Lezioni di nirvana

Wyjątkowo opornie szło mi tego roku pisanie podsumowania. W dużej mierze dlatego, że wcale nie był to rok szczególnie dla mnie przyjemny. Był barwny, to na pewno. Był interesujący. Wiecie, jak to jest ze słowem „interesujący”…
Zdarzyło mi się wiele przemiłych rzeczy, przygody miałam fascynujące, ale gdyby mnie kto zapytał, czy chciałabym przeżyć to wszystko jeszcze raz, zapewne powiedziałabym, że nie. Tak czy inaczej, co roku piszę podsumowanie i oto jest.
Nie wiem, ile przeczytałam książek ani obejrzałam spektakli, ani o ile za dużo godzin spędziłam na Netfliksie. Nie mam przeboju roku (gdybyście zobaczyli moją listę najczęściej słuchanych utworów w 2017, to ja nie wiem, ja nie wiem…). Wiem, że spędziłam 117 nocy poza domem. Ale po kolei.

Styczeń. Podczas, gdy normalni mieszkańcy kontynentu odsypiają szaleństwa sylwestrowej nocy, niżej podpisana siedzi w samolocie niosącym ją z Londinium nazad do Polski. Takie sobie wymyśliła powitanie 2017 i nie żałowała.
Raptem dwa dni później pan i władca mnie uprowadza. Tamta raczej zwariowana noc bardzo wiele zmieniła i podejrzewam, że te zmiany pójdą nieco dalej, ale o tym sza na razie. Z drugiej strony także w styczniu w rączki autorki wpada jej wyczekiwana przesyłka. Autorka musi użyć dynamitu, by ją rozpakować. Jak okaże się niebawem, nie jest to wcale koniec historii, albowiem jak niektórzy wiedzą, zamiast jednego motyla mam koniec końców dwa. Oraz dwa bardzo urocze liściki, które sobie czytam, gdy mi smutno. Fragment jednego z liścików stał się moim zdjęciem profilowym na twarzoksiążce (moim jako mnie, osoby, nie mnie, blogera) ze względu na – delikatnie mówiąc – osobliwy kształt jednej z liter.

Luty. Hamlet. Ten Hamlet. TEN HAMLET. Nigdy bym nie pomyślała, że spłaczę się na słynnym monologu, ale tak właśnie się wydarzyło. Idę po spektaklu pod stage door i cała znerwicowana mówię zmęczonemu chłopakowi w roli głównej, że czuję się, jakby mnie pociąg potrącił, a on się śmieje i odpowiada, że on też. To było jedno z najważniejszych teatralnych wydarzeń mojego życia.

Marzec. Ot, jeden z tych miesięcy, które przeleciały bez niczego szczególnego. W sumie jedyny tego roku.

Kwiecień. Jeszcze zimno, gdy odlatuję do Madrytu. To zupełnie niespodziewana wycieczka – i całkiem długa, bo spędzam w Madrycie blisko 5 tygodni. Zakochuję się w tym niesamowitym mieście i jestem w nim bardzo szczęśliwa. Bo ten nieprawdopodobny lazur nieba, bo ludzie, bo kwitnące już kasztany, bo madryckie mercados z piramidami tapas zapijanymi sangrią, bo muzea. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie udała się na wielce ekspresową wycieczkę do miasta, którego nie ma – tak ekspresową, że nawet nie zarezerwowałam sobie noclegu, tylko od razu po ostatnim spektaklu pojechałam na lotnisko i przeczekałam do samolotu o szóstej. Jeśli kiedykolwiek wpadniecie na taki pomysł, rozpędźcie się w kierunku najbliższej ściany i zróbcie baranka. Bo nie polecam, choć dobrze się bawiłam.

Maj. Ciągle Madryt. Spędzam urodziny – samotne, ale piękne – wśród eukaliptusów w parku Retiro i na obiedzie w Juana La Loca. Odlatuję do domu z płaczem, by raptem kilka dni później pofrunąć do Włoch, do miasta świętego Mikołaja i królowej Bony. Planując ten urlop, nie miałam pojęcia, że robota szykuje dla mnie sześciotygodniową delegację w Italii, rozpoczynającą się… trzydzieści sześć godzin po końcu moich wakacji tamże. Jak nie dam rady, jak dam.

Czerwiec. Italia przez cały miesiąc. Uczę się pić Aperol Spritz i stawiam sobie za życiowy cel wynalezienie, gdzie serwują do niego najlepsze rarytasy. Włosi nawracają mnie na kawę. Oglądam włosy Lukrecji Borgii i zupełnie sama zwiedzam prześwietną wystawę o domu mody Rinascente (no, w towarzystwie przystojnego ochroniarza, którzy podąża za mną krok w krok, udając, że nie widzi, jak robię sobie selfies z manekinami). Odkrywam bogactwo knajp w Navigli i zżerają mnie komary w parku Sempione – ale zżerają mnie tak, że zdesperowana istotnie opsikuję łydki preparatem do mycia szyb, jak radzono w pewnym filmie. Pomieszkuję sobie tam we Włochach z kolejnym krótkim wyskokiem do Londynu. Wieczorem, gdy się pakuję przed powrotem, oglądam jednym okiem BBC News i nagle wszystko we mnie sztywnieje, ponieważ raptem parę godzin wcześniej przechodziłam tamtędy. Wracam przez Weronę, bo bilet na samolot tańszy niż do Mediolanu. Zwiedzam pobieżnie w tłumie niemożebnym, wracam pociągiem do rzeczonego Mediolanu i płaczę dopiero pod prysznicem.

Lipiec. Dla odmiany, Germania. Jem sznycle i piję Apfelwein, i kupuję pierwsze Birkenstocki (o których zawsze myślałam, że prędzej mi kaktus na dłoni, niż ja takie coś przywdzieję, a potem spędziłam w tych Birkenstockach całe lato, nosząc je do wszystkiego i rozważając zakup kolejnych par), i oglądam Pride. Miły pan rzuca mi prezerwatywę, którą nadal gdzieś w którejś torebce mam – ma wielkie logo czołowej niemieckiej partii na opakowaniu, co jest nieco jakby, hm, choć z drugiej strony w odpowiednim nastroju któż przejmowałby się logo.

Sierpień. Znowu Londyn, znowu Hamlet i znowu Jesus Christ Superstar wsród lip, z głosami jakże potężnymi i wzruszeniem ogromnym (nie popieram filmowania spektakli, ale ufam, że to zrobił to ktoś, komu było wolno).

Wrzesień. Miesiąc, w którym autorka, rozochocona tempem swojego życia i niekoniecznie dbająca o swój dobrostan w tym pędzie szalonym, nagle zaczyna czuć się źle. Bardzo źle. Na tyle źle, że nie śpi – lub dla odmiany śpi całymi dniami – i wymiotuje każdego ranka. Miewa problemy z oddychaniem – i to nie takie, jak wtedy, gdy widzicie Hiddlestona we fraku, tylko jakby ktoś usiadł wam na klatce piersiowej. Jak się okazuje, nie ma co wtedy chojraczyć, tylko należy pójść do doktora, przedstawić sytuację i powolutku sobie na prostą wychodzić. Jak się okazuje, nie ma czego się obawiać ani wstydzić, bo ludziom o dziwo zależy, byście czuli się dobrze. Mało tego – są duże szanse, że ktoś zauważy waszą niedyspozycję, zanim wy sami do niej się przyznacie. I jeśli to zrobi, to należy wziąć sobie jego słowa do serca, a nie próbować nadal udawać, że wszystko świetnie, w życiu nie było lepiej, co prawda żyję z żołądkiem w gardle, nie radzę sobie z dotychczas prostymi rzeczami i myślę o ucieczce w lasy Kaukazu trzy razy dziennie, ale fantastycznie się mam.
Oczywiście dusiołka nie da się pozbyć w ciągu paru tygodni i oczywiście, że nie da się go pozbyć bezpowrotnie, niestety. I to jest mój cel na ten rok – nauczyć się znajdować równowagę. Słuchać organizmu. Nauczyć się wyczuwać ten moment, gdy za chwilę będę zbyt zmęczona/zestresowana, i reagować od razu. Dbać o to i bronić tego, a nie jechać na 7% baterii. Oraz – to będzie najtrudniejsze – nie denerwować się na zapas, nie nakręcać się.

Październik. Małymi kroczkami wychodzę na prostą. Lecę znowu do Londka, by usłyszeć z takim właśnie uśmiechem wykrzyknięte Olaaa! No, mnie też miło cię znów widzieć. Widzicie, jednak są w moim życiu rzeczy, które się nie zmieniają – dobrze wiedzieć. Zwłaszcza w kontekście upiorów wrześniowych.

Listopad. Amsterdam. Miasto, które odkrywam po kilku latach na nowo i które pozostaje cudowne. Wiozę do domu walizę pełną holenderskich serów, cała zatrwożona, że ten aromatyzowany marihuaną psy wywąchają na lotnisku. Psy nie wywąchały. Pan i władca zeżarł wszystkie, mrucząc i spoglądając na mnie miłośnie. Zawsze tak patrzy, gdy wydaję jedzenie. Gdybym była złośliwa, dodałabym, że jedynie wtedy.
Grudzień. Wrocław. Śledzę krasnale i oprowadzam cudzoziemców po mieście, którego nie znam, ale jako jedyna w zestawie znam lokalne narzecze, więc nadrabiam miną. Wracam do domu na święta, spędzam kilka dni na czytaniu, po czym mój ofiarny ojciec (jakby miał wybór) odwozi mnie na lotnisko o piątej rano, w śnieżycy aż miło, zarzekając się przez całą drogę solennie, że to ostatni raz, kiedy on mnie do jakiegoś Londynu odwozi. I żegnam poprzedni rok w tym samym mieście, gdzie go zaczęłam.
Powróciwszy do Krakowa, idę na Wesele w Starym – naprawdę bardzo trudno mi ten spektakl w jakikolwiek sposób ocenić, ale jedno wiem: owacja była momentem potężnym i poruszającym. Momentem, w którym wykonawcy i publiczność mocno złapali się za ręce – w przenośni, choć gdyby mogli, złapaliby się z pewnością. Nie da się tego teatru tak łatwo posłać do kąta. Ani widowni.

A co dalej?
Ba, zobaczymy. Nie mam planów podróżniczych – poza jednym. Planów teatralnych mam, jak to ja, co niemiara i zobaczymy, jak pójdzie z realizacją. Poza tym chcę tylko mniej tęsknić, bo to jednak był główny ból minionego roku. No i może zdrowiej jeść.

Reklamy

Nel cielo infinito

Włochy.

Jakoś tak się złożyło, że we Włoszech bywam od lat kilkunastu właściwie co rok. Przynajmniej na chwilę. Czasami w czerwcu, czasami w listopadzie. To proste – kupujesz bilet tanich linii, lądujesz i jesteś. A potem to już bywa różnie, zależnie od tego, czy trafiasz do wymuskanych północnych Włoch, gdzie wszystko działa jak w zegarku (nnno, prawie…), czy do południowych, które są już nie tak uporządkowane, autobusy się spózniają lub nie przyjeżdżają wcale, babcie sprzedające marynowane oliwki wielkości dziecięcej pięści wciskają wam je do ust, wino można pić o każdej porze dnia, kawa kosztuje mniej niż bilet tramwajowy w Krakowie i nikomu donikąd się nie śpieszy, za to wszyscy są bardzo zadowoleni z życia. Neapolem rządzą przesądy, na Sycylii czas stoi w miejscu, a w Apulii barmanka głośno śpiewa przy przyrządzaniu espresso, nie bacząc zupełnie na klientów. Głos ma piękny, nawiasem mówiąc. Włochy zawsze są przygodą. Są też miejscem doskonałym dla nerwusów takich jak ja, bo na Półwyspie trzeba wyluzować. Strajk? No to strajk. Nie sposób zameldować się w pensjonacie, bo właściciel akurat wyszedł? Trudno, poczekamy w knajpie. Pociąg nie rusza, choć powinien był odjechać ładnych parę minut temu? Oj tam, w końcu ruszy.

Docieram do Bari po ciemku już. GPS zawodzi po stokroć, więc łażę po ulicy tam i z powrotem jak głupia, aż w końcu dostrzegam nazwę mojego B&B na którychś z mijanych drzwi. Dzwonię. Nic. Wtem za moimi plecami wyrasta sympatyczny starszy pan, ściska mi dłoń i pyta, czy mówię po włosku.
– Trochę – odpowiadam, ale w jego uszach znaczyć to musi „biegle”, ponieważ rozmawia do mnie wyłącznie włoszczyzną. Wchodzimy i oczom nie wierzę – jest to prawdopodobnie najbardziej kiczowate miejsce, jakie w życiu widziałam, pełne aniołków, porcelanowych zakochanych par, sztucznych ptaszków, mniej lub bardziej udanych pejzaży, portretów świętych w ciężkich złotych ramach. Wygląda trochę jak magazyn antykwariatu i w gruncie rzeczy nim jest (ponieważ właściciel także antykwariat prowadzi). W pokoiku służącym za recepcję stoi dwumetrowa figura świętego z krzyżem i dość demonicznym szklanym spojrzeniem. W moim ogromnym i zaskakująco nowocześnie wyposażonym pokoju za to czeka prosecco, a pan ciągnie mnie na taras – równie gęsto upstrzony osobliwościami – na którym mogę codziennie śniadać, opalać się również, kawę parzyć sobie o każdej porze dnia i nocy, a gdybym miała ochotę na kieliszek wina czy brandy, to proszę bardzo, mogę się częstować. Ach. W porządku. Gdy rankiem wdrapuję się na śniadanie, odkrywam istne bachanalia, sterty croissantów, ciasteczek i owoców przygotowane raptem dla dwójki gości. Jakim cudem ten biznes się opłaca (płacę niespełna 300 peelen od łebka za dwie noce), nie mam pojęcia i być może wolę nie wiedzieć, ale bawię się świetnie.
Bari może nie jest miastem najpiękniejszym, raczej takim niepozornym, nieco zabałaganionym, ale ma niesamowitą XI-wieczną katedrę z prawdziwym świętym Mikołajem (jego szczątkami, gwoli ścisłości – jeśli będziecie mieli szczęście, załapiecie się na grekokatolickie nabożeństwo w krypcie, a warto, bo dudniące głosy oszałamiają – kto choć raz słyszał ektenię, ten wie), z sarkofagiem TEJ Bony Sforzy oraz innymi frapującymi relikwiami. Ma też swoje wąskie uliczki, gdzie życie toczy się jak w starych włoskich filmach – przed domami, drzwi których zawsze są otwarte, a na zewnątrz wraz z praniem schnie makaron. Orecchiette, uściślając, czyli uszka. Takie maleńkie.
No dobrze. Komu w drogę, temu w drogę. Autorka zabiera plecaczek, wsiada w pociąg i udaje się na wywczas właściwy, to jest do Polignano a Mare, gdzie znowu słyszy od właściciela B&B: „wszystkiego możecie używać do woli, jeśli zabraknie wam kawy w młynku, dajcie znać”.
Polignano to mieścinka cudnej urody, znana również z tego, że urodził się w niej Domenico Modugno. Jeśli tego nie wiecie, dowiecie się bardzo prędko, bo na jednym z licznych tarasów (tarasków właściwie) widokowych stoi pomnik tegoż z rozpostartymi ramionami, a Volare będziecie słyszeć z tuzin razy dziennie. Tak czy inaczej. Polignano jest śliczne i ma swoją słynną, wciśniętą między skały plażę. Niezbyt wielu miłośników nadmorskiego wypoczynku na niej się mieści, o tej porze roku i tak ich niewielu, więc po dwóch dniach rozpoznajecie każdego. Dziadka z harpunem, który dziarsko nurkuje i łowi ośmiornice, dwóch irytująco przystojnych włoskich kumpli ślących mi uśmiechy, gdy tylko właziłam do wody – lodowatej, swoją drogą, ale krystalicznie czystej – lokalne kolorowe panie ze skrzeczącym radyjkiem i zimnym piwkiem (chcę być taka na starość). Nie ma tam za dużo do roboty, jeśli mam być szczera, ale gdy człowiek lubi wygrzewać się jak jaszczurka na tej plażeńce maciupkiej lub okolicznych surowych skałach, a gdy tym bardziej lubi jeść owoce morza w ilościach przemysłowych i cenach śmiesznie niskich, oraz wieczorami sączyć aperitivo, to będzie w Polignano bardzo szczęśliwy.
Słońce. Morze. Niebo bez jednej chmurki (prognozy nie były takie wesołe, ale na miejscu upał niemożebny, acz gdy opuszczałam Apulię wczoraj wieczorem, lunęło). Plażowa literatura. Wino. Świeże morskie żyjątka na obiad i kolację, a jeśli nie, to przynajmniej burrata. Szczęście, proszę państwa, to jest szczęście. Oczywiście, że budzi mnie w nocy tęsknota czasami, ale byłabym głupia, gdybym pozwoliła jej się zdominować.
Zwłaszcza że we Włoszech zostaję na najbliższy miesiąc z okładem.
Zapraszam.

(Zdjęcia nieobrobione).