‘Tis Pity She’s a Whore, czyli autorki rok w pigułce

Twarzoksiążka uparła się, że zrobi dla mnie przegląd roku. Dziękuję ci, twarzoksiążko. Wolę mimo wszystko zmajstrować swój własny kalejdoskop.
Nadal mieszkam pod tym samym adresem. Nadal nie dostałam obiecywanej podwyżki, w związku z czym z imponującą łatwością rozpuszczam wszystko, co udaje mi się zaoszczędzić. Nadal mam niepoukładane życie uczuciowe – choć właściwie przed 2014 wyglądało dużo bardziej schludnie, prawie zwyczajnie. Nadal kupuję za dużo książek i nadal nie mogę usiedzieć w miejscu. Jakby nihil novi sub sole. A jednak nie do końca.

Zdarzyło mi się tego roku trochę historii z gatunku „w najśmielszych snach bym nie przypuszczała…”. Zdarzyło się w ogóle dużo. Poznałam bardzo wielu ludzi, a pojawienie się w moim życiu części z nich wywołało niezgorsze zamieszanie. Wlazłam w raczej osobliwe środowisko, które dba o to, żeby nie zabrakło mi wrażeń. Nie wyjechałam tym razem poza Europę, ale pokonałam ponad 21 tysięcy kilometrów i znalazłam się w wielu niezwykłych miejscach. Brałam udział w wydarzeniach, które zmuszały mnie do zadania sobie pytania „jak to się stało, że ja tu jestem i co w ogóle się dzieje?”. Przytrafiło się kilka niespodzianek, kilka celów zostało odłożonych na świętego Nigdy. Podjęłam trochę za dużo spontanicznych decyzji, ale za mało decyzji znaczących. Stawiłam czoła paru zawodowym wyzwaniom, których potwornie się bałam. Uwierzyłam w palec boży – musiałam, bo tak niewiarygodne zbiegi okoliczności mi się przytrafiały. Karmiłam moje obsesje tak wytrwale, że w końcu zaczęłam czerpać z nich korzyści. To był przedziwny rok. Parę bardziej niecenzuralnych określeń ciśnie mi się na klawiaturę, ale zostańmy przy tym, że przedziwny.
Minione miesiące w gruncie rzeczy sprawiły mi mnóstwo radości. Nie samej radości, bo na mojej małej planecie bywało bardzo ciemno i zimno, ale że cierpię na ostry syndrom Pollyanny, ani mi w głowie poświęcać zbyt wiele czasu i słów moim smutkom, rozterkom i innym wątkom egzystencjalnym.
Nie czuję się na siłach, by wskazywać wydarzenie roku, sukces roku, uśmiech roku, pocałunek roku, restaurację, spektakl, powieść itepe. Pojedziemy jak ostatnio, miesiąc po miesiącu. Dla ubarwienia postanowiłam wspomnienie każdego z nich przyprawić piosenką, której w danym czasie nie mogłam pozbyć się z uszu.

Styczeń. Niewinna sylwestrowa kolacja u przyjaciółki kończy się na tyle interesująco, że kolejne dni spędzam na bezwstydnym flirtowaniu z przyjaciółkowym kolegą, który nie miał gdzie się podziać, więc się przyplątał na tę imprezę i niestety poznał mnie. Sprawy rozwijają się bardzo dynamicznie, by jeszcze dynamiczniej się zwinąć. Następnie udaję się do Londynu, obejrzeć genialne American Psycho i czytanie sztuki, które być może też było genialne, ale nic z niego nie pamiętam, bo byłam bardzo zajęta kompromitująco głupawym szczerzeniem się do osobnika w przeciwległym kącie, szczegóły w archiwach, nie polecam.

Luty. Autorka wychodzi z pracy w piątkowy wieczór i ze swoim małym bagażem ponownie zasuwa do Londynu, żeby przekonać się na własne oczy, iż niejaki Jude Law naprawdę istnieje. Otóż istnieje. I łysieje. W poniedziałkowy ranek autorka grzecznie siedzi w biurze, jakby nigdy nic.

Marzec. Rzecz niebywała, autorka zasuwa do Londynu, wylewa hektolitry łez na musicalu, na który wcale nie chciała pójść, cieszy się szturmującą miasto wiosną i udaje jej się wrócić do domu tylko dlatego, że samolot nie odlatuje o czasie. Jak pokaże przyszłość, takie szczęście można mieć tylko raz w roku.

DSC_0004_8

Kwiecień. Mnóstwo roboty, ot i wszystko. Kwietnie zawsze przemykają niepostrzeżenie, bo zawsze czekam na maj.

Maj. Autorka ponownie zasuwa. Urodzinowy weekend w najgorszym, ale to najgorszym hotelu świata. Na samo wspomnienie trzęsę się z obrzydzenia, Chryste Panie, cóż to za nora była, a człowiek w recepcji ani chybi był zombie, niemniej weekend sam w sobie był przeuroczy (w dużej mierze dlatego, że odjeżdżałam z hotelu pierwszym metrem i wracałam ostatnim). W przestawianiu licznika towarzyszyły mi pewne wspaniałe istoty (chyba) ludzkie, proszę, oto istota pierwsza, druga i trzecia. Zwłaszcza mi się podobał ten potężny rzymski żołnierz w Globe, co mnie, Bogu ducha winnego widza unikającego jak ognia interakcji na linii aktorzy-publiczność, złapał i przestawił bezceremonialnie, bo mu na drodze stałam. A potem jeszcze na mnie nakrzyczał.
Ależ byłam zachwycona.
Z tej akurat wycieczki autorka wraca samolotem bardzo ciężko rannym. Ratując się przed zaśnięciem, gawędzi w lotniskowym barze z miłym nieznajomym, który też czeka na swój lot. Biedaczka nie zdaje sobie sprawy, że jej życie właśnie się rozszczepia i od tej chwili będzie biegło dwoma torami, odległymi od siebie o wiele mil, a ona nie będzie potrafiła wybrać żadnego z nich.

Czerwiec. Autorka jedzie na wakacje. Do Włoch, bo regularne bywanie we Włoszech jest człowiekowi potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego (przy czym ważne jest, by człowiek nie był nadmiernie przywiązany do obwodu w talii). Wychodząc z terminalu lotniska im. Galileusza, widzi rzeźbę.
wpid-dsc_00022_12.jpg.jpeg
Tak niesłychanie serdecznie Italia ją wita. Niewzruszona autorka wsiada do taksówki, która dowozi ją do centrum bardzo sprawnie, tak sprawnie, że nie zatrzymuje się na czerwonym świetle, ale jest już po północy i któż by się przejmował. Autorka mieszka w trzynastowiecznych pałacach, pija prosecco, siedząc na stopniach przed knajpą, moknie do suchej nitki podczas oberwania chmury w Pizie, szaleje z zachwytu w średniowiecznych kościołach Lukki i nawet udaje jej się poleżeć trochę na gorącym piasku.

Lipiec. Autorka jedzie na wakacje – znowu. Pytana przez znajomych, dlaczego w ogóle wybiera się dokądś, gdzie nic szczególnego do oglądania i przeżywania nie ma, odpowiada, że właśnie dlatego. Okazuje się, że to „nic szczególnego” oznacza przecudowne śniadania w ogrodzie, pejzaże jak z Muzeum d’Orsay i przeżycia absolutnie niesamowite. Ze wsi nasza bohaterka zasuwa do wiadomego miasta, gdzie wyleguje się w parkach,

DSC_0060_1
przesiaduje nocami na balkonie z widokiem na wieżę zegarową dworca St Pancras, nawiedza teatry, goni uroczych młodzieńców po ciemnych uliczkach na tyłach tychże teatrów (ponieważ na blogu może dowolnie naciągać rzeczywistość, niech będzie, że goni – opis wiernie oddający realia tamtej sytuacji brzmiałby „dostaje napadu paniki i chce zwiewać w przeciwnym kierunku, ale już za późno”), by wreszcie spóźnić się na samolot. Po raz pierwszy doświadcza tak ogromnego wścieku na siebie samą, ale koniec końców zyskuje bardzo miły dzień.
W lipcu również autorka słyszy słowa, które wżerają się w nią mocno, najmocniej ze wszystkich do tej pory usłyszanych.

Sierpień. W sercu naszej bohaterki – wydawać by się mogło, że zajętym na dobre i niewzruszonym – znienacka coś drga. Telefon też jej drga. Drgania owocują bezsennymi nocami, gapieniem się w księżyc, trudnymi rozmowami i słuchaniem romantycznych smętów. Nic ciekawego.

Wrzesień. Ot, pospolity miesiąc. Żywot osładzają sobotnie wypady w Beskidy, raz w palącym słońcu, raz w ulewnym deszczu. Jedynym novum w życiu niżej podpisanej jest to, że pierwszy raz zbiera grzyby, które na domiar szczęścia okazały się jadalne (czego dowodem fakt, że autorka produkuje dzisiejszy wpis o własnych siłach, spożywszy osobiste zbiory w wigilijnym barszczyku). We wrześniu również la dolce vita zostaje zakłócone przez grom z jasnego nieba i idącą w ślad za nim przykrą świadomość, że nic już nigdy nie będzie takie samo. W głowie naszej bohaterki pojawi się niepokój, który do końca roku jej nie opuści.

Październik. Autorka wraca z miasta do swego przepastnego apartamentu i wyjmuje z papierowej torby nabytą przed chwilą koszulkę w marynarskie paski. Siada na kanapie, sięga po nożyczki i bezlitośnie odcina rękawy, starając się ciąć jak najbardziej krzywo i niedbale. Dokonawszy zniszczeń, składa koszulkę starannie i wkłada ją do czekającej już walizki.
Trzy dni później stoi w pustoszejącym foyer, międli rąbek nieszczęsnej koszulki i modli się w duchu, by grom z jasnego nieba skrócił jej mękę, to jest najpewniej jedną z najbardziej koślawych konwersacji w historii ludzkości.
I don’t think I know a proper English word to describe what I’ve just seen… – rzecze autorka do ślicznego reżysera dzieła, które było tak frymuśne, że to się w głowie nie mieści (jedyna znaleziona recenzja tego wydarzenia opisuje je jako frantic, chaotic, exuberant mess i to wyczerpuje temat).
I don’t think I know a proper English word to describe it either – odpowiada reżyser, dyplom z literatury angielskiej, mind you.
It was fantastic. OK, I’ll be off now. Bye.
– OK. Bye. See you next time.
– OK. Bye
– odpowiada autorka. Taka jest wygadana.
Bhyyye – cholerne skaranie boskie posyła jej powłóczyste i podejrzanie rozbawione spojrzenie. I co cię tak cieszy, ty zmoro (zapewne to, że z perspektywy zmory autorka wygląda następująco). Autorka czym prędzej odwraca się i ucieka, prawie wpadając na filar po drodze.
A ponieważ coś wyraźnie wisi w wilgotnym angielskim powietrzu, autorka spędza kolejne wieczory na spacerkach i kryciu się po ciemnych kącikach w miłym towarzystwie i w zamiarach jawnie lubieżnych. Nie samą kulturą człowiek żyje przecież (choć w temacie kultury – nocne zwiedzanie ukrytych za pospolitą fasadą biurowca ruin The Rose stanie się najpiękniejszym teatralnym doświadczeniem życia i jednym z najbardziej mistycznych w ogóle). Ogólnie rzecz biorąc, wydarzenia tych kilku październikowych dni bez trudu zapełniłyby średnio grubą książkę, ale na pisanie memuarów jeszcze przyjdzie czas.

Listopad. Przemknął jakoś. Zaczął się bardzo pięknie, efektownie i zmysłowo, a potem jakoś tak się stało, że ciągle tylko załamywałam ręce. Mnóstwo pracy, panie dziejku, a pomiędzy pracą właściwie nic, o czym chciałoby się pamiętać. Ot, pełnowymiarowa biurwa. Jakby mnie ktoś ściągnął za nogi spod obłoków. Z całym impetem rąbnęłam tyłkiem o twardą glebę. Przez cały miesiąc, każdziuchnego dnia, rzeczywistość pokazywała mi, co o mnie myśli. Pokazywała mi to głównie środkowym palcem.

Grudzień. Fenomenalny koncert Gogol Bordello, na który wcale nie miałam ochoty, ale przekonana skakałam i śpiewałam w głos, co nie jest dla mnie zachowaniem typowym. Ja publicznie takich rzeczy nie robiłam dotychczas. Boska Komedia i urocze przedświąteczne spotkanie z kimś dawno niewidzianym, a bardzo mi potrzebnym. To po stronie plusów, cała reszta po stronie, niestety, minusów. Przetrwałam, taka wańka-wstańka łatwo się nie poddaje i nawet ostrzelana z ciężkich dział jakoś tam wraca do pionu, choć niekiedy posiniaczona.

Plany na przyszły rok na razie kończą się na marcu. Postanowień noworocznych jak zwykle brak. Co będzie dalej – nie wiem. Wiem tylko, że powinnam w końcu coś postanowić, bo w rozkroku niezbyt jest wygodnie.
Plany na ostatni wieczór roku ciągle trwającego są bardzo proste: białe winko z najbliższymi, może na Kazimierzu, ale raczej w domu któregoś z nas. Żadnej wielkiej imprezy. Posiedzieć, pogadać, wznieść toast (o ile dotrwamy do północy), wsiąść do taksówki, zasnąć grzecznie w ciepłym łóżku, obudzić się w 2015 i czekać, co się wydarzy. Najbliższe dni zamierzam spędzić tak spokojnie, herbacianie i kanapowo, jak tylko się da, bo czuję się, jakbym wysiadła z kręcącej się szybko karuzeli. A później… Cóż, nie można za dużo odpoczywać. Ale to już inna historia, którą – mam nadzieję – będę mogła zamieścić w przyszłorocznym podsumowaniu. No to, szanowni, oby nam się. Prost!

Reklamy

Capitano, abbatti le mura!

Ot, piątkowe popołudnie. Siedzę na stopniach przed ciasnym barem, popijam prosecco, przyglądam się upływającemu światu. Dookoła mury Lukki i piękni ludzie. Trochę filmowo. Czy to jest dzień z mojego życia?…

Włochy to niby nienowy dla mnie świat i nie taka znowu wielka wyprawa, a jednak za każdym razem mnie fascynują. Przyznaję od razu – toskańskie miasteczka nie złamały mi serca tak, jak Neapol, dużo mniej powabny, ale bardziej zmysłowy. Tak czy inaczej, to moje kochane Włochy, przyjemnie obniżające mi ciśnienie, spowalniające ciągły galop moich myśli i ograniczające zawartość mojej głowy do niezbędnego minimum, to jest – co dziś zjeść do porannej kawy, gdzie zatrzymać się na winko, a gdzie na kolację, jaki czas naświetlania ustawić, robiąc zdjęcia w katedrze (dużo fot poszło do kosza, ale z każdym kolejnym wyjazdem coraz więcej się udaje). To są moje włoskie problemy. Nie śpieszę się tam donikąd, a już najmniej – do domu.

Opowiem wam obrazkami. Nie majstrowałam przy nich, bo jak zwykle po powrocie nic mi się nie chce, panie doktorze. Chce mi się tylko kupić kolejny bilet. Och, wróć. Mam kolejny bilet.

Wrota do mojego hotelu w Pizie. Budynek z XIII wieku – co oznacza klatki schodowe, w których zmieściłby się domek jednorodzinny, wspaniałe posadzki, drewniane sufity i ciągnięcie waliz po niekończących się schodach, jeżeli macie walizy oczywiście, bo ja to akurat nie miałam. A najcudowniejsze było to, że na parterze znajdowała się piekarnia i o piątej rano budził mnie rozkoszny zapach świeżych bułeczek i rogalików.
SONY DSC
Komuś po sąsiedzku urodziły się bliźnięta.
SONY DSC
Na południu Włoch człowiek przechodzi przez ulicę z duszą na ramieniu i „Boże dopomóż” na ustach. Tutaj nie, bo ruch kołowy jest ograniczony do minimum i kto może, zapyla na rowerze.
SONY DSC
Jeśli sądzicie, że w Italii codziennie słoneczko, jesteście w straszliwie mylnym błędzie.
SONY DSC
SONY DSC

SONY DSC
Piękna dama z Camposanto.
SONY DSC
Nie miałabym nic przeciwko, gdyby mnie tam pochowano. Bo tak, Camposanto to w istocie cmentarz. Zbombardowany w czasie wojny, ale odratowany. Jeśli kto lubi rzeźby i freski, będzie wniebowzięty.
SONY DSC

SONY DSC
SONY DSC
Duomo. Imponująca. Wewnątrz spoczywa to, co zostało z lokalnego świętego, notabene patrona podróżników. Co roku w rocznicę jego śmierci w mieście odbywają się regaty. Wioślarze, którzy docierają na metę ostatni, w nagrodę otrzymują parkę kaczek.
SONY DSC
Ruch Wyzwolenia Poezji. Piza to studenckie miasto, ma więc dość uroczy, wyluzowany klimacik.
SONY DSC
Nasza bohaterka tłucze pałacową kołatką w nadziei, że z okna wychynie przystojny posiadacz ziemski w bufiastych rękawach i pończochach. Cóż. Innym razem.
SONY DSC
Burzowe chmury nad Arno. Swoją drogą – gdy leciałam w tamtą stronę, na horyzoncie szalała przerażająca burza. Widzieliście kiedyś burzę z góry? Obłędne zjawisko. Przylepiałam nos do zimnej szyby, patrząc z zachwytem na trzaskające gęsto pioruny i mając nadzieję, że samolot to rzeczywiście duża puszka Faradaya.
SONY DSC
Palazzo Blu. Muzeum-cudeńko na brzegu Arno. Wstęp za jeden uśmiech, a można się zabawić antygrawitacją, zobaczyć, jak drobniutkie drobiazgi bozonu Higgsa zlepiają się w wasz kształt. Niesamowite.

Podstawa diety toskańskiej – cantuccini i vin santo. Wcięcie w talii staje się mglistym, smutnym wspomnieniem.
SONY DSC
Jedzeniu mogłabym poświęcić oddzielną notkę, ale o włoskiej kuchni mądrzejsi ode mnie napisali wystarczająco dużo. Napomknę tylko, że po raz pierwszy w życiu z własnej, nieprzymuszonej woli zamówiłam w knajpie flaczki – ja, która nie lubię mięsa, a podrobów nie tknę kijem. I te flaczki, trippa alla lucchese, były kulinarnym arcydziełem i wielokrotnym orgazmem. Doskonałe.
Moją wielką miłością są italskie bary, niepiękne, nawet obskurne czasem i wielofunkcyjne; można na miejscu kupić bilet autobusowy, puścić totolotka, poczytać gazetę, zerknąć na wynik meczu, zjeść kanapkę z mozzarellą, łyknąć kawę za skromnego eurasa, kieliszek niezgorszego wina obalić. Nikt w tych barach nie przesiaduje, klientela załatwia swoje i wychodzi – ale te miejsca są esencją tego kraju.

Lukka. Lukka jest absolutnie śliczna i czarująca. Najlepiej wetknąć mapę do kieszeni i po prostu się w tym miasteczku zgubić. Niczym zresztą to nie grozi, albowiem jest maleńkie i prędzej czy później człowiek dotrze do okalających je murów.
Bazylika San Frediano. Zbudowana raptem w XII wieku, cóż takiego…
SONY DSC

SONY DSC

Tak, to jest domofon.
SONY DSC

Lokalne kociuchy.
SONY DSC
SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC
Ot, widoczek z mojego okna. Z okna w łazience, gwoli ścisłości.
SONY DSC

Jeszcze jedna piękna katedra. Wspominałam kiedyś, że uwielbiam kościoły?
SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

SONY DSC

Ale żebyście nie myśleli, że ja tylko wertuję przewodnik i zwiedzam… We Włoszech wszędzie blisko nad morze, więc gdy tylko się wypogodziło, pognałam oparzyć sobie stopy na piasku.
SONY DSC

SONY DSC

Dzień z mojego życia. Właściwie pięć dni. Nie film, nie popis wyobraźni.
Chyba może być, nie?…