlałam się pociągiem na lotnisko.
Najpierw obejrzałam Killer Joe, spektakl głośny, bo występuje w nim niejaki Orlando Bloom. Oraz jego goły tyłek. Było to nadspodziewanie dobre – spektakl mam na myśli, nie tyłek. Fakt, Bloom dla mnie nie był dość psychopatyczny w roli głęboko zaburzonego policjanta-mordercy, terroryzującego dysfunkcyjną rodzinę, która go wynajęła (brzmi jak przednia rozrywka, w sam raz na sobotnie popołudnie, prawda?). Adam Gillen w roli nie do końca sprawnego umysłowo – lub po prostu pod wpływem – dilera narkotyków go przyćmiewa. Przestroga dla czytających, którzy się wybierają – to NIE jest rzecz dla ludzi nerwowych. I raczej brutalna. Ale nadal jest to komedia, choć w istocie czarna.

Następnie podreptałam na drugi brzeg Tamizy.

Andrew Scott jest niedużym człowiekiem. Jest mojego wzrostu, na faceta to niewiele.
Teatr Old Vic jest ogromny.
I ta krucha postać trzymała go w garści. Publiczność bała się oddychać. Nigdy nie słyszałam w teatrze takiej ciszy. Naprawdę nigdy. Scott nie ma najmniejszego problemu z milczeniem przez długie chwile, gdy widownia czeka, by się odezwał, żeby przerwał ten dyskomfort. Granie ciszą jest trudne, wielu aktorów na tym poległo. Andrew w tym monodramie udowadnia, że jest wybitny. Może jego brytyjscy koledzy po fachu grają u Marvela, ale on ich warsztatem bije na głowę. Jego talent jest nie z tego świata. On w tym przedstawieniu ani na sekundę nie podnosi głosu, to raczej luźna konwersacja niż podniosły monolog. Pamiętam The Dazzle, w którym też był doskonały. Smutne spojrzenie jego czarnych oczu wystarczyło, żebym się popłakała. Musiał to widzieć, siedziałam dwa metry od niego. Czy miał dla mnie litość? Oczywiście, że nie.
Gdy publiczność wchodzi, Scott już jest na scenie, kręci się, popija wodę, uśmiecha do widzów. Nagle zaczyna mówić. Światła pozostają zapalone – to trochę niekomfortowe, ale dziwnie intymne zarazem. On mówi do was, nie do wyimaginowanego punktu w ciemności. Opowiada wam historię.
Historię ojca, który latem zabrał rodzinę na wakacje. Normalna rzecz.
Tylko któregoś dnia jego córeczka spada z nadmorskiego klifu i ginie na miejscu.

Scott mówi o tym wszystkim cicho i spokojnie, a jednocześnie spod tego spokoju wybrzmiewa szalona rozpacz człowieka, który kompletnie sobie nie radzi z nagłą i koszmarną stratą. Jak on to robi, nie mam pojęcia.
Po jego ostatnich słowach wreszcie zapadła ciemność.
I wtedy dało się usłyszeć, jak ludzie płaczą. Nie pociągają nosem dyskretnie – płaczą.
A potem zerwali się na równe nogi w wariackiej owacji.
A potem pobiegli pod stage door, podziękować tej irlandzkiej iskrze, że ZNOWU sprawiła im ból. Andrew Scott jest przemiły. I robi świetne selfies. Na żadnym selfie nie wyglądam tak promiennie, jak na tych, które on zrobił. Już mam trzy.

Następnie wróciłam do Paryża.
Weekend spędzam, chodząc po kościołach. Nie jestem wierząca, ale mam taki zwyczaj, że lubię zapalić świeczkę w katedrze – na szczęście, na wszelki wypadek. Wczoraj zatem podmalowałam oko i włożyłam sukienkę, żeby nie wyglądać jak ostatnia sierota w światowej stolicy mody, i poszłam do Notre Dame.
Jest coś niebywale kojącego w gotyckich kościołach. Są imponujące, zbudowane ad maiorem Dei gloriam, oczywiście, ale cisza i chłód tych murów jakoś was otulają. Czasami siadam i siedzę przez kwadrans lub dłużej, po prostu. Smutne jedynie, że co jakiś czas z głośników rozlega się „Shhhh… Prosimy o ciszę”, bo to jednak miejsce skupienia, o czym wielu podekscytowanych turystów zapomina.
Stamtąd poleciałam do Sainte-Chapelle, bo to raptem ulicę dalej.
Ponieważ wstęp tam jest płatny, a najpierw musicie przejść kontrolę bezpieczeństwa, mamy do czynienia z pewnymi kolejkami.
I za mną stała pani. Amerykanka. Nie chcę powielać stereotypów, ale że tak powiem, ja cierpię dolę.
Pani jęła narzekać. „Po co my tu stoimy, już widziałam parę kościołów, wszystkie takie same (błagam… przyp. aut.), dlaczego jest tak gorąco i nie ma klimatyzacji (bo jest lipiec i stoimy na zewnątrz, przyp. aut.), tydzień temu byliśmy w Londynie i to przecież to samo (nie, Londyn nijak nie przypomina Paryża, durna babo, przyp. aut.). Ja nie chcę, wolałabym na drinka”.
Mam nadzieję, że górne piętro kaplicy sprawiło, że pomyślała, iż może jednak warto.

Stamtąd poleciałam do Panteonu, przywitać się z Marią Curie-Skłodowską. Rozczulił mnie świeży bukiecik czerwonych i białych kwiatów położony na jej sarkofagu.
Stamtąd – na mecz do knajpy. To pięknie wyzwalające doświadczenie, walić piwo z plastikowego kubka wśród obcych i wrzeszczeć do ekranu.

Red is is the colour of sex and danger and signs that say „do not enter”. All my favourite things in life.

Dopiero przyleciałam, a już kolejny poniedziałek minął. Zdążyłam świętować urodziny w knajpie z gwiazdką Michelin, pójść do teatru po robocie i w weekend, kupić parę biletów na kolejne dni, spędzić dwa radosne wieczory na komentowaniu półfinałów Eurowizji. Po drodze troszeczkę nawet popracowałam i zdążyłam zatruć życie lokalnemu IT, który zachowuje się zupełnie jak w serialach – „nie zawracaj mi głowy, kobieto, wyłącz i włącz ponownie”.

Niby jestem daleko od domu, ale wcale tak się nie czuję. Ja i to miasto oswoiliśmy się dawno temu. Gdy moja mama usłyszała, że tu wyjeżdżam, wzruszyła tylko ramionami.

W środę z biura pobiegłam na West End, zobaczyć Alfreda Molinę w Red.
Mój Boże, cóż to za klasa.
Wyśmienity aktor w bardzo mocnej roli.
Mark Rothko to wybitny malarz naszych czasów. Postać niezwykła i tragiczna. Zagrać go mógł tylko ktoś stosownie utalentowany, stosownie wrażliwy i stosownie charyzmatyczny, a Alfred Molina to jest takie mięcho aktorskie, że oczu nie sposób oderwać. To jest teatralna Formuła 1. To jest człowiek, którego każdy gest śledzicie z zapartym tchem. Trudno polubić jego bohatera, bo to typ marudny, zadufany w sobie i arogancki, choć w pewnym sensie, w końcu „ojcuje” nieco swojemu młodemu asystentowi, mówiąc mu w ostatnich scenach – wyjdź stąd. Zacznij robić swoje, żyj po swojemu. Zacznij tworzyć. Dla siebie.
Enoch – też Alfred – pojawia się w tym przedstawieniu jako onieśmielony chłopak z prowincji, gość do płukania pędzli, mieszania farb i parzenia kawy. Ale on też jest malarzem. I człowiekiem równie bystrym co Rothko, więc prędko zaczyna kwestionować jego artystyczne wybory, w tym zwłaszcza malowanie obrazów na zamówienie restauracji – swoją drogą, Rothko w końcu wycofał się z umowy, a rzeczone obrazy można dziś oglądać w Tate Modern. Gdy asystent wyjaśnia mistrzowi, czemu nie lubi tego akurat odcienia czerwieni (Rothko wścieka się na samo słowo „czerwony” – bo co to jest, czerwony? Karmazyn? Karmin? Magenta? Światła uliczne? Krew?), na widowni zapada głęboka cisza.

W angielskim sztuki, w których gra tylko dwóch/dwoje aktorów, nazywa się two-hander. To trudne zadanie. Trzeba utrzymać dynamikę. Nie stłamsić partnera, ale też nie dać mu się ograć. To nie jest pojedynek, raczej gra do jednej bramki. I dwa Alfredy radzą z tym sobie doskonale. Choć jest właściwie trzeci aktor w tym przedstawieniu i są to obrazy. Pięknie jest to przedstawienie oświetlone, intymnie i malarsko.
Tak pysznie trafiłam, że po spektaklu było krótkie Q&A z aktorami i reżyserem, bardzo uroczym człowiekiem. Ludzie zadawali bystre pytania, na przykład o symbolikę religijną – są takie dwie sceny, gdzie nie sposób nie zauważyć… – o to, czy któryś lubi Andy’ego Warhola, o to, który ze scenicznych partnerów Moliny (on gra tę rolę od dziewięciu lat, Enoch jest jego trzecim scenicznym partnerem, pierwszym był Eddie Redmayne) w tej sztuce jest ulubiony. Tu muszę dodać moje stałe przemyślenie – wielki mam od zawsze szacun dla brytyjskich aktorów za to, że nie gwiazdorzą. Pewnie niektórzy tak, jasna sprawa, ale często zdumiewa mnie, że te wielkie nazwiska to ludzie w istocie skromni i sympatyczni. I rozczulające to było, jak Alfred Molina nazywał swojego młodego imiennika „Alfie”. No i powiedział, że publiczność tego wieczoru wyjątkowo mądra i dobrze wygląda. Żarty żartami, ale mówił – jak i reżyser – bardzo dużo o tym, jak ważne są reakcje publiczności podczas przedstawienia, jak wiele one potrafią zmienić. Ciekawe bardzo.
Rzekłabym, że to jedna z najmocniejszych rzeczy, jakie widziałam ostatnimi czasy.

W piątek wszak, niejako dla równowagi i ponieważ piątek w Londynie to piątek w Londynie, więc nie idziemy spać o dwudziestej pierwszej, wybrałam się na Kinky Boots.
I była to znakomita decyzja.
Wiecie, ja nie jestem jakąś wielką fanką musicali, ale czasami człowiek ma przemożną potrzebę nacieszenia się życiem. Kinky Boots potrzebę tę spełniają z naddatkiem. Wspaniałe to jest.
To jest piękny, radosny spektakl. Pysznie zagrany i odkłamujący stereotypy. Historia jest prosta (i prawdziwa, choć nie w całości). Oto chłopak dziedziczy upadającą fabrykę butów w Northampton. Wie, że aby utrzymać się na rynku – i nie zwolnić pracowników, których zna przez całe życie – musi wyprodukować coś wyjątkowego. Znaleźć niszę. I znajduje, dzięki pomocy kogoś, kto przypadkiem staje na jego drodze. Jak wszyscy wiemy, przypadkowe spotkania są najlepsze i potrafią zmienić życie, a Lola, atrakcyjna miłośniczka butów postawi życie głównego bohatera na głowie. Czy raczej na obcasach.
Lola to muskularny facet, zawodowy bokser. Drag queen i twardy gość. On pociąga kobiety i mężczyzn. Nie sposób nie kochać Loli.
A buty są oczywiście czerwone.

Pysznie się bawiłam.
Chciałabym powiedzieć to samo o sobotnim Makbecie w National Theatre, ale głównie myślałam o tym, że jestem głodna i zjadłabym coś niezdrowo kalorycznego, i to cała recenzja tego spektaklu. Jak można uczynić Makbeta – sztukę, w której są morderstwa, duchy, wiedźmy i chodzący las – nudnym, nie wiem, ale właśnie tak się stało. Smuteczek.

W niedzielę było czytanko – rewelacyjne, z ogromną i przystojną obsadą, i z piosenkami! Miło było znów zobaczyć znane twarze. I zawsze miło posiedzieć w Sam Wanamaker Playhouse, mimo że jest tam boleśnie niewygodnie.
A dziś idę do opery.
W biurze już mnie nawet nie pytają, czy pójdę wieczorem na drinka.
– Ty chyba lubisz teatr, co?
Trochę.

The nicest thing about feeling happy is that you think you’ll never be unhappy again

W piątek odebrałam paczkę z książkami. Skromnie, siedem sztuk. Powinno wystarczyć na ten tydzień. Plany na majówkę miałam bowiem właśnie takie – pomiędzy wyjazdami leżę i czytam.
Pomiędzy wyjazdami.
No właśnie.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zorganizowała sobie bardzo krótkiej wycieczki do Londynu. Może nie AŻ tak krótkiej, jak potrafiły być w przeszłości (czyt. mniej niż 24 godziny), ale jednak. Koncepcja wycieczki pojawiła się niespełna miesiąc temu, gdy przeglądałam internet w przerwie na obiad i WTEM. Autorka westchnęła, dokonała kalkulacji i sięgnęła po portfelik.
Dwa tygodnie pózniej drogie moje przedsiębiorstwo uznało, że czas mi jechać w kolejną podróż służbową, żebym się nie zasiedziała w Polsce. Nawet jakoś bardzo mnie to nie rozczarowało. Ani nie zaskoczyło. Ucieszyło nawet, zwłaszcza że miejscem kolejnego zesłania jest Londyn właśnie. Innymi słowy, w niedzielę po południu, gdy każdy porządny obywatel siedzi nad rosołem, ja znowu będę siedzieć w samolocie lecącym do miasta, z którego dwa dni temu wróciłam.
I tak to u mnie wygląda.
W każdym razie. Wracajmy do tematu.

W sobotni poranek – ale nie żeby zbyt wcześnie, chyba się starzeję i już mi się nie chce wstawać o czwartej rano, jeśli nie jest to bezwzględnie konieczne – spłynęłam z łóżka, uczesałam się, rzęsy podmalowałam, wrzuciłam rzeczy najpotrzebniejsze do mojej ukochanej podróżnej torebusi (mam inne, ale ta jest najlepsza) i w drogę. Ponieważ był to wyjazd nie do końca dobrze obmyślany, mój sobotni wieczór i niedzielne popołudnie organizowałam sobie w ostatniej chwili i wybrałam dwa przedstawienia.
Mood Music i Pocałunek kobiety-pająka.
Pierwsze, bo historia o dziewczynie, która próbuje przebić się w przemyśle muzycznym, na co nie do końca pozwala jej zadufany w sobie szalenie producent, wydała mi się jakoś pociągająca. Gitary na scenie i tak dalej. No i Ben Chaplin w roli tegoż producenta.
Drugie, bo zawsze fascynowała mnie historia Moliny i Valentina. Bardzo lubię książkę, pamiętam musical w Teatrze Rozrywki i gdy dowiedziałam się, że będzie nowa sceniczna adaptacja tej powieści, natychmiast się podekscytowałam. Zwłaszcza że w skromnej obsadzie znalazło się dwóch wspaniałych mężczyzn – Samuel Barnett i Declan Bennett.

Mood Music okazało się lepsze niż sądziłam.
Nie jest to spektakl wybitny i nie należy tego po nim oczekiwać. Jest to spektakl szarpiący strunę #timesup, spektakl o kobiecie w świecie zdominowanym przez mężczyzn – bo showbiznes jest taki. Kobieta, dziewczyna właściwie, ma swoje pomysły na kawałki, ale dla producenta jest tylko damskim głosem, a wokalistki są tańsze niż wokaliści. Jego nie obchodzi, co ona ma do powiedzenia. Obchodzi go, co on może na jej płycie i trasie ugrać. Bohater Chaplina to sukinsyn jakich mało – dowcipny, owszem, to mu trzeba przyznać. Każdy kiedyś poznał takiego. Narcyz. Samochwała. Arogancki. Bez mrugnięcia okiem wykorzysta talent i emocje innych ludzi. Gdy sprawy toczą się nie po jego myśli, robi z siebie ofiarę. Ja chciałem dobrze, tylko nie wyszło, a teraz wszyscy mają do mnie pretensje.
(Oglądając ten spektakl, myślałam o tych słodkich osobach, które podpisywały się pod moją wielogodzinną pracą. Kij im… na drogę).
Oczywiście Ben Chaplin sprawia, że trudno wam znienawidzić jego postać, choć też nie stara się go usprawiedliwiać ani wygładzać.
Jest to przedstawienie, które przypomina nieco przesłuchanie (bo obie strony mają prawników i psychologów, rzadko rozmawiają ze sobą, mówią raczej do adwokata czy terapeuty, którzy nierzadko bezlitośnie ich punktują) i skromnie zaadaptowane na ogromną scenę Old Vic, ot, goła przestrzeń studia z krzesłami, mikrofonami, gitary jakieś – ale jest ciekawe, dynamiczne i rezonuje przykro w dzisiejszych czasach. W jego prostocie tkwi siła, bo widz musi słuchać. Podejrzewam, że Old Vic nie bez przyczyny wybrał tę akurat sztukę, biorąc pod uwagę wydarzenia ubiegłej jesieni – jego były dyrektor artystyczny, wiadomo… To było ryzykowne posunięcie. A jednak się udało. Dziś ukazały się bez wyjątku bardzo dobre recenzje, więc gdybyście przypadkiem byli w Londynie tej wiosny, może warto rozważyć.
Wracając do hotelu przez most Waterloo, trzęsłam się z zimna. Bywałam już w Wielkiej Brytfannie po wielokroć na przełomie kwietnia i maja, i zwykle było uroczo. Nie tym razem. Lało. Wiało. Chciało mi się tylko zanurkować w ciepłą, krochmaloną, hotelową pościel, otulić pierzyną i tak leżeć.
Następnego dnia jednak poderwałam się dziarsko, wyjrzałam przez okno, zadrżałam, włożyłam rajstopki i udałam się najpierw do restauracji Joe Allen.
Joe Allen to kawał historii West Endu. Tę restaurację otwarto w latach 70. w Covent Garden, sercu teatralnego Londynu, jeśli nie Europy. Byłam w niej parę lat temu, zanim przegnano ją z dotychczasowej lokalizacji. Potem przygarnął ją hotel Strand Palace. Jest teraz trochę bardziej wytworna, ale nadal pełna teatralnych memorabiliów, plakatów podpisanych przez na przykład Lizę Minnelli, z pianistą grającym Sinatrę, z dobrym jedzeniem (nie wybitnym, ale dobrym).
Zjadłam, popiłam winem, wyszłam do Menier Chocolate Factory, położonej na południowym brzegu, nieopodal mostu Southwark. To istotnie jest budynek starej fabryki, który zamieniono na teatr. Bardzo przyjemne, kameralne, bezpretensjonalne miejsce.
Przyszłam tu, bo Samuel i Declan. Dwa niezwykłe talenty, dwa zwierzęta sceniczne. Dwaj aktorzy, którzy otwarcie mówią o swojej orientacji. Ale to nie jest, jak ktoś mógłby przewrócić oczami, kolejna sztuka o gejach. To bardzo tragiczna opowieść o relacji dwóch mężczyzn, którzy nie mogliby być bardziej różni. Jeden z nich jest więzniem politycznym, drugi – homoseksualistą skazanym za niemoralny występek. Obaj dzielą celę, więc i codzienność siłą rzeczy. Żeby zabić czas, Molina, poza więzieniem dekorator sklepowych witryn, opowiada Valentinowi swoje ulubione filmy, zwykle nędzne – ale gdy to robi, ich obskurna cela zmienia się w miejsce magiczne (wizualna strona tego spektaklu jest poruszająca, bo w czasie opowieści Moliny ściany ożywają dzięki kunsztownym animacjom, przywodzącym na myśl teatr cieni). Valentin nie wie, że Molina jest też szpiegiem, a paczki z dulce de leche, które otrzymuje, wcale nie są od jego matki; to nagroda za donoszenie. Molina jednakże jest też człowiekiem pełnym współczucia i jego nieoczekiwana pomoc współtowarzyszowi niedoli, gdy ten cierpi, znacząco zmienia ich wspólne relacje.
Oczywiście ta historia nie może skończyć się dobrze – i nie kończy się. Tylko bardzo nieczułemu widzowi nie pękłoby serce. Zwłaszcza że o ile Bennett – znany doskonale z roli Jezusa w niezapomnianym Jesus Christ Superstar w Open Air Theatre, granej z wielkim poświęceniem przez dwa sezony – tu jest dość wycofany (nie oznacza to, że nie jest dobry – po prostu jego rola ma nieco inny ciężar), o tyle Barnett jako Molina absolutnie kradnie show. Ten facet jest moim równolatkiem, ale na scenie, z ogoloną głową, w zwisających portkach, na bosaka wygląda tak chłopięco i krucho, że aż chciałoby się go przytulić. Zabrać stamtąd. Cela w argentyńskim więzieniu to nie miejsce dla takich. A jednak jego bohater okazuje zdumiewający hart ducha – i wtedy, gdy troskliwie, bez śladu obrzydzenia pielęgnuje chorego Valentina, i wtedy, gdy się kochają, i wreszcie wtedy, gdy wychodzi z więzienia na pewną w sumie śmierć. Molina we własnych oczach jest piękną, tragiczną bohaterką swoich ulubionych filmów.
Spłakałam się. Ludzie obok mnie też.

Otarłszy oko (wraz z makijażem) i odkrywszy, że na zewnątrz jest JESZCZE ZIMNIEJ niż było, popędziłam co koń wyskoczy nazad na West End, gdzie czekała moja wiśnia na torcie.
Nie będę was po raz kolejny wprowadzać w temat mojej wstydliwej słabości. Wiele już o tym napisałam, nie będę przynudzać. Przez lata słabość ewoluowała i mam nadzieję, że nie mam już tego odruchu, który kiedyś przyuważył miły współwidz oglądający razem ze mną niezapomnianego Zakochanego Szekspira (pan był uprzejmy powiedzieć mi, że wyglądam, jakbym oglądała mecz tenisowy, w skupieniu wodząc wzrokiem – myślałam, że spalę się ze wstydu).

W każdym razie, ponieważ uroczy ów dżentelmen cztery lata temu powiedział mi, żebym przyszła się przywitać następnym razem, to tak już z rozpędu chodzę, a on pewnie zadaje sobie pytanie, co takiego zrobił, że go pokarało taką babą.
Mniejsza.
Co kilka lat fundacja zajmująca się edukacją teatralną dzieci i młodzieży organizuje pewne osobliwe wydarzenie – mianowicie, stawia przed sądem jednego z szekspirowskich bohaterów. Bohater tenże grany jest przez prawdziwego, żywego aktora (przy okazji procesu Makbeta był to Christopher Eccleston), świadkowie również – ale proces odbywa się z udziałem prawdziwych, żywych londyńskich prawników. Tym razem zajęto się Ryszardem III.
Tu nieco uroczych (słowo klucz) szczegółów niedzielnego wydarzenia. Co prawda istnieje scenariusz, ale zwykle sprawy wymykają się spod kontroli, bo nigdy nie wiadomo, czy aktor nie spróbuje odpowiedzieć w kuriozalnie nieoczekiwany sposób, a prawnik nie zada mu pytania, którego w scenariuszu nie było (oni nie mają litości, naprawdę). Co niekiedy owocuje dialogami w stylu:
– Czy mógłby pan nam powiedzieć, książę Buckhingam, gdzie pan był, gdy…
– Nie.
– Pan jest aktorem?
– … To zależy.
Cudownie się to oglądało, było to kompletnie zwariowane (dwóch katów pokrętnie tłumaczyło sędziom, że małe dzieci oczywiście mogą uciec z Tower po ciemku, reżyser uznał, że słynny song z Króla Lwa idealnie pasuje do historii Ryszarda III – ale czyż nie?! – a tuż przed wyrokiem na scenę wtargnął naprany książę Clarence, wyjaśniając, że on wcale nie utonął w tej niesławnej beczce wina, tylko wypłynął na powierzchnię, i czy może jeszcze jakieś winko zostało?).
Po zakończonej uciesze wyszłam, ominęłam teatr, odczekałam swoje, pomachałam rączką do osoby, osoba odmachała mi i podeszła, by znowu powiedzieć, że miło mnie widzieć. Pewnie kłamie, ale doceniam.
– Co zrobiłeś z pogodą w tym kraju? – pytam, myśląc, że to anielskiej urody stworzenie widzi zapewne przed sobą mój zsiniały nos.
– Przepraszam… – odpowiada uprzejmie, mrużąc karmelowe oczęta w uśmiechu, bo to naprawdę miły człowiek jest. – Ale podobało ci się? Szalone było, prawda?
Tak, drogi, szalone.

Jak i moje życie.
Jutro ostatni dzień czytania książek, a potem znowu w drogę, dobrze znaną tym razem.

A marble mask of girlish innocence, the mouth caught in a shy smile

Hamilton i po Hamiltonie.
Obudziłam się rano w pokoju tak zimnym, że spacerek do łazienki – że nie wspomnę o stąpnięciu na łazienkowe kafelki (dla krakusów tłumaczenie: flizy) – urasta do rangi prawdziwej wyprawy. Wyglądam przez okno. Płatki śniegu wirują romantycznie. Wzdycham i odpalam czajnik, bo wiecie, wspaniałością angielskich pokoi hotelowych jest to, że mogą być rozmiaru schowka na miotłę, ale czajnik zawsze się w nich zmieści.

Pomysł marszu do Trafalgar Studios zarzuciłam natychmiast po wyjściu na zewnątrz. No wolne żarty. Ja wypraszam sobie. Wiatr zwiał mi kaptur, śnieg mnie spoliczkował, więc ślizgając się nieco na oczywiście, że nieodśnieżonym chodniku dotarłam do stacji metra i z fasonem zajechałam na Trafalgar Square. Ponieważ ja zawsze boję się o to, że się spóźnię, to zawsze jestem wszędzie zbyt wcześnie. Szczęśliwie Trafalgar Studios to miejsce ciepłe i wygodne, z przytulnym barem i miłą obsługą.
– Dzień dobry, poproszę o białe wino i o program.
– Bardzo proszę. Uwielbiam to przedstawienie – mówi barman. – Widziałem je ponad dwadzieścia razy. Jest troszkę creepy, ale wspaniałe. A ja nawet nie lubię musicali.
Bo jest wspaniałe. I owszem, creepy, ale czegóż można spodziewać się po adaptacji mrocznej powieści Victora Hugo o chłopcu z twarzą wskutek okaleczenia wykrzywioną w wiecznym uśmiechu, przypominającej baśnie braci Grimm, adaptacji intymnej i powalającej perfekcją wykonania? Same głosy protagonistów – Louis Maskell powaliłby mnie na kolana, gdybym nie siedziała w pierwszym rzędzie tuż przy scenie i nie miała jak uklęknąć. Ursus Seana Kingsleya.
I Lalki. Mój Boże, lalki.
I Julian Bleach. Julian Bleach to jest zwierzę sceniczne, pamiętny Machiavelli z Rodziny Borgiów i bardzo wszechstronny artysta, współtwórca musicalu Shockheaded Peter.
Teatr był raczej pustawy, bo pogoda, zatem przesiedziałam grzecznie pierwszy akt w pierwszym rzędzie, oglądając każdy wytarty obcas i każdą kroplę potu – uwielbiam to – ale w antrakcie zapytałam grzecznie dżentelmena sprzedającego lody, czy może mogłabym się przesiąść, żeby zobaczyć to przedstawienie z innej perspektywy. Skoro tyle pustych miejsc…
– Pewnie tak, ale ja zawołam szefową – powiedział.
– Nie, proszę sobie nie robić kłopotu…
– To żaden kłopot.
Wtem wyrosła przede mną dziewczyna z pomazanym markerami planem widowni i rzekła:
– Możesz usiąść tam. Stamtąd najlepiej widać.
To prawda.
Ogromnie mi się to podobało. Z wielkim smakiem i miłością zrobiona rzecz, bardzo równo zagrana, z wielkim zaangażowaniem, mroczna i wzruszająca, choć i zabawna momentami. Trochę istotnie musical dla ludzi, którzy nie lubią musicali. Zresztą mimo, że publiczności było niewiele, to nagradzała wykonawców rzęsistymi brawami i owacją na stojąco. Niedługo piękny ten spektakl schodzi z afisza, więc warto obczaić, jeślibyście wybierali się w kierunku miasta Londyn.

No dobrze. Opuściwszy teatr, uznałam, że warunki atmosferyczne nadal urągają mej godności, więc jak najprędzej przebiegłam do Wyndham’s Theatre, gdzie oczekiwali mnie Lesley Manville, nominowana do Oscara, i niejaki Jeremy Irons, też swego czasu nominowany i nawet zdobywca takiego. Oczywiście zawsze marzyłam, by zobaczyć go na scenie, bo któż nie marzyłby o tym. Nie podejrzewałam, że będzie to prawdopodobne, ponieważ w ostatnich latach w teatrze zbyt często się nie pojawiał, a w jednym z wywiadów w ogóle rzekł, że on to nigdy do pracowitych nie należał, a teraz jest już w tym wieku, że woli żaglówkę albo spacer z psem. Możliwe zatem, że Zmierzch długiego dnia to ostatnia szansa, by go na scenie zobaczyć. No to skorzystałam. Przebrnęłam przez te urągające mej godności warunki atmosferyczne z egzemplarzem sztuki pod pachą, na wszelki wypadek. Sztuka jest to wyjątkowa, uważana za absolutne arcydzieło, na poły autobiograficzna. Zgodnie z żądaniem jej autora, Eugene O’Neilla, miała zostać opublikowana najwcześniej 25 lat po jego śmierci, ale wdowa po nim sprzeciwiła się jego woli i wymusiła publikację, w ślad za którą oczywiście poszły pierwsze wystawienia. I dlaczego jest to arcydzieło, państwo zapytają. Jest to tylko przecież, w gruncie rzeczy, faktycznie opowieść o długim dniu w życiu rodziny. Nawet nic szczególnego się nie wydarza.
Tyle że jest to rodzina głęboko dysfunkcyjna. Pozornie wszystko wygląda ładnie. Niemniej każdy – ojciec, matka i dwóch synów – jest uzależniony. Mężczyźni piją od rana. Matka ma problem z morfiną, co nieudolnie ukrywa. Niby była na leczeniu, ale wróciła do nałogu. Wraca na oczach widzów. No, niby nie, bo odurza się w zaciszu sypialni, dyskretnie, ale i rodzina, i widownia zauważają, że po raz wtóry walkę przegrała, że z każdym jej pojawieniem się w salonie jest coraz gorzej, że jej dziwne zachowanie i nieskładna, rozwlekła paplanina to nie efekt bezsenności, ale tego, iż daje sobie w żyłę. Jakby tego było mało, ojciec zdaje sobie sprawę, że synowie kradną mu alkohol. Pod pięknym dachem wytwornego domu wszyscy ciągną siebie nawzajem w dół, w opary morfiny i whisky, wyrzucając sobie kolejne winy.
Bardzo, BARDZO przykry jest to spektakl.
Mało brakowało, a bym go nie obejrzała jednakże. Przez własne roztargnienie.
Wchodzę bowiem do teatru, odstaję swoje w kolejce do kasy, przedstawiam się uprzejmie, a pan w okienku mi mówi, że takiego nazwiska nie ma na żadnym z biletów w pudełku. Ale jak to. Przecież dostałam potwierdzenie transakcji i wszystko… Koleżanka pana w okienku mówi, że sprawdzi w systemie i sprawdza.
– Tak, ale hm, pani ma bilet na jutro…
Międlę w ustach żarliwe polskie przekleństwa pod własnym adresem. Niemniej, jak mawia moja mama, co drugi głupi ma szczęście.
– A czy są jakieś wolne na dziś? – pytam, przeprosiwszy po wielokroć. Pani w okienku kiwa głową.
– Są. Właściwie to będzie pani miała lepsze miejsce.
I miałam, nie dopłaciwszy ani grosza. Doskonałe.

Po spektaklu skręcam za róg, spodziewając się tłumu spragnionych ogrzania się w blasku gwiazdy fanów.
„Za róg” oznacza St Martin’s Court. Uliczkę pomiędzy dwoma teatrami, zakończoną z jednej strony Charing Cross Road i zawsze tłoczną stacją metra, z drugiej legendarną restauracją Sheekey’s, gdzie ochoczo pija wino lud pracujący West Endu po zakończonych spektaklach. Jeśli czytaliście „Rzeki Londynu” Aaronovitcha, to jedna z kluczowych scen właśnie w tym maleńkim kawałku Londynu ma miejsce. Nawiasem mówiąc, tam właśnie mój pierwszy stagedooring uprawiałam. I jak to się skończyło, wszyscy wiemy.
Skręcam zatem.
Chwileczkę. Gdzie są wszyscy?
W pustym zaułku stoi nas aż troje. Troje plus radosny stage door manager o imieniu Joshua.
Oczywiście jak to ja, myślę nerwowo o tym, co powiedzieć, gdy Jeremy wreszcie opuści teatr. Pierścień ucałować czy co. To Jeremy Irons w końcu. Deprymująca dość postać.
– A jeśli nie wyjdzie? – pyta nerwowo chłopak obok mnie. Joshua uśmiecha się ze spokojem człowieka, który wie więcej niż śmiertelnicy.
– Wyjdzie.
Po czym Joshua zajmuje się demontowaniem barierek, bo troje zziębniętych okularników najwyraźniej nie stanowi zagrożenia dla gwiazdy w jego doświadczonych oczach.
No i wychodzi. Wysoki, siwiejący, w szaliku.
– O rety, przepraszam, pewnie zmarzliście! Podobało wam się? A skąd jesteście?
Trochę zmarzłam, i owszem, ale żeby od razu narzekać, to nie.
Jeremy Irons składa zamaszysty podpis na moim egzemplarzu sztuki, Sincerely, Jeremy Irons.
Och.
Wracam metrem do hotelu, tuląc tę książczynę do piersi jak skarb największy.
Jeremy musiał być w dobrym humorze, albo po prostu żal mu się zrobiło tych skostniałych śmiertelników, bo choć podobno nie zgadza się na selfies, chłopak oczekujący ze mną dał radę go uprosić. Czyli ludzki człowiek jednak.

Dzień trzeci.
Z obawą pewną wyjrzałam przez okno.
Śnieg padał.
Nic to. Udałam się do Royal Academy na świetną wystawę zbiorów króla Karola I – bardzo polecam, może w życiu królowi za bardzo się nie powiodło i skończył na szafocie, ale kolekcję dzieł sztuki zebrał efektowną – po czym na południowy brzeg, do Bridge Theatre, gdzie Ben Whishaw gra obecnie Brutusa w Juliuszu Cezarze. Opuściłam stację London Bridge bardzo niewłaściwym wyjściem, więc krążyłam w tej cholernej chlapie coraz bardziej zirytowana, wypatrując rozpoznawalnych punktów na horyzoncie (oczywiście w drodze powrotnej odkryję, że nadłożyłam znacznie drogi, choć byłam bardzo blisko i zamiast miotać się jak ta głupia, mogłam w kwadrans być u celu).
Juliusz Cezar to jedna z moich ulubionych sztuk Williama S. To rasowy, emocjonujący kryminał. Opowieść o ludziach chorych na władzę. Bardzo, bardzo mocno rezonuje w naszych brzydkich czasach.
Twórcy tego spektaklu mocno go unowocześnili, rozpoczynając go sceną wyborczego wiecu z głośno grającym bandem, wiwatami i powiewającymi chorągiewkami, ale co ciekawsze, obsadzili widownię w roli rzymskiego tłumu. Ci, którzy wybrali miejsca stojące (za jedyne 15 funtów), mają aktorów na wyciągnięcie palca, ale też są przepychani z kąta w kąt, wrzeszczy się na nich lub zachęca do wznoszenia okrzyków, rozlegają się strzały i ktoś krzyczy: GET DOWN!, i rzymski tłum kuli się na lepkiej podłodze.
Czytałam ciekawą recenzję tego przedstawienia, autorstwa człowieka znanego mi z czytanek, szekspirologa. Napisał on otóż, że o ile sam spektakl jest znakomity, to jednak pewna subtelna granica została przekroczona – ludzie bowiem nie powinni w teatrze się bać. Oczywiście, on może sprawiać, a nawet czasem dobrze, by sprawiał, że poczujemy się niekomfortowo, że zaczniemy zadawać sobie pytania, ale nie powinien wzbudzać w nas lęku, bo to o krok za daleko, szczególnie w czasach, gdzie dźwięk wystrzału w ciemności, niechby ślepakiem – kto by się zastanawiał – może wywołać prawdziwą panikę, w tłumie niebezpieczną.
Może i trochę ma rację. Z jednej strony ja wcale nie uważam, że teatr powinien być miejscem całkowicie komfortowym i nigdy nie wytrącać widza z równowagi, wprost przeciwnie. Z drugiej… rzeczywiście nie powinien wywoływać lęku.

Powróciwszy do hotelu, nastawiłam budzik na rozkoszną czwartą trzydzieści, by jak najwcześniej dotrzeć na lotnisko; wszak nie mogłam być pewna, że mojego pociągu też nie odwołają. Ponieważ jednak zasnąć nie mogłam, zmrużyłam oko jakoś w pobliżu drugiej. I znowu wróciłam z urlopu zmęczona. Droga redakcjo, co ja robię źle?…

Will they tell your story?…

Moją bramą Londynu jest na ogół dworzec St Pancras. Tu po raz pierwszy postawiłam stopę na londyńskiej ziemi, w listopadzie 2004 roku.
St Pancras o piątej rano jest pusty, pod tym wysokim sklepieniem przemykają pojedyncze zaspane istoty czekające na poranne pociągi, kolejkujące z cierpliwą rezygnacją w dwóch otwartych miejscach, gdzie można dostać kawę (pachnącą trochę jakby mokrym psem, ale nie czepiajmy się szczegółów o tej porze). Ktoś gra na pianinie nostalgiczny kawałek i dźwięki niosą się przez całą halę – za dnia zwykle giną w jednostajnym szumie rozmów, kroków, turkotu kółek ciągniętych walizek, ale o tej porze, jeszcze przed świtem wypełniają tę ogromną przestrzeń.
Wyruszyłam w podróż powrotną tak wcześnie, bo poprzedniego wieczoru pociągi odwoływano jeden po drugim, a przed dworcowymi tablicami tkwiły dziesiątki ludzi z wypisanym na posmutniałych twarzach pytaniem: „to jak ja wrócę do domu?”. Mimo obaw o pogodę – w Wielkiej Brytanii śnieg to koniec świata – mój pociąg na lotnisko odjechał punktualnie i oto jestem znowu w mojej kwaterze głównej. Po to, oczywiście, by skwapliwie opisać – którą to już?… – kolejną teatralną eskapadę, zaskakująco udaną mimo pluchy, zimna i mojego roztargnienia. Relację podzielić postanowiłam na dwie części, bo całości naraz nikt by nie przełknął.

Najpierw, ma się rozumieć, wyleciałam do Londynu. Przywitała mnie śnieżyca i lodowaty pokój hotelowy.

Rzuciłam toboły, oko podmalowałam, opatuliłam się szczelnie i popędziłam nazad na dworzec, by udać się do Victoria Palace Theatre, gdzie od niedawna wystawiany jest sławny Hamilton. The room where it happens, stuletni ponad teatr został gruntownie wyremontowany, dopieszczony, wypiękniony i wygląda olśniewająco, pachnie jeszcze nowością (jest w nim też bardzo zimno, ale mój ogromny szalik pozwolił przetrwać). Gdy kupowałam bilet – ponad rok temu – czytałam o wszystkich obwarowaniach mających uchronić przed sprzedażą biletów – wartych tyle co ten złoty Willy’ego Wonki – na czarnym rynku, w tym takim, że zasadniczo to nie ma żadnego fizycznie istniejącego biletu (w istocie jest, ale to raczej mało efektowny druczek), że trzeba dzierżyć kartę, którą dokonało się zakupu, że trzeba zjawić się godzinę wcześniej. No, to się zjawiłam. Trzy minuty później byłam już w środku i poszukiwałam baru. Znalazłszy, zajęłam miejsce na widowni wśród wielce rozemocjonowanych ludzi wszelkich ras i narodów – i zaczęło się.

Uważam, że Lin-Manuel Miranda zrobił rzecz wielką.
Pokazał młodym ludziom, że historia to nie są nudne życiorysy olejnych portretów, a postaci z banknotów i patroni ulic miewają fascynujące, imponujące biografie. Pokazał, że można je opowiadać w sposób bardzo współczesny, w bardzo dynamicznej konwencji. Przyciągnął masy do teatru – dla wielu przecież to było pierwsze z nim spotkanie.
Oczywiście wkurza mnie trochę, że koleś raptem chwilę starszy ode mnie ma na koncie nagrodę Pulitzera i kilka nagród Tommy, i Grammy, i co tam jeszcze rozdawali. Ale on na to wszystko w pełni zasłużył, pisząc nie tylko bardzo dobry musical (nie jego pierwszy…), ale przede wszystkim dokonując absolutnego przełomu w nieco, umówmy się, zaśniedziałym świecie teatru muzycznego. Bo owszem, postaci historyczne były już bohaterami musicali – że wspomnę doskonałą Evitę, ale to było w latach 70. I nagle wchodzi taki Lin-Manuel Miranda, biorąc na warsztat historię jednego z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Nieślubnego syna i imigranta, który zawędrował bardzo wysoko, by zginąć tragicznie (w pojedynku, których, o gorzka ironio, był wielkim przeciwnikiem). Ale zamiast iść w pompatyczną orkiestrację, Miranda postawił na naturalny muzyczny język współczesności – na hip-hop. Tym samym jest to spektakl świeży, dynamiczny, rytmiczny, toczący się w wartkim tempie, może ja bym troszkę podkręciła potencjometr, ale ogólnie rozumiem doskonale ludzi, którzy zamęczają długimi tygodniami ścieżkę dzwiękową. Przy tym nie da się nie przytupywać dziarsko.
Miranda nie powędrował na West End z rolą graną przez siebie na Broadwayu, choć niektórzy bardzo na to liczyli. Oddał ją aktorowi młodemu, z niewielkim w sumie dorobkiem, Jamaelowi Westmanowi. Lin-Manuel i Jamael różnią się odrobinkę zewnętrznością, jak widać. Londyński Alexander Hamilton, ze swoją imponującą posturą, urodą i niewątpliwym szarmem, przykuwa uwagę widowni od pierwszej sceny, ale…
Ale moim zdaniem daje się przyćmić kolegom.
Oczywiście pamiętać trzeba, że to jest aktor raptem dwudziestosześcioletni w roli, o której cały świat mówi od kilku lat, więc niebagatelne wyzwanie, i że to pierwsze tygodnie grania. Niemniej czegoś mi w jego Hamiltonie brakowało – nie do końca sprawiał wrażenie postaci naprawdę charyzmatycznej, mającej przecież realny wpływ na politykę i gospodarkę rodzącego się państwa. Giles Terera jako jego nemezis, Aaron Burr, jest bez dwóch zdań bardziej wyrazisty i trudno nie odnieść wrażenia, że to przede wszystkim jego przedstawienie. Są też wspaniale barwne, choć ocierające się o groteskę role drugoplanowe – król Jerzy III, przywodzący na myśl Eltona Johna z epoki glam, Jefferson Jasona Pennycooke’a jako przerysowana (dla niektórych za bardzo) krzyżówka Liberace, Prince’a i Little Richarda. Świetne role kobiece. Eliza, żona Hamiltona (nawiasem mówiąc, zdarzył mu się romans, któremu towarzyszył niemały skandal, ale to poboczny wątek) to najbardziej – obok Burra – poruszająca postać. Żona skazana na wieczne czekanie na zajętego męża. Matka, która traci pierworodnego. Wdowa, która zadba o to, by pamięć o jej ukochanym nie wyblakła, a ona sama też przejdzie do historii, kierując pierwszym prywatnym sierocińcem w Nowym Jorku.
Publiczność reagowała niesłychanie entuzjastycznie, owacja na stojąco ocqzywiście. A ja?
Czy mi się podobało? Tak, bardzo.
Czy poszłabym jeszcze raz? Tak, ale niekoniecznie rzuciłabym się natychmiast kupować kolejny bilet.
Czy jest to najlepszy musical wszech czasów i tak dalej? Nie jestem pewna. Bez wątpienia jest wyjątkowy, jest po prostu inny od tego, do czego teatr nas przyzwyczaił. Sama raczej nie będę opowiadać o nim tygodniami każdemu, kogo spotkam. Jeśli będziecie mogli, wybierzcie się jednak, bo warto – i po to, by zobaczyć coś przyjemnie nowatorskiego, i po to, by poznać człowieka, który nie zamierzał zmarnować swojej szansy.
Dwa następne dni obfitowały w podobne teatralne spotkania, ale o tym w odcinku drugim.

Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

I’m a superstar in a wonderbra

Przedczoraj po zmierzchu szłam przez pozamykany przed nocnym pokazem fajerwerków Londyn, złorzecząc, że muszę nadkładać drogi, przeciskać się przez dziki (i częściowo już wstawiony) tłum i w ogóle po co mi to, w przyszłym roku spędzę sylwestra w domu.
Wczoraj wszakże, lecąc nad Europą, wzdychałam smętnie.
Nie dogodzisz.
Był to wyjazd, muszę przyznać, wyjątkowo udany. Być może najbardziej w tym roku (wybacz, mały paskudo). Każdego dnia przynajmniej raz płakałam, to fakt. Ale nie dlatego, że byłam nieszczęśliwa – wprost przeciwnie. To była wycieczka pełna silnych emocji, dobrych emocji. W jakiś przewrotny sposób oczyszczająca. Głównie moje konto, choć nie tylko.

Zaczęłam od musicalu. Tu muszę podkreślić, że ja za musicalami aż tak znowu nie przepadam. Dawkuję je sobie bardzo oszczędnie. A jednak, gdy usłyszałam o Romantics Anonymous, nos zmarszczył mi się znacząco i zanim zorientowałam się, co czynię, miałam bilet w koszyczku. Skusiłam się z dwóch powodów. Po pierwsze, rzecz wystawiana być miała w moim ulubionym teatrze na całym tym łez padole, Sam Wanamaker Playhouse. Po drugie natomiast, reżyserii podjęła się Emma Rice, dyrektor artystyczna Shakespeare’s Globe, z którym rozstała się niby w zgodzie po tym, jak uznano, że jej spektakle są jednak zbyt nowatorskie. Było to dla mnie ogromne rozczarowanie, bo lubiłam te jej barwne, głośne, krzykliwe adaptacje. Tym samym jej pożegnalny spektakl zobaczyć musiałam.
Jest to opowieść – na motywach filmu zresztą – o dwojgu chorobliwie nieśmiałych ludzi i o tym, co ich ze sobą połączyło, mianowicie o czekoladzie. I tu dygresja.
Gdy po raz pierwszy weszłam do Sam Wanamaker Playhouse, w maju 2014 roku, natychmiast pomyślałam, że to miejsce wygląda jak bombonierka. Jest maleńkie, intymne, siedzi się na ławeczkach niewygodnych biodro w biodro, więc i zażyłość ze współwidzami większa niż w normalnym teatrze, a aktor oglądany nawet z najdalszego punktu jest na tyle blisko, że zauważycie, iż prawego policzka nie dogolił; wnętrze z jego złoceniami naprawdę przypomina zdobione pudełeczko. Nie sposób byłoby znaleźć lepszego miejsca dla tego przedstawienia. Od progu bowiem macie wrażenie, że oto w jakiś czarodziejski sposób znaleźliście się w pudełku pralinek. Dostajecie zresztą czekoladkę od dziarskiej, mówiącej li po francusku panienki – zaznacza ona przy tym, że nie wolno czekoladki zjeść od razu, ale dopiero na sygnał. Bo to magiczna czekoladka.
Czekoladka odgrywa w przedstawieniu rolę rybki Babel, jeśli czytaliście Douglasa Adamsa.
Nie muszę dodawać, że kupiona zostałam od razu.
Ale tak naprawdę coś innego w tym spektaklu mnie ujęło. Nie słodycze, nie czarowna muzyka, nie wspaniałe role (poza dwojgiem głównych bohaterów aktorzy mają po trzy wcielenia i niekiedy tempo, z jakim przeskakują pomiędzy nimi, jest imponujące – ja w takim czasie z trudem bym jeden trampek zasznurowała, a oni przebierają się caluchni łącznie z peruką). Sama historia. Historia uczucia rozkwitającego pomiędzy ludźmi, którzy boją się własnego cienia. Którzy nie potrafią okazać komuś, że jest im bliski – bardzo by chcieli, ale gdy się za to zabierają, wychodzi im koślawo. Dla których prosta konwersacja, a już nie daj Bóg spojrzenie komuś w oczy to wyzwanie dnia. Widzicie, ja wiem, jak to jest i może dlatego tak mnie ten spektakl wzruszył. Wiem, że nieśmiałość, która postronnym może wydawać się urocza, wcale taka urocza nie jest. Jest osobliwym rodzajem paraliżu, który sprawia, że trudno nabrać powietrza w płuca, nie sposób mówić pełnym głosem, bo gardło ściśnięte, dłonie lodowate, w głowie pustka. Zupełnie jak bohaterka tego przedstawienia, ludzie nieśmiali wolą nie odnosić sukcesów lub świętują je po cichu, bo nie muszą wtedy się bać, że ktoś będzie na nich patrzył. Przez wiele lat celowo wystawiałam się na sytuacje, które mogły mnie zestresować, żeby pozbyć się nerwów – albo choć nauczyć się trzymać je na wodzy, żeby nie były aż tak widoczne. Jakiś tam postęp poczyniłam, to fakt. W końcu jednak walczyć z moją nieśmiałością i wycofaniem przestałam. Zrozumiałam bowiem, że nie muszę być przebojowa, nie muszę najgłośniej się śmiać, a w barze tańczyć na stole, nie muszę natychmiast ze wszystkimi się zaprzyjaźniać, nie muszę chcieć kontaktu fizycznego z ludźmi, których nie znam, nie musi wszędzie być mnie pełno, nie muszę koniecznie mieć czegoś do powiedzenia na każdy temat – bo to nie będę ja. Ja jestem cicha i wszystkim przejmuję się zanadto, i czasami wyglądam, jakbym musiała pooddychać przez chwilę do torebki. Tak mam. I już. Może i moja nieśmiałość nie jest słodka i rozczulająca dla mnie, ale skoro bywa słodka i rozczulająca dla innych, to może w sumie nie ma co udawać pyskatego mocarza?…
Śliczne to było popołudnie i wszyscy opuszczali widownię uśmiechnięci.
Autorka również.
By, otarłszy niedyskretnie łezkę wzruszenia, pobiec do Donmar Warehouse, gdzie oczekiwał jej sam James Norton.
(To znaczy, James Norton tak naprawdę mnie nie oczekiwał, bo i też na swoje szczęście nie ma pojęcia o moim istnieniu. Taka figura retoryczna. Niech mam coś z życia).
Oczywiście się zgubiłam. O ile po głównych arteriach West Endu mogę maszerować z zamkniętymi oczami, o tyle te uliczki kręte to moje przekleństwo. Ja mam fatalną orientację w przestrzeni. Wreszcie wpadłam zdyszana do baru w Donmar, zaordynowałam lampkę wina i udałam się na widownię, gdzie niechcący stałam się świadkiem kłótni pewnej pary. Para siedziała w rzędzie obok mnie. SiedziałaBY, gdyby się nie pokłóciła – szeptem co prawda, ale i tak wszyscy słyszeliśmy – i pani odmówiła kategorycznie zajęcia miejsca obok pana. Nie wiem, o co poszło. Pan usiadł, pani stała nadąsana. Ponieważ obsługa w londyńskich teatrach jest uprzejma, ale gotowa porazić was prądem, gdy nie współpracujecie, na 15 sekund przed rozpoczęciem spektaklu madame zgodziła się usiąść, ale w trakcie oklasków opuściła przybytek, ciągnąc za sobą długi i obfity tren swojego focha. Nigdy nie zrozumiem ludzi.
Ta jednakże kłótnia była ciekawym wprowadzeniem do samego przedstawienia, którego osią też jest związek. Ot, dwoje młodych i pięknych Amerykanów mieszka sobie w Paryżu, w dzielnicy Belleville. On ma świetną pracę, ona… no, poszukuje, powiedzmy, ale mieszka w Paryżu z przystojnym, odnoszącym sukcesy mężem u boku. Cóż może pójść źle, państwo zapytają.
Otóż od pierwszych scen widz czuje, że coś tu nie gra. Co gorsza, żadnego z dwojga bohaterów nie potrafi obdarzyć szczerą sympatią. I co gorsza, zachodzi w głowę, jakim cudem oni w ogóle są razem.
Paryż okazuje się piekłem, w którym dwoje ludzi uwięziło się z powodu pozornie niewinnych kłamstw. Jak wiemy, żeby przykryć jedno kłamstwo, wymyśla się drugie. Spirala się nakręca, aż wreszcie pęka. Ich piękny Paryż zawala się pod ciężarem fałszu i miłości, której nigdy chyba nie było, a jeśli była, to nie taka, która buduje, tylko taka, która ciągnie w dół.
Lubię historie pozornie o niczym. Największe tragedie przecież rozgrywają się właśnie w czterech ścianach mieszkań w ładnych miastach, najbardziej winni są ludzie pozornie doskonali.

Sobota.
Autorka leniwie zsuwa nóżkę z łóżka o ósmej rano, wymacuje kapciuszek, bierze prysznic, nakłada bransoletki, stawia kołnierz i zasuwa na wczesny lunch do Wellcome Collection po sąsiedzku. Wspaniałe muzeum – jak większość w Londynie, darmowe. Możecie sobie obejrzeć kolekcję pił do amputacji, krzesła porodowe sprzed wieków, zmumifikowane głowy i sztuczne nogi. A potem możecie zamówić dobrą herbatę i zjeść do niej naprawdę dobrą tartę. A że Tottenham Court Road za rogiem, to i za 20 minut szybkim krokiem będziecie na West Endzie.
Ale nie szłam na West End.
Przemierzyłam marszem Strand i przez Waterloo Bridge wmaszerowałam wprost w objęcia teatru Old Vic.

Złą prasę miał Old Vic ostatnio. Bo wiadomo, poprzedni dyrektor artystyczny i tak dalej.
Jest to jednakże wspaniały teatr, z bogatą historią i niezmiennie w czołówce. Wchodzących wita neon mówiący: „Dare, always dare”. Te słowa miała ponoć powieszone nad biurkiem jego pierwsza dyrektor, Lilian Baylis, postać raczej niesamowita.
Tenże teatr postanowił wystawić Opowieść wigilijną. Wiadomo, święta. I choć myślałam, że znam przecież tę historię doskonale z licznych adaptacji, i że jest to raczej przeznaczone dla ludzi, którzy jeszcze chodzą wcześnie spać i nie mają dowodów osobistych, kupiłam bilet i poszłam. Przeżyłam dzięki temu dwie doskonałe godziny, popłakałam się niemożebnie (nie tylko ja – facet obok mnie łkał rzewnie i bezwstydnie, i bardzo dobrze, teatr po to jest, żeby czasem spuścić trochę emocji, po prostu, jak dziecko). Można udawać cynika, wiecie, można mówić, że nie przepada się za całym tym bożonarodzeniowym cyrkiem i tak dalej, można mówić, że dorosłemu już tego i owego nie wypada – a jednak znienacka zdarza się coś, co sprawia, że oczy bardzo się pocą i zapomina się na dwie błogosławione godziny o całym świecie na zewnątrz.
Oto jest Ebenezer Scrooge, okropny, zgorzkniały. I trzy duchy świąt, które go odwiedzą, nim zegar wybije pierwszą. Scrooge’a gra Rhys Ifans – tak, ten sam. Spike z Notting Hill i sexy radio DJ z Radia na fali (uwielbiam). Wyśmienity aktor.
Podczas spektaklu na widownię pada gęsty śnieg i sfruwają brukselki na malutkich spadochronach.
Tak.
Brukselki na spadochronach.
Gdy myślicie, że w teatrze widzieliście już wszystko, sfruwają na wasz podołek brukselki. Na spadochronach.
Po spektaklu lekko spłakana pobiegłam za róg; gęgam swoje „przepraszam, nie chcę zajmować ci czasu” i mówię coś kosmicznie głupiego, co – jak to na ogół bywa – budzi zainteresowanie tego bardzo wysokiego kolesia, który, mimo że wyraźnie biegnie po coś do zjedzenia między dwoma spektaklami, zatrzymuje się na chwilę, by pogadać, składa zamaszysty podpis na moim bilecie, uśmiecha się do mnie i życzy mi szczęśliwego nowego. Jak na osobę, która z rzadkimi wyjątkami nie uprawia stagedooringu, z przyczyn opisanych kilka akapitów wyżej, to całkiem nieźle mi poszło, myślę. No i teraz nowy rok musi być szczęśliwy!
(A tutaj możecie posłuchać, jak Rhys mówi w swoim ojczystym języku. On na pewno potrafi wymówić „Llanfairpwllgwyngyllgogerychwyrndrobwllllantysiliogogogoch”).

Pozostając na południowym brzegu, wolnym kroczkiem (z przerwą na grzane wino) podreptałam do National Theatre, a że byłam dużo za wcześnie, to spłukałam się sakramencko w tamtejszej księgarni. Powinnam jej unikać, ale jakoś zawsze mnie tam zaniesie. Zataszczyłam moje zakupy na widownię, usiadłam i obejrzałam Follies. Bo Imelda Staunton, wiadomo. Imelda Staunton to zwierzę sceniczne, jakich mało. Drobniutka postać o potężnej charyzmie i głosie, który obudziłby nieboszczyka. Sam spektakl fabuły może nie ma zbyt złożonej, ba, ma ją przeraźliwie prostą – ot, spotkanie dawnych gwiazd rewii po latach, odżywają wspomnienia, budzą się dawne, niespełnione miłości – ale jest takim rasowym, klasycznym musicalem z piosenkami Sondheima, z piórami i cekinami, ze stepowaniem i obrotową sceną. Nie jest to moja teatralna bajka do końca, ale przyznam, że oglądało mi się to z wielką przyjemnością, bo jest to po prostu niesłychanie dobrze zrobione, podręcznikowo wręcz. No i te cekiny. Będzie u nas w kinach, więc polecam. Zwłaszcza dla Imeldy. Trudno uwierzyć, że ta skromna starsza pani w garsonce to toksyczna i pociągająca Martha z Kto się boi Virginii Woolf.

Taka to była sobota.
W niedziele na ogół teatry w Wielkiej Brytfannie są zamknięte, ale że była to niedziela wyjątkowa, trafiły mi się dwa spektakle, w tym jeden wieczorny, ku mojej ogromnej radości. Najpierw udałam się wszak do muzeum. Do Sir John Soane’s Museum, które chyba stało się moim ulubionym z ulubionych, choć nie ma w nim kawiarni ani kanap do kontemplowania dzieł sztuki. Są za to tych dzieł sztuki setki, zgromadzone w ciasnej przestrzeni domu przy Lincoln’s Inn Fields, nietkniętego od 180 lat. Jeśli do Londynu nie wybieracie się w najbliższym czasie, a chcielibyście zobaczyć to absolutnie niewiarygodne miejsce – mam znakomitą wiadomość, otóż muzeum zdigitalizowano i tutaj możecie je zwiedzić. Soane, wybitny architekt, wolnomularz i zapalony kolekcjoner, życzył sobie, by jego oszałamiające zbiory były w pełni dostępne i tak się stało. W jego domu zatem (może to i dziwne, ale naprawdę niemal czuje się tam czyjąś obecność) jest nieco klaustrofobicznie od natłoku rzeźb, obrazów, szkiców, archeologicznych skarbów – łącznie z alabastrowym sarkofagiem faraona Setiego. Coś cudownego. Niesłychanie pobudza wyobraźnię. Natychmiast pomyślałam, że aż chciałoby się spędzić tam noc. To co prawda raczej niemożliwe, ale wyczytałam, że można zorganizować sobie prywatne zwiedzanie po zmroku (może sprawdzę, gdy będę przy forsie, co przy moim stylu życia nastąpi w przyszłym życiu).
Opuściwszy muzeum, pospacerowałam sobie przez podekscytowany sylwestrowo Londyn aż pod Tower Bridge. Długi był to spacer, ale nienudny. Nieopodal Tower Bridge otwarto kilka miesięcy temu nowy londyński teatr, nazwany – w życiu nie zgadlibyście – Bridge Theatre. Teatr jest duży, pachnie jeszcze nowością, ma wygodne fotele, dobrze zaopatrzony bar (można sobie zamówić na antrakt świeżo wypiekane magdalenki). Ma też gwiazdy w spektaklach, ponieważ jego głównodowodzącym jest były dyrektor artystyczny National Theatre, Nicholas Hytner, człowiek, za czasów którego w tymże pojawiły się największe hity – War Horse, Dziwny przypadek psa nocną porą czy też Frankenstein z dwoma nikomu nieznanymi aktorami w rolach głównych. To za czasów Hytnera pojawiły się tanie bilety i retransmisje spektakli. A i sam wyreżyserował na przykład Otella na tej scenie. Nawiasem mówiąc, Hytner wydał bardzo dobre i zabawne wspomnienia z czasów swojego kierowania jedną z najważniejszych scen tego globu, Balancing Acts, które serdecznie polecam. Nie tylko dlatego, że urodził się 7 maja, jak najdoskonalsi ludzie na tym świecie (autorka skromnie spuszcza oczy). Teraz jednakże Hytner ma swój własny teatr, a w tym teatrze Młodego Marksa z Rorym Kinnearem w roli tytułowej i prześwietnym oraz jakże przystojnym Oliverem Chrisem w roli Engelsa. Też będzie w kinach. Dobre – są momenty bardzo błyskotliwe – ale nie z gatunku spektakli zmieniających życie. Ot, przyjemnie zobaczyć. Czarujący Engels troszkę kradnie Kinnearowi – trochę dziwnie oglądać go z włosami… – przedstawienie.
Wyszłam rozbawiona, ale nie poruszona. Szczęśliwie nie był to koniec mojej wycieczki. Musiałam tylko wrócić na drugi brzeg, co proste nie było, ponieważ trwały już przygotowania do sylwestrowego pokazu sztucznych ogni pod London Eye – co w praktyce oznacza zamknięcie części nabrzeża oraz niektórych mostów. Autorka maszerowała zatem wybitnie okrężną trasą, klnąc pod nosem i mając nadzieję, że się nie spóźni.
Zdążyłam.
I bardzo się z tego cieszę.
Albowiem miałam najlepszy koniec roku, jaki mogłam sobie wymarzyć.
A rok ów ogólnie nie był dla mnie lekki – co zapewne mogliście wyczytać między wierszami i nie tylko.
Czasami jest tak, że coś wcale was nie interesuje, po czym nagle słyszycie w głowie głos opatrzności mówiący: KUP BILET. Macie jakieś takie dziwne przeczucie, że powinniście to coś zobaczyć. I tak właśnie było z Everybody’s Talking About Jamie.
Od dwóch dni mam ochotę mówić tylko o Jamiem, to fakt.
Kim jest Jamie, zapytacie.
Otóż Jamie Campbell to jak najbardziej prawdziwy chłopak z Sheffield, który jako nastolatek już wiedział, że chce zostać drag queen. I został. Pewnego dnia ktoś wpadł na pomysł, by z jego historii zrobić musical. Tak też się stało i spektakl stał się sensacją. Wystawiany początkowo w Sheffield właśnie, prędko trafił na West End, gdzie bilety sprzedają się na pniu, a krytycy nie szczędzą pochwał. Są i tacy, którzy twierdzą, że to będzie klasyk. Myślę, że mają rację.
Jest to niesamowicie ogrzewająca serce historia. Jamie jest uparty w swoim dążeniu. Jest zawadiacko pewny siebie, zbyt pewny czasem, jak to małolat. Szkolnemu dręczycielowi odcina się zjadliwie. Ale pod tą pewnością tkwią kompleksy i rany – ojciec go nie akceptuje, kiedyś mu powiedział, że jest paskudny i Jamie wziął to sobie do serca. Kartki urodzinowe za tatę wysyła Jamiemu nieustannie wspierająca go mama, dla której to, że syn chciałby w prezencie czerwone szpilki, nie jest najmniejszym problemem. Jamie wreszcie odkrywa, że mama niekiedy podszywa się pod tatę, by syn nie czuł się porzucony, i oczywiście się wścieka. Tak czy inaczej, wie, czego chce i zamierza pójść na szkolny bal w sukience. I pewnie, że idzie. Nie czekaj, aż ktoś pozwoli ci być sobą, mówi przyjaciółka Jamiego.
Siedziałam otoczona przystojnymi dżentelmenami (jeden z nich, jak się okazało, był szkolnym kolegą aktora w głównej roli – zjawiskowego), zatem niechcący słuchałam ich rozmów. Jeden z nich w antrakcie powiedział, że zwykle musicale są dobre w warstwie muzycznej, ale słabe, gdy idzie o sam tekst i fabułę, ale tu jedno i drugie jest bardzo dobre. Całkowicie się z tym zgadzam. Następnie dżentelmen ów zapytał, czy wino mi smakuje – to był sylwestrowy wieczór, więc bary w Apollo Theatre pracowały na najwyższych obrotach, a zwykle zdystansowani Anglicy byli nawet gotowi z kimś się zbratać. A ja w ostatnich godzinach 2017 roku przytupywałam dziarsko nóżką na widowni i klaskałam w rączki, i płakałam trochę, i śmiałam się głośno. To było TO. Tego potrzebowałam.
Wspaniałe, wspaniałe.
(Prawdziwy Jamie i jego mama przybyli zresztą na premierę – spójrzcie, jacy są cudni).

A gdy wracałam do hotelu przez miasto już gotowe na Nowy Rok, Spotify w moim telefonie, ustawione na tryb losowy, znienacka postanowiło – naprawdę! – zagrać mi tę piosenkę.
– No nie wierzę – powiedziałam w głos po polsku.

Oby nam się, moi mili, wiele takich „no nie wierzę” chwil zdarzało w 2018.

If wind be with me

Normalni ludzie jadą na wakacje plażować.
Ja o piątej rano siorbię kawę na lotnisku w drodze do Anglii, pod cichym wrażeniem faktu, że państwo przede mną zapłacili za dwie jajecznice, dwie kawy i dwie pięćdziesiątki skromne sto szesnaście złotych. Jak tu lotnisk nie kochać, nieprawdaż.
Wsiadam.
– Wie pani, ja się tak boję latać, że mnie każdy włosek boli – wzdycha pasażerka obok. Cóż mogę rzec. Jej towarzyszka za to przez całą drogę przylepia nos do szyby, zachwycona chmurami i tym, że skrzydło się rusza.
Upiorne lotnisko Luton, pociąg, kolejna niedobra kawa, szybki zrzut tobołów w hotelu, marsz do teatru. Na Hamleta. Ponownie na tego Hamleta, jedynie słusznego, Hamleta naszych czasów, wszechobecnej infiltracji, postprawdy, mediów podglądających nas na każdym kroku. Hamleta cichego i wściekłego zarazem, który zadaje sobie i widowni pytanie – czy to ja naprawdę jestem wariatem? Czy to ten świat oszalał? Czy może jednak ja?… Jak po wielokroć pisałam, nigdy nie przepadałam za tą sztuką. Ten Hamlet, grany przez drobniutkiego Irlandczyka o oczach jak węgle (mama, z którą przed wyjazdem oglądałam Pięknego drania, spytała, czy on naprawdę ma tak ciemne oczy – otóż ma). I znowu się popłakałam jak głupia, choć wiem doskonale, jak ta opowieść się kończy. Bo on wam trafia wprost w serce, brzuch i płuca, on wam szemrze do ucha, żeby za chwilę wrzasnąć. Widzicie i czujecie, że to obolały człowiek, który usiłuje nieskutecznie dowieść, że spotkała go wielka krzywda. Ma rację, czy sobie ubzdurał to wszystko, szalejąc z rozpaczy?…
Bardziej wszakże podobała mi się okładka programu z Almeida Theatre – dopiero niedawno skojarzyłam, że to ścisłe nawiązanie do słynnego obrazu Ofelii – niż ta nowa. Mimo że ta druga mówi równie wiele, bo oto Hamlet, z zegarkiem na nadgarstku (zegarki są bardzo ważne w tym spektaklu…), stoi w rynsztunku szermierza. Mój czas mija, mam walkę do stoczenia. A ostatnia scena to przecież właśnie pojedynek.

Niemal prosto stamtąd udałam się do Regent’s Park.
Zawsze czuję się tam jak w innym świecie. Mam wrażenie, że całe zło zostaje za tą niepozorną bramą, a wewnątrz, w tym tajemniczym ogrodzie, nic nie może was dotknąć. W Open Air Theatre śpiewają ptaki, pachnie jaśmin i werbena, promienie zachodzącego słowa przeświecają przez liście. To duży teatr, ale niesłychanie intymny.
Ten Jesus Christ Superstar to jest, bez kozery powiem, arcydzieło. Dlatego, że twórcy – zgodnie z oryginalnym zamysłem – postawili na prostotę. Żadnej tam wyrafinowanej scenografii, żadnych kostiumów (poza oślepiająco złotym płaszczem Heroda i glanami Poncjusza Piłata). Zwykłe szare koszulki i trampki, band nawalający po garach z całą mocą i wokale arcypotężne, niosące się do gwiazd. Cały ten spektakl to tylko czar głosów i światła. Bez żadnych zbędnych fajerwerków. Za to z oszalałą owacją na stojąco. A scena chłosty jest niezmiernie bolesna i przykro się to ogląda – mimo że zamiast bata używają brokatu. Uważam, że to ten spektakl powinien trafić do kin jako przykład tego, jak się robi rock-operę.
Śpieszę donieść, że i tym razem nie zgubiłam się, wychodząc zastosowawszy starą dobrą metodę „wystarczy iść za tłumem”.
W dzień następny, wyspawszy się prawie dobrze, udałam się na południe miasta, do motylarium w ogrodach muzeum Hornimana. Muzeum Hornimana, leżące nieopodal Crystal Palace, nie jest miejscem zbyt popularnym wśród turystów, a szkoda, bo latem to czysta radość – poza tym perłą zbiorów jest kolosalny wypchany mors. Londyn, co trudno dostrzec, gdy człek porusza się po ścisłym centrum, jest miastem położonym na wzgórzach. Z dwóch przeciwległych, jednakowo pięknych miejsc – Alexandra Palace i Crystal Palace właśnie – można bardzo dokładnie obejrzeć sobie jego panoramę, ze szklanymi wieżami City połyskującymi na horyzoncie. Można też tam kupić sobie lody i usiąść na trawie wśród ganiających wiewiórek, obserwując miasto, które z tej perspektywy rozciąga się dosłownie u waszych stóp. Ale o czym to ja?… Ach, tak. Motylarium.
Jak powszechnie wiadomo, jestem wielką fanką wszystkiego, co lata. Samolotów. Ptaków. Motyli. Nie będę znów przytaczać moich historii z czasów, gdy sama w powietrzu bujałam, aż raz przez własną nieostrożność rąbnęłam o glebę i tak moja przygoda się skończyła. W każdym razie, głęboka fascynacja wszystkim, co ma skrzydła, pozostała. Zatem gdy dowiedziałam się o otwarciu motylarium, wiedziałam, że pójść muszę. I poszłam. Niewielkie ono jest, wielkości mojej kawalerki, ale czarowne. Bo oto wchodzicie, pani przy wejściu prosi was, byście poruszali się ostrożnie, bo te kruchutkie stworzenia mogą usiąść na was albo na chodniku tuż obok waszej stopy. Krąży ich tam masa – piękne, ogromne jak męska dłoń. Ciekawskie. Pozują do zdjęć, lądują na ramieniu. Przed wyjściem należy obejrzeć się w lustrach, by żadnego motylka nie wynieść na sobie.

Nacieszywszy się motylami, pojechałam sobie nazad do miejskiego Londynu, nad Tamizę, gdzie czekało na mnie towarzystwo z Read Not Dead, z piękną i zabawną sztuką pod tytułem Sappho and Phao. Tym razem sporo ludzi przyszło, zatem przez blisko trzy godziny widzowie musieli ze sobą niechcący flirtować, gdyż każda zmiana pozycji na wąskiej ławeczce wymuszała kontakt cielesny z osobnikiem siedzącym obok. Ale tam to nikomu nie przeszkadza, po prostu nie da się inaczej i trudno.
To sztuka tyleż urocza, co raczej pozbawiona jakichś szczególnych zwrotów akcji, a i fabuły w sumie. W dużym skrócie idzie o to, że marynarz Phao pada „ofiarą” bogini Wenus, która zmienia go w najpiękniejszego mężczyznę na świecie. Pewnego dnia Phao przewozi Safonę, która wskutek tego spotkania zapada na uporczywą i doskonale znaną kobietom chorobę – nie może spać, jeść też nie bardzo… W tym samym jednakże czasie w Phao zakochuje się sama Wenus.
Głupawe to może trochę, ale wdzięcznie słodko-gorzkie, bo Phao w końcu opuszcza swoją Sycylię, bez żadnej z dam u boku.
A propos słodyczy, grający Kupidyna Jamie Askill (Kupidyna nie dość, że ślepego, to jeszcze nierozgarniętego – według znawców ta postać to pierwowzór szekspirowskiego Puka i rzeczywiście podobieństwa są wyrazne) w jednej scenie zeżarł całą bombonierkę czekoladek. Podziwiam. Phao natomiast istotnie był śliczny, szczupły, długi i sprężysty. A po tym, jak go Wenus przemieniła w bóstwo, pojawił się na scenie z urożówionymi policzkami i usteczkami, przeglądając się kokieteryjnie w lusterku.
A potem panowie walili młotkami w wiadra i śpiewali niezrozumiale, ale za to głośno.
Ot i całe Read Not Dead.
A wiecie, kiedyś ludzie najbardziej w nie zaangażowani nakręcili jedną scenę – gdy Phao odwiedza zakochaną w sobie królową z koszyczkiem ziół. Ponieważ nie znoszę osoby, która bierze w tym udział, nie będę tego linkować (ale te zdechłe ziółka bawią mnie niezmiennie). A nawiasem mówiąc, za równe sześć tygodni od dziś nastąpi na tym blogasku powódz budyniu i lukru. I toffi. Ale to dopiero za sześć tygodni. Nieważne.

W poniedziałek – co ja robiłam w poniedziałek?… Ach, tak. Trochę się ponasłoneczniałam nad rzeką, a następnie poszłam na wystawę do Barbican Centre, dość raczej fenomenalną, a poświęconą science fiction. Od Gigera do Lema, od Metropolis po Ghost in the Machine. Szkice, książki, fragmenty filmów, skafandry kosmiczne i roboty. Arcyciekawe – nawet dla tych, którzy umiarkowanie lubią tematykę. Z tejże wystawy podreptałam do Trafalgar Studios, obejrzeć na scenie Stockard Channing. Tak – TĘ Stockard Channing (wiecie, jaka ona jest w istocie malutka?…). I Josepha Millsona, jednego z wielu, w których skrycie się kocham, ale doprawdy trudno nie. Apologia to taka sztuka z gatunku „niby nic się nie dzieje” – prosta historia, dorosłe dzieci przyjeżdżają na urodzinowy weekend do matki, która właśnie wydała pamiętniki. Uściślając, przyjeżdża jeden z braci ze swoją nieznośnie amerykańską narzeczoną. Drugi natomiast… wiecie, jak to mówią. It’s always the other brother. Obu dzielnie gra wspomniany Joseph. Zatem niby nic się nie dzieje, a jednak widzowi troszeczkę serce pęka, bo w tej rodzinie kipi od niewysłowionych żali.
Tu muszę dodać, że za bardzo dobry bilet zapłaciłam raptem 15 funtów, dzięki TodayTix – takiej uciesznej aplikacji na telefon, która sprzedaje bilety na ten sam dzień w zabawnych cenach. Oczywiście może się okazać, że się nie załapiecie, ale polecam serdecznie.
Wtorek. Najpierw do Globe, potem na West End. Król Lear, przyznam, podobał mi się umiarkowanie – może dlatego, że to nie jest moja ulubiona sztuka. Obsada owszem, wspaniała, ale coś mi jakoś nie grało. Za to oglądane kolejnego popołudnia w tym samym miejscu, w ulewnym deszczu (matko jedyna, jak ja zmarzłam) Wiele hałasu o nic to istotnie było wiele hałasu, ale bardzo radosnego i barwnego, czysta przyjemność. Polecam serdecznie, jeśli będziecie mieli okazję. To nie był najlepszy sezon dla Globe (i to widać po widowni – pamiętam spektakle, gdzie jako groundling stałam w bardzo gęstym tłumie, a i balkony były pełne), ale to przedstawienie bardzo im się udało. Przeniesienie historii do Meksyku wczesnego XX wieku i okraszenie jej żywą latynoską muzyką to był śmiały pomysł, ale zadziałał doskonale, a w zimny i deszczowy dzień oglądanie czegoś tak kolorowego i dynamicznego było błogosławieństwem. Ale, ale. Powracając do wtorku. Po tym dobrym, ale nieszczególnie porywającym Learze wpadłam na chwilę do hotelu, zmieniłam gacie na bardziej szykowne i udałam się na Kotkę na gorącym blaszanym dachu. Bez żadnych szczególnych oczekiwań. Bogiem a prawdą, zarezerwowałam bilet z powodu tego zdjęcia.
I pragnę powiedzieć, że ten oto dżentelmen – w rzeczywistości niewysoki raczej i niepozorny, mimo że na scenie wygląda jak kawał byka; nawiasem mówiąc, opuścił teatr na rowerze – absolutnie ukradł show. Nie dlatego, że przez większość spektaklu występuje albo nago, albo w mokrej i rozchełstanej piżamie. Ma piękny, chrapliwy głos. Gdy się wkurwia i rozwala kulą wazon (siedziałam w drugim rzędzie, więc błyskiem skuliłam się w fotelu), jest trochę straszny. Ale w drugim akcie, rozmawiając z umierającym ojcem o tym, dlaczego pije, jest przejmujący, cichy i smutny, ot, pęknięty człowiek, który nie poradził sobie za dobrze z życiem, który czuje się zatrzaśnięty w klatce swojego nieudanego małżeństwa, który będzie dolewał sobie kolejne banie, aż mu w końcu kliknie – this click that I get in my head that makes me peaceful. I got to drink till I get it. Sienna Miller nosi w tym spektaklu piękną, lśniącą suknię, ale jej sceniczny partner błyszczy znacznie bardziej, chwilami przyćmiewa ją zupełnie. Takie prawdziwe, żywe mięcho aktorskie. O tyle prawdziwsze, że O’Connell faktycznie trochę się wyciorał życiowo za młodu, więc doskonale wie, o czym ze sceny opowiada.
Jest to też spektakl piękny wizualnie – i będzie wyświetlany w kinach w ramach NT Live, więc polecam naprawdę.

A potem to już lotnisko, samolot, w którym zasypiam nad książką – i dom. Znowu dom.
Choć gdzie ten dom… Gdzie ten mój dom?

Up comes the moon when the city’s asleep

Czwartek.
Truchtam do pracy na stresujące spotkanie. Zaraz po nim – na lotnisko.
– A gdzie twój bagaż?
– To jest mój bagaż.
– Ale jak to, TO jest twój bagaż?…
Trening czyni mistrza, panie kolego. Pakowałam się w mniejsze. Po co mam szaleć, wyjeżdżając na 3 czerwcowe dni?
Zatem. Lotnisko. Spritz na pożegnanie. Samolot. Pociąg. Hotel – wątpliwej urody, ale tylko na taki było mnie stać tym razem. Za to tuż obok księgarnia, na moje nieszczęście.
Przebieram się pośpiesznie i pędzę do Globe na głosowanie. Jakoś pusto tym razem, ludzi niewielu, ale sami swoi jak zwykle. Po trzy sceny z trzech sztuk (do jednej, której akcja rozgrywała się częściowo w męskim lupanarze, poszukiwano dwóch pań chętnych do ról klientek – ojj, z jakim zapałem autorka wówczas obserwowała klepki na podłodze; z drugiej strony miałaś szansę wleźć na scenę, panienko!), wszystko opatrzone cudownie kąśliwym komentarzem. Mała rzecz, a cieszy. Brakowało mi takiego śmiechu. Nadal jednak uważam, że niezapomniana sztuka o piratach sprzed paru lat, zwieńczona finałem, w którym sterta zwłok leżała na scenie pokryta confetti i chichotała, powinna zostać wznowiona. Tak czy inaczej, historia o męskiej prostytucji wygrała tym razem. Uroczo. Mamy takie wyrafinowane gusta.
I wiecie – gdy tam sobie siedzę, zaśmiewając się do rozpuku, wśród ludzi, których twarze już dobrze znam, myślę sobie o dwóch rzeczach. Po pierwsze – że choć nasi specjaliści (et cetera) od teatru lubią grzmieć, iż to świątynia, to nieprawda. Nie ma nic dobrego w teatrze, który chce być świątynią. To jest, jakkolwiek Coelhowsko to zabrzmi, miejsce, w którym ludzie powinni czuć się razem, to przede wszystkim. Chodzi o wspólnotę doświadczeń, a nie szorowanie kolanami przed Szekspirem i spółką, ani tym bardziej o bicie czołem przed panami artystami.
Po drugie – że czuję się tam bardzo bezpiecznie. Nawet gdy próbują mnie wciągnąć do akcji. W końcu im się uda, mam przeczucie.

Znakomicie. Piątek. Ryba z frytkami na trawie w parku, Grant Museum z potworami takimi, że głowa mała (na pewno zawsze chcieliście zobaczyć słój wypełniony kretami, hm? Albo płód kangura? Jest też ponoć przepołowiony kot, ale nie znalazłam). Burza, którą postanowiłam przeczekać w jednym z antykwariatów, ale nie będziemy o tym mówić. Gdy deszcz ustał – spacer do Almeida Theatre, jednego z moich ulubionych. Mały, przytulny, z dobrym barem, z miejscami za dychę. Z dobrym repertuarem, choć trudno go nazwać lekkim i przyjemnym. I tym razem ani lekkie, ani przyjemne to nie było. Owszem, były wątki zabawne w postaci ślepego taksówkarza wożącego bohaterów przez Nowy Jork (widoczny dla widzów tylko jako rozmazane odbicie w tylnym lusterku, majaczące ponuro w tle). Oto bowiem główna bohaterka, uciekając od jednego oprawcy, trafia tak naprawdę w ręce innych, którzy używają jej jak pionka w swojej chorej grze. Jest samotna i zdesperowana, więc pozwala na to.
Przykre to przedstawienie i rozumiem, dlaczego nie każdemu się podobało. Zresztą w takich przypadkach trudno mówić o podobaniu się. To jedna z tych rzeczy, które odbiera się flakami. Albo zna się te emocje, albo nie.
Lekko mnie jedynie rozczarował Julian Ovenden, bo coś w nim było nieprzekonującego, jakby próbował na siłę bronić swojej śliskiej postaci. Niemniej cenię go tak czy inaczej, a poza tym dwukrotnie widziałam go nago. Nie, nie znamy się aż tak dobrze. Z drugiej strony lista aktorów, których NIE widziałam nago, coraz krótsza z każdym rokiem. Następnego popołudnia też obserwowałam przyrodzenie – i Bogiem a prawdą, trochę nie wiem, czy to było konieczne; nie mam nic przeciwko nagości na scenie, ale czasami da się odczuć, że reżyser wcisnął ją tylko dlatego, iż liczy, że to podkręci opadającą na widowni temperaturę (i powieki). Bo widzicie, jeśli jest zasadna – przestajecie ją zauważać bardzo szybko. Jeśli nie – siedzicie i zastanawiacie się: „ale o co chodzi z tym gołym facetem?”. Jasne, miło popatrzeć na piękne męskie ciało. Ale może dajmy mu coś do grania.
Taka tylko penisia dygresja. W każdym razie – chodzi o Woyzecka w Old Vic, z tym Johnem Boyegą z tych Gwiezdnych wojen. Kupiłam bilet w ostatniej chwili, zdumiona, że ich tyle. Jeszcze bardziej się zdumiałam, gdy okazało się, że z powodu umiarkowanego sukcesu spektaklu balkon zamknięty (a mam takie ulubione miejsce w Old Vic, wiszące nad sceną, z miejscem odłożenie płaszcza, odstawienie wina i co najważniejsze, na nogi – to nie jest takie powszechne w londyńskich teatrach, przestrzeń w których często sprawia, że tęsknicie za luksusami Ryanair; gdy stało się w kolejce po nogi, a nie po rozum, jak ja, to sprawa jest poważna) i przeniesiono mnie na arcydobre miejsce na parterze. Świetnie.
Brutalna to rzecz, nie ma co. Ja mam dość wysoką odporność, ale nawet dla mnie to jest brutalna rzecz. Zresztą Woyzeck to nigdy nie była historia słodka i subtelna, to zawsze była historia szaleństwa i traumy. Tu – przeniesiona w smutne realia granicy pomiędzy NRD i RFN, z murem w tle.

Sobotnie popołudnie bardzo było słoneczne, a moi – bardzo głodna, więc po wyjściu z teatru zjadłam pół metra dorsza w pięknych okolicznościach przyrody. Na południowym brzegu Tamizy. Tam właśnie.
I na West End.

I teraz przyznam się do czegoś, za co można mnie potępiać.
Otóż ja nigdy nie rozumiałam, skąd taka miłość do Tennanta. Tak, wiem. Napisałam to na głos. Teraz można mnie wybuczeć. Dobry aktor, owszem, świetny w Broadchurch, ale żeby aż taki szał? Niemniej – że ja z tych przekornych, gdy dowiedziałam się o tym, że będzie na scenie grał w mocno uwspółcześnionej wersji Don Juana, w terminach wdzięcznie zazębiających się z moim urlopem i z biletami w cenach przyzwoitych, to se pomyślałam, a co mi tam. Sprawdzę. Dziesięć funtów płacę, to nie będę rozpaczała, gdy się rozczaruję.
No i sprawdziłam.
I powiem tak.
Gdyby potraktować ten spektakl serio, to on nie jest dobry. Sama sztuka taka trochę yyych. Scenografia hmmm. Pewne rozwiązania zbyt oczywiste (jeśli na scenie pojawia się posąg naturalnej wielkości…). Ale gdyby potraktować go jako żart, jako swoistą parodię historii o Don Juanie zrobioną przez kumpli – Tennant i Patrick Marber (autor/reżyser) znają się i lubią od lat – to można pysznie się bawić. To nie jest spektakl zmieniający życie, nie mam co do tego złudzeń. To spektakl czasami celowo w złym guście. Ale jeśli właśnie tak się go bierze, bez oczekiwań, że będzie się o nim myślało przez trzy dni, to daje radę. Głównie dzięki obsadzie. Bo ten Tennantowy Don Juan jest bardzo filthy/gorgeous – ale też jest grany z uroczym dystansem. Jakby on się tą rolą bawił. I nie próbuje tego przed publiką ukrywać, przeciwnie, wciąga ją w tę zabawę. Toteż, zobaczywszy go na żywo – i te włosy, a mama MNIE zawsze mówi, żem nieuczesana – rozumiem, że można chłopa pokochać. Bo ma charyzmę nieprawdopodobną.
Opuszczałam zatem pluszowy fotelik w Wyndham’s Theatre rozbawiona bardzo i jakoś tak pozytywnie nabuzowana. Minęłam stage door, gdzie histeria trwała w najlepsze, po czym udałam się spokojnie do metra. Wróciłam do hotelu. Włączyłam BBC, żeby sprawdzić, co się dzieje i zabrałam się za upychanie w plecaczku wszystkich kupionych książek. Od czasu do czasu, siedząc, jak to ja, po turecku na podłodze, zerkałam kontrolnie na ekran.
Jedno zerknięcie sprawiło, że pakować się przestałam, bo znieruchomiałam.

Nocne linie metra nie przestały działać, ani też autobusy na Stansted, więc dotarłam na lotnisko, a stamtąd do Werony, którą opuściłam nieco rozczarowana. Jest ładna ona, jak to włoskie miasteczka, ale wiele innych przyjemniej odwiedzić, a tłok pod domem Julii przyprawia o duszności na sam widok. Pociąg do Mediolanu jechał trzy godziny, bo oczywiście zatrzymał się w polu jakimś cholernym huiwi po co (owszem, z miejsca, w którym się zatrzymał, roztaczał się piękny widok na jezioro Garda, ale bardziej ceniłabym punktualność – nie spałam prawie i mój organizm jął kwilić smętnie o pomoc). Wreszcie dotarłam do mieszkania, wbiegłam niemal prosto pod prysznic, popłakałam sobie trochę, wypiłam kieliszek wina i poszłam spać.
Dziś na szczęście w moim tymczasowym domu bardzo wietrznie i burze, powietrze lżejsze, umysł też.
A nim kto spyta – do Londynu wrócę niedługo, i wracać będę.

E pur si muove

Jak być może zauważyli ci, co mają nieszczęście podglądać mnie na twarzoksiążce, na urlop, który spędzam we Włoszech, udałam się przez Londyn, ponieważ to logiczne. Tylko na jedną noc, albowiem dawno temu kupiłam bilety na dwa spektakle, nie mając pojęcia, jak moja tegoroczna wiosna będzie wyglądała. No to poleciałam.
Znajoma drwiła, że służby graniczne witają mnie tam zapewne słowami: „znowu ty?…”.
Jeszcze nie, ale to może nastąpić, zwłaszcza biorąc pod uwagę koniec roku, bo wtedy będę warować pod teatrem z żołądkiem w gardle i pustką w głowie.

W sobotę po południu udałam się do Barbican Centre, czyli tego okropnie brzydkiego molocha wyrastającego nieopodal City. Nie znoszę Barbican Centre, zawsze się tam gubię. Poza tym sala teatralna jest ogromna, naprawdę ogromna, i scena również. Ja z tych ceniących intymność i troszeczkę kiepsko mi się ogląda przedstawienia wystawiane w takich potężnych przestrzeniach, bo niekiedy miejsce przytłacza i rozprasza. I tak, obawiam się, było w tym przypadku.
Balon oczekiwań miałam napompowany niesłychanie – wiadomo, piękny Jude Law, Ivo van Hove – ale potem pojawiły się recenzje, które były… takie sobie, delikatnie mówiąc. Parę było fatalnych. Ups. No dobrze, zobaczmy to na własne oczy, krytycy też się mylą czasami.
Niestety w tym przypadku mieli rację.
To Opętanie grzeszy nijakością. Jude jest oczywiście olśniewająco przystojny, na scenie pojawia się prawdziwy warczący silnik, ale spektakl jest kompletnie niezapamiętywalny. Wychodzicie i po dwóch godzinach nie pamiętacie, że to oglądaliście. Szkoda trochę, bo potencjał duży. Niemniej to kolejny dowód na to, że można mieć wspaniałego aktora, świetnego reżysera, dobrą historię, ale ten magiczny miks nie działa. Zatem gdybym tego nie obejrzała, moje życie nie byłoby uboższe. Tak czy inaczej, są tacy, którym się podobało, jedna pani nawet zdecydowała się na owację na stojąco, choć podejrzewam, że tutaj zaważył czynnik pt. Jude, a nie jakość przedstawienia.
W kolejce do protagonisty się nie ustawiłam. Śpieszyłam się. Zamiast jednakże pobiec prosto na drugi brzeg, do Young Vic, zrobiłam sobie krótki przystanek w katedrze świętego Pawła, gdzie akurat Evensong się zaczynało. Polecam, gdybyście mieli okazję, wszak nawet dla osób słabej wiary to bywa interesujące doświadczenie – chór ze swoimi anielskimi głosami, miejsce tyleż imponujące, co dziwnie uspokajające zarazem. Warto.
Wyciszenie moje jednakże zbyt długo nie trwało, ponieważ Young Vic zafundował mi nieco mocnych wrażeń. Chciałam zobaczyć Życie Galileusza nawet bardziej niż Opętanie, kierowana jakimś osobliwym przeczuciem, i nie pomyliłam się. Mimo że Brechta nie kocham jakoś bardzo. 
Po pierwsze, zmieniono wnętrze w planetarium. Sufit to okrągły ekran, na którym wyświetlane są projekcje ciał astralnych. Jakbyście podróżowali przez kosmos. Po drugie, muzyka jest fenomenalna (skomponowana przez połowę The Chemical Brothers), a momentami tak głośna, że czujecie drgania w brzuszku. Po trzecie, tytułowy bohater grany jest z takim powerem i charyzmą, że trudno oderwać oczy. Po czwarte wreszcie, to rzecz niebywale intensywna i angażująca. Wspaniały spektakl, trzy godziny jak z bicza. Autorka była pod wrażeniem i cieszyła się bardzo, że intuicja jej nie zawiodła.

A następnego ranka karnie powróciła do ojczyzny na dwie krótkie noce i zaraz udaje się nazad na lotnisko. Nuda, panie.

We cry, and we take our tears, and we put ’em in the ice box, in the goddamn ice trays until they’re all frozen and then we put them in our drinks

Autorka czasem ma napady szaleństwa i robi rzeczy, nad którymi normalni ludzie przynajmniej ze dwa razy by się zastanowili.
Dlatego w piątek wieczorem poprosiła w recepcji o pobudkę i taksówkę. I parę godzin później była już w drodze.
Plan był… nie do końca przemyślany. Czy też raczej – nadmiernie ambitny, bo z niezrozumiałej dla mnie samej przyczyny wybrałam pierwszy powrotny lot, co w praktyce oznaczało zarwaną noc. A człowiek, choćby sobie uporczywie wmawiał, studentem już nie jest. Wróciłam do Madrytu, czując się i wygladając jak własne szczątki. Bardzo zadowolone szczątki, trzeba przyznać. Szczątki bowiem kupiły książkę i dostały egzemplarz z podpisem autora – mała rzecz, a cieszy. Szczątki podratowały niewyspany i głodny organizm cream tea, bez wątpienia najlepszy wynalazek Anglozy, może poza tą ich uprzejmością dojmującą. A właśnie. Stoję sobie w kolejce po bilet na Stansted Express, strasznie się ta kolejka wlecze, bo oczywiście ludzi dopiero przy kasie zbiera na rozmyślania, dokąd by w ogóle chcieli dotrzeć. Trochę przewracam oczami. Kolejka się przesuwa, gdy wtem kasjer zatrzymuje gestem klienta przede mną i mówi, wskazując na mnie:
– Ta pani była pierwsza.
– Ale… – pada z dwojga ust.
– Tak, tak – uśmiecha się kasjer z grzecznym uporem. – Ta pani była pierwsza.
Po tym, jak mnie raz przepraszano, gdy się spóźniłam – owszem, gdy JA się spóźniłam – niewiele powinno mnie dziwić, ale jeszcze czasem mnie zaskakują.

Londyn jak to Londyn. Śniadanko na Borough Market się wrzuciło, herbatę z mlekiem wypiło (lubię, co mi zrobicie). Do teatru się poszło, ma się rozumieć. Po to przyleciałam.
Kto się boi Virginii Woolf? to oczywiście rzecz wielka i legendarna, choćby z uwagi na tę adaptację. Jedna z tych historii, które zaczynają się spokojnie, ot, nic się nie dzieje, domowe drinki po imprezie – a kończą się katastrofą kolejową, z której widz wychodzi poharatany. Wspaniała sztuka i wspaniale wystawiona. Znakomicie zagrana. Każdy jest świetny w tej historii o toksycznych związkach, w których ludzie przez lata karmią się kłamstwem, pielęgnują nawzajem swoje nałogi – ale sceną rządzi Imelda.
Imelda Staunton to jest geniusz aktorstwa. Kobieta z uderzającą charyzmą i warsztatem. Imelda potrafi wszystko. Nieprawdopodobna postać – drobna, a rozsadza scenę. W jednym zdaniu potrafi zawrzeć tuzin różnych emocji. Potrafi sprawić, że widownia przestaje oddychać i panuje ta wyjątkowa dla dobrego teatru absolutna cisza – nawet przeziębieni widzowie powstrzymują się, ryzykując życiem, od kaszlu. Niewielu aktorów umie tę dzwoniącą w uszach ciszę wyczarować.
Jeśli będziecie mogli zobaczyć Imeldę na scenie – idźcie koniecznie. Jest to bowiem klasa, wielka klasa. I przy okazji można sobie uświadomić, że to ciężka fizyczna robota, żyłowanie swojego ciała i głosu do granic możliwości, i emocji również.

Och.

A potem przedreptałam przez Waterloo Bridge, by zobaczyć Rosencrantza i Guildensterna.
Pierwszym przedstawieniem, jakie w życiu swoim oglądałam w Londynie, był Equus Petera Schaffera, mocna dość sztuka o nastoletniej religijno-seksualnej fiksacji prowadzącej do okropnego czynu. Ubolewam, że rzadko wystawiana, choć mogę zrozumieć, dlaczego. W każdym razie głównego bohatera grał Daniel Radcliffe właśnie. Nastolatek jeszcze wtedy. Troszkę była aferka, bo on tam w całej krasie występował.
Ależ zleciało.
Wyrósł z tego chłopca dobry aktor; czuje scenę i publiczność. Może nie jest to rola na miarę Oliviera, niemniej bez wątpienia nie jest to przykład celebrity casting, czyli celowego obsadzania kogoś sławnego, by przyciągał ludzi gotowych zapłacić cenę małego samochodu za bilety, a potem się okazuje, że spektakl w najlepszym wypadku taki sobie. To nie ten przypadek. To bardzo dobrze zrobiony teatr o teatrze – i o tym, że, jak napisał pewien gość, który niedawno obchodził urodziny, świat jest sceną. Tę sztukę napisał Tom Stoppard, wybitny dramaturg, którego umiejętność bawienia się słowem i znaczeniem jest niesamowita. Stoppard w tej sztuce gra z widzem, licząc, że ów w pewnej chwili zrozumie, iż bohaterowie… no właśnie.

Oklaskałam, wyszłam i pomyślałam, że skoro mam mnóstwo czasu do nocnego autobusu na lotnisko, to może spróbuję ustawić się w kolejce. W TEJ kolejce. Po wiecie, możliwość poznania protagonisty.
Hm.
Nie mam wielkich doświadczeń ze stage dooringiem, a mój debiut w tej sferze był na tyle osobliwy (tak to jest, gdy się zaczyna od przyjaznego cudaka), że trochę wykrzywił moje wyobrażenia wobec tej zabawy. No, ale wtedy byłam sama. Teraz była nas setka czy coś koło tego – masa narodu w różnych stopniach podekscytowania. W związku z czym uruchomiono całą procedurę wpuszczania grupkami i tylko z ważnym biletem na spektakl.
Cóż mogę rzec. Jest to istotka maleńka. Oczy ma ogromne. Jest bardzo sympatyczna. Przy czym cały ten cyrk pokazuje jaskrawo, że jego praca nie kończy się, gdy schodzi ze sceny. On ma jeszcze drugie tyle do zrobienia, podpisując, fotkując, odpowiadając na głupie pytania niekończącego się strumienia ludzi. Pewnie jest zmęczony, pewnie wolałby do domu. Ale jednak do każdego się uśmiechnie i zagada. Pani przede mną bardzo się martwiła, bo była sama i nie wiedziała, czy będzie kogo poprosić o zrobienie jej zdjęcia z rzeczonym.
– Nie ma problemu – odparł ochroniarz. – Daniel zwykle sam się tym zajmuje.
I tak jest.
Co nie zmienia faktu, że przyjemniej jest, gdy to doświadczenie nie przypomina taśmociągu.

Na widowni, swoją drogą, był też Lin-Manuel Miranda. Nigdy bym nie zauważyła, gdyby dziewczę w moim rzędzie nie rozpiszczało się w ekstazie. Pomachał jej.

A potem – lotnisko, długie godziny oczekiwania, kelner w otwartej o drugiej kawiarni, który okazuje się być Włochem z Neapolu, urywany sen na pokładzie (miałam cały rząd dla siebie, bo samolot był dość pusty i zgodziłam się usiąść przy wyjściu awaryjnym – w nadziei, że nie będzie potrzeby otwierania tegoż; nawet gdyby była, pewnie bym ją przespała). Madryt. Łóżko. Nigdy więcej.

This above all: to thine own self be true

Widziałam się dziś w mieście Londynie z moją przyjaciółką. Zjadłyśmy miły obiad przed moim odlotem do domu.
– A co cię tu sprowadza tym razem? – spytała. – Znowu za tymi aktorzynami ganiasz?

No, wychodzi na to, że tak.

Ale od początku.
Najpierw poszłam na Sen nocy letniej. To moja ulubiona sztuka wiadomego dramatopisarza. Widziałam wiele jej adaptacji, a na tę musiałam pójść, odkąd przeczytałam zapowiedź, brzmiącą: „Dark fantasies and nightmarish visions unfold in this bold take on Shakespeare’s unparalleled tale of love, betrayal and desire”. Odrobinę się bałam – pierwsze recenzje zapowiadały tzw. Marmite, ktoś dał dwie gwiazdki, ktoś dał cztery. No dobra, pomyślałam, sprawdzę sama. Kupiłam sobie ostrożnie bilet za 10 funtów, korzystając z opcji lucky dip. To takie coś, że nie wiadomo, gdzie się siedzi – dowiadujecie się dopiero przed spektaklem i oczywiście, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wasza autorka kochana wylądowała w drugim rzędzie. I od razu troszkę się zaniepokoiła, albowiem caluchna scena pokryta była błotem.
Ja już dostałam ze sceny wodą (dwa razy), sztuczną krwią (jak poprzednio), aktorplazmą (nie zliczę), confetti, garnkiem raz niecelnie. Tym razem błotem troszeczkę. Niemniej zbyt wiele przeciwko temu nie miałam, bo spektakl bardzo ciekawy. To nie jest taki wesoły Sen nocy letniej, jaki znamy i lubimy, o nie. Owszem, są chwile bardzo zabawne, ale w gruncie rzeczy to raczej koszmar. Niesamowicie zmysłowa opowieść, fakt, ale i przerażająca. Puk w tym przedstawieniu jest raczej odpychający niż uroczy, obleśny wręcz i cała jego zabawa w swaty za pomocą czarów to bardziej cyniczna gra. Zakochani nie są aż tak znowu zakochani, chcą po prostu seksu. Lizander prawie gwałci Helenę.
Zatem błoto wszędzie – pod koniec aktorzy umazani są nim całkowicie, od stóp po włosy. Niezdrowa namiętność. Niepokojące wokalizy zamiast ścieżki dźwiękowej. Bardzo dobre role (och, panie Dagleish!), ale nawet moi ulubieni Rude Mechanicals nie są w tym przedstawieniu aż tak zabawni jak zwykle. Są raczej bandą dziwaków i nieudaczników (trzeba jednakowoż przyznać, że Bottom fantastyczny – to za nim to oczywiście „Tyzbe”, nie tak świetna jak jedyny w swoim rodzaju Christopher Logan w wersji Globe sprzed paru lat, którą niezmiennie polecam, bo wyję ze śmiechu za każdym razem, gdy ją oglądam; można sobie ściągnąć legalnie z ich strony). Czy zatem da się przerobić słynną komedię na niepokojącą opowieść o tym, że ludźmi w gruncie rzeczy rządzi ich libido? A i owszem.

Opuściłam południowy brzeg, wsiadłam w metro, bo szybciej, i via hotel (trzeba było policzki poróżowić w końcu, nie ma to tamto) pośpieszyłam do Islington.
W Islington stoi Almeida Theatre. Bardzo mały – jak na Londyn – teatr, kameralny. Świetny bar ma również (wiem, bo przyszłam wcześniej, gdyż nie miałam co ze sobą zrobić, cytując klasyka). Teatr ten od ładnych paru lat, mimo że mały i nie w centrum, nadaje tempo kulturalnemu życiu stolicy Brytanii i śmiem twierdzić, że jego znaczenie nawet dalej sięga.
No i wymyślili sobie w tym teatrze, że wystawią Hamleta. A na Hamleta wezmą takiego gostka, Andrew Scott się nazywa. Reżyserii podjął się Robert Icke, facet, który wyrasta na jedną z najbardziej znaczących osób w europejskim teatrze, znany z tego, że nie oszczędza ani aktorów, ani widzów. Nie wybierajcie się na przedstawienie w jego reżyserii, jeśli nie macie wolnych czterech godzin.

Andrew jest, jak wiadomo, jedną z moich miłości. Uwielbiam go. Za całokształt. Widziałam go lat temu parę w Birdland, w którym grał zblazowaną, zepsutą gwiazdę rocka, której lśniący świat nagle się wali, później w The Dazzle, na którym popłakałam się strasznie. Ruszyła mnie wielce ta historia – prawdziwa, dwóch braci żyjących w zagraconym apartamencie – ale też ruszył mnie on. Te jego oczy jak węgle. Otchłań, która na was patrzy. No i ruszyło mnie również to, iż facet wówczas, świeżo po roli w Bondzie, choć mógł gwiazdorzyć po czerwonych chodnikach, wybrał granie dla jakiejś setki ludzi na szóstym piętrze zimnej kamienicy. To jest wszakże rasowe zwierzę sceniczne i widać, czuć, że on potrzebuje publiczności, ma z nią świetny kontakt, czerpie z niej energię i jest cały dla niej. Ale też nie oszczędza jej. To jeden z tych aktorów, którzy od razu dają widowni do zrozumienia: nie myślcie, że sobie wygodnie posiedzicie.
Być może dlatego ten Hamlet jest tak dobry.
To nie jest Hamlet na koturnach, wygłaszający te swoje monologi dobitnie. To jest Hamlet, który się wścieka, wkurwia, wrzeszczy – ale też Hamlet, który szepcze do widzów. Hamlet zrezygnowany. On już wie, że tu nie bardzo jest o co walczyć. Słynne teksty serwuje z wdzięcznym sarkazmem, mrużąc oko do widowni, jakby chciał powiedzieć: już to gdzieś słyszeliście, co?… Zduszony chichot przeleciał po widowni przy okazji ironicznie wypowiedzianego Alas, poor Yorick – tym takim tonem, wiecie, „ojej, ale mi przykro”. Z drugiej strony TEN monolog wygłasza cichutko i delikatnie, stojąc na bosaka tuż przed widzami, zaglądając im w oczy, jakby czekał, aż mu odpowiedzą. Z trzeciej strony nigdy nie słyszałam lepiej i bardziej szczerze wygłoszonego mojego ulubionego szekspirowskiego zdania: there’s nothing either good or bad, but thinking makes it so.
Towarzyszy mu świetna ekipa aktorska i bardzo dobrze jest to wystawione. Doskonale odzwierciedla nasze smutne czasy postprawdy, farbowanych polityków, mediów wciskających się wszędzie, życia na celowniku obiektywu. Czasy, w których ważne jest tylko to, co pojawia się na pasku w telewizji.
W tej małej przestrzeni ta sztuka rezonuje znacznie bardziej niż rozdmuchana, nadęta i nudna Cumberbatchowa wersja. Ogląda się to jak kryminał. Momentami włos na grzbiecie się jeży. Sceny z oszalałą Ofelią, a tym bardziej duchem pojawiającym się w CCTV… o kryste panie.

Po wszystkim ustawiłam się w rządku pod teatrem. Co mi szkodzi, myślę. Może nam się pokaże, a może od razu ucieknie.
I wtem wychodzi taka pchła mała, chuchro takie, ledwo żywe, ale uśmiechnięte szeroko.
– Cześć, jak się masz? – pytają te dwa węgle, te otchłanie.
– Świetnie, ale czuję się, jakby mnie pociąg potrącił – mówię. Zawsze w takich sytuacjach denerwuję się i nie wiem, co powiedzieć, więc uruchamia mi się nadmierna szczerość. Chuchro się śmieje.
– Ja też!
Nie śmiem wątpić. Ja bym po takich czterech godzinach potrzebowała kroplówki.
Zrobił nam selfie. Zabrał mi telefon i zrobił nam selfie.

You know what it’s like when you’re in a room with the light on and then suddenly the light goes out? I’ll show you. It’s like this.

Wróciłam.
Nie, też się nie cieszę.

Tak naprawdę to ja poleciałam z powodu tych dwóch.
Obu absolutnie ubóstwiam od zarania dziejów. Ian McKellen robi ze mnie rozchichotaną nastolatkę. Uwielbiam te jego oczy chłopca. Oczywiście, że bardzo chciałam go zobaczyć na własne oczy, ale nie sądziłam, że będzie to prawdopodobne.
Cóż. Jak to zwykle w moim przypadku bywa – opatrzność zrobiła swoje. W marcu kupiłam bilet, w piątek bladym świtem (a właściwie jeszcze po ciemku) wsiadłam do samolotu i poleciałam.
Londyn przywitał mnie zdumiewająco piękną pogodą (żebym się za bardzo nie przyzwyczaiła, po południu padało). Obleciałam znajome kąty, wypiłam kawę, zrzuciłam toboły w mojej kwaterce, ubrałam się ładnie i wróciłam na West End.

Dobrze znam to miejsce. Pozostaje jednym z moich ulubionych w Londynie, chociaż to jest tylko króciutka i niezbyt urodziwa alejka łącząca Charing Cross Road z St Martin’s Lane. Przypadkiem (nie sądzę…) właśnie tutaj znajdują się wyjścia z dwóch teatrów. Wiele długich minut tu spędziłam, przestępując nerwowo z nogi na nogę, więc mam sentyment.
Tu muszę coś podkreślić. Jak wszyscy wiedzą, autorka nie ma śmiałości do ludzi. Co prawda zrobiła kolosalne postępy, ale nadal nie jest osobą, która łatwo zagaja i jeszcze sypie żarcikami (ale jak mi się uda żarcik, trzy dni dumna chodzę). Nigdy w życiu nie poprosiłam nikogo o autograf – a mam dużo okazji, jak widać po blogasku – bo one nie są dla mnie szczególnie istotne. Wolę, jeśli oczywiście mam okazję, z kimś porozmawiać. To przyjemniejsze i zostaje na dłużej w człowieku. Tak, zatem jak wspominałam, nie mam śmiałości do ludzi, ale gdy naprawdę mi zależy, potrafię się przemóc, czego dowodem fakt, że dokładnie rok temu goniłam pewnego młodziana po ulicy – do tej pory wolę nie myśleć, jak to wyglądało dla postronnych – a w piątek po opuszczeniu widowni skręciłam za róg i ustawiłam się w nie tak znowu dużej kolejce.
Może by coś o spektaklu samym, zanim osunę się w mętne odmęty zachwytów.
Pinter to Pinter. Jedni lubią, inni nie. Niby nic się nie dzieje, ludzie dużo mówią, ciągną swoje monologi – a ile się dzieje. I w tym spektaklu jest podobnie. Tylko czterech bohaterów, jeden wieczór i następujący po nim poranek, masa tekstu, ale najwięcej rozgrywa się gdzieś między słowami.
Wiecie, są aktorzy i aktorzy. Są tacy, którzy gwiazdorzą na wielkim ekranie, ale na scenie kompletnie sobie nie radzą. Są tacy, którzy w ogóle się za nią nie biorą. Są też tacy, którzy ją czują doskonale. I ci dwaj wspaniali panowie niewątpliwie należą do ostatniej kategorii. Co za klasa. Scena, w której grany przez Stewarta pisarz z potężnym problemem alkoholowym wyczołguje się, zalany w trupa, ze sceny… Och.
Oklaskawszy dżentelmenów, poszłam cała w emocjach na zaplecze. Zdążył zgromadzić się tam tłumek, ale nie bardzo duży (być może dlatego, że wywieszone na ścianach komunikaty informowały, że żadnych selfies i panowie podpisują wyłącznie materiały związane z przedstawieniem – programy, bileciki, plakaty, ale nic innego, więc łowcy celebryckich trofeów od razu mogli odejść z kwitkiem). Tak sobie poszłam, bez większych nadziei, że może w te chłopięce oczy uda mi się spojrzeć.

I udało się.

W dodatku jakimś cudem, wypchnięta naprzód przez miłego człowieka, którego imienia nie znam, ale daj mu Boże zdrowie, dostałam podpisy. Ale co ważniejsze, te OCZY.
Nieprawdopodobne.
To jest jednak ujmujące, wiecie, że ludzie tak absurdalnie sławni, którzy mogliby po prostu prześliznąć się do limuzyny, trzasnąć drzwiami i tyle ich maluczcy widzieli, wychodzą do nich co wieczór, wymieniają uprzejmości, uśmiechają się, żartują, cierpliwie składają podpisy, upewniają się, że każdy widz został „zaopiekowany”. I dopiero wtedy odchodzą, w swoich obłędnie niebieskich płaszczach (z McKellenem wyraźnie dzielimy miłość do odjechanych okryć wierzchnich).
Wracałam do hotelu cała w skowronkach.
(Jakby tego było mało, za mną siedział Jude Law. TEN Jude Law. I stał też za mną w kolejce do baru. Niżej podpisana, oczekując na swoje białe wino, rozglądała się, zauważyła faceta metr dalej i pomyślała: „Hm, jaki przyst… O W MORDĘ”. Był w towarzystwie olśniewającej blondynki, która nieustannie bawiła się telefonem. Bawiłybyście się telefonem, spędzając wieczór z takim gościem? Ja też nie).

Następnego dnia obudził mnie deszcz. Oczywiście.
Okutałam się szczelnie i udałam do Royal Court, bo Bateman. Stary znajomy, można by rzec. Spędziliśmy razem kilka wieczorów.
Obawiałam się troszeczkę, bo moim zdaniem on ma problem z charyzmą, to znaczy nieco mu jej brak, i lubi nadrabiać to szarżowaniem. Na szczęście tym razem już tak nie jest. Rozwinął się chłopak.
Co ciekawe, pojawia się tylko na jakiś czas – sztuka (wyśmienita, nawiasem mówiąc, choć mocna) dzieli się na trzy wyraźne części, i nasz drogi Bateman występuje jedynie w części środkowej, jako wzięty do niewoli kapitan – akcja rozgrywa się podczas Wojny Secesyjnej. Główny bohater, czarnoskóry niewolnik dowódcy, puszcza go wolno. Na pewną śmierć, ale wolno.
Oglądałam z zapartym tchem. Świetnie napisane, świetnie zagrane, muzyka na żywo – z boczku sceny siedzi bluesman z gitarą i przygrywa; przygrywa też w antrakcie, więc publiczność miała okazję, ku swojemu zdumieniu, usłyszeć nagle słynny riff z „Kashmir” Led Zeppelin.
Bardzo mi się podobało.
Chciałabym to samo powiedzieć o drugiej oglądanej tego dnia sztuce, ale niestety nie mogę. Mimo całego powabu Dominica Coopera. Mimo przecudnej scenografii (zmieniające się tło to powiększone fragmenty XVII-wiecznych obrazów). Mam wrażenie, że komuś pary zabrakło, albo przestraszył się w połowie drogi – i w efekcie, zamiast historii ociekającej seksem, lubieżnej i zmysłowej, widownia dostała dość ugrzecznioną powiastkę. Szkoda, bo aż się prosiło – bohater był bardzo ciekawą postacią, znakomitym poetą, który oddalił się na łono Abrahama w wieku lat raptem 33, wskutek chorób wenerycznych i alkoholizmu. Nie mówię, że to było złe. Było tylko zbyt gładkie.

(To pierwsze zdjęcie to nie jest to, co być może myślicie. To kciuk. Tegoroczny czwarty filar na Trafalgar Square – co kilkanaście miesięcy staje na nim inna rzeźba, mniej lub bardziej udana, a raz nawet byli to żywi mieszkańcy miasta, codziennie inny).

Wracałam w towarzystwie panienki, która bardzo bała się latać. Autorka to wiadomo. Trzecią osobą w naszym rządku był pan, który bardzo próbował oczarować panienkę (do autorki nawet nie startował, musi wyglądała nieprzysiadalnie – dajcie spokój, wstałam o czwartej trzydzieści, telepałam się na lotnisko dwiema liniami metra i pociągiem, więc zasłoniłam się książką, którą koniec końców i tak porzuciłam na rzecz urywanej drzemki).
– A jak wysoko lecimy? – pyta panienka pana, który wyraźnie chce sprawiać wrażenie globtrotera, tylko że same farmazony sadzi.
– Och – odpowiada on pewnie. – Dziesięć tysięcy kilometrów.
Nie wiedziałam, że Ryanair lata z przystankiem na ISS.
Pan przez cały lot nawijał biednej dziewczynie makaron na uszy. Które wreszcie, gdy silniki zmieniły melodię na tę, która oznacza, że wracamy na ziemię, zaczęły ją boleć.
– Bo ciśnienie spada – rzecze pan tonem człowieka, który wylądowałby na rzece Hudson, gdyby go kapitan Sullenberger w tym nie wyprzedził.
Rośnie, psze pana, ono rośnie!
Dziewczyna wyraźnie cierpi.
– Och, tak to jest, gdy się rzadko lata – rzecze pan tonem człowieka, któremu mam ochotę podłożyć nogę, gdy będzie wysiadał.
– Proszę spróbować ziewnąć – odzywa się wreszcie autorka znad książki.
– Słucham? – dziwi się dziewczyna.
– Ziewnąć. To pomaga.

Pomogło.

Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Some things must stay out of reach

No to co? Dalej z tym koksem?

Przed niedzielą, opisywaną poniżej, była sobota, jak to zwykle ma miejsce. Wstałam w środku nocy, pojechałam na lotnisko, wsiadłam do samolotu, poleciałam (to już się robi nudne, prawda?). Wydostawszy się z pociągu na dworcu St Pancras, skonstatowałam, że dzień zapowiada się pięknie i może przejdę się pod Southbank Centre pieszo, zamiast metrem się tłuc. Zdrowy spacerek. No, może nie aż taki zdrowy, biorąc pod uwagę ruch uliczny, ale po Londynie w gruncie rzeczy całkiem dobrze się chodzi i bez dwóch zdań warto, bo dzięki temu poznaje się miasto, znajduje poke… och wróć. Nie nie. Nie trzeba wzbogaconej rzeczywistości, żeby czerpać przyjemność z łażenia ulicami i przyglądania światu.
Dotarłam zatem pod Southbank Centre, zasiadłam w ogródku, zamówiłam sobie coś stosownie chłodnego do picia, wystawiłam gębusię do słońca i było mi nieopisanie rozkosznie. Przez chwilę nawet myślałam, że przy tej nieprawdopodobnie pięknej pogodzie rozsądnie byłoby odpuścić sobie popołudniowy spektakl w Royal Court i pojechać od razu do Regent’s Park, zająć miejsce pod jakimś przyjemnym drzewem, zrzucić buty i cieszyć się życiem – ale w rzadkim dla mnie rzucie samodyscypliny postanowiłam jednak zrealizować oryginalny plan. Zwłaszcza że przecież już zapłaciłam za bilet na ten popołudniowy spektakl, może niedużo (Royal Court ma sporo biletów po 10-12 funtów, z bardzo dobrym widokiem, dodajmy, a uświadamiam, że na West Endzie bileciki chodzą i po 110, co uważam za bardzo nieśmieszny żart), ale jednak. No i, via hotel, pojechałam na Sloane Square. To właśnie na tamtejszej stacji metra mnie ta przygoda z myszą spotkała.

Tu muszę trochę posypać głowę popiołem.
Nie lubię Doktora Who. Nic nie poradzę, nie lubię. Po wielokroć próbowałam przekonać się do tego serialu i poległam. Co więcej, jeszcze trzy lata temu nie wiedziałam, kto to Matt Smith i czemu damy tak szaleją na jego punkcie. Widziałam go w American Psycho i chociaż serce mi nie drgnęło, byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo odpychający był w tej roli – oślizły, lodowaty psychol. Od tamtej pory dobrze wiem, kto to. I gdy dowiedziałam się, że wraca na scenę – na bardzo szczególną scenę, bo Royal Court to miejsce, które jednak pisze historię europejskiego teatru, udostępniając swoje przestrzenie dla rozmaitych eksperymentów i wspierając nową dramaturgię – od razu zaklepałam sobie bilecik.
Witz w tym, że nie miałam pojęcia, co obejrzę, bo sztuka, w której Smith miał występować, nie istniała.
I nie istnieje do tej pory.
Była tworzona podczas prób i jest nadal modyfikowana, w czasie każdego spektaklu.
To brzmiało jak pewna katastrofa, ale przedstawienie zbiera entuzjastyczne recenzje.

W zarysie – to historia reżysera filmowego, który od dziesięciu lat pracuje nad nową produkcją. Robi wszystko, żeby spowolnić, ba, wstrzymać zdjęcia, bo poszukuje doskonałego światła. Światła będącego czymś więcej niż światło – „the light of the smell of the colour of the sound”, jak w pewnym momencie mówi. Domaga się, by rejestrować na taśmie, nie cyfrowo. Jest takim trochę przerośniętym dzieckiem – wrażliwym artystą, goniącym za czymś nieosiągalnym, ale też kapryśnym gamoniem. W ryzach trzyma go producentka, sfrustrowany operator rzucający Coelhowskimi frazami i głucha dziewczyna przysłana w roli szpiega przez firmę wykładającą dodatkowe pieniądze na tę jego taśmę. Główną rolę w tym powstającym w bólach filmie ma grać aktorka tyleż doskonała, co z wyraźnym zaburzeniem osobowości – wróć, ona nie ma osobowości. Jest przejmująca, gdy gra, ale gdy jest sobą, sprawia wrażenie niezdolnej do odczuwania czegokolwiek psychopatki. Gdy Smithowski bohater próbuje wydobyć z niej jakiekolwiek emocje, jej własne, odpowiada mu beznamiętnie: I’m an actor. I can feel whatever you want if you fucking pay me.
Wreszcie nasz reżyser zdaje sobie sprawę, że chyba jednak będzie musiał ten film nakręcić, w akcie osobliwego sabotażu sprowadza na plan aktora, który zawsze robi burdel (dosłownie i w przenośni). Zakochanego w sobie, obleśnego świra w skórzanych portkach, butach na obcasie i z tlenioną blond szopą na głowie, zwanego Bestią. Bestia wali tekstami paskudnie nieprzyzwoitymi, które po pierwszym słowie w pierwszym zdaniu przekraczają granicę dobrego smaku o kilometr (wystarczy powiedzieć, że opowiada o fellatio z dwunastolatką i wierzcie mi, nie jest to najgrubsza kwestia w tym spektaklu). Ale Bestia ma swoje tajemnice… Bestia opowiada komuś, w kim wreszcie troszeczkę się zakochał, że nazwano go tak, bo kiedyś wpadł na filmowy reflektor, który po angielsku nosi właśnie taką nazwę – Brute. Obiekt jego westchnień odpowiada wtedy, że powinien mieć ksywę Ćma, skoro tak go światło nęci.
Gdy wychodziłam z teatru, przed wejściem jakiś sympatyczny, uśmiechnięty człowiek, w dość zwyczajnej koszulce i dżinsach, z wdzięcznym i absolutnie nie blond jeżykiem na głowie gawędził z publicznością. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że to sama osoba.

Ale, ale.
Smith.
Chłopak ma widownię w garści, zresztą scenę też, bo gra z niebywałym luzem.
W którymś z artykułów poprzedzających premierę napisano, że ryzykuje zawodowym samobójstwem.
Nie sądzę.
Wiecie, będąc celebrytą rozpoznawanym na całym świecie, łatwo łaskawie zgodzić się na rolę Hamleta czy innego tam Ryszarda lub też Koriolana. Wziąć robotę w małym teatrze, w spektaklu, którego tekst jest pisany podczas prób – to jest trochę (trochę?!) wyzwanie i niezbyt oczywista decyzja dla kogoś, o kogo Hollywood się upomina. Ryzykowna. Wszak to branża, w której częściej nie ma się pracy niż ją ma. A jednak.
Cudownie się to oglądało. Ekipa świetna, chemia pomiędzy nimi taka, że aż miło patrzeć. Dużo improwizują, gotują się zupełnie, chichoczą do widowni, nawet nie próbują zachować powagi. I to wszystko na gołej scenie, z całą umownością teatru, z przedmiotami opatrzonymi etykietkami, maszynistkami przesuwającymi pośpiesznie skąpe dekoracje. Aż wreszcie następuje finał i zaprawdę powiadam, tego się nie spodziewałam. Tego nikt się nie spodziewał, bo przez widownię przebiegł dźwięk gwałtownie branego oddechu. W tej jednej, ostatniej scenie nie ma już ani surowości, ani umowności, są za to czyste czary. Oszałamiające, poruszające. Szczęka opada.
W tej króciutkiej chwili widz czuje to właśnie tytułowe nieuchwytne.

Obejrzawszy i nawzdychawszy się w zachwycie, udałam się do Regent’s Park, zobaczyć Jesus Christ Superstar.

Wszyscy wiedzą, jak skończyła się moja ostatnia wizyta w tym parku. Miałam migotanie komór i zgubiłam się w drodze do odległego o dwadzieścia minut spacerem hotelu. Teraz, na moje szczęście, parkowy teatr wystawił mapkę dla takich poteflonów jak ja.

20160716_2052342.jpg.jpeg

Okazało się, że po wyjściu należy skręcić w lewo, iść przez dziesięć minut prosto jak alejka prowadzi, przejść przez skrzyżowanie et voilà, stacja metra.

Open Air Theatre to cudowne miejsce. Pachnie jaśminem i lipą. Ptaki przysiadają na scenie. Wiatr śpiewa w gałęziach. To jest dość skromny amfiteatr – choć mieszczący tysiąc osób – ukryty wśród potężnych kasztanów i lip, bardzo magiczny. Dodam, że by tam wejść, trzeba przejść przez różany ogród. Zamiast foyer mają piknikową łączkę i malowniczy bar na wolnym powietrzu. Moim zdaniem jedna z pereł Londynu.

Miałam pewne obawy, że moje drugie odwiedziny skończą się tak, jak te pierwsze, to znaczy żałośnie, żenująco i spuśćmy zasłonę milczenia, ale nie było tak źle, choć prawda taka, że parę razy moje słabe (za to jakże pojemne) serce drgnęło. Bardzo się ucieszyłam, gdy przeczytałam, że Jezusa zagra Declan Bennett – który zasłynął rolą w teatralnej wersji Once. I gdy wyszedł na scenę, w czapce z daszkiem, papierosem i gitarą przewieszoną przez ramię, wyraźnie znudzony i poirytowany ludźmi szalejącymi na jego widok (ha, prawie taki współczesny celebryta) to pomyślałam sobie – będzie dobrze. On nie ma wielkiego głosu, ale ma charyzmę. To jest Jezus bardziej folkowy niż rockowy (jeśli słyszeliście Iana Gillana w tej roli…), ale kto powiedział, że w ten sposób nie można tej roli zaśpiewać? Można.
Natomiast chociaż Declan jest w porządku, troszeczkę dał sobie to przedstawienie ukraść.
Oczywiście to Judasz jest kluczową postacią w tym spektaklu, a tu Judasz to drobny chłopiec o głosie tak potężnym, że włosy dęba wszędzie stają.
Na tej wcale nie takiej znowu dużej i pozbawionej dachu scenie nie da się czarować widowni efektami specjalnymi, więc to bardziej siłą rzeczy koncert niż przedstawienie, pierwsze minuty wyglądają niemal rozczarowująco, no bo jak to, aktorzy w jakichś poszarpanych szarych portkach, mikrofony na statywach – ale im dalej w las (w którym, technicznie rzecz biorąc, w pewnym sensie jesteście), im niżej słońce, tym więcej momentów wizualnie olśniewających, dosłownie, bo dużo brokatu. Brokatu używanego zamiast krwi (nie żeby z krwi całkowicie zrezygnowano…) i zamiast srebrników. W scenie biczowania kolejni wykonawcy podbiegają do półnagiego, wiszącego za nadgarstki przywiązane kablem od mikrofonu do dwóch przeciwległych krańców sceny, Declana i uderzają go z całych sił rękami całymi w złotym pyłku. Nie do pozazdroszczenia, ale efekt piękny. Wejście króla Heroda, który ciągnie za sobą przynajmniej kilkunastometrowy, lśniący tren płaszcza – Alexander McQueen byłby dumny – wyśmienite.
I och, ten zapach kwitnących krzewów, zachodzące słońce, słowiki, bażanty, nietoperze przelatujące nad głową… Jak się nie zakochać.
Chyba jednak nie powinnam bywać tam zbyt często. Ale wy, jeśli tylko będziecie w Londinium latem, idźcie koniecznie. Nie pożałujecie, powiadam.

Mnie tymczasem trzeba wrócić do lokalnej rzeczywistości. Oby nie na przesadnie długo.

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

To see yourself as the world sees you may be very brave, but it can also be very foolish

Trochę czasu minie, zanim znowu odwiedzę to miejsce. Tym samym ostatni na chwilę wpis o nim, a raczej o tym, co widziałam. Gdy znowu poczuję ten charakterystyczny, słodkawy zapach powietrza (jeśli to powietrze – raczej jego brak!) w metrze, z pewnością dowiecie się pierwsi.

wp-1465317373169.jpeg

A zatem Rory Kinnear – ten właśnie aktor, za którym nie przepadam, choć nigdy nic mi nie zrobił, po prostu nie na moich falach nadaje – gra w bardzo świetnej Operze za trzy grosze, wykorzystującej całą maszynerię National Theatre (ten słynny drum revolve!), będącej spektaklem niesłychanie widowiskowym i też pysznie zagranym. I ja, wiecie, troszeczkę posypałam głowę popiołem i wycofałam niechęć do niego, oglądając go w tym przedstawieniu, bo jest naprawdę arcyzdolnym aktorem. Ale jednak przyćmiły mi go dwie niesamowite kobiety.

Po pierwsze – Helen McCrory.
Kocham się w niej beznadziejnie, odkąd dwa lata temu zobaczyłam Medeę, w której powaliła mnie na łopatki. Tego roku Helen raz jeszcze sprzymierzyła się z reżyserką tamtej Medei, by opowiedzieć ludziom bardzo smutną historię. Smutną i przejmującą. O kobiecie, która cierpi na najgorszą z możliwych chorób.
Na samotność.
Odrzucona przez mężczyzn, których kochała, żebrząc bezskutecznie o ich miłość – nawet nie o miłość, o uwagę – próbuje popełnić samobójstwo. Na jej szczęście lub nieszczęście w tej samej kamienicy mieszka lekarz, ściągnięty na pomoc. Pierwsza próba niezbyt się udaje. Do drugiej – próbuje otruć się gazem – przygotowuje się znacznie lepiej. Zamyka okna. Kładzie koc pod drzwiami, żeby ograniczyć dopływ powietrza. Mości sobie miejsce na kanapie. Obserwujecie cały ten przerażający, wykonywany jak porządki domowe rytuał i macie ochotę wbiec na scenę i powiedzieć, żeby tego nie robiła – ale z drugiej strony to, dlaczego chce to zrobić, jest boleśnie zrozumiałe…
I powiadam, rozwaliły mnie ostatnie sceny. Otóż bohaterka, znowu powstrzymana przed zrobieniem sobie krzywdy, boso i w szlafroczku smaży sobie jajko. Jedno, samotne. Gdy jest gotowe, wciska się z tym jajkiem na talerzyku pomiędzy kuchenne meble, siada na małym krzesełku i je skulona.
Autorka westchnęła tak, że aż ją zabolało w trzewiach.
Bo ta prosta, cicha scena była chyba najsmutniejszą, jaką w życiu widziała.

Jakby tego było mało, niżej podpisana raptem dzień później poszła na drugą sztukę, której fabuła również kręci się wokół losu kobiety nieopisanie nieszczęśliwej. Nie ma to, jak wprawiać się w dobry nastrój na urlopie. Tak dobry, że tylko żyły sobie czymś tępym otwierać.

O tym przedstawieniu ludzie pieją od miesięcy. Jeden z moich dwóch ulubionych recenzentów teatralnych (bez nazwisk…) szalał z zachwytu. Ponieważ nasz drogi recenzent ma doskonały nos, jeśli idzie o kulturę – i doskonały nos w ogóle, ale zostawmy ten wątek, nim będzie za późno – autorka skwapliwie nabyła bilecik.

To jest bardzo przykry i niewygodny temat; temat, o którym się nie mówi za dużo. Mężczyznę z pociągu do kieliszka jakoś łatwiej rozgrzeszyć niż kobietę. Alkoholizm czy w ogóle wszelkie uzależnienia u kobiet to takie trochę tabu. Inna sprawa, że to kobiece picie czy dawanie sobie w żyłę (lub obie czynności naraz) nie jest takie znowu łatwo zauważalne, w każdym razie dla tych, którzy zauważyć nie chcą. Kobieta z nałogiem jednym czy dwunastoma nie musi być bezzębną, zapuchniętą osiedlową wariatką. Może być człowiekiem znakomicie – na pierwszy i drugi rzut oka – funkcjonującym w społeczeństwie. Dobrze ubranym, pachnącym niszowymi perfumami, dowcipnym i wygadanym. Maskuje się lepiej niż marine na misji. Przynajmniej dopóki nie zostanie sama. Bo to jest właśnie ten moment, jak mówią anglojęzyczni, gdy all hell breaks loose.
I tu mamy kobietę, młodą, odnoszącą sukcesy aktorkę, której coś po drodze idzie bardzo nie tak i trafia na odwyk. Stawia opór oczywiście. Ale jak to. Ja nie mam żadnego problemu. Dajcie mi wszyscy spokój. Masz problem, skoro tu jesteś, odpowiada terapeutka.
To jej zajmie czas. Dużo czasu, żeby się przyznać. Żeby to powiedzieć głośno.
To oszałamiający wizualnie spektakl – zwłaszcza jeśli, jak ja, przypadkiem upolujecie miejsce na scenie i siedzicie w środku akcji tak naprawdę. Co ważniejsze, to doskonale napisana sztuka. Sztuka napisana dość okrutnie, jakby miała widza zaboleć. I boli. Przyznaję, że w finałowych scenach ślozy mi ciekły ciurkiem po twarzy, i już nawet nie próbowałam udawać, że coś mi do oka wpadło.
Rozumiem też, dlaczego Denise Gough była wychwalana pod niebiosa za tę rolę, zdobyła nagrodę Oliviera i w ogóle. Spójrzcie tylko na nią. To jest drobna kobietka z siłą czołgu i niemożebną charyzmą. Hollywood jej pewnie nie zechce, bo nie ma posągowej urody i nie błyska piersiami ochoczo, natomiast jest wyśmienitą, fenomenalną i bardzo szczerą aktorką. Poza tym dlaczego ona miałaby zechcieć Hollywood?…
To jest naprawdę tour de force, powalająca rola. Jak ona daje radę powtarzać to osiem razy w tygodniu, pozostaje dla mnie zagadką, skoro dla mnie, pojedynczej widzki, było to przeżycie bardzo ciężkie. Zabawne momentami, bo ten spektakl jest chwilami groteskowo zabawny, ale głównie jednak mroczny. A nawet przerażający.
Uroczo to wyglądało, gdy Denise wyszła po spektaklu. Jakby taki snopek szedł – była tak obciążona bukietami kwiatów, że nie było jej zza nich widać.

Przysięgam. Następnym razem pójdę tylko na pogodne musicale. Nie zrobię sobie tego znowu. Oczywiście zapewne bardzo kłamię, bo prawda jest taka, że potrzebuję od czasu do czasu zostać przeciągnięta za włosy po podłodze. Potrzebuję poczuć, że życie nie jest taką uroczą opowiastką, jak lubi mi się wydawać. Teatr to bezpieczna metoda przekonywania się o tym – bezpieczna, a zarazem bardzo dotkliwa. On mnie rozluźnia, jak pisałam parę dni temu, ale też pozwala stanąć oko w oko z własnymi koszmarami, powiedzieć „o rany, przecież to jest właśnie to, co ja czuję; jak to dobrze, że takich jest więcej”.

W drodze do domu za to leciałam z panią, która miała wyraźny problem z przestrzenią osobistą ludzi siedzących nieopodal, wetknęła nogi pod mój fotel i oparła torebkę na moim podłokietniku, i powiadam, mój mały wewnętrzny psychopata ocknął się i chciał krwi. Czemu ludzie to robią?…

Though she be but little, she is fierce!

W foyer Shakespeare’s Globe stoi maszyna do pisania.
Maszyna pisze.
Dokładniej, pisze dzieła wszystkie Szekspira. Za każdym razem, gdy ktoś na Twitterze napisze słowo znajdujące się w dramacie Willa, maszyna to słowo znajduje. Ot, taki sprytny gadżet.

Podejrzewam, że znalazłby się ktoś oburzony taką koncepcją. Bard i nowe technologie, świat się kończy.
A jednak.

Piątek był w Londynie okropnie chłodny. Przyjechawszy niemal prosto z kraju, w którym temperatury osiągają wartości absurdalne, bardzo się zasmuciłam, gdy o poranku telefon poinformował mnie, że na zewnątrz jest raptem 10 stopni. A ja miałam przed sobą ładnych parę godzin w plenerze.
Jezuniu, jak ja zmarzłam. Dopóki oglądałam przedstawienie, nawet jakoś bardzo tego nie czułam, ale gdy się skończyło, dotarło do mnie, że jestem sztywna z zimna. Warto jednakowoż było narażać się na zapalenie płuc czy coś, bo spektakl jest po prostu czarujący. Prawdziwy sen nocy letniej. Gdybym miała opisać go jednym słowem, słowo to brzmiałoby „sexy”. To przedstawienie jest barwne, głośne, uroczo kiczowate, przeładowane, niegrzeczne i zmysłowe, i przypomina raczej burleskę niż Szekspira. Co mnie absolutnie zachwyciło. Ale nie każdy zareagował tak samo. Po premierze obóz zwolenników Tradycji przez duże T okopał się na swoich pozycjach i jął protestować – a zważcie, że Wielka Brytania jest jednak dużo bardziej wyluzowana, jeśli idzie o podejście do klasyki – no bo jak to? Czerwony neon z napisem ROCK THE GROUND w świątyni sztuki? Kula dyskotekowa?! Bhangra?!?! Helena jest mężczyzną?!?!?! Gender, ruja, porubstwo i upadek.
Dla niektórych.
Dla innych sama radość.
Obóz tradycyjnych był zgorszony nawet tym, że aktorzy mają mikroporty. No dobrze, ja też tego nie lubię. Co nie zmienia faktu, że ma to nawet sens, gdy gra się pod gołym niebem, gołym i bardzo ruchliwym, bo czasami przelatujący samolot całkowicie zagłusza człowieka. Powiedziałabym zatem, że plusy dodatnie przeważają nad plusami ujemnymi w tym przypadku.

Po kolei.

Puk w tym spektaklu jest śliczny i nieznośnie figlarny – nie ma cienia litości dla publiki. Strzela do niej z pistoletu na wodę, tarmosi za włosy, szczypie w policzki, rzucił(a) też w kogoś nadgryzionym bananem. Tytania jest nieprawdopodobnie sensualna (zrobiło się pewne zamieszanie pod sceną, gdy poprosiła widownię o pomoc w zdjęciu pończoch). Dwie pary kochanków są bardzo zabawne – jeden jest troszeczkę słabym ogniwem, ale za to przystojnym – natomiast jest też, ma się rozumieć, Oberon. I Oberon, psze państwa, jest powodem, dla którego autorka niemal zemdlała. Gdy przeczytała, kto go gra.
Bo gra go niejaki Zubin Varla.
To nazwisko już się tu pojawiało po wielokroć. Otóż Zubin Varla jest aktorem, którego głos autorkę zafascynował ładnych kilkanaście lat temu, gdy była jeszcze w liceum. Nieprawdopodobny głos, niemożliwy. Tak potężny, że aż trudno uwierzyć, że wydobywa się z nie tak znowu dużego człowieka. Zubin onegdaj grał Judasza – naprzeciwko lubianego przez niektóre czytelniczki Steve’a Balsamo – w Jesus Christ Superstar na West Endzie. To jest trudna rola, i wokalnie, i emocjonalnie, bo Judasz, postać kojarzona przecież z czystym złem i zdradą, jest narratorem tej rock-opery i nie sposób nie poczuć doń sympatii. Zubin uprzednio specjalizował się raczej w dramacie, ale wygrał casting i śpiewał tego Judasza z chorym zaangażowaniem. Wydawało mi się, że to musiało go kosztować parę lat życia. Aż w piątek usłyszałam ten szorstki, surowy, nieziemski wokal na żywo. On się z niego wydobywa niemal od niechcenia. Bo tak, on śpiewa w tym spektaklu, ale nawet gdy mówi, ten dźwięk jest… och. Powiadam, gdyby Globe miał sufit, to tynk spadałby widowni na głowy.

Jak wszyscy wiemy, w Śnie nocy letniej najważniejsi są Rude Mechanicals. Trupa aktorów-amatorów złożona z samych nieudaczników, którym trafia się jedyna w swoim rodzaju okazja wystawienia swojego wątpliwego dzieła przed parą królewską. W tym spektaklu są przebrani za obsługę Globe – w koszulkach i fartuchach. Przed spektaklem kręcą się wśród widowni, sprzedają jej wino i orzeszki, upewniają się, że każdy wie, którędy do wyjścia ewakuacyjnego (prosząc przy tym, by najpierw wypuścić aktorów, bo oni nie zachowują się jak normalni ludzie…). Ale tuż przed ich kluczowym występem jeden z nich zaintonował Space Oddity i zerwała się kosmiczna owacja, ludzie klaskali, tupali i gwizdali z całych sił. Co jeszcze dziwniejsze, nad widownią akurat wtedy latał jakiś samotny gołąb. David może wysłał się z powrotem na Ziemię na chwilę?… To był niesłychanie przejmujący moment.

I jig. Jig był fenomenalny. To chwila, na którą każdy w tym teatrze czeka, bo oto widzicie aktorów tańczących i wygłupiających się, i wy też możecie zatańczyć z nimi; i na krótki czas zaciera się granica między sceną a widownią, świat na zewnątrz przestaje istnieć, jest tylko ten okrągły, drewniany budynek i wy w nim.

Pomaszerowałam stamtąd do nieodległego National Theatre, zobaczyć, jak Helen McCrory próbuje popełnić samobójstwo – po wielokroć – a następnego dnia znów wróciłam do tego betonowego monstrum, zobaczyć świetną Operę za trzy grosze (to jednak troszeńkę dyskomfort, gdy aktor, którego nie lubicie – nic wam nie zrobił, po prostu wam nie pasuje – gra tak wyśmienicie, że jakby chcecie się w nim zakochać), ale o tym wszystkim będzie osobno… Lub też nie, bo kogo to interesuje.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

Building castles in the air

Mam wielką prośbę.
Jeśli jeszcze kiedyś wpadnę na pomysł wylatywania na wycieczkę pierwszym porannym samolotem po całym tygodniu pracy i wracania ostatnim wieczornym przed całym tygodniem pracy, wybijcie mi to z głowy. Na krakowski dworzec dotarłam kwadrans przed drugą w nocy, a o szóstej zadzwonił budzik. Wyglądam dziś (i czuję się) już nawet nie jak moje zdjęcie w paszporcie, raczej jak portret trumienny. Tym milej ze strony pana i władcy, że wspaniałomyślnie posłodził mi, że kraj od razu wyładniał po moim powrocie. Ten to jednak wie, co babie powiedzieć.

Sama natomiast wycieczka całkiem udana, dziękuję – mimo drobnych perturbacji. Mianowicie gdy w przerwie pomiędzy jednym a drugim sobotnim spektaklem poszłam zameldować się w hotelu, pani w recepcji z podejrzanie przepraszającym uśmiechem rzekła, że cały dzień próbowali się ze mną skontaktować. Oho. Niedobrze.
Okazało się, że w hotelu jest awaria i muszą przenieść część gości w inne miejsca. Autorka trochę się spięła, albowiem za godzinę musiała stawić się w National Theatre i odbyć jeszcze z tej okazji podróż metrem, ale pani w recepcji wyjaśniła, że ten drugi hotel, do którego trafię w zamian, jest zaraz przy sąsiedniej ulicy i nie muszę iść, bo taksówka już czeka. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że moja nowa tymczasowa kwatera ma nieporównanie wyższy standard – otwierają przed wami drzwi, windziarz, deszczownica i plazma zajmująca pół ściany, te sprawy – a w dodatku w pokoju zastałam butelkę wina i kosz owoców w ramach przeprosin za niedogodność. Pomyślałam, że z takimi niedogodnościami to ja ewentualnie mogę żyć. Niemniej zamiast pławić się w luksusie, wybiegłam na Oczyszczonych.

Powiem tak.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tyle penisów w tak krótkim czasie. O ile się nie mylę, żadnemu z aktorów nie udało się zagrać całego przedstawienia w ubraniu.
Czego tam nie było. Wstrzykiwanie narkotyku w gałkę oczną. Elektrowstrząsy. Odcinanie kończyn. Wtykanie metalowego pręta w… no, wszyscy wiemy, w co. Striptiz. Masturbacja. Raczej nieprzyjemnie, za to bardzo dosadnie zobrazowany seks. Upokarzanie. Wycinanie języka. Zmuszanie do jedzenia. Ogólnie rzecz biorąc, niemal dwugodzinny festiwal tortur zadawanych na różne sposoby. Widz zostaje całkowicie wytrącony ze swojej strefy komfortu i przez cały wieczór jest niemal jak Alex z Mechanicznej pomarańczy, zmuszany do patrzenia na okropieństwa. Czy to są rzeczy gorsze niż oglądamy w telewizji/sieci? Gdyby się zastanowić, to nie. Czy dziwię się ludziom, którzy mdleli albo wychodzili w trakcie? Też nie, mimo wszystko. O ile jestem dość odporna na krwawe obrazki i naprawdę trudno mnie zgorszyć, to jednak sama miałam pewien kłopot ze zniesieniem jednej sceny – tej z karmieniem siłą właśnie. To był moment, gdy myślałam: „rany boskie, niech oni już przestaną, przecież on zaraz zwymiotuje”.
Mocne. Nie odważę się mówić, czy dobre, czy niedobre, bo trudno to w ogóle w takich kategoriach oceniać. Zresztą spektakl miał pełną gamę recenzji, od jednej gwiazdki po pięć. Z jakiejś przyczyny bardzo chciałam to obejrzeć – vide wpis poniżej, ja lubię czasem trochę mroku, jest potrzebny – i cieszę się, że udało mi się zdobyć na to bilet. To był trudny wieczór, ale bez dwóch zdań interesujący.
Znałam dwójkę aktorów grających brata i siostrę (sceny, w których oni grają razem, są świetne), ale nie wiedziałam, że pewna znakomita niespodzianka obsadowa mnie czeka. Czytam sobie bowiem przed spektaklem listę płac i widzę nazwisko takie, Matthew Tennyson. Tennyson? Skądś znam. Czytam zatem, w czym osobnik dotychczas wystąpił, a tam stoi, że Sen nocy letniej w Globe. No przecież! Puk!!
(Zbieżność nazwisk ze słynnym poetą nieprzypadkowa, nawiasem mówiąc).

Jakby tego było mało, parę godzin wcześniej widziałam Ibsena. Też nieszczególnie w dobry nastrój wprawiające przedstawienie, ale zupełnie, dramatycznie wręcz inne. Przeszło już do historii, więc nie zepsuję nikomu przygody, jeśli napiszę o zakończeniu, które mnie powaliło. I naprawdę, naprawdę opadła mi szczęka. Dosłownie twarz rozdziawiłam.
Gdyż mianowicie scenografia w ostatniej scenie cała się zawala. TRRRACH. To ostatnia rzecz, jakiej widz się spodziewa – przed sekundami dosłownie przeżywszy tragiczną śmierć głównego bohatera.
I muszę trochę posypać głowę popiołem. Otóż, widzicie, ja nigdy nie byłam fanką Ralpha Fiennesa. Podchodziłam doń z nastawieniem „szanuję, doceniam, ale nie moja bajka”. Gdy obejrzałam wiosną Człowieka i nadczłowieka, moja rezerwa nieco osłabła. Potem obejrzałam parę wywiadów z nim i odkryłam, że to erudyta z dużym dystansem do siebie, rzadkie zjawisko w szołbiznesie, ale zawsze obiecujące. Potem przeczytałam rozmowę o tym, jak grał Koriolana (i jak wywiadującego przyjął we własnym mieszkaniu, robiąc przy tym tosty). A przedwczoraj obejrzałam ten spektakl i od kilkudziesięciu godzin Fiennes ma we mnie oddaną wielbicielkę. To jest tak, że są aktorzy zachwycający w filmach, którzy na scenie sobie nie radzą zupełnie. Są też tacy, którzy wchodzą i jeszcze zanim się odezwą, kradną waszą uwagę całkowicie. Mają taką charyzmę, że nawet gdy stoją w cieniu, chcecie patrzeć tylko na nich – właściwie nie tyle chcecie, co musicie, to się odbywa poza waszą kontrolą. Fiennes to jest ten właśnie przypadek, który potrafi przetrzymać was w nieznośnej ciszy, rozbawić kąśliwą uwagą wypowiedzianą bez cienia uśmiechu i złamać wam serce. Bez szarży, bez prób oczarowania publiczności, bez odstawiania maniany, bo sławny i ludziom i tak się spodoba. Klasa.

Obudziłam się w niedzielę umiarkowanie rano – te wszystkie poduszki były takie cudowne – spakowałam manatki i udałam się ponownie na południowy brzeg. Jakoś tak się zdarzyło tym razem, że wszystkie przedstawienia oglądałam poza West Endem, zatem w sumie nie wiem, czemu tam nie zamieszkałam; nie musiałabym metrem się tłuc.
Do Shakespeare’s Globe się udałam. Wiadomo wszak, że bez Globe wizyta się nie liczy.
Niestety przyszłam na tyle wcześnie, że musiałam coś ze sobą zrobić na miejscu. Globe ma sklep. Nienawidzę tego miejsca.

wp-1458589422896.jpeg

Poszłam na Zimową opowieść do Sam Wanamaker Playhouse – czyli tej ich wewnętrznej, zadaszonej sali teatralnej, która jest miejscem bardzo kameralnym i uderzająco pięknym. Już po wielokroć tu piałam nad jej urokami, więc tym razem pominę, ale niezmiennie polecam wizytę. Mam oczywiście wiele uroczych wspomnień stamtąd, wszak to tam siedziałam przebrana za pirata, ale pomijając sentymenty, to miejsce kojarzy mi się z bombonierką. Albo z pozytywką. Albo z domkiem dla lalek. Jest śliczne, maleńkie, przytulne i pachnące. Tak, pachnące. Teraz już trochę „wywietrzało”, ale gdy byłam tam niedługo po otwarciu, pachniało świeżym drewnem. Poza tym, choć jest tam sztuczne oświetlenie, przedstawienia gra się przy świecach osadzonych w zwisających z tego ich obłędnego sufitu kandelabrach. Teatr używa świec z pszczelego wosku, nie jakichś tam taśmowej produkcji, więc to przy okazji zdrowe.
Szczerze? Ta wersja Zimowej opowieści podobała mi się bardziej niż ta Branagha. Była oczywiście nieporównanie skromniejsza, dużo prostsza, ale przez to uroczo intymna. Plus oczywiście muzyka na żywo, jak zawsze w tym teatrze. Któż nie lubi posłuchać harfy czy innej tam wiolonczeli. Plus John Light (ależ on jest przystojny, przepraszam, musiałam to napisać). Plus interakcja z widownią, też obowiązkowa – szczęśliwie tym razem siedziałam z daleka od bezpośredniego pobliża sceny. A przede wszystkim wyśmienite wykorzystanie niezwykłych atutów tego miejsca i jeden z najbardziej magicznych momentów, jakie przeżyłam. Otóż Zimowa opowieść zawiera takie słynne didaskalia: exit, pursued by a bear. Od wielu lat mądre głowy próbują ustalić, jak niby William S. w swoich czasach wyczarował niedźwiedzia na scenie – możliwe nawet, że był to niedźwiedź prawdziwy, bowiem wówczas South Bank było nie tylko siedzibą teatrów, ale też aren niedźwiedzich zapasów… W każdym razie w Sam Wanamaker Playhouse ta kluczowa scena, która kończy pierwszą część opowieści i zaczyna drugą, rozgrywa się w całkowitych ciemnościach. Zupełnych. Płomyki świec zostają zdmuchnięte, kandelabry odjeżdżają w górę, aktorzy znikają. Nic, absolutnie nic nie widać. Zostaje z wami tylko zapach rozgrzanego wosku. I to jest chwila, gdy wasza wyobraźnia szaleje. Coś pięknego, niesamowitego.
Często bywam pod wrażeniem zastosowania techniki w teatrze, ale tak naprawdę to rozwalają mnie właśnie takie momenty – czarowanie widza bardzo prostymi, przaśnymi niemal środkami.

Wyszłam, popędziłam na dworzec Blackfriars (zawsze będzie mi się kojarzył z Nigdziebądź Gaimana – gdy raz się tę książkę przeczyta, usłyszy słuchowisko albo obejrzy serial, podróże metrem pod Londynem będą inne – Czarni Mnisi, Siedem Sióstr, Słoń i Zamek…), wsiadłam do pociągu, wsiadłam do samolotu, dotarłam do domu. Nadal czuję się wątła, marna, zwiędła i mam worki pod oczami. Ale och, czyż nie było warto.

„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Fakt, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta oraz jedno niemowlę – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was i poklepać w kolano – okaże się, że ten wasz stres jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje. I to jest naprawdę bardzo fajne. A poza tym jeśli macie doła, to też uczestnictwo w tym wydarzeniu wyjdzie wam na zdrowie, bo intensywny masaż przepony w cenie.

A potem znowu stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Tak się składa, że wyjście dla personelu przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i zarazem w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam). Innymi słowy, wykonawców można po wszystkim złapać w kolejce po piwo i powiedzieć, że są świetni. Ponieważ to jest właśnie oczywista rzecz, którą mówi się nieznajomym, nieprawdaż.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.

I met a traveller from an antique land

Najbardziej lubię wyjeżdżać w piątki wieczorem. Ot, przychodzę niewinnie do biura, z nieco tylko większą niż zwykle torebką. Siadam. Klepię w klawiaturę. Przy kawuni i rozmowach o planach na weekend nie wyrywam się z własnymi. Gdy wybija siedemnasta, składam moje zabawki i wychodzę, i jadę prosto na lotnisko.
Owszem, docieram do celu w stanie właściwym dla konia po westernie.
Ale jest w tym coś z przygody, tak po prostu wyjść sobie po szychcie i udać się prosto do innego kraju. Ma się rozumieć, to nie Spitsbergen czy inna Amazonia, ale wszystko w swoim czasie. Poza tym, jak przekonałam się wielokrotnie, przygoda, jeśli się uprze, dopadnie człowieka wszędzie.
Stoję sobie zatem parę godzin później w kolejce pod wielkim napisem UK BORDER, w dłoni dowód, pod pachą książka, na ramieniu mój cały bagaż na 3 najbliższe noce. Za szybkami trzech stanowisk troje urzędników – jeden sympatyczny (na oko) starszy pan, jedna ponura baba z trwałą i jeden młody, uroczy okularnik. Błagam, losie, pchnij mnie do okularnika, myślę, jednocześnie kalkulując swoje szanse. I wyobraźcie sobie, że dwa pozostałe okienka jakoś się zakorkowały, więc oto młody, uroczy okularnik zamachał wesoło do niżej podpisanej, coby doń podeszła.
No przecież nie odmówię.

Ale najpierw był sen.
Sen, który sprawił, że dźwięk budzika – choć bardzo łagodny, nie znoszę terkoczących budzików – przyjęłam z najwyższym niezadowoleniem.
To było coś takiego, jakby moja podświadomość postanowiła na chwilkę wyciągnąć mnie z rzeczywistości, w której robiłam nieco bokami, i osłodzić mi trudy nadchodzącego – teraz już minionego – dnia. Sen, który zgromadził wszystkie moje fetysze, miłości i fascynacje w jednej całkiem realnej historii. Ot, koncert życzeń damskiej wyobraźni. Aż by się chciało, by choć jeden wątek był proroczy.
Usiadłszy na łóżku i przetarłszy oczy – ostrożnie, żeby całego snu nie wytrzeć – stwierdziłam, że wezmę to za dobrą monetę i zapowiedź udanej ucie… wycieczki.
Zaczęło się o tyle przyjemnie, że tuż przed wyjściem z biura przeczytałam, iż planowany na ten weekend strajk w metrze został odwołany. No ba. Jakby wiedzieli, że przyjeżdżam.

Zobaczymy, jak będzie.
Dziś najpierw przedstawienie, o którym pisano, że jest nieprzyjemne, brutalne i poruszające – czyli coś dla mnie – a potem przedstawienie, którego wcale nie chciałam oglądać… do momentu, gdy przeczytałam, że trzeba na nie zabrać tonę chusteczek. Czyli coś dla mnie. 
A pomiędzy… Hmmm, sama nie wiem. Dokądś mnie pewnie nogi poniosą.

Everything that is, is fine

Wczoraj wieczorem, gdy zanurzałam się w urywany sen, wiedząc, że muszę o trzeciej z minutami zwlec się z łóżka, żeby zdążyć na samolot – myślałam, że może jednak odpuszczę. Wyśpię się chociaż. Raz w tygodniu. Powstrzymała mnie myśl, że hotel pewnie już mi zablokował sumę za nocleg i ściągnie ją bezlitośnie, i że  jeśli teraz nie zobaczę tych przedstawień, to nie zobaczę ich już nigdy.
I oto w sobotnie popołudnie pojawiłam się na Charing Cross Road 111, w przeraźliwie zimnej i nieco zrujnowanej kamienicy, niegdyś zajmowanej przez słynną szkołę artystyczną St Martins (Alexander McQueen i tacy tam do niej  uczęszczali).

Widzicie, to jest dość niesamowite w tym  mieście – możecie spędzić parę godzin w zimnych, odrapanych murach, mając na wyciągnięcie ręki bardzo sławnych aktorów, którzy mogliby przechadzać się po czerwonych dywanach, ale z jakiejś przyczyny wolą marznąć razem z jakąś setką widzów w tym osobliwym miejscu.
Ja już kiedyś napisałam, że Andrew Scott to jest zwierzę sceniczne. Jego palącego wzroku się nie zapomina. Jest kompletnie nieprzewidywalny. I jeśli macie go w pamięci jako Moriarty’ego – słusznie skądinąd – albo jako cierpiącego ojca z Sea Wall , to w tym spektaklu zobaczycie go jako pianistę z wyraźnym spektrum autyzmu, jako kogoś tyle genialnego, co bezradnego życiowo, kim przez całe życie opiekuje się brat (wspaniały David Dawson). Brat, który zawsze chciał być sobą, ale siłą rzeczy pozostał tylko  opiekunem tej chimerycznej istoty, potrafiącej spędzić cały dzień, obserwując liść. Nim nigdy nikt się nie zaopiekował. I  to jego historia jest najbardziej wstrząsająca.
O ile Andrew po swojemu szarżuje, o tyle David gra bardzo wycofanie i delikatnie. Moim zdaniem chłopak idzie po wielką sławę. A jeśli nie po sławę, bo tę zyskują nie zawsze najlepsi, to przynajmniej po uznanie, bo bez wątpienia to jeden z najlepszych aktorów pokolenia w anglojęzycznym świecie.
Nawiasem mówiąc, to się wydarzyło naprawdę. W 1947 roku w Nowym Jorku odnaleziono ciała dwóch zdziwaczałych braci Collyer, pośród ogromu rzeczy, które uzbierali.
Sztuka sama w sobie nie jest wybitna, ale jest wybitnie zagrana.
Ci dwaj naprawdę sprawiają wrażenie, jakby byli braćmi.
I to wszystko zdarza się w tej ciasnej, lodowatej przestrzeni, na którymś piętrze na Charing Cross Road. Za oknem czarne taksówki, autobusy, karetki i neony West Endu. A jakby tego nie było. Ten spektakl, zagrany na dużej scenie, straciłby na intensywności, a w tak kameralnym miejscu, z aktorami poruszającymi się centymetry od was, czując ich ruch, oddech i zapach, jesteście w środku tej tragicznej opowieści o miłości niespełnionej na każdym możliwym poziomie. Widzicie te ciemne, niemal czarne, prawie jak otchłań oczy Andrew i przejmująco smutne, spokojne spojrzenie Davida.
I gdy kłaniają się wam po wszystkim, a przypadkiem siedzicie w pierwszym rzędzie, możecie złapać ich uśmiech i spojrzenie mówiące: o rany, nie płacz, to tylko przedstawienie.

We will never be respectable. We’re actors.

No dobrze. Nie samym Bertiem człowiek żyje (chociaż w zasadzie to jakby trochę tak przez ostatnie kilkadziesiąt godzin).

Muszę powiedzieć, że Londyn tym razem wcale mnie dobrze nie powitał. Po pierwsze lało i wiało – nie pojmuję, dlaczego w tym kraju te dwa zjawiska pogodowe po prostu muszą występować w duecie, inaczej nie potrafią, w związku z czym natychmiast zepsuła mi się parasolka. Po drugie czułam się jakoś tak nieswojo, a wprowadzone naprędce kontrole torebek w Royal Academy wcale mi nastroju nie poprawiły, wprost przeciwnie, poczułam się jeszcze gorzej.
Taki jakiś smutny był ten Londyn. I gdy mijałam tę rzeźbę, musiałam zrobić jej zdjęcie, bo idealnie odzwierciedlała mój stan ducha.

wpid-wp-1447794405438.jpeg

Ożywiłam się nieco, gdy znalazłam się w suchym i ciepłym Theatre Royal Haymarket – teatrze stojącym od XVIII wieku, w którym nie można płacić kartą w barze, bo mają zbyt słaby zasięg sieci, a od czasu do czasu spod podłogi wydobywa się dziwny łoskot. To nie duchy, to przejeżdżające pod wami metro.
Sztuka, wystawiana uprzednio w niezbyt dużym teatrze w Hampstead, miała świetne recenzje i bardzo ubolewałam, że nie udało mi się kupić na nią biletu. Jakże zatem się ucieszyłam, gdy wyczytałam, że postanowiono przenieść ją na West End. Do teatru, który na nią czekał. Do teatru, którym 250 lat temu kierował Samuel Foote we własnej osobie. Ciekawa postać. Bo widzicie, Samuel Foote stracił nogę wskutek wypadku konnego. Wielu ludzi by się załamało, ale Foote był komikiem i uznał, że to dość ironiczne, gdy komuś o takim nazwisku amputują nogę (w XVIII wieku to musiało być raczej przykre doświadczenie…), więc postanowił zrobić z tego swój atut.
Mało tego, Foote po wypadku przeprowadził się do teatru. On w nim nie tylko pracował, ale też mieszkał.
To jest teatr o teatrze. Taki metateatr (kochana, daruj sobie mądre słowa, i tak wszyscy wiedzą, że w twojej przestrzeni między uszami za dużo nie ma). Momentami przypominało mi to Zakochanego Szekspira – te same rozwiązania, aranżowanie sceny w taki sposób, że widz ma wrażenie, iż podgląda przedstawienie zza kulis. Zresztą dokładnie ta sama piosenka błazna z Wieczoru Trzech Króli pojawia się w obu spektaklach – present mirth is present laughter, what’s to come is still unsure, youth’s a stuff will not endure

Simon Russell Beale jest cudowny w tej roli – jego Samuel wzbudza wielką sympatię, rzuca od niechcenia kąśliwe uwagi, przygląda się światu z sympatią, ale i bezlitosnym sarkazmem i nie uznaje świętości. Ale wzbudza też… nie tyle litość, nie lubię bardzo tego słowa, co współczucie i troskę. Bo to się tylko tak wydaje, że on nie cierpi. Cierpi, i to bardzo. Nie tylko ze względu na fizyczną ułomność i jej konsekwencje, w tym nieustający ból, ale też dlatego, że jego sława i zamiłowanie do kontrowersyjnych dowcipów obracają się przeciwko niemu. W czasach, gdy teatry nie mogły działać ot, tak sobie i wystawiać, co by tam chciały, Foote uciekał się do przeróżnych sprytnych i irytujących władze forteli, by móc robić swoje wbrew widzimisię decydentów. Ale w końcu obraził czyjeś uczucia (widzicie, to całkiem aktualna historia…) i zrobiono to, co robi się od wieków, żeby kogoś się pozbyć, czyli dobrano mu się do życia prywatnego. Oskarżono o homoseksualizm – wystarczy powiedzieć, że w Anglii tamtych czasów to oznaczało stryczek.
Przyznaję, trochę zbyt skrótowo przejeżdżają po biografii tego pana i jeśli wcześniej troszkę się o nim nie poczyta, to można momentami mieć drobny kłopot z nadążeniem. Inna rzecz, że nie wszystkie wątki są prawdziwe. Ale – to dobra, z wdziękiem zagrana sztuka – nie ma złej roli; wygląda, jakby całe towarzystwo czerpało pewną frajdę z grania ze sobą. Konkurentem i przyjacielem Foote’a zarazem jest David Garrick, inna bardzo znacząca postać w historii europejskiego teatru, taki trochę mydłek i Gigi Amoroso bolejący, że wygląda na swój wiek (34 lata!), ale też człowiek owładnięty tą samą obsesją, niby śliski, a jednak wyciągający rękę do kolegi po fachu w potrzebie. Garricka gra Joseph Millson, Makbet z Shakespeare’s Globe i nieprzyjemna osoba z The Last Kingdom. Foote szydzi z Garricka niemożliwie, nazywa go słodko i z wyraźną satysfakcją „Davey”, idzie z nim trochę na wojnę w pewnym momencie, ale gdzieś w skrytości ducha zdaje sobie sprawę, że to jeden z najbliższych mu ludzi.

To spektakl bardzo zabawny i bardzo wzruszający. Spektakl o tym dziwacznym miejscu, w którym niby wszystko jest udawane, na niby, a całkiem prawdziwie nas dotyka, i które w niedobrych czasach pozwala ciągle się śmiać, choć niekiedy trudno; które potrafi nas doskonale oczyścić z całego brudu tego świata – przynajmniej na kilka godzin. O tym, że humor jest jednak mocnym orężem. Treść wyjątkowo zagrała z okolicznościami.
Piękne, piękne popołudnie spędziłam.

Wyszłam uśmiana, owszem, ale i dziwnie poruszona.
A gdy dotarłam do hotelu, zobaczyłam w telefonie coś takiego.
Józio.
Też miło.

It was lovely to have met you

Troszeczkę inaczej miał wyglądać dzisiejszy wpis, ale wszyscy wiemy, co się stało. Budzik mi zadzwonił o trzeciej trzydzieści, z użyciem siły otwarłam jedno oko i sięgnęłam po telefon. I nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy o Francji piszą. Nie zjadłam śniadania przed wyjściem z domu, bo nie zdążyłam, pochłonięta paskudnymi wiadomościami. A potem pani w dworcowej kasie, do której stałam w ogonku – głodna i bez kawy, o piątej rano, mind you – przez kwadrans, powiedziała mi, że bilety na lotnisko tylko w pociągu. To miło, że mogłam stracić 15 minut życia, by się tego dowiedzieć. Tak czy inaczej, na lotnisko dotarłam, a z lotniska dalej.

Londyn zwykle świeci jasno nocami, ale wczoraj świecił inaczej.

Tak czy inaczej, życie musi toczyć się dalej – niechby po to, by nie dać oszołomom satysfakcji.

Poleciałam do Londynu na dokładnie 30 godzin. Tylko po to, żeby zobaczyć dwa przedstawienia. O pierwszym spektaklu będzie jutro, najpierw będzie o drugim.

Kiedyś czytałam felieton Caitlin Moran, w którym pisała o tym, jak bardzo podziwia ludzi przychodzących się z nią przywitać po spotkaniach autorskich – oni przecież nie wiedzą, do kogo tak naprawdę idą i komu mówią rzeczy często bardzo intymne, a na pewno nasycone emocjami. Ryzykują, że usłyszą „yeah, right” lub w ogóle nic. Ryzykują, że pokażą miękki brzuszek komuś, kto na to nie zasługuje. A jednak idą. Dziękują. Zanoszą prezenty czasami. Caitlin napisała w tym felietonie, że dla ludzi po drugiej stronie to też jest przeżycie i to nigdy nie jest bez znaczenia; że widzi z trudem skrywaną radość na twarzy przejętego fana myślącego „ona już wie, że istnieję…”. To jest ten moment, że zacytuję Amandę Palmer, I see you. Widzę cię. Teraz już się znamy.
Nigdy nie chodziłam pod stage door, z jednym wiadomym wyjątkiem. Nie czuję się zbyt wygodnie z moją nieśmiałością. Raczej dziwna sytuacja, bo normalnie przecież nie zaczepiacie obcych ludzi na ulicy, żeby im powiedzieć, że ich lubicie, prawda? Wczoraj poszłam znów, obejrzawszy Włochatą Małpę. Musiałam.

Bertie Carvel, uważam, jest aktorem wybitnym. Jak pisałam, jego wielką zaletą jest jakaś taka niepodobność do nikogo i niebywała plastyczność. Nie ma posągowej urody (jeśli chce, to potrafi być uderzająco przystojny, ale jeśli nie, to nie), nie ma wielkiej fanbazy produkującej memy z nim – on ma coś lepszego, mianowicie iskrę bożą. Fenomenalny talent. On by was zagrał. On by zagrał książkę kucharską i sprawozdanie roczne firmy księgowej. Zauważyliście na przykład, że on był w Sherlocku? Nie? Właśnie.
Od tego faceta nie sposób oderwać oczu, gdy pojawia się na scenie.
To, robi w tej sztuce, jest niemożliwe. Współczuję nieco ludziom, którzy z nim grają, bo to jak próbować wyścigu z shinkansenem (z recenzji w Variety: The others are big blokes; next to Carvel they look like meerkats – on nie jest najbardziej napakowanym mężczyzną na scenie, choć trochę jest, ale gasi resztę towarzystwa samą obecnością). Gość ma niesamowitą charyzmę. Ma też wielką sceniczną odwagę – jak wspominałam przy okazji Bachantek, on się w publiczność rzuca. Są aktorzy, którzy uparcie trzymają się wizerunku. Bertie nie ma wizerunku. Bertie może być każdym. Korzysta z tego, podejmując raczej śmiałe decyzje zawodowe i wybierając role, których wielu kolegów po fachu by nie wzięło.
I tym razem jest agresywnym prostakiem, mówiącym kaleczoną angielszczyzną, z chamskim akcentem, z głębokiej amerykańskiej prowincji, który próbuje sam siebie utwierdzić w przekonaniu, że nie jest obrzydliwą bestią, po tym, jak zostaje tak nazwany przez stającą z nim oko w oko panienkę z wyższych sfer. To spocony robol szukający swojego miejsca w wypomadowanym świecie, próbujący rozpaczliwie udowodnić swoją wartość. Trudno uwierzyć, że elegancki, apodyktyczny Penteusz z pierwszych chwil Bachantek (bo co było w chwilach końcowych, to inna historia) i ten muskularny, porywczy, dość odpychający typ z ogoloną głową są tą samą osobą w pozateatralnej rzeczywistości. Że nie wspomnę o pannie Trunchbull.
Ten spektakl zebrał bardzo skrajne opinie, to taki, jak to Angole nazywają, Marmite – czyli coś, co albo się kocha, albo nienawidzi. Jeśli o mnie chodzi, jestem w tej drugiej grupie i nie tknę tego paskudztwa dobrowolnie. Mówię o Marmite, bo przedstawienie podobało mi się bardzo. Rozumiem natomiast, czemu może nie przypaść do gustu. Po pierwsze sam tekst jest dziwny, napisany niewdzięcznym językiem. Po drugie bohater nie od razu wzbudza sympatię. Po trzecie adaptacja jest raczej surowa – okrętowa kotłownia, w której przerzuca węgiel Yank, to tylko drewniany kontener. Jest też moment, gdy scena Old Vic jest całkowicie pusta, co mnie oczywiście zachwyciło, bo uwielbiam przyglądać się tej całej maszynerii, zwykle dla widzów niewidocznej, niemniej zdaję sobie sprawę, że nie każdy tego szuka. Nie każdy chce widzieć odrapane teatralne zaplecza.
Po przedstawieniu skręciłam za róg i odczekałam swoje, aż wyszedł taki niepozorny kolo w szaliku. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że ponownie chciałam przez chwilę uciekać i co prawda nie zapomniałam tym razem, co chciałam powiedzieć, ale kolana to mi tak trochę drżały, właściwie raczej się trzęsły.
Bertie jako Bertie jest bardzo miłym człowiekiem, który mi uścisnął dłoń, wypytał o podróż, gdy usłyszał, że przyleciałam z daleka (that’s quite a journey! – ależ nic takiego, Bertie, dla ciebie mogę), poklepał po ramieniu, bardzo się ucieszył, kiedy mu wyszemrałam, że widziałam też Bachantki, ale wstydziłam się wtedy podejść, powiedział, że jestem słodka (sic!) i uśmiechał się tak, że wszystkie nieszczęścia tego świata na chwilkę zbladły. Długo tego szerokiego uśmiechu nie zapomnę. Temu człowiekowi z oczu wygląda dobra dusza. Powiadam, on zna Józefa.

What are you holding, Orestes?…

Nie miałam pojęcia, czemu mi się tobołek nie domyka (dopinałam zamek błyskawiczny z modlitwą na ustach, żeby mi nie pękł w drodze). Przecież nic nie kupiłam.
Nic a nic.
Tylko siedem książek.
Tym samym znowu – to mój stały chwyt – przechodziłam przez kontrolę ze wspomnianymi książkami pod pachą, z miną osoby, która absolutnie nie wyobraża sobie dwugodzinnego lotu bez zaopatrzenia w odpowiednią liczbę lektur. Robię to za każdym razem. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jedną z książek istotnie zaczęłam czytać w podróży i wciągnęła mnie ogromnie.

Ale po kolei, po kolei.
Chyba wiem, dlaczego mnie ten Hamlet pozostawił obojętną niczym Jane Austen wobec swojego jedynego kandydata do ręki. Trochę pozbawiłam go szans na oczarowanie mnie, wybierając sobie inne bardzo dobre przedstawienia. W zestawieniu z pierwszym z nich nie miał szans. Musiał wydać się przy nim bardzo efektowną, ale jednak bańką mydlaną.
Mówię o Orestei.
Właściwie to Oresteje teraz są w Londynie dwie – jedna w Trafalgar Studios, druga w Globe, ale na tę drugą nie miałam jak się załapać. Poprzestałam na pierwszej, na którą, nawiasem mówiąc, zdecydowałam się pójść raptem kilka dni przed wyjazdem – i była to nadzwyczaj dobra decyzja. Czasem tak mam, że coś mnie tknie.
Wybierając się wieczorem na to, włożyłam bladoróżowy sweterek, świeżo nabyty przed wyjazdem. Spokojnie, nie mam ambicji ewoluowania w blogerkę modową slash lifestyle’ową slash co tam akurat teraz jest na topie. Bladoróżowość sweterka to wbrew pozorom dość istotny szczegół, ale o tym za chwilę. Ponieważ jak zwykle dotarłam dużo za wcześnie, zeszłam do baru w Trafalgar Studios, coś przecież trzeba ze sobą zrobić. Byłam pierwsza – ta słowiańska krew, nieprawdaż, w barze zawsze pierwsi – toteż czarująca obsługa uruchomiła dla mnie wcześniej happy hour, z mrugnięciem zawiadamiając, że doniosą mi rachunek za dwadzieścia minut. Miło z ich strony. Wdrapałam się na stołeczek, złapałam mój koktajl i chwilę później usłyszałam miarowe tykanie. Tykanie rozlegało się wszędzie, aż do momentu, w którym zgasły światła na widowni. Ruszało ponownie w antraktach, krótkich i ogłaszanych ze sceny (przy czym dodać należy, że w ostatniej sekundzie wszyscy musieli siedzieć karnie na swoich miejscach, bo inaczej nie zostaliby już wpuszczeni na widownię – dajcie czterystu osobom dziesięć minut na kibelek i odebranie interval drink, i zobaczycie, jak szybko potrafią biegać). To długi spektakl, blisko czterogodzinny. Ani trochę się tego nie odczuwa, bo przez większość tego czasu siedzicie na brzeżku fotela ze splecionymi nerwowo palcami, a parę razy można nawet nerwowo podskoczyć. Ta Oresteja to pełnowymiarowy mroczny thriller, którego bohaterowie balansują na granicy szaleństwa, ba, przekraczają ją nawet. Są w tym momenty, które nieprzyjemnie chwytają za gardło, jak scena poświęcenia Ifigenii – nie to, że krwawa czy w jakikolwiek sposób brutalna, wprost przeciwnie, delikatna, klinicznie zimna i przez to niesłychanie przejmująca. Są sceny wciskające w fotel i wprawiające w oszołomienie, jak furia Agamemnona (jeśliby któryś widz jednak nieco przysnął w pierwszym akcie, obudzi się natychmiast bez wątpienia, w dodatku ze zjeżonym włosem). Są oczywiście morderstwa. Jest nagość. Jest mnóstwo krwi. Są role tak dobre, że nie możecie przestać gapić się z rosnącym zafascynowaniem. Nikt się nie oszczędza. A piękny Luke Thompson, przez pierwszą część spokojnie siedzący na ławeczce bez słowa i kradnący cichutko uwagę swoim powabnym profilem, zmienia się w owładnięte manią zemsty zwierzę wydające nieludzkie wrzaski i wywracające wściekle oczami – momentami, gdy mu tylko białka łyskają spod powiek, jest dość raczej przerażający. A to nie jest najlepsza rola w tym przedstawieniu. Są jeszcze lepsze, w tym zwłaszcza genialna Klitajmestra Lii Williams, najpierw troskliwa matka i kochająca żona, potem niemal Eva Peron przemawiająca do narodu, aż wreszcie oszalała morderczyni męża. Tak. Na początku mamy jedną wielką szczęśliwą rodzinę, na końcu kałuże posoki.
I Elektra, niewinna (?) Elektra, siostra Orestesa, tak niezwykle mu bliska, która może tylko jest wytworem jego wyobraźni.
Doskonała jest scena sądu nad Orestesem, gdy publiczność wchodzi w rolę ławników i – tylko w swoich głowach, po cichu – wydaje wyrok. O losie bohatera zaważy pojedynczy głos.
Rozłożyło mnie to na łopatki, powaliło, pozamiatało. Z dziką rozkoszą poszłabym drugi raz.
Jakoś tak się złożyło, że siedziałam w pierwszym rzędzie. Pierwszy rząd znajduje się bardzo blisko sceny (raczej niskiej zresztą – na tyle niskiej, że wstając po spektaklu, macie oczy na wysokości oczu aktorów, którzy są, czy ja wiem, z pół metra od was; nota bene, gratulacje dla pana, który uznał, że to świetne miejsce na odstawianie swojego kieliszka). Oczywiście przez to cała rzecz wydała mi się jeszcze bardziej porywająca, ale miało to pewien skutek uboczny.
Wspominałam o bladoróżowym sweterku?…
Wyszłam po oklaskach z uczuciem, jakby mnie potrącił pociąg i zaaferowana podreptałam do stacji metra.


Wsiadłam. Jadę. Nudzę się, bo w metrze, jak wiadomo, widoczki raczej trudno podziwiać, przynajmniej dopóki nie wyjedzie na powierzchnię. Z nudów zaczynam skubać nitkę przy rękawie i wtedy właśnie spostrzegam, że rękaw ów jest mniej więcej do łokcia pokryty czerwonymi plamami sztucznej krwi. Drugi też.
Nawet nie zauważyłam, kiedy to na mnie bryzgnęło.
Powiedzcie mi, że to da się sprać. Jeśli nie, cóż, będę miała pamiątkę.

Tyle o Ajschylosie.
Sobota była dniem dość intensywnym i znowu, obawiam się, z motywem przewodnim pod nazwą teatr. Punktem pierwszym wycieczki była wizyta w Noël Coward Theatre – jednym z niewielu, jeśli nie jedynym na West Endzie, do którego umiem trafić, nie zgubiwszy się po drodze (co nie jest niczym dziwnym, biorąc pod uwagę, że byłam tam siedem razy i te foteliki obite różowym pluszem bardzo dobrze znam). A tam czekała bardzo ciekawa historia o Rosalind Franklin i jej słynnej fotografii. Charyzmatyczną panią doktor, zmarłą zresztą na raka spowodowanego najpewniej promieniowaniem, zanim za odkrycie podwójnej helisy wręczono nagrodę Nobla jej kolegom po fachu, gra niejaka Nicole Kidman. I powiem wam, że jest to zaskakująco pozytywne teatralne doświadczenie. Parę miesięcy temu upolowałam – bez najmniejszego trudu – bilet za całe dziesięć funtów i nie spodziewałam się Bóg wie jakich wodotrysków. Zawsze mam wątpliwości, gdy w głównych rolach obsadzają ludzi z okładek, bo, bądźmy szczerzy, nie wszyscy się sprawdzają. Czasami okazuje się, że na scenie są wyraziści jak płyty chodnikowe. W tym przypadku na szczęście było inaczej. Z dużą przyjemnością tę sztukę obejrzałam. Dobrze zrobiona rzecz, zwarta, dowcipna, ze sprawną obsadą i w pięknej, choć ponurej scenografii (Franklin dostała laboratorium w piwnicach) – nic tam nie jeździło, nie zapadało się, nie opadało z góry, wystarczyły same zmiany oświetlenia i naprawdę pięknie to działało. Nie spektakl z gatunku zmieniających życie, ale wciągający, przyjemny dla oka i dobrze zagrany.
Dla takich jak ja soboty w Brytfannie są dniami o tyle szczęśliwymi, że można obejrzeć dwa przedstawienia. Zrobiwszy sobie krótką przerwę dla odzyskania energii, poszłam zatem na drugie, pokonawszy piechotką nie tak znowu daleki odcinek między Charing Cross Road a południowym brzegiem. Nie musiałam się śpieszyć, więc od czasu do czasu zatrzymywałam się, żeby zrobić zdjęcie, jakbym już nie miała takich pięćdziesięciu.


Słowo, które najlepiej mi pasuje do drugiego sobotniego spektaklu, brzmi „nieprzyjemne”.
National Theatre obok swoich wielkich scen ma też taką niedużą, zwaną tymczasową. Wystawia tam rzeczy, które niekoniecznie przyciągnęłyby tłumy, ale które są interesujące, a czasami nieco kontrowersyjne. Pomona właśnie taka jest.
To takie coś, co albo bardzo się podoba, albo wywołuje niesmak. To bardzo brzydka historia o przemocy, o prostytucji, o handlu żywym towarem (w celach, o których raczej wolicie nie wiedzieć). I to wszystko dzieje się w sercu Manchesteru, w dziwnym, naprawdę istniejącym miejscu zwanym Pomona, postindustrialnym kawałku miasta, którego podążacie za bohaterką, szukającą zaginionej siostry. Nie jest to z pewnością lekkie, łatwe i przyjemne. To raczej kawał mrocznego, dusznego i ciężkiego teatru, zagranego zresztą częściowo w konwencji gry RPG – krążącej po podziemiach Pomony bohaterce towarzyszą pozostałe osoby dramatu (w tym irytująco seksowny i odpychający czarny charakter w postaci kobiety w skórzanym płaszczu – i zobaczcie, jak ona wygląda w cywilu…), rzucając kośćmi i pytając ją: „słyszysz kroki za plecami – ukrywasz się czy uciekasz?”.

O niedzieli już pisałam. Lepiej do tego nie wracajmy.

Poniedziałek obudził mnie koncertową ulewą, w związku z czym część dnia spędziłam na leniwym piciu kawuni i wylegiwaniu się w pościeli. Stwierdziwszy, że wypiłam dość kawuni, ponownie udałam się na stację metra, a ze stacji metra na Sloane Square.
Royal Court to taki fajny teatr, który co prawda znajduje się w szalenie wytwornej części miasta, ale sam zbyt wytworny nie jest. Jest cudownie bezpretensjonalny, ma świetną knajpę z niszowymi piwami z kija i małą, ale naćkaną po sufit księgarnię, w której teksty sztuk (wolę kupować je niż programy, bo w tych drugich zwykle dostajecie dwie strony zdjęć obsady – a i tak można lepsze znaleźć w internecie – maciupki wywiadzik z reżyserem i dwanaście stron reklam) można nabyć za skromne 3 czy 4 funty. Royal Court zresztą specjalizuje się w nowych dramatach, nader często poruszających ważkie i/lub niewygodne społeczne problemy. To nieduże w sumie miejsce jest jedną z najważniejszych i najodważniejszych scen Wielkiej Brytanii, a sztuki, które miały tu premiery, nierzadko zyskują kolejne życia w innych krajach. Bo taki na przykład McDonagh to bardzo znany dramaturg. W moim grajdołku można zobaczyć Jednorękiego ze Spokane, w Poruczniku z Inishmore onegdaj grał Borys Szyc. W Royal Court właśnie niedawno odbyła się premiera nowej sztuki McDonagha, Hangmen – i jestem absolutnie pewna, że niebawem zobaczymy ją u nas, to kwestia czasu jedynie. Fenomenalnie napisany tekst. Zresztą spektakl zebrał całą Drogę Mleczną gwiazdek w recenzjach i bez dwóch zdań jest tego wart.
To naprawdę, ale to naprawdę czarna komedia osadzona w małomiasteczkowych realiach brytyjskich lat 60. (tak, to nie były jedynie czasy Beatlesów i Twiggy), której głównym bohaterem jest, cóż, kat całkiem lubiący swoją pracę, to jest wieszanie ludzi (co ciekawe, jego nazwisko to zbitek nazwisk dwóch rzeczywistych wykonawców egzekucji). Niestety wreszcie musi się przebranżowić, bo zmienione prawo znosi karę śmierci. Ale widzicie, on naprawdę to zajęcie lubił, a że do pubu prowadzonego przez jego żonę któregoś dnia trafia ktoś, kto od razu wydaje mu się podejrzany…
Pyszne, no pyszne po prostu. Taka historia, w której niby nic się nie dzieje, a ile się dzieje. Cięte riposty przyprawiają o ryk śmiechu, choć w sumie śmiać nie ma się z czego. Lubimy.

Być może was to zdziwi, ale po poniedziałku nadszedł wtorek, częściowo już opisany. Ale, ale. Zanim wylądowałam na legendarnym już Hamlecie, poszłam sobie na maleńki i uroczy musical pod tytułem Ushers. Po naszemu to ci ludzie, którzy przedzierają wasz bilecik, wskazują wam miejsce, sprzedają program (a w antrakcie, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, lody, bo oni tam mają taką osobliwą tradycję, że w przerwie spektaklu muszą być lody koniecznie), świecą wam latarką, jeśli podczas spektaklu zrobi wam się słabo albo musicie siusiu. To oni, gdy wiadomo, że aktorzy już czekają w kulisach, a opieszali widzowie wreszcie dotarli na swoje miejsca, zamykają drzwi widowni, pokazując sobie uniesione kciuki jak marshallerzy na lotnisku. Ludzie, którzy kochają ten cały jazz i godzą się na fatalnie płatną robotę, żeby tylko być w teatrze. Dodajmy, że – jak łatwo się domyślić – na ogół marzą o karierze scenicznej. Cały poklask i atencja publiczności spływają na gwiazdy, podczas gdy ci niedoceniani ludzie pracują przed, w trakcie i po spektaklu, wierząc głęboko, że w końcu to ich opromienią światła wszystkich reflektorów.
To przedstawienie zebrało fantastyczne recenzje między innymi na festiwalu w Edynburgu, zanim przeniosło się na West End, ale mimo bardzo dobrych opinii radzi sobie na nim, o dziwo, tak sobie – może dlatego, że nie ma w nim wielkich nazwisk, nie reklamuje się też za bardzo. Gdy weszłam na widownię i zajęłam miejsce, chwilę później podszedł do mnie usher (jeden z tych, którzy później tańcowali na scenie – oni rzeczywiście obsługują publiczność, zanim zgasną światła i gdy znowu się zapalą) i powiedział, że nie ma dziś tłoku, więc spokojnie mogę przesiąść się do przodu. Dziesięć minut później podszedł drugi i zaproponował mi to samo, więc pomyślałam, że może jednak skorzystam i popędziłam do jednego z pierwszych rzędów. Smutne to trochę, widzieć tyle pustych miejsc, ale wykonawcy nie sprawiali wrażenia przejętych tym ani też nie jechali na pół gwizdka.
Dla maniaków teatru to półtorej godziny nieskrępowanego chichotu. Wszyscy na scenie mówią branżowym slangiem, co rusz nawiązują do ostatnich plot z Theatrelandu, a przy tym trzeba przyznać, że autor libretta wie, w którym kościele dzwoni i w jaki sposób organizują sobie życie osoby z mniej lub bardziej zaawansowaną teatralną obsesją. Jedna z bohaterek, niebywale oddana swojej pracy (przyczyna jej pracoholizmu jest prosta – otóż ona seryjnie, może odrobinkę maniakalnie podkochuje się w aktorach i jest z tego dumna, śpiewa zresztą wdzięczny kuplet z refrenem: Leading men, I have a thing for them) zdradza sekret, jak się dowiedzieć o tym, co będzie się działo na londyńskich scenach, zanim wyjdą oficjalne komunikaty. My Twitter, my stagey network and some good ol’ stalking!
No, i tak to właśnie działa.

W środowe popołudnie samolot zaniósł mnie nazad na południe Polski. I chociaż mam piękne marzenia podróżnicze na przyszły rok, obawiam się, że skończy się jak zwykle. Jest na to bardzo proste – acz ktoś pewnie uzna, że pretensjonalne – wyjaśnienie, z książki, którą polecałam wam przy okazji poprzedniego wyjazdu.
Places make the best lovers. You can trust a place more than you can trust a person as a lover. A place is more dependable and it has so much depth and stimulation and provides you with the opportunity to realize yourself. The place reflects you, provides you with stimulation, the ability to realize potential. If it’s a good place it makes you feel stronger, makes you cleverer and more powerful.
Having the ability to have that friend, London, as a companion throughout gives you a wonderful extra dimension to anything you do. I think of London as a partner. I’m in love with London and always have been
.

The play’s the thing

No dobrze. Dość piania i trzepotania rzęsami.
Pogoda się zepsuła w Londynie, to znaczy nie tyle może się zepsuła, co wróciła do normy. Innymi słowy, leje. Szczęśliwie nie jest to zbyt dotkliwie odczuwalne, bo po tym mieście można przemieszczać się, nie wychodząc na powierzchnię. A dziś – właściwie, sądząc po zegarze, już wczoraj – musiałam troszkę się najeździć. Najpierw stacja Leicester Square, żeby zobaczyć bardzo skromny i ogromnie sympatyczny musical o ludziach pracujących w teatrze (będzie o tym więcej w swoim czasie), później Barbican, ten upiorny, kolosalny, betonowy labirynt. Nota bene, przed wyjazdem znalazłam na Airbnb kwaterkę w Barbicanie, całkiem dobrze wyglądała i nawet droga nie była, ale odmówiłam sobie przyjemności z tej przyczyny, że zapewne za kilka lat ktoś znalazłby w korytarzach kompleksu zasuszone zwłoki autorki, która się zgubiła na śmierć. 
Tak czy inaczej, tym razem szłam tam w celach oczywiście teatralnych. Na Hamleta. Na TEGO Hamleta

Ten spektakl zaczyna się jedną z moich ukochanych piosenek – Nature Boy. Znacie na pewno. To taki piękny, nieco smutny i niepokojący kawałek. Tu w wersji najpiękniejszego męskiego głosu na globie, tu w wersji Elli, tu mojej szczególnie ulubionej.

There was a boy
A very strange enchanted boy
They say he wandered very far
Very far, over land and sea

A little shy and sad of eye
But very wise was he

And then one day, a magic day
He passed my way, and while we spoke
Of many things, fools and kings
This he said to me
„The greatest thing you’ll ever learn
Is just to love and be loved in return”.

Kurtyna podnosi się i widzicie siedzącego na podłodze człowieka, pochylonego nad gramofonem. Obracająca się płyta odtwarza właśnie ten numer. Ściana za plecami człowieka – tak, Hamleta, dobrze zgadliście – znika i pojawia się NAJWIĘKSZA SCENOGRAFIA, JAKĄ W ŻYCIU WIDZIAŁAM.
Nie zaciął mi się Caps Lock. Tego po prostu nie da się opisać małymi literami. Jest wspaniałe, oszałamiające. To ogromne pałacowe przestrzenie, zaprojektowane z wielką dbałością o szczegóły. Wizualny orgazm, przepraszam, inaczej się nie da. Trudno właściwie ogarnąć całość oczami. Sądzę, że jedną z brytyjskich teatralnych nagród mamy już rozdaną w tym sezonie.
Problem w tym, że scenografia kradnie show.
Aktorzy wśród niej nikną. I co więcej, większości z nich trzy godziny po opuszczeniu widowni zwyczajnie nie pamiętam. Laertes świetny, owszem. Grabarz również. Cumberbatch – fakt, ma charyzmę, talent i warsztat, nie sposób mu odmówić (przy czym nie mogłam pozbyć się wrażenia, że przemawiając do widzów po zakończonym spektaklu był bardziej przekonany co do własnych słów niż jako Hamlet). Ale coś nie trybi.
Gdy pojawiły się umiarkowane recenzje tego spektaklu, rozległy się też głosy, że to taki snobizm, „jestem taki cool, że nie podobał mi się CumberHamlet„. Ale to nie snobizm. Ta rzecz nie podnosi ciśnienia, nie odbiera oddechu.
Widzicie, to jest tak, że czasami idziecie na przedstawienie tylko dlatego, że macie wolny wieczór, nie spodziewacie się niczego niezwykłego i nieoczekiwanie kwiczycie z zachwytu. Czasami tydzień wcześniej prasujecie kieckę/garnitur. Myślicie – wow, tak fenomenalna ekipa razem? To będzie rewelacyjne. Zasiadacie na widowni, oczekując mocnego uderzenia, po czym w pewnej chwili przyłapujecie się na tym, że myślicie o tym, czy jeszcze sklepy będą otwarte, gdy wyjdziecie. Albo o tym – spojler – że ciekawe, jak oni te tony gruzu ze sceny uprzątają co wieczór i jakim cudem go tak cichutko rozrzucili w antrakcie. Albo o fajnym koledze z pracy. Bez ubrania. Bo czasami jest tak, że teoretycznie wszystko powinno zadziałać, a wy powinniście być wniebowzięci, ale nie działa i nie jesteście. Zabrakło tego magicznego składnika. Tego nieuchwytnego czegoś, co sprawia, że widz zapomina o bożym świecie.
Zmierzam do tego, iż ten Hamlet to piękne, dobrze zagrane przedstawienie, które nie wciąga. W ogóle. Jakbyście oglądali je przez szybę – czuć bardzo tę czwartą ścianę. Domyślam się oczywiście, jak trudno wystawić taką kobyłę, najważniejszą sztukę w historii teatru. To wyzwanie. Podejść na kolanach – bez sensu. Wywrócić do góry nogami i na lewą stronę – ryzykowne. Szekspir jednak umiał pisać i wyzywanie jego tekstów na pojedynek to zabawa dla mocnych graczy.
No właśnie. Abstrahując już od tej adaptacji, Hamleta ogląda się o tyle zabawnie, że to przecież same cytaty. To idiomy, których nieustannie używamy, mówiąc po angielsku, nie wiedząc nawet, że mówimy Szekspirem. I owszem, podczas sceny z czaszką i Alas, poor Yorick przez audytorium przebiegł zduszony chichot. Mamy to w naszym kręgu kulturowym tak wryte w głowy, tak dobrze to znamy.
Wygląda to, jakby kogoś zawiodła ambicja – zbudujemy wielką scenę, obsadzimy wielką gwiazdę, będzie hit. Tylko że nie jest. Jasne, pod względem frekwencji i wzbudzanego zainteresowania jest. Ale to po prostu chłodny spektakl, który pozostawia widza obojętnym. Nie chwyta go za gardło. Nie sprawia, że macie ochotę rozmawiać o nim godzinami (chyba że o tym naprawdę obłędnym designie). Nie ma chemii.

Tak czy inaczej, była owacja na stojąco i okrzyki. Pod wyjściem stosowna kolejka do gwiazdy.

image

Nie czekałam. Deszcz padał. Następnym razem.

The amorous alphabet

Śliczny był wczorajszy dzień, pocztówkowy prawie. Spędziłam przedpołudnie w Alexandra Palace, pięknym miejscu, z którego widać całe miasto, jeśli pogoda ładna. Można się opalać i karmić wiewiórki.

Tu muszę dodać, że jestem zagorzałą fanką londyńskich parków. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była przecież Mary Poppins, a Janeczka i Michaś ciągle chodzili z Mary do parku, i zawsze zdarzała im się tam przygoda. Chodzę zatem szlakami wytyczonymi przez wyobraźnię dziewczynki, która bardzo chciała kiedyś znaleźć się w magicznym miejscu zwanym Londyn. Zdarzało mi się rezygnować z ambitnych turystycznych planów, żeby poleżeć na trawie.

Po południu natomiast włożyłam sukienkę, rzęsy podmalowałam i ruszyłam do Shakespeare’s Globe.

image

Pierwszy raz wylądowałam na Read Not Dead dwa lata temu. I, jak to ponoć często bywa, już zostałam.
Od tamtej pory staram się tak planować wizyty w Londinium, żeby zahaczyć o to. Owszem, West End lśni i czaruje – te gwiazdy,  te efekty specjalne – ale tam jesteście tylko jednym z tysiąca widzów. Jesteście jakimś tam nazwiskiem na miejscu D22. Jutro to miejsce zajmie ktoś inny, kto pewnie też przyjechał z daleka, jutro odleci w jednym z setek samolotów startujących z londyńskich lotnisk. Na Read Not Dead jesteście częścią wydarzenia. Nie jesteście anonimowym widzem, jesteście gościem. Mile widzianym gościem, a wasz głośny śmiech w tragicznych scenach jest jak najbardziej w porządku. Atmosfera jest bardzo luźna. Owszem, chodzi o przywracanie do życia zapomnianej dramaturgii (nie zawsze dobrej), ale nikt przecież nie powiedział, że to musi być na serio…
Moja przyjaciółka, gdy jej z grubsza opowiedziałam, o co w tym chodzi, spytała, czy płacą mi za udział. Ja ją rozumiem. Mało kto chciałby spędzić niedzielę w jakże atrakcyjnym mieście na czytaniu sztuki, którą ostatnio wystawiono z dwieście lat temu, jeśli w ogóle. Można przecież do muzeum pójść. Do parku. Na zakupy. Fotek trochę natrzaskać. Ale jakieś  czytanie sztuki? Słownikowa definicja nudy.
image

Otóż nie. Read Not Dead to owszem, są w sumie czytane dramaty, ale nie do końca,  ponieważ celem reżysera jest, by w pięć godzin sklecić z tego w miarę normalne przedstawienie. Oczywiście to nie ma prawa się udać i w tym właśnie cały urok.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy się gotują, potykają, nie wiedzą, kiedy zacząć lub rozpędzają się za bardzo i czytają kwestie kolegów, przysiadają wśród publiczności. Pogubieni zupełnie, szyją czasami na poczekaniu i wtedy możecie zobaczyć fantastyczne aktorskie rzemiosło. Publiczności to zupełnie nie przeszkadza. Publiczność tupie i klaszcze jak na koncercie rockowym. Łatwo rozpoznać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz, bo zdumiony wodzi wzrokiem po ryczących ze śmiechu ludziach, jakby chciał powiedzieć: „ale o co chodzi…”. Gdy przychodzi trzeci raz, też ryczy. Gdy przychodzi po raz piąty, odkrywa z uciechą, że ludzie po obu stronach sceny posyłają mu skinienie. Tym samym macie wrażenie, że nie przyszliście do teatru, tylko na jakieś przyjemne popołudniowe spotkanie ludzi dzielących wspólne zainteresowania (ewentualnie zjazd terapeutyczny osób, które, że tak powiem, nie mają wszystkich w domu).
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy grają po kilka ról – nawet cztery – więc nie tylko widownia, ale oni sami momentami nie wiedzą nawet, kim właściwie w danej scenie są i wtedy na ich twarzach pojawia się rozkoszny wyraz mówiący: „nie mam pojęcia, co robię”.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że scena walki zostaje przerwana, bo wygrażający szabelką bohater nie ma jak przewrócić strony w swoim skrypcie. Bywa, że prosi wtedy swoją ofiarę o to, żeby mu przez chwilę broń potrzymała. Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.
Tym razem była muzyka na żywo, tańce częściowo nawet widowiskowe – było prawie dobrze do momentu, gdy jeden z wykonawców zapomniał kroków i postanowił improwizować, i poszedł w Travoltę – cudnie sprośne żarty, jeden Francuz chowający się w krzaku (wspominałam o sprośnych żartach?), a na końcu wszyscy okazali się swoimi braćmi, siostrami i kuzynami. Francuz też.

Tak sobie stałam pod drzwiami przepięknego Sam Wanamaker Playhouse, sącząc winko i emanując moim środkowoeuropejskim wdziękiem, wsparta elegancko o filar, gdy wtem zobaczyłam frunące przez foyer włosy. Niedobrze.
Uwaga, będzie dygresja.
Wszyscy wiedzą, że nabawiłam się onegdaj pewnej wstydliwej słabości, którą uparcie zwalczam metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę”. O dyskusyjnej skuteczności tej metody porozmawiamy innym razem. Słabość jest tym dotkliwsza, że jest raczej miłą i łagodną postacią, a ponadto od czasu do czasu powiadamia internet, iż właśnie wypłakuje sobie karmelowe oczy nad książką lub filmem, co u niżej podpisanej wywołuje efekt przekrzywienia główki i westchnienia. Nawet mi się udało zapaść jej w pamięć, choć naprawdę wolę nie domyślać się, z jakiego powodu. W każdym razie jeszcze nie zwiewa pędem w przeciwnym kierunku, gdy tylko mnie kątem oka zauważy, ani też nie wystosowała wniosku do odpowiednich służb o zakaz wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa dla tej panienki.
W pewien sposób zresztą jesteśmy ze sobą związani na całe życie, bo niechcący zostałam pierwszym w historii nabywcą pracy tego sympatycznego stworzenia (bo ono, gdy akurat nie obcina palców nastolatkom, nie podpala/wiesza/dusi ludzi ani nie paraduje po scenach West Endu w gustownych rajstopkach, lubi sobie rysować, zwierzątka głównie).

Włosy tym razem nie brały udziału w spektaklu, ale zasiadły za mną i od czasu do czasu dawały znać o sobie, wybuchając zaraźliwym gulgotem. Po przedstawieniu włosy zrobiły to, co zwykle robi publiczność po przedstawieniu, czyli wyszły.
I cóż wtedy uczyniła nieśmiała, zazwyczaj bardzo ułożona i zdystansowana autorka.
Otóż pognała kurcgalopkiem przez ogromne foyer Globe na ulicę i dogoniła Bogu ducha winne chłopię.
– Sorry to chase you down the street, that’s a bit awkward…
– That’s all right.
Nienawidzę.
– Thank you for the drawing. I, eh, urrmm…
– My pleasure. I’m glad it’s found a good home.
Autorka zagapiła się tępo na rozmówcę. Jak zwykle. Gdy odzyskała rezon, nastąpiła zwyczajowa kulturalna gadka-szmatka, po czym autorka pożegnała się grzecznie i usłyszała:
– See you soon. Buh-bye!
Ale jak to, see you soon. Jakie soon. Znaczy że co? Że ja tu znowu wyląduję niebawem?…
Cóż. Z pewnością są gorsze powody do odwiedzania Londynu.