Sotto questo sole

Sobotnim przedświtem wetknęłam klucz w zamek moich osobistych drzwi. Przekręciłam i wciągnęłam walizkę do mojego osobistego salonu. Zrzuciłam buty i rozejrzałam się. Ciemno. Porządek dość nietypowy, świadczący wyraznie o tym, że właścicielki przez długi czas nie było w domu. Żadnych otwartych książek. Żadnych porozrzucanych ubrań. Żadnej korespondencji porzuconej w przedpokoju. Ale mój ptaszek wisi jak wisiał na ścianie i zezuje na mnie kontrolnie. Miło znowu cię widzieć.
Zabawne. Nie poczułam jakiejś szczególnej ulgi, że jestem znowu – wreszcie! – w domu. Może dlatego, że byłam zbyt zmęczona.
W piątek bowiem nad Europą szalały wściekłe burze. Akurat na mojej trasie do ojczyzny. Odleciałam zatem z Mediolanu (zjadłszy ostatnią pizzę i wypiwszy ostatni spritz; przyznać trzeba, że pożegnało mnie to miasto piękną tęczą nad Duomo) mocno spózniona i głęboko przekonana, że nie zdążę na przesiadkę w Warszawie. Jeśli nawet ja zdążę, to moja walizka znowu nie, bo ona – o ile wiem – nie ma nóg i jest całkowicie zależna od krzepy panów ładujących bagaże. Jakby tego było mało, przez całą drogę rzucało nami niemożebnie. Ja z tych raczej odpornych na turbulencje, wszak wiadomo, że skoro powietrze się rusza, to i samolot musi. Zdarzył się jednakże moment, gdy machina zanurkowała gwałtownie, ku wątpliwej uciesze zarówno pasażerów, jak i obsługi. Ajaj!
Gdy już, zrezygnowana i zestresowana nieustającym bujankiem, pogodziłam się z tym, iż zapewne spędzę noc w Warszawie, wtem zaskrzeczało z głośników, że samolot do Krakowa nadal czeka i należy gnać wprost do bramki. To i pognałam. Gnanie wprost do bramki byłoby prostsze, gdyby niektórzy pasażerowie nie wzdychali z dezaprobatą w kierunku osób, które grzecznie mówią: „przepraszam… przepraszam, ale ja się naprawdę bardzo śpieszę”. Bo oni się nie śpieszą, nieprawdaż. Dlaczego zatem mieliby się usunąć z drogi. Fuczą. Przewracają oczami. Nie znoszę.
Tak czy inaczej, ponieważ – jak mawia moja mama – co drugi głupi ma szczęście, dobiegłam z wywieszonym językiem do bramki, nad którą wyświetlano magiczne słowo KRAKÓW.
Pod bramką ową czekałam przez kolejną godzinę z okładem. Już mi było wszystko jedno.
Koniec końców wcisnęłam się w mój skromny fotelik przy oknie, a niedługo pózniej lądowałam na pięknym lotnisku Balice. Moja walizka, szczęśliwie, także.
Chciałabym powiedzieć, że przez kolejne tygodnie donikąd się nie wybieram, niemniej jest to oczywistą nieprawdą. Za tydzień o tej porze znów będę zagranico, ale niedaleko tym razem, i nie na długo.
Zanim jednak to nastąpi, parę dni zasłużonego leżenia plackiem, czytania (bardzo ciekawa biografia Guya Burgessa, brytyjskiego dżentelmena, który został sowieckim szpiegiem – osobliwy wątek jest taki, że jako młody chłopak znalazł swojego ojca martwego; tenże dostał zawału podczas seksu z matką bohatera i Burgess twierdził, że to właśnie wydarzenie miało ogromny wpływ na jego seksualność, no trudno się dziwić), oglądania (trudno określić ten film jako wybitny, ale cholernie mi brakowało Bollywood), dalszego oglądania (jestem oficjalnie za stara na filmy o zwierzątkach, bo płaczę; ale jestem też wielką fanką Paula Dano od czasów jego roli w jednym z moich ulubionych filmów, Little Miss Sunshine, i rozczuliła mnie informacja, że zabrał dziewczynkę grającą Miję na musical na Broadwayu) – i słuchania przede wszystkim. O, jakże na to czekałam. W sobotę, gdy już się ocknęłam i oporządziłam nieco, zasiadłam na balkonie z orzeszkami i wytęsknionym zimnym piwem, po czym odpaliłam sobie BBC Radio Wales, celem wysłuchania słuchowiska radiowego (które w oryginale było sztuką cieszącą się wielkim powodzeniem na festiwalu teatralnym w Edynburgu).
No dobrze. Jestem oczywiście skrajnie nieobiektywna, ale uważam, że jest to zabawne ogromnie. Otóż bowiem jest sobie salon fryzjerski w miasteczku Tonypandy, którego załoga – nie żeby jakoś wspaniale wykwalifikowana – głównie się nudzi, marząc o dniu, gdy próg salonu przekroczy celebryta, zachwyci się i wyniesie ich na orbitę fryzjerskiej sławy. Tymczasem wszyscy odwołują wizyty i ogólnie kaplica. Niemniej któregoś poranka do drzwi wali zdesperowany klient. Klient ma jedno, bardzo konkretne życzenie – chce wyglądać jak Karol I. Taki król, wiecie. Od tego zależy telewizyjna kariera klienta, nieistniejąca na tym etapie. Cóż, nic aż tak trudnego, wymagałoby to zakręcenia jego włosów w spływające loki, w sumie rzecz do zrobienia. Jest tylko jedna drobna przeszkoda.
Cudowne to jest i chichotałam aż miło. Zwłaszcza w momencie, gdy klientowi histerycznie głosik się załamał po tym, jak odkrył, że jego nowa imponująca fryzura jakoś dziwnie chrupiąca jest. Jeżeli potrzeba wam czegoś na pograniczu absurdu, co wam napompuje oklapły nastrój, to wizyta w salonie „Bleach For The Stars” będzie w sam raz. Poza tym oczywiście jedna z osób moich ulubionych w tym bierze udział i słychać, że pysznie się bawi, więc tym bardziej polecam. Wszyscy dożywają zakończenia (na razie przynajmniej, bo jeszcze trzy odcinki). Ubolewam, że tego nie widziałam, bo było nagrywane na żywo z udziałem publiczności, więc domyślam się, jaką wszyscy zgromadzeni mieli uciechę.

Dziwnie być z powrotem. Niby przyjemnie, ale nie tak uciesznie, jak mogłoby się zdawać.
Dziwnie.

Reklamy

Zanzare

W Mediolanie, po tygodniach dzikich upałów, pogoda się psuje. Niebiosom niech będą dzięki. Przyznać trzeba wszakże, że psuje się w sposób wybitnie widowiskowy, bo od jakichś dwóch godzin nad miastem trwa festiwal wyładowań atmosferycznych. Nic nie grzmi, tylko jakby w chmurach masa paparazzich trzaskała jedną fotkę po drugiej. Błyskbłyskbłyskbłysk. Niesamowite.

Mam wiadomości dobre i złe. Zacznijmy od złych.

Poszłam otóż sobie w sobotę do muzeum nauki i techniki imieniem pewnego człowieka z miejscowości Vinci, które mieści się jakieś 300 metrów od mojej tutejszej kwatery głównej. Myślałam, że oblecę prędko i pojadę do drugiego, ale muzeum okazało się arcyfascynujące. Możecie sobie dla przykładu zbudować w nim radio. Działające. A poza tym trafiłam na wystawę o kosmosie, toże bardzo atrakcyjną, pośrodku której w małym, ciemnym pokoiku w małej, szklanej kuli tkwi fragment skały księżycowej. Prawdziwy księżycowy kamień, jeśli pamiętacie tę piosenkę z dzieciństwa.
Spędziłam tam tyle czasu, że do drugiego muzeum nie było sensu jechać. No i świetnie, myślę, popołudnie piękne, to pójdę do parku zamiast. Uwielbiam parki. W parku można rozłożyć się na trawie, czytać, opalać się, obserwować ciekawe przypadki ludzkie. Załapać się na plenerowy koncert nieopodal Castello Sforzesco.
Zostać zjedzoną żywcem przez komary.
Rany boskie. Istnieje być może jedna część mojego ciała, którą te zmory oszczędziły. Nawet panie kasjerki w sklepie z troską – a zarazem jakby mnie przy tym nie było – komentowały moje obąblowane łydki.
Nie działa na to nic (okłady z octu i cebuli z oczywistej przyczyny nie wchodzą w grę, do biura muszę chodzić) poza moim odkryciem sezonu, kremem no-name z supermarketu za 1,29 euro, który w Polignano mnie ratował skutecznie po tym, jak się nieostrożnie przypiekłam, a tu pozbawia mnie chęci drapania się wszystkimi kończynami.
Mam nadzieję, że te małe wredne sukinsynki co do jednego padły w męczarniach, opiwszy się mojej krwi z domieszką Aperolu.
To była pierwsza zła wiadomość.

Druga jest taka, że czuję się już trochę zmęczona i bardzo tęsknię za domem. Nawet nie za domem jako takim, choć ucieszę się na widok moich obrazków, gdy otworzę drzwi. Tęsknię za herbatą. Za panem i władcą nie przez telefon. Za moim fotelem i weekendem spędzonym na oglądaniu seriali albo bollywoodzłych filmów. Coś takiego jednakże nastąpi chyba dopiero w sierpniu, bo raptem kilka dni po powrocie znowu wyjeżdżam. Tylko na dwa tygodnie co prawda, ale jednak.
A gdy wrócę, to będę musiała jechać do Gdańska.
I tu przechodzimy do wiadomości dobrych.

W Gdańsku bowiem Teatr Szekspirowski będzie wystawiał, uwaga, Zakochanego Szekspira.
Tak jest. Tego samego, którego obejrzałam pięć razy i nadal boleję, że tylko tyle – ale troszkę miałam daleko… A ponieważ teatr to nie film, któregoś wieczora światła zgasły na dobre i spektakl stał się miłym wspomnieniem. Inna sprawa, że dla mnie to przedstawienie uruchomiło całą lawinę wydarzeń – różnych, mniej i bardziej znaczących. Również takich, jak to na przykład, że sama jak wielu widzów leciałam do teatru z książką pod pachą, żeby dołożyć coś do biblioteki w garderobie. Między innymi. To było piękne przedstawienie – naprawdę, mimo że za całą scenografię robiła po prostu scena przypominająca te elżbietańskie, a rzekę udawało wiadro, i działało to jak złoto – ale też cały osobny świat poza przedstawieniem.
Tym samym ucieszyłam się ogromnie. Wybieram się bez dwóch zdań. Obawiam się oczywiście, że moje czułe sentymenty sprawią, że nieco się rozczaruję, ale to nic. Po pierwsze, to naprawdę zabawna (dużo bardziej niż film, wskutek pewnych zmian w fabule), melancholijna nieco sztuka o miłości do teatru i miłości w ogóle, po drugie zawsze chciałam odwiedzić to miejsce, a po trzecie nie byłam nad Bałtykiem od lat, zatem same wygrane.

Trzeba tylko wrócić do domu.

Caffè lungo

Jeszcze dwa tygodnie i wracam do ojczyzny na dobre. Taki przynajmniej jest plan na dziś.
Szczerze pisząc, tęsknię i nie tęsknię zarazem. Dziwny to stan. Tęsknię, bo pan i władca, z którym spędzam coraz dłuższe godziny na telefonie (pięć, PIĘĆ w czwartkową noc – wstawanie rano było bolesne, zwłaszcza że sporo do zrobienia miałam w piątek i w związku z tym co kwadrans biegałam po kawę; szczęśliwie włoska kawa potrafi obudzić nieboszczyka). Nie tęsknię, bo wreszcie mam, co chciałam. Stan swoistej bezdomności, zawieszenia pomiędzy, dziś tu, za miesiąc tam. Zawsze tak chciałam. Nie ma mnie, jestem daleko. Czuję się całkowicie niezależna. Niemniej – czuję też, ile za to płacę.

W Mediolanie jest gorąco, w Mediolanie wszyscy są piękni i znakomicie ubrani. W Mediolanie pachnie espresso i dobrą wodą po goleniu. W Mediolanie chodzi się nieśpiesznie, a lunche jada długo. W Mediolanie można wydać fortunę na buty i kiecki (siedem par, tyle tylko powiem, siedem cholernych par). Mediolan oczywiście cały pod znakiem Sforzów, bo to ich miasto.
Mediolan ma oczywiście wspaniałe muzea i wystawy, w tym mój ukochany Palazzo Reale, który sam w sobie jest miejscem fascynującym. W Palazzo Reale często arcyciekawe wystawy można zobaczyć – w ubiegłym roku trafiłam na Eschera, w tym na Keitha Haringa oraz świetną doprawdy wystawę poświęconą domowi mody Rinascente. Tenże właśnie dom mody znajduje się dokładnie naprzeciwko i jeśli macie odpowiednio dużo na koncie, to możecie świetnie się tam bawić. A że obchodzi sto lat – to otwarto mu w prezencie urodzinowym wspaniałą wystawę, którą naprawdę szczerze polecam. Czynna do września. Miałam takie szczęście, że zwiedzałam jako jedna z nielicznych w upalne niedzielne popołudnie, niedługo przed zamknięciem, więc byłam prawie sama (nie licząc wygarniturowanego pana ochroniarza, który podążał za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie głupawe selfie z kartonowymi figurami przystojnych modeli naturalnej postury, nie mówmy o tym, co?). Jeśli kto lubi modę i design, albo interesuje go historia ostatniego stulecia w Europie, ale opowiedziana w nietradycyjny sposób, to zaprawdę warto pójść.
Po tych wrażeniach oczywiście musowo trzeba zatrzymać się na spritz i poprzyglądać przechodzącemu światu.
To samo zresztą robiłam dzień wcześniej, po wizycie w Bibliotece Ambrozjańskiej, którą też ogromnie polecam. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, nie jest to miejsce niesłychanie popularne, mimo że można tam obejrzeć Caravaggia. I szkice Leonarda da Vinci na przykład (wyeksponowane fantastycznie w pięknej, starej, nieco mrocznej sali bibliotecznej i genialne – to lustrzane pismo!). Oraz pukiel jak najbardziej blond włosów niejakiej Lukrecji Borgii, zamknięty w szklanej, okrągłej kapsule, która trochę przypomina relikwiarz – z tą tylko różnicą, że z brzegów zwisają dwa maleńkie medaliony z wizerunkiem czerwonego byka, herbu Borgiów. Nie jest jakoś bardzo wyeksponowany, stoi w gablotce wśród innych osobliwości. Ogólnie rzecz biorąc, Biblioteka owa to miejsce, gdzie wyobraznia szaleje. Dla każdego miłośnika historii – a wiadomo, ta włoska to dość intrygująca i bogata jest – wizyta będzie bardzo ekscytująca.
A jeśli nie ma się ochoty na skrzypiące podłogi i marmury pałaców, to zawsze można udać się w kierunku Navigli, by spędzić miłe godziny nad kanałami, oczywiście z drinkiem i czymś bardzo dobrym do jedzenia. Da się żyć w tym Mediolanie, powiadam.

W piątek natomiast strajk był, ponieważ oczywiście. Włochy. Nie byłoby to problemem, gdyby nie fakt, że musiałam dostać się na lotnisko – bo wracałam na jedną noc do kraju, celem zobaczenia rodziców i zrzucenia części tobołów. Moi drodzy koledzy lokalsi opracowali jednak cały złożony plan awaryjny, wyczytawszy, że w określonych godzinach komunikacja miejska jednak będzie działać, a gdyby nie, to spróbują złapać mi taksówkę na dworzec.
– W najgorszym razie pożyczę ci mój motorino – zapewnił jeden z nich. Oczyma wyobraźni ujrzałam siebie jadącą po raz pierwszy w życiu na skuterze, przez Mediolan w godzinach szczytu, w przekrzywionym kasku i z żarliwą modlitwą na ustach. Podziękowałam serdecznie.

Co nie zmienia faktu, że będę ogromnie się cieszyć, gdy wrócę do Krakowa. Nie ze względu na Kraków. Kraków nieistotny. Ważne, że w końcu będę mogła przestać wisieć na telefonie przez długie nocne godziny.
– Co ci przywieźć?
– Nogi.

Porta Nuova

Jestem, jestem. Państwo wybaczo obsuwę w publikacjach, ale powody były.
Wczoraj napisałam piękny wpis – dobrze, piękny to może nie, ale długi wielce. I pokarało mnie za wodolejstwo, gdyż wpis poszedł w piiii… no, tam właśnie. Razem z moim telefonem, który kopnął w kalendarz wczora z wieczora, po uporczywym resetowaniu się przez cały dzień. Bardzo mnie to irytowało, bo poszłam sobie do Navigli, dzielnicy kanałów, knajp i sklepów z kuriozami, i nie mogłam robić zdjęć przez jego fochy. Aż wreszcie poległ. Tym sposobem stałam się dziś posiadaczką włoskiego numeru telefonu i teraz mogę wieczorami prowadzić romantyczne konwersacje z moimi włoskimi wielbicielami. Co prawda jeszcze zadnego się nie dorobiłam, ale nigdy nic nie wiadomo.
Chciałabym powiedzieć, że telefon to wszystko.

Otóż po latach częstego, a ostatnio przesadnie częstego nawet latania stało się to, co stać się w końcu musiało, czyli walizka moja nie zdążyła na przesiadkę. Zaprawdę powiadam – smutne to uczucie, gdy człowiek stoi samotnie przed opustoszałą karuzelą bagażową z gasnącą nadzieją, że może jednak, aż wreszcie karuzela się zatrzymuje. Ale jak to. Moja walizka. MOJA walizka. Mój jedyny towarzysz podróży. Mój łącznik z domem. Ba – mój mały, niebieski domek na kółkach.
Ze zwieszoną głową poczłapałam do punktu zgłaszania takich przypadków, gdzie siedział jowialny pan, który z niezrozumiałym dla mnie optymizmem zebrał ode mnie szczegóły.
– A skąd pani jest?
– A z Polski.
– Papa Wojtilla! Mój ulubiony papież.
Wspaniale, cieszę się bardzo, ale GDZIE MOJA WALIZKA. Biedna, samotna w dzikim świecie.
Nic to. Pan jowialny wręczył mi zestaw przetrwalnikowy i zapewnił, że mam się nic nie martwić, bo la mia valigia pewnie przyleci następnym samolotem.
I tak było – dwie godziny później dostałam wiadomość, że koleżanka wylądowała. Ale żeby nie było tak przyjemnie, kurier przywiózł mi ją następnego popołudnia. Prawie ją wyściskałam na powitanie. Nie macie pojęcia, jaka to radość. Gdyby tam sam Jude Law z wiechciem róż dla mnie stał,nie cieszyłabym się aż tak.

Poza tym wszystko w porządku. Mediolan oczywiście wyniosły, spritz drogi, upał większy niż w Madrydziu i nic nie wskazuje na to, by temperatura w najbliższych dniach spadła poniżej 30 stopni. Zamiast przyciasnego pokoju hotelowego mam ogromne mieszkanie, w którym może nie wszystko działa, ale jest nieopodal Navigli właśnie. I na dole mam całkiem fajny pub, w którym na zagrychę do Aperolu podają marchewkę, ale mogę wybaczyć.

Mam też szczerą nadzieję, że mój bagaż nie zgubi się znów w drodze powrotnej – a to za ponad miesiąc – bo będzie niósł cenny ładunek. Mianowicie spódnicę w motyle. Oczywiście. Musiałam, musiałam. Szłam ulicą, zobaczyłam na wystawie i zaraz byłam w środku z głębokim postanowieniem, że nie opuszczę tego kraju bez niej. Jest piękna, obfita, można nią zamiatać, faluje przy każdym ruchu. Motylki natomiast są przyszyte, nie wyhaftowane, więc kiecka naprawdę wygląda, jakby was farfalle obsiadły.
Cóż tu komentować. Prosta baba. Przewidywalna.

Fiumelatte

Kocham Włochy za wszystko. Za ogromne cytryny i pomidory, za espresso al banco za skromne jedno euro, za oszalałą gestykulację, śpiewny język, gęsto porośnięte bluszczem balkony z wywieszonymi na słońcu majtkami. Za carabinieri pachnących najnowszymi perfumami Gucci i poprawiających leniwie modne okulary przeciwsłoneczne, gdy ich się zapyta o drogę (zaprawdę powiadam, ilekroć widzę włoskich policjantów, mam ochotę coś ukraść albo przejść na czerwonym świetle – choć za to drugie nigdy nie zatrzymują w Italii). Za przysadziste kobiety na ulicznych targach, krzyczące do mnie, że ich pecorino to afrodyzjak i wtykające mi marynowane oliwki do buzi.

Zacznijmy od tego, że Mediolan nie jest moim ulubionym włoskim miastem. Pierwsze miejsce na liście bliskich memu sercu zajmuje Neapol, która to miłość wielu ludzi dziwi, bo ani on piękny, ani nie pachnie w nim zbyt ładnie, ale jest w tym mieście coś nieprawdopodobnie czarującego. Mediolan jest wytworny i wymuskany, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Większości ludzi kojarzy się z dwoma punktami do odhaczenia – Duomo i „Ostatnią wieczerzą”. Oczywiście oba warte uwagi (miejcie przy tym baczenie na fakt, że fresku Leonardo nie obejrzycie tak sobie, gdy wam przyjdzie ochota – trzeba kupić bilet znacznie wcześniej, naprawdę ZNACZNIE wcześniej), ale co by tu jeszcze… Oszalały shopping? Można, owszem, jeśli macie stosownie duży limit na karcie kredytowej. Lombardzka kuchnia? Jak najbardziej. Wino? Ma się rozumieć.
Ale to nie koniec.
Na dobrą sprawę to nawet nie początek.
Mediolan jest tak sprytnie położony, że wystarczy wsiąść w pociąg i tego samego przedpołudnia można snuć się po cudownym Turynie albo leniuchować nad jeziorami. Można. Można też łazić po samym Mediolanie w poszukiwaniu tego, o czym niekoniecznie rozpisują się przewodniki – wiedzieliście na przykład, że w mediolańskiej bibliotece możecie zobaczyć pukiel włosów Lukrecji Borgii? Całe Włochy to raj dla historycznych fetyszystów, a w sercu Mediolanu wyrasta przecież kolosalny Castello Sforzesco, siedziba TYCH Sforzów. W Pinacoteca di Brera ze ścian spoglądają na was oczy namalowane przez Caravaggia i Rafaela. Tuż za Duomo, jakieś pięć minut szybkim krokiem, stoi maleńki, łatwy do przeoczenia kościółek z trzynastowiecznym ossuarium – każda ze ścian wyłożona jest czaszkami i kośćmi, w osobnej gablotce spoczywają czaszki ściętych przestępców. Kawałek w drugą stronę kapliczka z genialnym trompe l’oeil Bramantego – macie wrażenie, że ołtarz jest Bóg wie jak głęboki, a później przestępujecie trzy kroczki w bok, przechylacie głowę i zauważacie, że ta głębia jest namalowana; to genialne złudzenie optyczne.

Gdy tylko przyleciałam, zobaczyłam na mieście plakaty reklamujące wystawę Eschera.
To myślę, pójdę.
Wystawę zainstalowano w Palazzo Reale, samym w sobie dość atrakcyjnym, więc tym bardziej.
I tę wystawę całym sercem polecam, jeśli będziecie przypadkiem w Mediolanie przed styczniem. Escher, zafascynowany geometrią i obiektami niemożliwymi, a przy tym doskonały rysownik, tworzył własne światy. Wystawa jest fascynująca, dwie godziny spędzicie tam z pewnością. Zwłaszcza, że pomiędzy poszczególnymi zakątkami znajdują się miejsca, w których możecie na własnej skórze – czy raczej oczach – doświadczyć złudzeń optycznych, które Escher z lubością wykorzystywał, a nawet znaleźć się w jego grafice. Niesamowite.

A gdy już macie dość, można rano powlec się na potężny, wybudowany za Mussoliniego dworzec Milano Centrale i wsiąść w pociąg do Varenny. Varenna to taka maleńka miejscowość nad brzegiem jeziora Como. Ponoć najpiękniej położonego w Europie. Mogę przytaknąć. W Varennie, na maleńkiej i dość uroczej stacyjce, wysiada się po to, by nacieszyć się jej urokiem, ale też po to, by ruszyć charczącym parowcem na drugi brzeg jeziora. Jak wszyscy wiedzą, nie znoszę podróży drogą wodną, ale zniosłam dzielnie, bo obiecano mi wino po drugiej stronie. W Bellagio, znaczy.
Wiecie, w Italii są takie miejsca, które upodobali sobie sławni i bogaci. Sorrento. Portofino. Mieścinki nad Como właśnie. Ale wystarczy skręcić za róg i znaleźć domową knajpeczkę, w której sprzedają wino na karafki, właściciel sam mozoli się z waszą pizzą, a za kelnerką – cóż Sanepid by na to?… – podąża jej rozbrykana suczka. Wychodzicie lekko wstawieni, zapłaciwszy śmieszny rachunek, schodzicie stromą uliczką na nabrzeże, a w nos uderza was zapach pinii, oleandrów i werbeny. Wskakujecie na prom, do pociągu, znów Mediolan, lotnisko…