Putipù

Wyjeżdżałam w stanie całkowitej rozsypki, po nieprzespanej nocy, przechlipanej w poduszkę. Obawiałam się bardzo, że urlop upłynie mi na szarpaninie z myślami.
Błąd.
Przypuszczam, że Lucia o mnie zadbała.
Kim jest Lucia? O tym później.
A może to przez wino.
– Woda jest tylko do kąpieli, pić należy wino. Problemy Włochów biorą się stąd, że czasami brakuje nam wody…

Neapol jest miastem-żywiołem, miastem-rwącą rzeką, której trzeba dać się ponieść, żeby przetrwać. W niczym nie przypomina wymuskanych pereł Północy, rozdętego Mediolanu, Wenecji o wdzięku kiczowatej pasteli. Nie rzuca na kolana. Jest brudny, głośny, nie pozwala zasnąć i trudno w nim uprawiać dostojną passeggiatę, albowiem nieustannie lawiruje się wśród trąbiących wściekle skuterów, które lubią nadjeżdżać z najmniej spodziewanej strony, rozpędzonych samochodów i tłumów nawijających głośno przez nieodzowne telefony. Neapol na pierwszy i drugi rzut oka wydaje się niebywale chaotyczny, ale jest w tym chaosie jakiś pokrętny porządek.
Neapol jest miastem ze starych włoskich filmów. Pospolite wyglądanie przez okno i gapienie się na kamienicę po drugiej stronie ulicy staje się tu czynnością pasjonującą. Ktoś wiesza pranie, codziennie nowe pranie, mnóstwo prania, ktoś gotuje obiad dla całej rodziny, chłopak w rzeźnickim fartuchu niesie na ramionach potężny kawał mięsa, dziewczyna przed sklepem rybnym polewa wodą chodnik. Grupka mężczyzn żywo dyskutuje przed kawiarnią. W trattorii kucharz, wydawszy posiłki gościom, nakłada sobie obfitą porcję i sam zasiada za stołem. Sprzedawcy na bazarach wszelkie zakupy, czy to czereśnie, czy morele, czy sardynki, czy kawał sera pakują tak samo – w rożek ze zmyślnie skręconej gazety. Wydaje się, że z okna zaraz wychyli się Sophia Loren.
Neapol jest miastem zabobonnym. Trzeba uważać, żeby monaciello nie pomieszał wam skarpetek, nie pogubił okularów, nie schował kluczy – ale to dobry duch, choć ze swoistym poczuciem humoru. Trzeba uważać na malocchio. W razie potrzeby wszędzie sprzedają małe, zakręcone różki, cornicelli – amulety pomagające odpędzić demony. Można też złożyć odpowiednio palce albo dotknąć genitaliów; pecha ponoć skutecznie przepędza również seks (coś w tym jest, prawda?). Przy odczytywaniu snów i skreślaniu liczb w totolotku nieoceniona jest La Smorfia. Coś na kształt lokalnej kabały.
Neapol bywa piękny, bo położony jest mistrzowsko – u stóp Wezuwiusza, nad lazurowym morzem. Domy pną się po wzgórzach jak winorośl, kolorowe, ustawione niemiłosiernie gęsto. Neapol ma Cappella Sansevero z zachwycającymi rzeźbami, odbierającymi mowę nawet tym, co słabo znają się na sztuce. Ma też kaplicę, która wprawić może w osłupienie wytrawnych podróżników, którzy myślą, że już wszędzie byli, wszystko widzieli i żaden wytwór ludzkiej wyobraźni ich nie zaskoczy. Santa Maria delle Anime del Purgatorio ad Arco. Miejsce, w którym sacrum styka się z profanum. Miejsce, w którym modlono się za dusze w czyśćcu.
Do ludzkich kości.
Jeśli państwo myślą, że to upiorne, mroczne kąty – nic bardziej mylnego. Czaszki spoczywają na półeczkach wyłożonych barwnymi kafelkami, ustrojone w sztuczne kwiatki. Kult śmierci w Neapolu jest nadal żywy – władze kościelne próbowały z nim walczyć, ale ludzie ponoć ciągle noszą ‚zaprzyjaźnionym’ czaszkom kwiaty i drobne upominki, proszą je o to i owo. W Neapolu śmierć jest oswojona.
– A to – przewodniczka, śliczna dziewczyna w jaskrawym płaszczu (na zewnątrz może sobie być neapolitańska spiekota, w hypogeum jest zimno) łapie maleńką czaszkę – to jest czaszka niemowlęcia. Ludzie zostawiają mu zabawki.
I rzeczywiście, na półeczce siedzą zakurzone maskotki.
Właśnie tam mieszka Lucia.
Nie wiadomo, kim była – jedna z legend głosi, że to córka założyciela kongregacji, która wybudowała ten przedziwny kościół, inna, że to dziewczyna nieszczęśliwie wydana za mąż. Dziś jest patronką panien młodych i kobiet śniących o małżeństwie. Zostawiają jej welony, pierścionki zaręczynowe, ślubne bukiety, karteczki z życzeniami. Lucia, z błyszczącym diademem na skroniach, słucha ich próśb.

– Jedziesz do Neapolu? Rany boskie, tam cię okradną, zgwałcą, Camorra!
Nie gwałcą, nie kradną (choć w bardzo nieciekawych okolicach dworca istotnie lepiej zachować czujność). Mówią turystkom ‚buongiorno’ i chętnie wskazują drogę, serwują doskonałe espresso, zewsząd pachnie jedzeniem – które, notabene, jest śmiesznie tanie – a Wezuwiusz nad dachami stroi swoje fochy, często cały w chmurach mimo cudnej pogody.
John Turturro nakręcił świetny film o dźwiękach tego miasta, gorąco polecam.
To nie jest miejsce dla wyznawców Ordnung muss sein. To nie miejsce od pierwszego wejrzenia zniewalające. Przypuszczam, że wielu wyjeżdża z Neapolu z ulgą.
A ja zmieniłam plany, żeby przed wylotem do domu wrócić tam choć na parę godzin. I to chyba monaciello podszepnął mi, żeby kupić buty na piętnastocentymetrowych obcasach, wielkie nieba…
– Molto comode, queste scarpe – zapewniła kobieta za ladą i rzeczywiście, bardzo wygodne. Nie mam tylko pojęcia, dokąd w nich pójdę.

Reklamy

Spaccanapoli

Ciągnę walizkę przez mroki miasta. Zdążyłam już raz pomylić drogę (Google Maps, bądźcie przeklęte), ale zapytałam o drogę w sklepie i autochton w przekrzywionej czapeczce wyskoczył zza lady, wytarł ręce w fartuch i wyjaśnił, którędy iść. Mrugnął na pożegnanie.
Idę zatem, walizka za mną. Ulica, której szukałam, znajduje się tuż za zakrętem, a na rogu stoi pulchna postać i wymachuje rękami.
– Alessandra? Alessandra, I for you in the street!
To direttore pensjonatu, niemożebny gaduła operujący angielsko-włoską hybrydą i, jasna sprawa, jesteśmy przecież we Włoszech, pomagający sobie teatralnymi gestami, ilekroć umknie mu słowo. Zarządza, odbiera telefony, podaje śniadania, układa gościom plan dnia, smarując z przejęciem na mapie najlepszą trasę zwiedzania. Po południu puka do drzwi, żeby sprawdzić, czy przybysz wrócił cało i życzyć dobrej nocy. Można przymknąć oko na cieknący prysznic.

Za oknami schnie pranie, piecze się chleb, pokrzykują sprzedawcy warzyw, ktoś ogląda głośno telewizję, ktoś nakrywa do stołu, skrzeczą klaksony skuterów. Na rogu nieco upiornym blaskiem świeci kapliczka, w której ktoś zamontował fioletową neonówkę. To nie Rzym ani Florencja, w których łatwo się zakochać. Neapol jest miastem brzydkim, choć fotogenicznym. Ale z tą swoją brzydotą jest trochę jak facet, któremu natura poskąpiła powabu, więc nadrabia poczuciem humoru.