Aaa shrew

Długi wpis o tym, co widziałam i komu spojrzałam w oczy podczas minionego już prawie weekendu, będzie jutro. Jak sądzę. Jutro bowiem samolot ze strudzoną autorką ląduje nazad w Krakowie.
A dziś, cóż. Dziś…

Jest niedziela, Borough Market pachnie świeżo zmieloną kawą, Southwark Cathedral stoi, jak stała od średniowiecza, ludzie wystawiają buzie do słoneczka na nabrzeżu i fotografują się z Tamizą w tle, a autorka w swojej sukienusi i balerinkach zasuwa, obojętna na wszelkie uroki miasta, prosto do Shakespeare’s Globe.

Co będę gadać.
Moje stanowisko wobec czytanek jest znane od lat. Trzech lat, uściślając. W tym czasie zdołałam zgromadzić irytująco szczegółową i niepotrzebną wiedzę w zakresie dramaturgii epoki baroku i oświecenia, poznać różnych dziwnych ludzi, zwiedzić rubieże Londynu, dowiedzieć się, że w teatrze wypada gwizdać i tupać, a przede wszystkim nauczyć się śmiać głośno i nieskrępowanie.
Teraz już naprawdę chodzę na Read Not Dead jak na spotkanie towarzyskie. Znam ludzi. Machamy sobie. Jak do tego doszło, nie wiem. Ale widocznie musiało, skoro doszło.
Wspomniany we wpisie poniżej Francuz z krzaka powitał mnie serdecznie po wszystkim. Oni, widzicie, są wszyscy bardzo mili.
– A wejdziesz na górę na wino?
– Bardzo bym chciała, ale nie wiem, czy mogę…
– Nie ma problemu. Powiedz pani na schodach, że jesteś ze mną. Chwilka, pójdę tylko przywitać się z mamą.
Ja chyba śnię, myślę. Ale wiem, że nie.
– Który raz już tu jesteś?
– Dwunasty.
– Wow. Muszę powiedzieć reżyserowi.
(Reżyser powiedział mi „hi”, gdy mijaliśmy się przed całą imprezą, więc z pewnością nie trzeba mu mówić).
Niezbadane są wyroki boskie. Trafiłam tu, bo musiało tak się zdarzyć ani chybi. To jest moje miejsce we wszechświecie.
Poza tym oczywiście było wielce zabawnie – to była wariacja anonimowego twórcy na temat „Poskromienia złośnicy”, zła niemożebnie, ale tym większą frajdę mieli wykonawcy.
Z wyjątkiem jednego.
Który brał w tym udział po raz pierwszy.
No i mu zrobiło towarzystwo chrzest bojowy.
Otóż w scenie kłótni jego sceniczna partnerka wyrwała mu skrypt z dłoni i podarła na strzępy, ku jego przerażeniu i wielkiej uciesze publiczności. Publiczność na Read Not Dead zawsze się cieszy, gdy bohaterów coś złego spotyka, gdy aktor się wywali, pomyli, koledzy go wywiodą w pole (choć sama nigdy nie może być pewna, czy aby nie zostanie wzięta w obroty). No i stoi gość nieco bezradnie, spogląda na te strzępki pod nogami, na połowie twarzy ma wypisane, z przeproszeniem, „ja pierdolę, i co teraz, dlaczego ja w ogóle dałem się na to namówić”, a na drugiej „no dobrze, udajmy, że nic się nie stało”. Wiecie, oni nie znają tekstu na pamięć. Nie ma szans, pierwszy raz zobaczyli go parę godzin wcześniej.
– Help – rzecze bezgłośnie ofiara dowcipu.
Cichutko otwierają się drzwi za jego plecami (w Sam Wanamaker Playhouse aktorzy wchodzą i schodzą ze sceny przez drzwi właśnie – tam nie ma kulis w nowoczesnym rozumieniu). Zza skrzydła wysuwa się ręka z zapasowym skryptem, podaje, równie cicho znika.
I to jest to.
Cały urok tych wieczorów w pigułce.
Powiadam, tak dzikich wiwatów na końcu nie słyszę przy żadnej innej okazji.

Na zewnątrz może dziać się cokolwiek, ale pod tym drewnianym dachem jesteśmy wszyscy razem, sami swoi, bez podziału na panów artystów i publiczność.
Jesteśmy w tym wszyscy razem. W tej małej, drewnianej chałupce otoczonej szklanymi wieżami, w tym niebezpiecznym i ponurym świecie.
Uwielbiam.
To doskonała terapia.
I dom daleko od domu.

Reklamy

Mischievous strumpet

Będzie od końca, dobrze?

Wstałam bardzo rano,
20160718_054327

żeby odlecieć do domu.
20160718_104501

Jakoś tak podoba mi się to zdjęcie – ten skrawek nieba pomiędzy dwiema warstwami chmur… Mniejsza o zdjęcie jednakowoż.

Wczoraj byłam na czytanku. Wiadomo. Nie ma lepszego pomysłu na niedzielę w Londynie. To znaczy, są lepsze pomysły, ale nie wiem, dlaczego miałabym brać je pod uwagę, skoro na czytankach zawsze pysznie się bawię i skoro widzę samych znajomych.
Zawsze jest tak samo i nie będę już zanudzać was opowieściami o tym, jak to cudownie patrzeć, gdy aktorzy kompletnie się gotują i nawet nie próbują tego ukrywać, jak mylą im się strony i wersy, jak wygłaszają żarliwą przemowę do kogoś, kto niezbyt dyskretnie pokazuje im „to nie do mnie, to do niego”, jak przewracają się na twarz, wbiegając na scenę, jak nawzajem wykręcają sobie numery i tak dalej. Tuż obok mnie siedział jeden z nich – pięknie pachnący dżentelmen (tak, tak…) z gitarą, na której od czasu przygrywał. Gdy musiał wejść na scenę, gitarę odstawiał na schodki obok mnie. Przez całe popołudnie obawiałam się, że coś z tą gitarą się wydarzy i tak też się stało – inny aktor potknął się o nią i widowiskowo padł. Publiczność bardzo to ucieszyło. Zresztą publiczność, choć wyjątkowo życzliwie nastawiona i wiwatami przyjmująca wszystkie wpadki, całkiem chętnie się angażuje. Gdy jeden z bohaterów wskutek kolejnego niepojętego zwrotu akcji musiał ukryć się przed innym, pomyślał chwilę, po czym imponującym susem rzucił się na widownię, po czym z głuchym stęknięciem świadczącym o tym, że wyraźnie przeliczył się w ocenie swojej sprawności fizycznej, zaległ plackiem na podłodze. Gdy drugi wyszedł go szukać, rozejrzał się z zakłopotaniem i powiedział:
– We didn’t rehearse this part…
Począł zaglądać w kolejne kąty nie tak znów dużej sali, aż wtem widz, u którego stóp ten pierwszy się czaił, wydał go bezczelnie, krzycząc:
– Getting warmer, getting warmer!

Tym razem czytanko było dość wyczerpujące, albowiem trwało cztery godziny i czterdzieści minut. Ben Jonson to napisał, osobnik po wielokroć aresztowany, w którego sztukach grał sam Szekspir, ale któremu ktoś powinien był powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo.
Cztery godziny i czterdzieści minut.
Autorka spędziła cztery godziny i czterdzieści minut, oglądając czytanie XVII-wiecznej, średnio dobrej sztuki.
Na twardej ławce w Sam Wanamaker Playhouse.
Mój nieszczęsny tyłek omdlewał.
To dla wszystkich był maraton. Dla widowni, owszem, ale i dla ekipy, która przecież miała raptem pięć godzin, żeby przećwiczyć tak długą sztukę, a potem jeszcze musiała ją zagrać. I robiła to z najwyższym, wręcz desperackim zaangażowaniem. Z jednej strony to zawsze przypomina trochę amatorskie przedstawienie wiejskiego kółka teatralnego, z drugiej natomiast trudno nie zdawać sobie sprawy, że ludzie, którzy to robią, w pozostałe dni tygodnia grają w teatrach na West Endzie, w National, w telewizji, a nawet w Bondach czy Harrych Potterach i że to, iż momentami sprawiają wrażenie kompletnych nieudaczników, to też trochę gra. To tak ma być.
– We’re almost there, we’re almost there – zapewniał reżyser po drugim antrakcie, podczas którego wszyscy (owszem, obsada też) pobiegli do baru po wino.
– Last line! – wyszeptał triumfalnie aktor, czytając ostatnią kwestię.
Nie zdążyłam w inne miejsce, ale nie żałuję. Zawsze czuję się tam jak w domu, jak wśród swoich. Myślę czasami, że opatrzność specjalnie mnie popchnęła w to miejsce i w to osobliwe towarzystwo. I gdy wychodzę o zmierzchu, wymieniwszy uśmiechy, Londyn rozkłada swój pawi ogon, czaruje i uwodzi. Nieważne, że dobę wcześniej szlag mnie trafiał w niekończącej się kolejce do kontroli granicznej na lotnisku, że wszędzie tłok i duszno, że w metrze mysz przebiegła mi po stopie (naprawdę!). Nieważne, że mam takich zdjęć dziesiątki. Nieważne.

I’m back. Not by popular demand but I’m back anyway.

Zaleciałam do Londynu zmęczona jak wszyscy diabli. Dzień po tym, jak wróciłam z pustyni, niewyspana i wymięta, z nieco skołatanym sercem. Rzuciwszy tylko tobołek w hotelu, pobiegłam na południowy brzeg. Prosto na czytanko.

Czytanka to osobliwa rozrywka i podejrzewam, że o ile sporo osób lata z innych krajów, by zobaczyć błyszczące od gwiazd spektakle na West Endzie, o tyle niekoniecznie ktokolwiek podróżuje, by wziąć udział w czymś takim. Cóż, jedna osoba z pewnością.
Po naszemu to by się nazywało czytanie performatywne. Aktorzy mają tylko kilka godzin na przygotowania. Mogą wiedzieć, w jakiej sztuce będą grać wieczorem (i że z pewnością będzie ona miała trzysta lat, może więcej), ale nie wiedzą, kogo będą grali, ani jaką wizję ma reżyser. I tak, to zawsze jest kompletne fiasko, dlatego właśnie ludzie je uwielbiają.
Każdy sezon czytanek zamyka sztuka wybrana w głosowaniu przez widownię. Back By Popular Demand, tak to się nazywa. Głosowanie odbywa się kilka miesięcy wcześniej i jest w miarę demokratyczne, natomiast sposoby, do jakich kandydaci – czyli reżyserzy i ich ekipy – uciekają się, by zdobyć sympatię publiczności, już nie są. W teorii są zasady. Każdy zespół ma dwadzieścia minut na zaprezentowanie najlepszych scen i przekonanie widowni, że właśnie to chciałaby zobaczyć. W praktyce to jeden wielki chaos i wzajemne obrzucanie się mniej lub bardziej subtelnymi wyzwiskami. Cały wieczór wyborczy zwykle również prowadzi jeden z uczestniczących aktorów/reżyserów i to z niego cytat bezczelnie ukradłam do nagłówka.

Wartość artystyczna bywa dyskusyjna – choć zwykle widzicie ludzi raczej utalentowanych, nierzadko skądś jakby znanych (w czwartek przez cały wieczór zastanawiałam się, gdzie ja wcześniej widziałam faceta siedzącego za mną…), którzy zjedli zęby na improwizacji, więc nawet jeśli wszystko im się pomiesza, to i tak wybrną z tego z wdziękiem, najwyżej sami się przy tej okazji trochę ugotują. Macie też okazję posłuchać wybitnych znawców od Szekspira i spółki, którzy ochoczo wygłaszają wprowadzenia do każdej ze sztuk, często z użyciem najbardziej lubieżnych lub kuriozalnych cytatów. Ale nie o to chodzi.

Najważniejsze jest to, że natychmiast czujecie się u siebie. Nieważne, czy jesteście z daleka czy nie, macie cudowne poczucie bycia wśród swoich. I wszelkie stresy z was schodzą.
Cieszę się, że odpuszczono mi moment publicznej kompromitacji. Bo zdarzyła się taka scena, dłuuuga scena, gdy aktor wskazywał paluszkiem wybranego widza, gestem kazał mu wstać, po czym patrząc mu w oczy bez jednego mrugnięcia, recytował litanię obelg pod jego adresem. Och, z jakim zapałem obserwowałam moje buty w tej scenie, świadoma faktu, że jeśli jego wzrok napotka mój, to mogę być następna. Z drugiej strony każdy z wytypowanych wyglądał na ucieszonego, więc sami wiecie. Co za różnica. W sumie zaszczyt nawet.
Jak kiedyś pisałam, można bez pudła rozpoznać osobę, która przychodzi na to pierwszy raz, bo siedzi nieco sztywno i z miną mówiącą: „ci wszyscy ludzie tutaj, oni coś zażyli, z czego oni się śmieją, przecież to nie było śmieszne”. Gdy jednak przychodzi się po raz trzeci, zauważa się, że większość ludzi na scenie i widowni to znane już wam twarze. Z każdą kolejną wizytą liczba skinięć głowy wykonywanych w waszym kierunku rośnie. A przecież niby jesteście tylko widzem.
Dlatego właśnie uważam, że czytanka pełnią funkcję terapeutyczną, i to bardzo. Nie tylko dlatego, że doskonale masują wam przeponę, ale dlatego, że wyzwalają was z wielu uczuć dręczących na co dzień – wstydu, skrępowania, jakiegoś takiego niedopasowania do rzeczywistości. Ze smutków różnych. Tu bowiem jesteście w otoczeniu naprawdę fajnych ludzi, może nieco dziwnych, ale fajnych i takich, którzy są wam szczerze wdzięczni, że chciało wam się przyjść. W otoczeniu bardzo bliskim, bo ciasna przestrzeń Sam Wanamaker Playhouse sprawia, że najpewniej spędzicie wieczór z czyimiś kolanami wbijanymi niechcący w wasze nerki albo czyimś biodrem niebezpiecznie blisko waszego – jak ktoś napisał, ten wyjątkowy teatr to miejsce dla ludzi bardzo szczupłych albo bardzo ze sobą zaprzyjaźnionych.

Mój ulubiony dramaturg powiedział, że teatr jest miejscem bardzo nienormalnym. To prawda.

„Is it true that this world will be destroyed?”… „It’s already happened. And it will happen again. And again”.

Po sobocie przyszła niedziela, jak to na ogół bywa.
W niedzielę wiadomo, co się robi. Idzie się na czytanko i tak też było tym razem.
Dzień był wyjątkowo ładny, choć prawie mnie z mostu do rzeki zwiało. Zanim udałam się na południowy brzeg, poszłam na obiad z moją przyjaciółką. Na Sunday roast, bo cóż innego. Kilka dni później nadal zachodzę w głowę, jakim cudem udało mi się samodzielnie zeżreć pół kury, poprawiając pieczonymi ziemniaczkami. I popić to wszystko rioją. Grzeszne. Albion, widzicie, to nie jest kraj dla dbających o linię.
To bardzo fajna osoba jest, ta moja przyjaciółka. A my się w początkach naszej znajomości wcale jakoś bardzo nie lubiłyśmy. Fakt, że mieszkamy chwilowo w dwóch różnych krajach, nie jest szczególnym problemem. Zresztą widuję ją częściej niż wielu zawsze-bardzo-zajętych znajomych w moim grajdołku, co mi daje do myślenia – ona zawsze niechby godzinę na kawę gdzieś po drodze wykroi, wiedząc, że przylatuję, a z innymi, mieszkającymi parę przystanków tramwajem dalej, nie mogę się spotkać miesiącami, bo ciągle odwołują.

– A może byś poszła ze mną? – spytałam. Przyjaciółka uniosła brew i spytała, co to za przedstawienie. Wyjaśniłam, że to właściwie nie jest przedstawienie, tylko jakby hm, czytanie sztuki (noweli właściwie, napisanej w XVI wieku, która Szekspirowi posłużyła za inspirację podczas pisania „Zimowej opowieści” – bo on, jakby wam to powiedzieć, niewiele swoich fabuł wymyślił zupełnie sam), w warunkach dość spartańskich.
– Nie spodziewałabym się po tobie niczego normalnego – odrzekła. – Ale widzisz, muszę mieszkanie posprzątać…

Tak, to nie jest najbardziej fantastyczna rozrywka w mieście, które ma London Eye i The Shard, i kolejkę linową, i dinozaury, i w ogóle. Ale to niewątpliwie jedna z rozrywek najmilszych. Oto nieźli aktorzy poświęcają swój jedyny wolny dzień w tygodniu (w brytyjskim teatrze to niedziela, nie poniedziałek jak u nas), żeby wam poczytać i przed wami zrobić z siebie durniów. W tym wydarzeniu brała udział tylko piątka aktorów, a ról było wiele – włączając zwierzęta oraz jedno niemowlę – więc oczywiście wszystko się rozjechało, i powiem wam, że nie ma wielu radośniejszych widoków nad człowieka o urodzie amanta i aksamitnym barytonie (ten po prawej na zdjęciu), który wygłasza żarliwy monolog, a jego towarzysze zabawy wyglądają na dziwnie skonfundowanych, i on wtedy spogląda na nich, na trzymany w dłoni skrypt, znowu na nich, znowu na skrypt, by powiedzieć: „Oh fuck… Sorry, wrong page!”.
Walor edukacyjny tych wydarzeń jest oczywisty, walor zabawowy również (im większa tragedia, tym więcej śmiechu), ale czytanka moim zdaniem pełnią też funkcję terapeutyczną. Jeśli wstydzicie się interakcji, boicie się pierwszego rzędu, przeraża was myśl o tym, że aktor mógłby spojrzeć wam w oczy albo nie daj Bóg usiąść obok was i poklepać w kolano – okaże się, że ten wasz stres jest zupełnie niepotrzebny. Bo to wszystko zabawa. Spędzamy sobie razem miło czas. Przez tych kilka godzin macie wrażenie, że jesteście wśród swoich. I jesteście. Bo oto jeden z dwojga pierwszych pracowników Shakespeare’s Globe, mózg tej inicjatywy, zsuwa okulary na koniec nosa i puszcza wam oko, bo już waszą pyzatą twarz rozpoznaje. I to jest naprawdę bardzo fajne. A poza tym jeśli macie doła, to też uczestnictwo w tym wydarzeniu wyjdzie wam na zdrowie, bo intensywny masaż przepony w cenie.

A potem znowu stukot metra z powrotem do pokoiku.

Następnego dnia poszłam na Battlefield.
Na motywach Mahabharaty.

wp-1455150725806.jpeg

Oryginał trwał dziewięć godzin. Ta wersja, okrojona do wątków bitewnych, ale reżyserowana przez tego samego Petera Brooka, absolutnie największe nazwisko w teatralnym świecie, trwa nieco ponad godzinę. I ta godzina pozostawia widza nietomnym z wrażenia. To tylko kilkoro aktorów snujących się boso po pustej scenie i jeden Japończyk wybijający rytm na swoim bębenku – a szczęka opada. Niczego więcej nie trzeba.
Niesamowite. Poruszające.
To było moje wielkie marzenie, zobaczyć coś, co ten bez dwóch zdań wybitny reżyser, już teraz 90-letni zrobi.
Udało się przypadkiem, bo bilety oczywiście były wyprzedane, ale postanowiłam z ciekawości zaglądać, bo może a nuż coś się zwolni – i tym sposobem zdobyłam miejsce w pierwszym rzędzie. Bo się zwolniło.

Poszłam, zobaczyłam, przejęłam się.
Ciary, powiadam. Rzecz tak prosta, tak czysta, ale tak intensywna…

wp-1455145061598.jpeg

Tak się składa, że wyjście dla personelu przypadkiem znajduje się na parterze Young Vic i zarazem w świetnej knajpie pod nazwą The Cut (tak też się nazywa londyńska ulica, na której oba Viki – Young i Old – się znajdują, i tak też się nazywa serwowany w ichnim barze drink z malinami, polecam). Innymi słowy, wykonawców można po wszystkim złapać w kolejce po piwo i powiedzieć, że są świetni. Ponieważ to jest właśnie oczywista rzecz, którą mówi się nieznajomym, nieprawdaż.
To zabawne, zobaczyć kogoś, kto przed chwilą na scenie wydawał wam się potężny, a pod tymi drzwiami ledwo wam do ramienia sięga.
Ot, czary.

The amorous alphabet

Śliczny był wczorajszy dzień, pocztówkowy prawie. Spędziłam przedpołudnie w Alexandra Palace, pięknym miejscu, z którego widać całe miasto, jeśli pogoda ładna. Można się opalać i karmić wiewiórki.

Tu muszę dodać, że jestem zagorzałą fanką londyńskich parków. Najważniejszą książką mojego dzieciństwa była przecież Mary Poppins, a Janeczka i Michaś ciągle chodzili z Mary do parku, i zawsze zdarzała im się tam przygoda. Chodzę zatem szlakami wytyczonymi przez wyobraźnię dziewczynki, która bardzo chciała kiedyś znaleźć się w magicznym miejscu zwanym Londyn. Zdarzało mi się rezygnować z ambitnych turystycznych planów, żeby poleżeć na trawie.

Po południu natomiast włożyłam sukienkę, rzęsy podmalowałam i ruszyłam do Shakespeare’s Globe.

image

Pierwszy raz wylądowałam na Read Not Dead dwa lata temu. I, jak to ponoć często bywa, już zostałam.
Od tamtej pory staram się tak planować wizyty w Londinium, żeby zahaczyć o to. Owszem, West End lśni i czaruje – te gwiazdy,  te efekty specjalne – ale tam jesteście tylko jednym z tysiąca widzów. Jesteście jakimś tam nazwiskiem na miejscu D22. Jutro to miejsce zajmie ktoś inny, kto pewnie też przyjechał z daleka, jutro odleci w jednym z setek samolotów startujących z londyńskich lotnisk. Na Read Not Dead jesteście częścią wydarzenia. Nie jesteście anonimowym widzem, jesteście gościem. Mile widzianym gościem, a wasz głośny śmiech w tragicznych scenach jest jak najbardziej w porządku. Atmosfera jest bardzo luźna. Owszem, chodzi o przywracanie do życia zapomnianej dramaturgii (nie zawsze dobrej), ale nikt przecież nie powiedział, że to musi być na serio…
Moja przyjaciółka, gdy jej z grubsza opowiedziałam, o co w tym chodzi, spytała, czy płacą mi za udział. Ja ją rozumiem. Mało kto chciałby spędzić niedzielę w jakże atrakcyjnym mieście na czytaniu sztuki, którą ostatnio wystawiono z dwieście lat temu, jeśli w ogóle. Można przecież do muzeum pójść. Do parku. Na zakupy. Fotek trochę natrzaskać. Ale jakieś  czytanie sztuki? Słownikowa definicja nudy.
image

Otóż nie. Read Not Dead to owszem, są w sumie czytane dramaty, ale nie do końca,  ponieważ celem reżysera jest, by w pięć godzin sklecić z tego w miarę normalne przedstawienie. Oczywiście to nie ma prawa się udać i w tym właśnie cały urok.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy się gotują, potykają, nie wiedzą, kiedy zacząć lub rozpędzają się za bardzo i czytają kwestie kolegów, przysiadają wśród publiczności. Pogubieni zupełnie, szyją czasami na poczekaniu i wtedy możecie zobaczyć fantastyczne aktorskie rzemiosło. Publiczności to zupełnie nie przeszkadza. Publiczność tupie i klaszcze jak na koncercie rockowym. Łatwo rozpoznać kogoś, kto przyszedł pierwszy raz, bo zdumiony wodzi wzrokiem po ryczących ze śmiechu ludziach, jakby chciał powiedzieć: „ale o co chodzi…”. Gdy przychodzi trzeci raz, też ryczy. Gdy przychodzi po raz piąty, odkrywa z uciechą, że ludzie po obu stronach sceny posyłają mu skinienie. Tym samym macie wrażenie, że nie przyszliście do teatru, tylko na jakieś przyjemne popołudniowe spotkanie ludzi dzielących wspólne zainteresowania (ewentualnie zjazd terapeutyczny osób, które, że tak powiem, nie mają wszystkich w domu).
Jest rzeczą zupełnie normalną, że aktorzy grają po kilka ról – nawet cztery – więc nie tylko widownia, ale oni sami momentami nie wiedzą nawet, kim właściwie w danej scenie są i wtedy na ich twarzach pojawia się rozkoszny wyraz mówiący: „nie mam pojęcia, co robię”.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że scena walki zostaje przerwana, bo wygrażający szabelką bohater nie ma jak przewrócić strony w swoim skrypcie. Bywa, że prosi wtedy swoją ofiarę o to, żeby mu przez chwilę broń potrzymała. Jeśli na scenie pojawiają się zwłoki, z pewnością będą demonstrowały znudzenie.
Tym razem była muzyka na żywo, tańce częściowo nawet widowiskowe – było prawie dobrze do momentu, gdy jeden z wykonawców zapomniał kroków i postanowił improwizować, i poszedł w Travoltę – cudnie sprośne żarty, jeden Francuz chowający się w krzaku (wspominałam o sprośnych żartach?), a na końcu wszyscy okazali się swoimi braćmi, siostrami i kuzynami. Francuz też.

Tak sobie stałam pod drzwiami przepięknego Sam Wanamaker Playhouse, sącząc winko i emanując moim środkowoeuropejskim wdziękiem, wsparta elegancko o filar, gdy wtem zobaczyłam frunące przez foyer włosy. Niedobrze.
Uwaga, będzie dygresja.
Wszyscy wiedzą, że nabawiłam się onegdaj pewnej wstydliwej słabości, którą uparcie zwalczam metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę”. O dyskusyjnej skuteczności tej metody porozmawiamy innym razem. Słabość jest tym dotkliwsza, że jest raczej miłą i łagodną postacią, a ponadto od czasu do czasu powiadamia internet, iż właśnie wypłakuje sobie karmelowe oczy nad książką lub filmem, co u niżej podpisanej wywołuje efekt przekrzywienia główki i westchnienia. Nawet mi się udało zapaść jej w pamięć, choć naprawdę wolę nie domyślać się, z jakiego powodu. W każdym razie jeszcze nie zwiewa pędem w przeciwnym kierunku, gdy tylko mnie kątem oka zauważy, ani też nie wystosowała wniosku do odpowiednich służb o zakaz wjazdu na terytorium Zjednoczonego Królestwa dla tej panienki.
W pewien sposób zresztą jesteśmy ze sobą związani na całe życie, bo niechcący zostałam pierwszym w historii nabywcą pracy tego sympatycznego stworzenia (bo ono, gdy akurat nie obcina palców nastolatkom, nie podpala/wiesza/dusi ludzi ani nie paraduje po scenach West Endu w gustownych rajstopkach, lubi sobie rysować, zwierzątka głównie).

Włosy tym razem nie brały udziału w spektaklu, ale zasiadły za mną i od czasu do czasu dawały znać o sobie, wybuchając zaraźliwym gulgotem. Po przedstawieniu włosy zrobiły to, co zwykle robi publiczność po przedstawieniu, czyli wyszły.
I cóż wtedy uczyniła nieśmiała, zazwyczaj bardzo ułożona i zdystansowana autorka.
Otóż pognała kurcgalopkiem przez ogromne foyer Globe na ulicę i dogoniła Bogu ducha winne chłopię.
– Sorry to chase you down the street, that’s a bit awkward…
– That’s all right.
Nienawidzę.
– Thank you for the drawing. I, eh, urrmm…
– My pleasure. I’m glad it’s found a good home.
Autorka zagapiła się tępo na rozmówcę. Jak zwykle. Gdy odzyskała rezon, nastąpiła zwyczajowa kulturalna gadka-szmatka, po czym autorka pożegnała się grzecznie i usłyszała:
– See you soon. Buh-bye!
Ale jak to, see you soon. Jakie soon. Znaczy że co? Że ja tu znowu wyląduję niebawem?…
Cóż. Z pewnością są gorsze powody do odwiedzania Londynu.

AVAST!!!

What shall we do with a drunken sailor?
We’ll put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Put him in bed with the captain’s daughter
Early in the morning!

Tutaj będzie wpis o piratach. Takie przynajmniej jest założenie, a co mi w istocie z tego wpisu wyjdzie, to się okaże w praniu. Myślę, że do rzeczy przejdę jakoś w ostatnich linijkach.
„W sztuce teatralnej autorem, dekoratorem, twórcą kostiumów, kompozytorem, aktorem, tancerzem – powinien być właściwie jeden człowiek. Tak wszechstronny tytan nie istnieje. Jednostkę trzeba więc zastąpić tym, co jest najbardziej podobne do jednostki: grupą przyjaciół”.
Tak kiedyś powiedział Jean Cocteau. I tak najkrócej da się opisać niedzielne czytanka w Globe. O co w nich chodzi, wyjaśniałam już parę razy, więc dziś tę sekcję pominę.
Najpierw obszerna dygresja NIE o piratach.
Uwaga, będę kwikała teraz.
Wszyscy wiedzą, że mam słabość, do której nie przyznam się łamana kołem. Nabawiłam się jej kilkanaście miesięcy temu i nie miałam wówczas pojęcia, ilu dziwnych ludzi dzięki niej poznam i w ilu niezwykłych wydarzeniach wezmę udział.
Znacie taką starą piosenkę, Sunshine Superman się nazywa? I’ll pick up your hand and slowly blow your little mind? Jakoś mi się skojarzyła.
Jeżeli kiedykolwiek zostanie ogłoszony konkurs na najmilszego człowieka we wszechświecie – ja go nie wygram. Ani, przykro mi, nikt z was. Ale wiem, kto wygra i to jeszcze zanim się odezwie.
Przy czym ja nie do końca jestem pewna, czy to jest człowiek. Tak czy inaczej, jest absolutnie nieznośny.
To stworzenie sfrunęło z innej planety, ale abstrahując od zaawansowanego zwariowania i hermetycznego poczucia humoru, jest chodzącą uroczością w powalającym stężeniu. I nie chodzi mi tu wcale o obnoszoną z nonszalancją urodę porcelanowej laleczki od szyi w górę i Popeye’a po szpinaku od szyi w dół. Ani o deprymującą erudycję. Ani o to, że stworzenie powinno dostać jakiś międzyplanetarny medal za dobre serduszko. Toto jest nieopisanie miłe i uprzejme, wyluzowane jak tybetański mnich i bardzo, ale to BARDZO łagodne, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji, gdy stoicie pół metra odeń, otwieracie buzię i wtedy właśnie uświadamiacie sobie, że zapomnieliście, co chcieliście powiedzieć.
Gdy nie daj Boże wspomnicie cokolwiek o zamiłowaniu do teatru, zainteresowanie rzeczonego waszą skromną osobą wyraźnie wzrośnie. Jeśli tym bardziej nie daj Boże wspomnicie trzy magiczne słowa, chłopaczek rozjarzy się jak żarówka, w karmelowych oczętach błyśnie porozumiewawcza iskierka i od razu inna rozmowa, aż w pewnej chwili z przerażeniem zauważycie wyciągniętą w waszym kierunku łapkę. Chłopak wymiędli wam rączkę i będzie się domagał, żebyście przyszli się przywitać następnym razem. Być może ktoś inny odmówiłby, ale ja mam bardzo słabą wolę, więc potulnie chodzę się witać. Mam też bardzo słabe nerwy i odwagę królika, toteż każde takie spotkanie rozpoczyna się minutą ciszy, podczas której nasza bohaterka rozpaczliwie usiłuje przypomnieć sobie dowolne słowo w języku angielskim. Kiedyś też zabłysnę swadą. Ewentualnie napiszę sobie tekst wcześniej na dłoni.
Pod żadnym pozorem nie należy niczym go obdarowywać, bo będzie wylewnie dziękował przez kwadrans. Nie należy też się przedstawiać, gdy zapyta, bo można się bardzo zdziwić niedługo później, jeśli występujecie w mediach społecznościowych.
To jest nie do wytrzymania. Jakby was ktoś ptysiami bombardował albo masował watą cukrową.
I ta właśnie wysoko stężona słodycz została przez swoją własną publiczność skazana na wyreżyserowanie sztuki właściwie niewystawialnej. Jak zwykle w przypadku tych osobliwych wydarzeń – dostała na to pięć godzin.
(Nawiasem mówiąc, podtrzymuję opinię ze stycznia, sweterek musi odejść. A w ogóle kto nosi Christmas jumpers na początku października?).

Słodycz zemściła się na publiczności bezlitośnie.
Po pierwsze kazała widzom przebrać się za piratów.
Po drugie zmontowała obsadę z aktorów przyprawiających o migotanie komór (bardzo miły człowiek i bardzo mi się podobało, gdy czaił się u moich kolan) lub przedsionków (facet wygląda doskonale piracko – jakby która była zainteresowana, to ten pan zajmuje się również treningiem personalnym), ale też zatrzymała ekipę, która zawsze w tych wesołych czytankach bierze udział.
Po trzecie, usiadłszy sobie skromnie w kąciku, demonstrowała cały repertuar swoich numerów popisowych, to jest dręczyła niewinnych ludzi regularnym hair porn, zalotnym kręceniem nóżką obutą w znające trudy życia najki, marszczeniem się z przejęcia, rumieńcami, gryzieniem palców (czy oni mogliby ustawowo tego zabronić w tym kraju) i zaraźliwym gulgotem.
Po czwarte naprawdę dobrze jej to wyszło, jak na taką partyzantkę. Widzowie dostali trzy godziny bezdechu, czkawki, łez i bólu brzucha.
Jak zwykle bohaterowie jeden za drugim kopali w kalendarz w męczarniach – literaci czterysta lat temu byli trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza i uważali, że dramatis personae powinny koniecznie umrzeć – i jak zwykle było to przeraźliwie śmieszne. Bo taki też jest koncept całej zabawy.
Nie podejmuję się streszczenia, ale to z pewnością jest bardzo złe dzieło. Być może najgorsze w historii dramaturgii europejskiej. Ono jest tak DURNE, że tego się nie da wystawić serio. Jest antysemickie, antyislamskie, antyfeministyczne, anty co tam jeszcze zechcecie. Wątki pokręcone i urwane w połowie, zero spójności, masa przemocy, masa seksu, a gdy autorowi brakowało wyobraźni do opisania czegoś dialogiem, sięgał po pantomimę, zostawiając aktorom luźne wskazówki, co mają pokazać. Efektem była najbardziej kuriozalna scena, jaką w życiu widziałam. Całkowicie improwizowana, niema scena konwersji na islam, w której aktorzy dobrowolnie zgłaszali się do robienia za księżyc, kapłana, hurysę, małpę, osła, kielich wina lub tron. Biedny tron trochę się namęczył, osioł, będący drobniutką kobietą o połowę mniejszą od dosiadającego go jeźdźca, jeszcze bardziej. Scena kończyła się obrzezaniem głównego bohatera. Publika płakała ze śmiechu, wykonawcy również.
Były też inne cudeńka.
Wszystkie śmierci były bardzo okrutne, bardzo. Ale znowu – trudno nie parskać, gdy leżące na scenie zwłoki zakładają nogę na nogę. Albo gdy czarny charakter każe swojemu umyślnemu się związać, po czym informuje, że teraz on zwiąże jego.
– Jak? – pyta przytomnie umyślny.
– Nie wiem, przewróć mi stronę, to ci powiem…
Zwłoki głównego bohatera, koszmarnie ugodzonego w tętnicę, opadają na zwłoki uprzednio zabitego (mieczem w jelito grube, że to tak ujmę). Uprzednie zwłoki czule obejmują zwłoki główne. Publiczność bezwładnie zwisa z ławek i rzęzi.
Jeden z bohaterów wygłasza żarliwy, przydługi monolog.
– Mam nadzieję, że zrozumieliście cokolwiek z tego – dodaje na końcu, sam nieco skonfundowany.
Groźny pirat z pluszową papugą przyszytą na okrętkę do rękawa każde swoje wejście rozpoczyna złowrogim „haHAA!”.
Aktor, który za chwilę zginie (straszną śmiercią, nie inaczej), pośpiesznie zdejmuje okulary.
Żona jednego z głównych bohaterów zdradza – za kulisami, ale głośno i dynamicznie – męża z tym, co zaraz będzie okulary zdejmował. Jego spodnie lądują na scenie, mąż je znajduje, pożar, sodoma i gomora. W kolejnej scenie pojawia się mufti w turbanie na głowie… udrapowanym z tychże gaci. Widownia wyje.
Nie każdego to bawi, bo to jednak odjechana prowizorka, nader często ocierająca się o granice dobrego smaku – być może dlatego na ogół widzę te same twarze – ale jeśli wessie, to na dobre. Poza tym czasami jest niespodziewanie magicznie i pięknie. No i nigdzie indziej nie doświadczyłam takiej kooperacji widzów z aktorami, tak niesamowicie życzliwej, kumpelskiej wręcz atmosfery; nawet gdyby miała nastąpić całkowita katastrofa, ludzie i tak wiwatują, jakby Bóg wie co zobaczyli. Szaleństwo i stężenie absurdu nie do opisania.
Dopadłszy reżysera na schodach po wszystkim i odbębniwszy tradycyjne nieszczęsne h…h…he…hello, wyjąkałam jedynie, że nie jestem pewna, czy znam stosowne angielskie słowo na określenie tego, co właśnie widziałam. Reżyser trzepnął rzęsami, zagulgotał i odparł, że on takiego słowa też nie zna.

Ta sztuka jest osnuta na faktach. No, w każdym razie opowiada o kimś, kto naprawdę istniał. John Ward rzeczywiście był piratem, który z miłości przeszedł na islam. Przez pewien czas działał całkiem legalnie pod auspicjami Elżbiety I, obrabiając hiszpańskie statki w czasie, gdy Anglia toczyła wojnę z Hiszpanią, ale potem wojna się skończyła i źródło dochodów również. Ward olał zatem ojczyznę i został piratem pełną gębą, na Morzu Śródziemnym. Kradł okręty, łupił, mordował, a jedną ze swoich łajb zatopił (razem z liczną załogą…), bo zainstalował na niej zbyt ciężkie działa.
A tak, wybuchy też były. Bardzo imponująca bitwa morska była. Na confetti i serpentyny. Wszyscy siedzący na dole wytrzepywali z włosów bitewne odłamki.
Ward był podobno pierwowzorem Jacka Sparrowa.
Nie wiem czemu, ale bardzo mnie rozbawiła informacja o tym, że w rzeczywistości ten wielki pirat owszem, liczne miał przygody, ale w końcu osiadł w Tunezji, by zająć się hodowlą kurcząt.

Rzeczywistość dodała swoje trzy grosze. Pierwszy akt kończył się – jakżeby inaczej – dramatyczną śmiercią. Wszyscy potulnie opuścili widownię w antrakcie, żeby obsługa mogła sprzątnąć pozostałości po wspomnianej bitwie… i zobaczyli, że na zewnątrz, przed wejściem do teatru stoi ambulans. Nieśmieszna oczywiście sprawa, ale towarzystwo, mając żywo w pamięci ostatnią scenę, zbiorczo ryknęło śmiechem.

Taak, wiem. Nuda. Ale bądźcie dla mnie wyrozumiali, proszę. Jestem bardzo nieszczęśliwa, że wróciłam. A poza tym mam katar.
Kolejny urlop spędzam nad ciepłym morzem, sącząc daiquiri i unikając wszelkich wydarzeń choć trochę kulturalnych. Tak mi dopomóż.

Pish! One must lie a little

Tym sposobem doszliśmy do ostatniej atrakcji.
Niebo nad Londinium się rozpogodziło.
wpid-dsc_0002_203.jpg.jpeg

wpid-dsc_0005_152.jpg.jpeg
Nasza bohaterka również się rozpogodziła i ośmieliła wystawić gołe łydki na zewnątrz. Tak, miała balkon. Za to gorącej wody nie miała.
wpid-dsc_0007_132.jpg.jpeg
I na tych gołych łydkach pomaszerowała przez piękne, słoneczne miasto na czytanie sztuki.

Kiedyś czytałam recenzję, której autor pokrzykiwał, że jak płaci za bilet do teatru, to nie chce oglądać prowizorki.
Cóż.
Ja chcę.
Mnie prowizorka kręci.
Jeśli Read Not Dead odbywa się akurat wtedy, gdy jestem w Londynie, to idę.
W skrócie chodzi o to, że ktoś w Shakespeare’s Globe wpadł na pomysł, żeby wystawić wszystkie sztuki powstałe w czasach okołoszekspirowskich – nieważne, czy były literackimi arcydziełami, czy totalną grafomanią. Żeby nie było zbyt prosto, sztuki są wystawiane metodą ‘play in a day’, czyli publiczność przybywa o szesnastej, by zobaczyć coś, do czego próby zaczęły się o dziesiątej. Nie ma znaczenia, czy udało się je skończyć. O szesnastej przedstawienie musi ruszyć.
Jeśli przyjdzie się trochę wcześniej, można zobaczyć, jak obsada pali papierosy przed wejściem lub biega z obłędem w oczach po korytarzu, nosząc krzesła, wiążąc krawaty, sznurując tenisówki, wypijając duszkiem kawę.
Nigdy nie wiem, co zobaczę. To może być absurdalna komedia omyłek, może być tragedia przerobiona na makabryczną farsę, może być oniryczny, wzruszający spektakl w półmroku, a może być „Gorączka sobotniej nocy”. Nigdy też nie wiem, kogo zobaczę, bo obsada i reżyseria ujawniane są na parę dni przed całym wydarzeniem – w najlepszym wypadku. Rdzeń uczestników jest jednak mniej więcej niezmienny.
Jak pisałam, impreza się przeniosła z podnajmowanej salki w pobliskim biurowcu do tego cudeńka, co ma swoje minusy, ale miejsce jest naprawdę śliczne, maleńkie i przytulne, z malowanym sufitem, pachnie jeszcze świeżym drewnem i naprawdę przemiło się tam siedzi. No i można sobie w przerwie przynieść wino z baru. To ważne w razie problemów z oddychaniem. [Tu był rozwlekły akapit o muskułach, fruwających włosach, niemożliwych minkach, zmysłowym zaroście, dźwięcznie chrapliwym barytonie, kamizelce i mojej burzy hormonalnej, ale postanowiłam jednak go usunąć. Wiedzcie tylko, że znów wracałam do hotelu, obijając się o ściany mijanych budynków. Tylko że hotel również minęłam i nietomnie poszłam dalej. To nie jest żart].

Ta akurat sztuka była o miłości. A dokładniej o damsko-męskich gierkach, bo każda z płci usiłowała wywieść w pole tę drugą (i kto wygrał? oczywiście, że kobiety!). Oto jest wdowa, do której zaleca się – w dość koński sposób – jej własna pokojówka, oczywiście facet w przebraniu. Jest gardząca męskim miotem dziewica, która wreszcie się zakochuje i dla odmiany przebiera za chłopaka, żeby być bliżej ukochanego. Jest mąż, który nie dowierza w wierność żony i postanawia ją sprawdzić, namawiając własnego przyjaciela, żeby ją uwiódł. Przyjaciel nosi wdzięczne nazwisko Subtle, ale nie jest ani trochę subtle, ponieważ nie tylko zgadza się na tę zabawę, ale jeszcze idzie do wspomnianej żony, żeby jej naściemniać, jak on to tego męża zna od lat i wie, że to łobuz (nie to, co wspaniały Subtle), oraz by złożyć genialną propozycję – ty się ze mną prześpij, a ja mu nic nie powiem i wszyscy będą zadowoleni. Mężowi natomiast, wciskającemu mu sonety i błyskotki mające ułatwić zadanie, radzi, by żonę pobił, to wtedy on, wspaniały Subtle, wkroczy i będzie ją pocieszał. Brawo. Pan Subtle raczej by się nie nadał do prowadzenia kącika złamanych serc.

Całość była cudownie lubieżna, pełna niedwuznacznych żarcików, męskich pocałunków, przebieranek, nazwisk w stylu Whorebang i znaczących gestów w stylu leniwego poruszania w przód i w tył przypiętą do paska szpadą.
Jak na ironię, autor tej komedii był synem purytańskiego duchownego. Widocznie musiał odreagować, że napisał coś takiego…
Now, sir, by this time she began to kiss somewhat more openly, and familiarly, her resistance began to slacken, and my assault began to stiffen; the more her bulwark decayed the more my battery fortified.

I oczywiście nie wszystko szło zgodnie z planem.
Po pierwsze, podczas sceny bójki chłopaki tak się zapamiętali w walce, że połowa rekwizytów poleciała ze sceny na widownię, która kuliła się wtedy w panice, by nie dostać blaszanym dzbankiem w czoło, ale nadal się śmiała.
Po drugie, reżyser postarał się o muzykę na żywo, więc na górnym balkonie siedział człowiek z gitarą, przygrywając w chwilach, gdy jedni ze sceny znikali, a drudzy jeszcze nie weszli. W pewnej chwili człowiek z gitarą przerywa zatem brzdąkanie i wpatruje się w drzwi. Nic się nie dzieje. Wpatruje się bardziej. Nic. Publiczność chichocze. Człowiek z gitarą wraca do szarpania strun, by uniknąć krępującej ciszy, gdy wreszcie drzwi się otwierają i na scenę wbiega nieco zdezorientowany aktor. Jego dezorientacja uroczo się pogłębia, gdy uświadamia sobie, że jest sam. Kogoś brakuje. Współaktora, z którym miał prowadzić dialog, na scenie jakby nie ma. Skonsternowany rozgląda się na wszystkie strony, ale gościa nadal i z całą pewnością nie ma. Podnosi krzyk, za kulisami rozlega się niepokojący łomot, gwałtownie otwierają się drugie drzwi i wypada zza nich zaginiony, próbując sprawić wrażenie, że to tak miało być. Publiczność wybucha spazmatycznym śmiechem. Pokryty rumieńcem zaginiony odwraca się do niej i zamiast przeczytać swój kawałek, unosi rączkę, by zamachać do widowni z tekstem:
Hi everyone!
Jeszcze głośniejszy kwik i owacja.
Widzicie, jak ludziom niewiele trzeba do szczęścia?
Tak jest zawsze – ktoś się pogubi w tekście, ktoś coś upuści, zapomni, że teraz jego kolej, język mu się zaplącze. Ktoś komuś celowo wywinie numer, żeby go ugotować. Ktoś grożący mieczem wrogowi da mu na chwilę ostrze do potrzymania, żeby przewrócić kartkę. Nikt nie oczekuje, żeby było idealnie. Przychodzi się właśnie na te wpadki, ale też na wyśmienity teatr.
Usłyszałam w barze, że gdy uruchomiono tę inicjatywę, na spektakle przychodziło po sześć osób. Teraz – dziesięć razy tyle, ale ciągle nie jest to niesamowicie popularne wydarzenie. I dobrze. Lepiej, żeby utrzymał się ten familiarny, intymny klimacik.
Istnieje pewna szansa, że tym razem będę mogła wam pokazać zdjęcia. Istnieje też pewna szansa, że ja również na nich jestem.

Hi everyone, a niech cię…

Blessed be the most happy gravel betwixt thy toes

Mało brakowało. Mało brakowało, ladles and jellyspoons, a ugrzęzłabym w tym Londynie.
Było to tak.
W sobotni wieczór pojechałam obejrzeć sobie jeszcze jedno słodkie – nie żeby porywające, ale słodkie, proste i przyjemnie kameralne – przedstawienie. Wróciłam do hotelu, wycisnęłam ostatnie soki z ichniego WiFi, żeby posłuchać wszystkich możliwych wykonań kawałków z Once (to cała ja, niestety – albo coś jest mi całkowicie obojętne, albo nabawiam się obsesji, nic pomiędzy), padłam w pościel tuż przed trzecią, o czwartej ktoś usiłował wejść mi do pokoju, bo drzwi mu się pomyliły, a o szóstej obudziło mnie kwilenie ptasząt i hurgot śmieciarek; tośmy się wyspali.
Zwlokłam się z łóżka, wyjrzałam przez okno, rozpromieniłam się i pofrunęłam do parku. Jakoś tak mam, że nad wszystkie cuda świata przedkładam rozwalenie się na zielonej trawce i przyglądanie łabędziom lub płynącym chmurom.
Ale, ale. Skoro niedziela i skoro to miasto, Read Not Dead musi być.
I było.
Uściślając – było wybuchające confetti, muzyka na żywo (Voodoo Child!), odrobina karaoke, sprośne tłumaczenia łaciny wyświetlane na ścianach, poliestrowe garnitury, jeden nagi tors i jeszcze długo by mówić. Read Not Dead jest zawsze mniej lub bardziej popieprzone, zawsze coś w nim idzie nie tak i zawsze jest popisem wyobraźni wszystkich zaangażowanych – oraz ich doskonałego warsztatu – ale tym razem było kompletnie zwariowane, absurdalne, prześmieszne i cudowne. Niestety trwało ponad trzy i pół godziny. Im ciemniej robiło się za oknami, tym wyżej podskakiwało moje ciśnienie, bo samolot nie poczeka przecież. Ogromnie mi się podobało, ale gdy wybiła osiemnasta, zaczęłam przyglądać się trzymanym przez aktorów skryptom i liczyć kartki pozostałe do końca. Macie wszyscy piękne głosy i wspaniały akcent, ale na Boga, czytajcie szybciej, bo będziecie musieli mnie tu przenocować! Wyjść w trakcie było głupio, więc po histerycznej owacji zerwałam się, złapałam płaszcz w garść i popędziłam na stację metra.
DSC_0011_5
Metro mi zwiało, trudno, za trzy minuty będzie następne. Wsiadłam, wysiadłam, pognałam na dworzec. Pociąg też mi zwiał. Trudno, za dziesięć minut będzie następny. Jakoś chyba zdążę.

Pech chciał, że ten następny pociąg sunął dostojnie, nie śpieszył się donikąd i zatrzymywał się na każdej, każdziuchnej stacji, jak również bez wyraźnej przyczyny w polu, przyprawiając mnie o stan przedzawałowy. Wyskoczyłam na peron dokładnie w chwili, gdy zamykano moją bramkę. W życiu tak szybko nie biegłam.
Zdążyłam tylko dlatego, że odlot był o dziesięć minut opóźniony. A już oczyma wyobraźni widziałam siebie w filmowej scenie, galopującą w zwolnionym tempie i z przerażeniem w oczach w kierunku opustoszałej bramki, nad którą widnieje złowieszczy napis GATE CLOSED.
Następnym razem żadnych podobnie napiętych planów. Nie na moje nerwy. Niemniej plan – napięty czy nie – został wykonany w stu procentach. I jeszcze zdążyłam opalić sobie nos. Bo spójrzcie tylko, jak było ślicznie.

wpid-DSC_0008.jpg

wpid-DSC_0020.jpg

wpid-DSC_0022.jpg

Drive the Dream

Przydzielają teraz siedzenia w tanich liniach, wicie rozumicie. Nikt wam już żebra nie złamie, wyprzedzając w morderczym pędzie do wejścia.
Gdyby jeszcze ludzie umieli zająć właściwe miejsca (nie żeby to nie było tłustym drukiem na bilecie wywalone), to byłoby cudownie i wspaniale. Tymczasem zamieszanie jeszcze większe, niż w czasach zapamiętałej walki o fotel przy oknie.
Znacie to uczucie, gdy żałujecie, że nie macie przy sobie rewolweru, by strzelić w powietrze i uspokoić atmosferę? No właśnie.
Przepraszam, marudzę, bo wróciłam i jestem nieszczęśliwa. Przejdzie mi, gdy tylko kupię nowy bilet (doskonały żart…). Do rzeczy.

Ubrałam się wczoraj w obcisłe, bo to warto mieć styl, usta przyróżowiłam i udałam się Ginger Line na rubieże Londynu.

Zacznijmy od tego, że zgodnie z pierwotnym planem rolą lekko szurniętego księcia miał się zaopiekować ten tutaj hoży koleś. Niestety dzień wcześniej wycofał się z imprezy, bo musiał odlecieć za wielką wodę. W sumie dobrze, że nie to ciało kuliło się na podłodze przed bodaj trzydziestoosobową widownią, boso i w podartych gaciach; też bym wtedy na tę podłogę spłynęła bez przytomności. Potargani mężczyźni bez butów coś mi robią.
Acz jego zastępca – wyposażony w chmurę loków i piękne imię Oliver – powinien zostać wielką gwiazdą. Jeśli nie zostanie, zwątpię w ludzkość. Ma coś takiego w spojrzeniu…

Sama sztuka jest wspaniała i przejmująca, wiemy, czytaliśmy w szkole, ale to, co zrobili… Mowę mi odjęło.
Przypominam – pięć godzin. Tyle ma ekipa czasu, by albo się pogrążyć, albo zabłysnąć. Oni nie znają tekstu wcześniej i nie wiedzą, co będą musieli zrobić. Pięć godzin musi wystarczyć na zorientowanie się, kogo jeden z drugim gra, zorganizowanie rekwizytów, kostiumów (które zwykle wyglądają jak przywiezione z domu), jako takiej scenografii. Mission: impossible.
W pięć godzin zrobili lepsze przedstawienie niż wiele starannie przygotowywanych, efektownych i głośnych. Scena, w której przerażająco powoli otwierały się drzwi, a zza nich dobiegało pobrzękiwanie łańcuchów, zjeżyła mi włosy na głowie.

Napisałam ostatnio, że dla postronnych to musi wyglądać jak terapia grupowa. Coś w tym jest. Nie ma sceny jako takiej, więc i widownia to pojęcie względne. To tak rozkosznie intymne doświadczenie, jakby aktorzy przyszli wam do domu. W przerwie możecie postać sobie z nimi w kolejce po herbatę, a reżyser rozdaje programy i wygląda na szczerze wdzięcznego, że chciało wam się przyjechać.
Albo o, na przykład moment, gdy Martin Hodgson (który wygląda jak elf – ten nos jest niemożliwy) zrobił słodkie oczy do dziewczyny jedzącej akurat przyniesione z baru ciastko, a ona trochę się zawstydziła, ale wreszcie podeszła, podała mu talerzyk; poczęstował się, przełknął i czytał dalej, a między jedną a drugą kwestią odwrócił się do ofiarodawczyni i powiedział bezgłośnie ‚thank you’.
I jakie to jest piękne wnętrze. Nijak nie przypomina tego zapyziałego pokoiku na tyłach Globe. Cegły i surowe drewno. Mogłabym tam zamieszkać. Dodam, że mają w foyer kanapy i półki z książkami, a także uroczy bar, więc tym bardziej mogłabym tam zamieszkać.

Nie zobaczycie prostszego, bardziej szczerego teatru. Ani głupszego zapewne.
Bilety na spektakle na West Endzie są drogie/bardzo drogie/wykurwiście drogie, ale Read Not Dead kosztuje raptem 10 funtów, czasem 8. Jeśli będziecie mogli, idźcie. Będzie to znakomicie zainwestowana dycha. Przy okazji zobaczycie kawałek miasta, otrzecie się w przejściu o kogoś, kogo jakby już gdzieś widzieliście, napijecie się wina i poznacie ludzi, a gdy już wszyscy rozejdą się do domów, następne godziny spędzą na tweetowaniu do siebie.
(Powiadam – sekta).

A bit of a smiler

Ostrzegam.
To jest ten moment, gdy należy wykonać z głośnym plaskiem facepalm i pośpiesznie zamknąć okno przeglądarki. Zróbcie to od razu, nim będzie za późno. Bo zaraz tu będzie taka budynioza, że was zemdli i stracicie resztki poważania dla mojej skromnej osoby, jeśli jakiekolwiek jeszcze macie.

Słowo wstępu dla niezorientowanych – otóż w lipcu minionego roku również byłam w Londynie. Tak się złożyło, że poszłam do teatru i nie wyszłam sobą. Z wrażenia aż się zgubiłam w drodze powrotnej do hotelu.
Gdy planowałam tę ostatnią wycieczkę z początkiem grudnia, nie miałam pojęcia, że jedna z atrakcji niespodziewanie okaże się dużo bardziej atrakcyjna ze względu na to, kto śmiało podjął się jej reżyserii. Dowiedziałam się tydzień przed wyjazdem i prawie spadłam z krzesła.
Że niby mam przesiedzieć parę godzin zamknięta w jednym pomieszczeniu z tą istotą? Motyla noga, musiałam zrobić coś bardzo dobrego w poprzednim życiu.
Po bajkowym, śnieżnym piątkowym wieczorze i sobocie spędzonej z obłędnym seryjnym mordercą nadeszła czarownie słoneczna niedziela. Nasza bohaterka przywdziała swój malinowy róż, wytuszowała rzęsy, wetknęła słuchawki w uszy i pomaszerowała w stronę światła, żeby sobie pooglądać. Przedstawienie. W pewnym sensie. A że dotarła na miejsce zbyt wcześnie (bo szła pieszo, zamiast jechać metrem i sądziła, że to dużo dalej), zajrzała jeszcze do Tate Modern i postawiła sobie lampkę wina w wielce przyjemnej knajpeczce w Sackler Studios. Właściwie to była szklanka, bo tam wino w szklankach podają. Dobrze robią.
Już kiedyś pisałam o tych performances with scripts, prawda? Ja wiem, to nie jest dla każdego interesujące, bo ludzie o zdrowych zmysłach nie spędzają niedzielnych popołudni, oglądając napisane 300 lat temu tragedie, na domiar szczęścia zainscenizowane w ciągu 5 godzin. Garstka niezdrowych płaci dychę, żeby sobie posiedzieć w kiepsko ogrzewanym, wątpliwej urody pomieszczeniu, w atmosferze dość familijnej i popatrzeć, jak aktorzy wzbijają się na wyżyny absurdu – to do złudzenia przypomina domową zabawę w teatrzyk – a obserwujący całe zdarzenie reżyser gryzie palce.
Dosłownie. Gdyby panie widziały, jak on sobie bezwiednie wkłada palec wskazujący do buzi i przygryza, o przyjdź Panie Jezu… To dopiero jest fascynujący spektakl, wszystkie te minki, próby naciągnięcia dolnej wargi na nos i szarpanie się za włosy. On jest przekomiczny.

Zwykle unikam miejsc w pierwszym rzędzie – panicznie boję się interakcji, bardzo się wstydzę. Byłam raz na przedstawieniu, świetnym zresztą, podczas którego protagonista wszystkie monologi wygłaszał do mnie; wyszłam zdeprymowana, zestresowana i potwornie zmęczona.
Szkopuł w tym, że tym razem nie miałam wyjścia, co skonstatowałam ze szczerym przerażeniem. Reżyser perfidnie ustawił krzesła dookoła. Przechodnie zerkający przez okna pewnie sądzili, że to jakaś cudaczna forma terapii grupowej. Niemniej tym sposobem bardzo, bardzo nieliczna publiczność widziała nie tylko aktorów, ale i siebie nawzajem.
Tym również sposobem przez blisko trzy godziny mogłam patrzeć na siedzące parę metrów dalej arcyurodziwe bóstwo, które było tak zafrasowane przebiegiem spektaklu pod jego batutą, że międliło zapamiętale swoje niedogolone policzki, wyrywało sobie grzywkę lub zarzucało nią zalotnie, marszczyło się na dwieście sposobów, szczypało w podbródek, czerwieniło jak panienka, chichotało zaraźliwie lub wybuchało wdzięcznym gulgotem, słało nieznośne uśmiechy i strzelało oczami do widowni, która bardzo wówczas cierpiała, bo czuła się, jakby jej przypiekano źrenice rozpalonym żelazem, a jednocześnie niebezpiecznie dryfowała w kierunku fazy plateau.
Koszmar.
Ten szczególny typ koszmaru, z którego bardzo nie chcecie się obudzić.
Tylko ten sweterek musi odejść. Przez grzeczność nie podlinkuję sweterka. Z drugiej strony z tak ujmującą powierzchownością to sobie można nawet w worku pokutnym paradować.

Owszem, byłam niesłychanie zajęta wymianą spojrzeń i zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób po wszystkim znalazłam się z powrotem w Camden, ale wbrew pozorom zarejestrowałam, o czym traktowała sztuka. No, mniej więcej (w dużej mierze dlatego, że przeczytałam ją wcześniej…). Była sobie owdowiała księżna, której wredni bracia nie pozwalali wyjść ponownie za mąż, więc postanowiła zrobić to w sekrecie – a potem wszyscy po kolei się wymordowali. Zapewne nie zdziwi was to, że podczas sceny straszliwej, podwójnej zbrodni i agonii zabijanych zgromadzeni kwiczeli ze śmiechu, łącznie z wykonawcami. I reżyserem, który siedział z twarzą w dłoniach i cały się trząsł, co rusz błyskając przez palce roześmianym czekoladowym okiem. Eee. O czym to ja? No, więc wszyscy się wymordowali, tylko księżna – inaczej niż w oryginale, taki mały twist – przeżyła, by wygłosić do kobiet monolog o tym, jak to nie należy pokładać nadmiernej wiary w facetach.
Święta Dymfno. Nie wiem, czy będę chciała zrobić to sobie jeszcze raz.
Chyba mam chorobę popromienną.

A teraz zapomnijcie o tym, co przeczytaliście. Wpis ulegnie samozniszczeniu za 5 sekund.

From thousands of our undone widows one may derive some wit

Z czym kojarzy się państwu czytanie sztuki? Dodajmy, że powstałej 400 lat temu? Ale tak z ręką na sercu czy innym istotnym organie. Rozrywka dla prawdziwych twardzieli, nie? Kto by na to z własnej woli poszedł?

Otóż ja.

Ale to nie takie zwyczajne czytanie. To właściwie przedstawienie, które urodziło się w ciągu kilku godzin. Jego szkielet – albo raczej układ nerwowy. Za kulisy służą ustawione pod ścianą krzesła. Aktorzy muszą czytać, bo któż nauczyłby się tekstu w jedno popołudnie, ale oprócz tego pojedynkują się, całują, tańczą i tak dalej. Ogólnie rzecz biorąc, jest prawie jak w tradycyjnym spektaklu. Prawie. Bo rzeczy dzieją się nie na scenie, ale w sali prób, a publiczność zwija się ze śmiechu, gdy aktor grający rozbójnika wyskakuje naraz z kryjówki (czyli zza szmaty, w innych scenach robiącej za pałacowy balkon i wszelkie inne elementy scenografii – wyobraźnia niezbędna) i pędzi sprintem ‚za kulisy’, gdyż zapomniał rekwizytu w postaci okazałego kuchennego noża. Albo rozwiesza afisz, ale że jedną ręką i po omacku – bo musi patrzeć w skrypt – wiesza go do góry nogami. Albo policzkuje przeciwnika, ale nie całkiem trafia i obaj zupełnie się gotują. O wstawkach muzycznych (chórek + ukulele), które zaczynają się brawurowo, ale z każdym taktem coraz bardziej rozjeżdżają, gdyż obsługa ukulele zdążyła nauczyć się tylko dwóch chwytów, nie wspomnę. Pycha.
To jest teatr w najwyższym możliwym stężeniu i najczystszej postaci, na surowo, z wpadkami, zaimprowizowanymi kostiumami (sztuczna broda z kawałka dywanu – super), przypominający dziecięce zabawy. Niemniej proszę nie myśleć, że to podśmiechujki jakieś. Zrobiony w pięć godzin, wariacki spektakl jest wyśmienicie zagrany. Nie sposób ani na chwilę zapomnieć, że ta duszna sala to zaplecze Shakespeare’s Globe. Oglądacie świetnych aktorów. Czasami bardzo znane twarze biorą udział w tych uciechach (a inne przychodzą obejrzeć, jak koledzy się kompromitują), ale obsada nigdy nie jest ujawniana wcześniej.
I to wszystko za skromne 10 funtów, inaczej licząc – 2 duże piwa. Ogromnie polecam. Domyślam się oczywiście, że część z państwa wybierze jednak piwo i całkowicie rozumiem, niemniej będę się bardzo cieszyć, jeśli kto przy okazji wizyty w Londynie skorzysta z mojej sugestii.

Koniec. Wychodzę. Rozpinam płaszcz, bo ciepło. Maszeruję przez Millennium Bridge, mijam pary trzaskające sobie foty na tle ponurych ścian Tate Modern albo kopuły świętego Pawła. Szklane wieże przeglądają się w wodzie. Ciemno już – nie, byłoby ciemno, gdyby to nie był Londyn, miasto otoczone sześcioma lotniskami; potężne światła lądujących co chwila samolotów tną wieczorne niebo. Przez moment znów czuję się jak w filmie. Zatrzymuję się na moście i po prostu patrzę. Żadnych myśli.
Wreszcie.
Poza jedną – ciesz się, głupia.
Ciesz, bo masz z czego.
Zbiegam do metra, w mojej dzielni stek i pinta, w hotelu prysznic, łóżko, świtem samolot.
Wieża zegarowa za oknem wmawia mi, że jest już jutro i zaraz muszę wstać. Nie może to być. Dopiero przyleciałam…